Lifestyle

Moja siostra, mój wróg

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
20 października 2016
Moja siostra, mój wróg
fot. iStock/ webphotographeer
 

Choć czasami wkurza, podbiera ciuchy i kosmetyki, upierdliwa być potrafi (zwłaszcza ta młodsza) i nie jeden raz poleci ze skargą do rodziców, to siostra jest jedną z najważniejszych i najbliższych nam osób na świecie – a przynajmniej tak właśnie powinno być. Niestety, nie w każdej rodzinie relacje między rodzeństwem układają się tak, jak chcemy. „Moja siostra? Mój największy wróg” mówi szczerze i otwarcie Marlena.

„Za każdym razem, gdy widzę na Facebooku posty w stylu „moja siostra jest wspaniała, kocham ją nad życie, udostępnij jeśli też tak uważasz”, zastanawiam się, czy to jest w ogóle możliwe, taka więź z rodzeństwem. Nigdy tak nie miałam, dla mnie to science fiction jakieś” – zwierza się Marlena i zaczyna swoją opowieść. „Mam młodszą o trzy lata siostrę. To nie jest duża różnica wieku, więc powinnyśmy się całkiem nieźle dogadywać, przyjaźnić, ale to chyba ostatnia rzecz o jaką można nas podejrzewać. Nie wiem dokładnie, kiedy to się zaczęło, a może raczej kiedy ja zaczęłam zauważać, że traktowana jestem jako ta gorsza. Od zawsze w domu słyszałam „Madzia to, Madzia tamto, zostaw, to dla Madzi”. Pieprzony Madziocentryzm zapanował, wszystko kręciło się wokół niej.

Ja byłam zawsze ta brzydsza, z dużymi uszami po rodzinie ojca, piegami na nosie i w okularach. Madzia wyglądała jak aniołek – loczki, duże niebieskie oczy, uszy w normalnym rozmiarze i słodki głosik. Matka była w niej po prostu zakochana i robiła wszystko, by małą córeczkę zadowolić. To nie było tak, że mnie zaniedbywała, nie kochała albo zupełnie lekceważyła – po prostu zawsze Madzia była na pierwszym miejscu, pierwsza wybierała, decydowała, zawsze to ona była poszkodowaną w naszym konflikcie, a ja sprawcą. Wystarczyło, że tupnęła nóżką, zrobiła buzię w podkówkę lub uroniła kilka łez, a już sytuacja odwracała się na jej korzyść i pod jej widzimisię. Ja byłam tą córką od pomagania i domowych obowiązków, a ona od recytacji wierszyków na imieninach, śpiewania kolęd i robienia słodkich minek rozczulających rodzinę. Taki trochę Kopciuszek ze mnie.

Niewiele się zmieniało w miarę naszego dorastania. Magda stała się wredną, rozpuszczoną nastolatką, której w głowie były same rozrywki. Nauką w ogóle się nie przejmowała. Ja ślęczałam nad książkami i wkuwałam materiał do matury, ona robiła makijaż, uciekała na dyskoteki i randkowała z chłopakami – próbowała nawet podrywać moje ówczesne sympatie. Ojciec nieco przejrzał na oczy, chciał ją zdyscyplinować, ukrócić jej zabawy, ale mama zawsze jej broniła, kryła ją i usprawiedliwiała. Nawet oblana matura Madzi nie zmieniła jej nastawienia – to komisja się uwzięła, nauczyciele byli źli, biedna Magdusia!

A Magdusia nic sobie nie robiła ze swojej porażki, nie przejmowała się swoją przyszłością, bo znalazła nowy sposób na życie – bogate zamążpójście. Zawsze mnie intrygowało, jak to jest, że takie osoby jak ona spadają na cztery łapy, że tak olewając życie, zasady dookoła, rodzinę, można się dobrze ustawić. A może właśnie z tego powodu można?  Tydzień po moim zakończeniu studiów bawiłam się na weselu młodszej siostry – bajecznym oczywiście, który kosztował rodziców fortunę, ale co tam, Madzia tak chciała. Ja – pół roku później – musiałam zadowolić się skromnym obiadem w restauracji, za który zapłaciliśmy z mężem z własnej kieszeni.

