Lifestyle

Nie szanujemy ludzi, którym powierzamy opiekę nad naszymi dziećmi

MamaM&M
MamaM&M
3 kwietnia 2017
Fot. istock/Nadezhda1906
 

W ostatnim czasie spotkałam się z wieloma pytaniami, czy nie boję się oddać młodszego syna do żłobka. Oczywiście ma to związek z tym, że nasz 6-miesięczny szkrab od dziś jest żłobkowy. Starszy poszedł pod opiekę „obcych” miesiąc szybciej, a więc jako 5-miesięczny niesamodzielny byt. „Wyrodna matka” – ile razy usłyszałam lub wyczytałam z mimiki te słowa. Nie żałuję, ale tym razem nie przeszłam ze żłobkowaniem tak szybko do porządku dziennego.

Tym razem bolało, ale moja więź z młodszym synem jest inna, bo wyłączne karmienie piersią dało nam dużo wspólnego czasu – długich minut patrzenia sobie w oczy i wspólnego poznawania świata. Już się boję, co będą o mnie mówić jego dziewczyny w przyszłości…

Ale to nie jest temat, który zamierzałam podjąć. Chciałam poruszyć tym razem temat naszego (mam, ojców, rodziców) stosunku do pracowników żłobków, przedszkoli i szkół. Podczas wizyty szczepiennej poinformowałam naszą lekarkę, że Mariusz wkrótce idzie do żłobka. Wywiązała się krótka rozmowa na temat warunków w placówce, kosztów, kadry. Na pytanie: „Jak oni sobie radzą z taką ilością maluchów” odpowiedziałam zgodnie z prawdą: „Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Zawsze powtarzam, że mnie zwolniliby po pierwszym posiłku”.

Dlaczego nie chcę wiedzieć? Wiem, że mojemu dziecku nie dzieje się krzywda, ponieważ rano nie ma problemu z pozostawieniem go w placówce. Widzę jak chętnie bierze udział w zabawach, wykonuje swoje pierwsze prace plastyczne, bawi się z innymi dziećmi. Do domu wraca czysty, nieodparzony. Panie ze żłobka pomagają nam (a raczej my pomagamy) w pożegnaniu z pieluchą.

Mam nadzieję, że obie strony widzą to tak samo, ale wydaje mi się, że nie jestem kłopotliwym rodzicem. Nie mam oczekiwań z kosmosu, bardzo szanuję pracę wszystkich dziewczyn pracujących w żłobku – od właścicielki po panią, która pomaga w utrzymaniu porządku. Jestem im niezwykle wdzięczna, że dzięki ich zaangażowaniu ja mogę realizować się w pracy i nie muszę martwić się, czy moje dziecko jest traktowane jak człowiek, a nie jak obiekt, który jest przetrzymywany od 8:00 do 15:00 w placówce.

Nie chcę jednak wiedzieć, jakim cudem udaje się jednocześnie położyć spać gromadę składającą się z 15 rozbrykanych roczniaków i dwulatków. Nie chcę wiedzieć, jak wygląda posiłek każdy posiłek, jak wygląda walka z jelitówką, w jaki sposób udaje się ugasić spór między moim synem i Piotrusiem. Są dni, kiedy my mamy problem z drzemką, śniadaniem, kolacją, relacjami syna z innymi dziećmi. Ile razy musieliśmy wyjść i odetchnąć, żeby z bezsilności nie zrobić jakiegoś głupstwa. Podkreślam, że to jest nasza reakcja na zachowanie dziecka, które kochamy i za które oddalibyśmy nasze życie, natomiast panie w żłobku są „obce”, przychodzą tylko (albo aż) wykonywać swoje obowiązki zawarte w umowie o pracę, a my, rodzice, często zamiast wsparcia, dokładamy im nasze problemy rodzinne, które swoim zachowaniem obwieszcza od progu nasza pociecha.