Gdy po kilku latach prób i skorzystaniu z in vitro udało mi się w końcu zajść w ciążę, Magda w tym samym czasie poroniła swoje drugie dziecko. Usłyszałam wtedy od mamy, że mogliśmy się trochę powstrzymać z tym rozmnażaniem, Madzia tak bardzo cierpi. Ryczałam przez trzy dni i przez kilka tygodni nie kontaktowałam się z rodzicami, bo jej słowa zabolały mnie równie mocno, co cios prosto w twarz. Mąż mnie pocieszał, a teściowa okazała się ogromnym wsparciem – jej opieka i zainteresowanie zastąpiły mi czułość i troskę prawdziwej matki. Pogodziłam się już z tym, że w mojej rodzinie istnieją wnuki i nadwnuki – z mężem żartujemy nawet, że nie dość, że rząd uważa nasze dzieci za te drugiego sortu (bo z in vitro), to nawet babcia ma to samo zdanie (bo nie od Madzi).

Moja siostra to leń patentowany, który potrafi okręcić sobie wszystkich wokół palca, a swoimi fochami i humorami zmusić ich do tego, by tańczyli tak, jak im zagra. Nie przepracowała porządnie nawet tygodnia, a robi z siebie męczennicę, wiecznie zmęczoną i zajętą. Jej dzieci wychowuje oczywiście moja mama – oficjalnie nazywa się to pomaganiem w opiece. Z moimi synami babcia została może ze dwa razy na kilka godzin – bo przecież ona nie ma ani sił, ani czasu. Jak widać chęci też nie. Wątpię w to, że kiedykolwiek zmienią się moje stosunki z siostrą. Już teraz widujemy się tylko na rodzinnych imprezach, dzwonimy do siebie bardzo rzadko – najczęściej to Magda kontaktuje się, gdy potrzebuje pomocy.

Obiecałam sobie, że nigdy nie dopuszczę do tego, by moi chłopcy zaczęli się nienawidzić, by jeden poczuł się faworyzowany, lepszy – jak na razie z radością patrzę na ich relacje i to, jak się o siebie troszczą, jak dbają o siebie nawzajem i po prostu kochają. Boli mnie to, że nie poznałam tych uczuć na własnej skórze, bo wiem, że straciłam coś wyjątkowego, ważną relację, może nawet część siebie, ale nie umiem już niczego zmienić w stosunkach z siostrą. Być może jest już na to zbyt późno.”

Zapisz

Zapisz


Lifestyle

Czy żywność „light” jest „light”?

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
20 października 2016
Czy żywność „light” jest „light”?
Fot. iStock / lechatnoir
 

W obecnych czasach na rynku pojawiło się bardzo wiele produktów oznaczonych kuszącym dopiskiem „light” – przetworów mlecznych, majonezów, napojów. Chętnie je wybieramy w nadziei, że są lepsze dla naszego zdrowia i figury niż ich tradycyjne odpowiedniki. Ale czy hasło to rzeczywiście coś znaczy? Czy jest jedynie hasłem marketingowym? Czym tak naprawdę jest żywność „light”?

Zgodnie z przepisami prawa, producent może umieścić na etykiecie słowo „light”, „lekki” bądź „o obniżonej zawartości”, tylko wtedy gdy obniżenie zawartości wybranego składnika produktu
wynosi co najmniej 30% w porównaniu z produktem tradycyjnym. Oświadczeniu temu musi towarzyszyć wskazanie właściwości, które sprawiają, że środek spożywczy staje się produktem „lekkim”, np. twarożek o smaku waniliowym light marki X zawiera o 40% mniej tłuszczu niż twarożek waniliowy marki Y.

Zmniejszenie zawartości dotyczy zwykle cukru lub tłuszczu, co przekłada się na zmniejszenie wartości energetycznej produktu. Cukry często są zastępowane słodzikami o znikomej kaloryczności, dzięki czemu porcja napoju typu cola light (200 ml) dostarczy nam tylko 1 kcal, podczas gdy wersja podstawowa tego napoju aż 86 kcal. Znacznie mniej kaloryczne są też odtłuszczone majonezy light.