Obserwuję innych rodziców w naszym żłobku, znajomych, których dzieci są w przedszkolach, szkołach. Odnoszę wrażenie, że najczęściej pretensje i odrealnione wymagania mają te osoby, które nie radzą sobie z wychowaniem swoich synów i córek. Osoby, które nie umieją we własnym domu opanować swoich dzieci, wymagają cudów od innych, zupełnie obcych ludzi. Mówi się, że wychowujemy potworne pokolenie, nieempatyczne, zapatrzone w siebie, niewidzące nic poza własnymi troskami, marzeniami, problemami. To od nas, rodziców, zależy, jaki stosunek dziecko będzie miało do otaczającego świata. Jeśli my nie pokażemy, że szanujemy czyjąś pracę, nie będziemy mogli wymagać, aby ono ceniło nasze zaangażowanie.

Namawiam do zauważania, jak wiele pracy w proces wychowawczy naszych dzieci wkładają zupełnie obcy nam ludzie, którzy też mają swoje problemy, swoje rozrabiające dzieci, które budziły się kilkakrotnie w nocy, natrętne żony, leniwych mężów, zrzędliwe teściowe i matki, cieknący kran w kuchni, choroby w rodzinie i 200 tysięcy kredytu do spłaty. I mimo wszystko pomagają naszym dzieciom poznawać świat.

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Lifestyle

Oczekiwania wobec dzieci. Rodzicu, daj żyć!

MamaM&M
MamaM&M
9 kwietnia 2017
MamaM&M
 

Dwie godziny angielskiego, basen, rytmika, gimnastyka artystyczna lub piłka nożna, zajęcia plastyczne, szkoła muzyczna lub przynajmniej nauka gry na instrumencie u prywatnego nauczyciela – kiedyś się śmiałam, gdy słyszałam o takiej ilości zajęć dla przedszkolaków w jednym tygodniu. Dziś wiem, że to się zdarza nie tak rzadko i że rodzice zasypują swoje dzieci obowiązkami, których kilkulatek nie jest w stanie udźwignąć na tych swoich wątłych barkach.

Marek jest „żłobkowy”. Podobno w tymże żłobku są jakieś dodatkowe zajęcia (niepłatne dodatkowo) typu angielski. Nie wnikam, czego uczy się moje dziecko będąc przez 8 godzin w placówce. Dlaczego się tym nie interesuję? Odpowiedź jest prosta: nie zapisaliśmy dziecka do żłobka, żeby tam nauczyło się komunikatywnie porozumiewać po angielsku, recytować wiersze i grać na flecie. Marek jest po opieką żłobka, żebym ja mogła pracować. Żłobek ma zapewnić opiekę, a nie edukację. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby pomiędzy posiłkami a drzemką moje dziecko przez cały czas układało klocki, turlało się po podłodze i wchodziło na wszelkiego typu przeszkody. Byłabym zadowolona, gdyby jedynym dodatkiem był codzienny kilkudziesięciominutowy spacer.

Tymczasem widzę zdjęcia z zajęć plastycznych i efekty pracy mojego dziecka – będzie artystą jak jego mama: u wszystkich dzieci patyczki przyklejone do kartki tworzą choinkę, u Marka choinkę w stanie totalnego rozkładu… Słyszę piosenki, które śpiewa moje dziecko w drodze powrotnej ze żłobka, Marek opowiada, że był u nich Mikołaj, a kiedy skacze z łóżka na podłogę liczy: „łan, czu, czri”. Cieszę się, że umie powiedzieć inny wierszyk niż: „Raz, dwa, trzy, cztery, maszerują oficery, a za nimi Myszka Miki z gołą dupą na zastrzyki”, którego nauczyłam go podczas wchodzenia na drugie piętro po schodach.

W weekendy chodzimy na basen. Marek jest w grupie kilkulatków, które uczą się pływać. Traktujemy te zajęcia (my, czyli MamaM&M oraz TataM&M) jako fajną zabawę, która sprawia, że nasz syn nie boi się wody. Podczas urlopu w styczniu i w lutym zauważyliśmy, że przypadkowe nurkowanie, napicie się basenowej wody, nalanie wody do oczu nie zniechęcają Marka do zabaw i stwierdziliśmy, że to ostatni moment, kiedy jeszcze nie wyczuwa zagrożenia, więc może nauczyć się pływać. Nie zakładamy, że po 12 tygodniach nasz syn będzie umiał pokonać 5 basenów olimpijskich motylkiem, będzie nurkował po zabawki, a w kolejnym semestrze będzie gotowy do zrobienia licencji nurka zawodowego. Liczymy, że woda nie będzie jego wrogiem i latem będziemy mogli razem pobawić się w jeziorze bez obaw, że ktoś pływający obok pochlapie nasze dziecko i tym samym zabawa skończy się jednym wielkimi: „bo on mnie pochlapał… łeeeeeeeeeeeeeee”.

Na zajęciach dzieci wykonują różne ćwiczenia: skaczą do wody, gonią gumowe zabawki, udają ustami motorówkę, utrzymują się na wodzie na brzuchu i na plecach, pływają z deską. Ponieważ TataM&M wkrótce idzie na operację i nie będzie mógł chodzić na basen, podzieliliśmy te 12 tygodni tak, aby w części zajęć mógł brać udział mój mąż, a pod jego nieobecność ja – mniej więcej pół na pół. Mam więc teraz okazję obserwować „z lądu” innych rodziców i ich podejście do tych „lekcji”. Niektórzy nie umieją pływać, inni boją się wody (ależ to widać – podziwiam zaangażowanie w rozwój dziecka mimo własnych traum i blokad), jeszcze inni, jak MamaM&M, nie lubią zjeżdżalni i zanurzania głowy. Podobnie jest z dziećmi. Niektóre chętnie wykonują ćwiczenia, inne nie lubią lub nie chcą. Zasadą powinno być: „nic na siłę”. Tak niestety nie jest. Część rodziców strofuje swoje pociechy i stawia warunki, jak podczas wojskowej musztry. Kiedy zajęcia przestają być dla dziecka zabawą, przestają mieć sens. Widać to od razu, bo dziecko zaczyna inaczej się zachowywać. Wykonuje polecenia mechanicznie lub w ogóle przestaje reagować i naśladować inne dzieci. Szkoda więc i czasu i pieniędzy. Takie zajęcia niewiele temu dziecku dadzą, a wkurzonemu rodzicowi jeszcze mniej, bo ani frajdy ze spędzania z naburmuszonym dzieckiem nie ma, ani zysku w postaci nowych umiejętności. „Pływasz, czy idziemy do domu?” – myślisz, drogi rodzicu, że twoje zestresowane dziecko naprawdę wybierze basen i pływanie? Sama wolałabym już wyjść i mieć święty spokój.

Czasami widzę, jak dziecko mówi, że nie chce iść dziś na lekcje gitary, na tańce, na piłkę, ale rodzic na siłę wiezie… bo przecież tak fajnie móc powiedzieć w pracy: „moja córka gra na gitarze”. To nic, że nie chce, ważne, że gra…

Chciałabym, żeby moje dzieci w przyszłości umiały jak najwięcej, żeby miały pasję. Nie narzucam jednak od urodzenia tony zajęć. Nie chcę, żeby dwulatek cały dzień był pochłonięty nauką. Próbuję być przykładem. Chodzę na fitness, czytam książki, piszę blog, pracuję jako dziennikarka, pracuję w ogrodzie, lubię gotować i urządzać rodzinne przyjęcia, organizuję imprezy sportowe, opowiadam podczas spacerów o wszystkim, co mijamy, rozmawiamy o kolorach o tym, że słońce jest bardzo gorące, śnieg zimny, noc ciemna, a pająków nie trzeba się bać, śpiewamy razem piosenki przed snem, Marek ogląda w internecie bajki anglojęzyczne i automatycznie powtarza kolory za lektorem. TataM&M uwielbia gry komputerowe, krótkie filmy naukowe, interesuje się motoryzacją, ogląda z Markiem samochody, motocykle, razem układają klocki, grają na gitarze, strzelają pistoletami na wodę w łazience i robią bańki podczas kąpieli. Marek ma dwa lata. Nie widzę potrzeby zapychania mu czasu zajęciami dodatkowymi. Tak, teraz chłonie wszystko jak gąbka. Wolę jednak, żeby teraz chłonął zyski z czasu spędzonego z rodzicami – choćby to było siedemdziesiąte piąte odśpiewanie przed snem „Jadą, jadą misie, la la la la la”…

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Lifestyle

Nie głodzimy dzieci. Wiemy, co dla nich najlepsze

MamaM&M
MamaM&M
27 marca 2017
Fot. iStock / RomanovaAnn

Popełniłam już jeden tekst o karmieniu piersią. Myślałam, że była to pierwsza i ostatnia moja wypowiedź publiczna na temat żywienia dzieci. Nie jestem specjalistką laktacyjną, nie jestem też terrorystką laktacyjną, nie uważam mleka modyfikowanego za największe zło, a mleko mamy nie jest dla mnie lekarstwem na wszystko. 

Zazdroszczę mamom karmiącym butelką, że w każdej chwili mogą zostawić dziecko pod czyjąś opieką i nie muszą się martwić, czy mrożonek im wystarczy… Ja wybrałam pierś, bo mleko nic nie kosztuje, bo w podróż, do znajomych, do lekarza zabieram tylko pieluchy i jestem gotowa do wyjścia z dzieckiem w każdej chwili, bo nienawidzę myć butelek, smoczków i przede wszystkim dlatego, że chciałam i mogłam karmić, miałam wsparcie w mężu, który zajmuje się wszystkim innym, gdy ja karmię (nawet jak karmienie przeciąga się do godziny przez czytanie Internetów)…

Karmię piersią, bo to dla mnie tanie i wygodne. Pierwszego syna karmiłam 9 miesięcy, z czego trzy ostatnie miesiące już tylko mlekiem odciągniętym, ponieważ Marek, po skończeniu pół roku, płakał, jak tylko rozpinałam stanik. Po trzech miesiącach przyjaźni z laktatorem poddałam się więc i postanowiłam zrezygnować z karmienia piersią definitywnie.

Dodam uczciwie, że mój starszy syn był dokarmiany mlekiem modyfikowanym, ponieważ szybko wróciłam do pracy i nie miałam cierpliwości i czasu ściągać tyle pokarmu, żeby wystarczyło na każde karmienie pod moja nieobecność. Gdy byłam w domu, karmiłam piersią.

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda teraz. Mariusz ma już ponad 6 miesięcy i jest karmiony wyłącznie piersią, ew. pokarmem odciągniętym. Mimo cc na tak zwany „termin” (pojechałam do szpitala na wcześniej ustaloną operację – brak skurczów, rozwarcia i innych oznak porodu), krótkiego wędzidełka i mojego fatalnego samopoczucia, karmienie przebiegało od pierwszych chwil bez problemów.

Do pracy wróciłam około miesiąc po porodzie, ale pracuję w domu, przed komputerem. Jak wychodzę na spotkania, zabieram syna. Rzadko zostawiam go pod czyjąś opieką na dłużej niż 2-3 godziny, więc nie ma problemu z karmieniem na żądanie.

Zgodnie z zaleceniami WHO, karmię wyłącznie piersią, nie podaję napojów, w tym wody, nie dokarmiam. Syn skończył pół roku pięć dni temu. Szósty miesiąc to jakiś dramat dla mnie, jako matki karmiącej. Ileż ja usłyszałam pytań: „dlaczego nie dokarmiasz?”, „dlaczego nie podajesz innych pokarmów?”, „a jak on chce pić?”, „skąd wiesz, ile zjada, jak nie widzisz, ile leci z piersi?”. I złote rady do tego: „nie polecam ci karmić do dwóch lat” (takie jest moje założenie – jeśli syn będzie współpracował), „będzie miał problem z jedzeniem, bo za długo karmisz tylko piersią”, „od czwartego miesiąca bez problemu możesz podawać warzywa i owoce”, „dawaj na noc kaszę, będzie dłużej spał”.

Gdybym napisała wprost, jak się czuję, gdy słyszę te rady i pytania, musiałabym wykropkować wszystkie wyrazy, bo nie nadają się do publikacji na blogu rodzicielskim.

Nie głodzę mojego dziecka! To ja z nim jestem niemalże 24 godziny na dobę. To ja go bacznie obserwuję i widzę, czego potrzebuje, co go boli, co jest z nim  nie tak. Nie uważam się za bohaterkę, ale: zapalenie piersi, nawał pokarmu taki, że mrożonki jeszcze po trzech miesiącach miałam w zamrażarce, ból przy karmieniu w pierwszych dobach po porodzie, nieprzespane noce, zmiany bielizny  co godzinę, całe kartony wkładek laktacyjnych zakupione na zapas w drogerii, brak możliwości spania na brzuchu – tego wszystkiego nie robi się ot tak, dla frajdy. To wszystko robi się z miłości i z poczucia odpowiedzialności za swoje dziecko.

Mariusz ma skazę białkową. Dla mnie oznacza to wykluczenie z diety wszystkiego, co zawiera białko krowie. Dodatkowo alergia na cytrusy sprawia, że naprawdę z wielu rzeczy musiałam zrezygnować. Kiedy mam zły dzień, nie mogę go zagryźć czekoladą (bo mleko w proszku), pizzą (bo ser), herbatnikami (bo serwatka mleka krowiego), czipsami (patrz poprzednie). Muszę uważać na wszystko, co jem, czytać etykiety, składy produktów, ponieważ alergia jest tak silna u mojego syna, że kilka herbatników sprawiło, że podrapał kolana i głowę do krwi. Nie chcę, żeby się męczył, jednocześnie sama muszę zrezygnować z wielu rzeczy, które lubię. Schudłam w pół roku dobre 20 kg. Jestem już na minusie. Ważę mniej niż przed ciążą, ale ważniejsze jest to, że daję mojemu dziecku to, co jest naprawdę dla niego dobre, zdrowe i ważne w pierwszym okresie życia.

Zaczynam Mariuszowi podawać inne pokarmy. Nie jest to łatwe. Markowi podawaliśmy kaszki, więc, nie zmieniając konsystencji, uczyliśmy go nowych smaków, żeby później przejść na owoce, warzywa, mięso, jaja, ryże, makarony, zupy i tak dalej i tak dalej… Mariusz jest karmiony piersią. Próbuje smaku jabłka, banana, gruszki, śliwki, marchewki. Nie idzie to tak, jak w reklamach słoiczków, ale też nie ma ciśnienia, żeby po tygodniu zjadał całe jabłko i pół banana. Jest najedzony. To jest najważniejsze dla dziecka. W mleku dostaje wszystko, czego mu potrzeba.

Nie mówcie nam, mamom, jak mamy karmić, jeśli nie macie fachowej wiedzy. Wyrządzacie krzywdę nam i naszym dzieciom. Mądra mama wie, że dziś jest łatwy dostęp do informacji, umie je znaleźć, wie, kogo zapytać i wie, że pediatra (nawet najlepszy) nie musi być i najczęściej nie jest doradcą laktacyjnym. Zawsze powtarzam, że jedna wizyta u doradcy laktacyjnego jest tańsza niż rok karmienia mlekiem modyfikowanym. Prawdy i sądy, które powtarzały nasze babcie i prababcie wcale nie są tak dobre dla dzieci. Kobiety, które chcą karmić piersią potrzebują wsparcia. Babciu, ciociu, dziadku, jeśli chcesz pomóc, nie krytykuj, najpierw zapytaj, dowiedz się  z fachowych źródeł, jak cały proces powinien wyglądać. Pamiętajcie, fakt, że jakaś kobieta 15-20-50 lat temu wychowała 2,3,4,5, czy 6 i więcej dzieci, nie oznacza, że jest specjalistką od wychowywania, żywienia, i relacji międzyludzkich.

Mój drugi syn za tydzień idzie do żłobka, ja wracam do pracy w większym wymiarze godzin, poza domem. To będzie dla nas bardzo trudny czas. Będziemy nagle daleko od siebie przez kilka godzin każdego dnia, nie będę mogła karmić, gdy Mariusz będzie głodny, ale też nie będę mogła go przystawić do piersi, gdy pokarmu będzie za dużo. Musimy oboje nauczyć się funkcjonować w nowej rzeczywistości, która po poniedziałku już nigdy nie będzie taka jak teraz. I na pewno nie zrezygnuję z własnej woli z tych kilku chwil popołudniowego, wieczornego i porannego karmienia. Po pierwsze dla syna to świetny start w przyszłość, po drugie będę mogła bezkarnie poleżeć i poczytać Facebooka, nawet gdy w kuchni sterta naczyń, pies niewyprowadzony, a na podłodze slalom gigant… bo będę karmić 😉

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