– 1 łyżka majonezu lekkiego (15 g) dostarcza od ok. 50 do 70 kcal, a taka sama ilość wariantu pełnotłustego – ponad 110 kcal. Trzeba mieć jednak na uwadze, że wybierając produkt „light”, osiągniemy korzyść tylko wtedy, gdy rzeczywiście spożyjemy go tyle, ile zjedlibyśmy podobnego, bardziej słodkiego lub tłustego. Jeśli zjemy go więcej, bilans kalorii będzie podobny. To samo stanie się, jeśli obok porcji produktu „light” zjemy więcej innych produktów. Po prostu wydaje nam się, że jeśli spożywamy produkty o niższej zawartości kalorii, to wolno nam zjeść ich więcej lub też zjeść więcej innych produktów.

Nie utożsamiajmy ponadto słowa „light” z „lepszy”. Na przykład serek śmietankowy light, z deklaracją producenta „40% mniej tłuszczu niż w produktach podobnych”, zawiera 11 g tłuszczu w 100 g, podczas gdy w wielu innych serkach w kubeczkach (bez oświadczenia „light”) zawartość tego składnika jest znacznie niższa. Warto zwrócić też uwagę, że na sklepowych półkach znajdziemy margarynę do kanapek „light” o zawartości tłuszczu 30% tuż obok margaryny o zawartości tłuszczu 20%, bez podobnego oświadczenia, a w dodatku z niższą ceną. Poza tym tłuszcze tego rodzaju mają rzeczywiście bardzo niską wartość kaloryczną (270-390 kcal) w porównaniu z tradycyjną margaryną lub masłem (740 kcal).

– Zanim umieścimy produkt „light” w zakupowym koszyku, uważnie przeczytajmy jego etykietę oraz etykiety podobnych artykułów i je porównajmy. Wybór nasunie się sam – radzi dr Agnieszka Jarosz, ekspert z Instytutu Żywności i Żywienia. – 30% mniej nie zawsze oznacza mało. Np. ciasto francuskie light, nadal będzie tłustym ciastem. Poza tym oświadczenie „light odnosi się zwykle do jednego składnika. Bardzo często spotykamy np. jogurty light, które zawierają mniej tłuszczu niż inne, ale tę samą, wysoką ilość cukru. W tym przypadku lepszym wyborem będzie jogurt naturalny o zawartości tłuszczu do 2% i porcja świeżych owoców niż słodzony, aromatyzowany produkt light. W niektórych jednak przypadkach, jeśli chcemy zrzucić zbędne kilogramy, czasami lepiej zrezygnować z takich produktów. Mimo obniżonej kaloryczności dalej są one źródłem zbędnych kalorii. – dodaje dr Agnieszka Jarosz.

Produkty „light” lub „lekkie” mogą, ale nie muszą, być dobrą alternatywą dla swoich tradycyjnych odpowiedników. Przykładowo: czekolada o obniżonej zawartości cukru, która ciągle ma dużo tłuszczu, albo krakersy o obniżonej ilości tłuszczu, które nadal zawierają dużo soli. Kupujmy produkty „light”, ale zawsze po uważnym przeanalizowaniu etykiety. Miejmy też na uwadze, że produkt „light” nigdy nie będzie panaceum na problem nadwagi i otyłości. Niektóre tego typu produkty, jedzone w rozsądnych ilościach, mogą nam jedynie nieco pomóc w zrzuceniu niechcianych kilogramów.

linia 2px

Zachowaj Równowagę to realizowany przez Instytut Żywności i Żywienia projekt edukacyjny, którego pełna nazwa brzmi: „Zapobieganie nadwadze i otyłości oraz chorobom przewlekłym poprzez edukację społeczeństwa w zakresie żywienia i aktywności fizycznej” (2011–2016). Projekt jest współfinansowany przez Szwajcarię w ramach Szwajcarsko-Polskiego Programu Współpracy (SPPW) z nowymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej. Jego całkowity budżet wynosi 5 294 000 CHF, z dofinansowaniem strony szwajcarskiej w wysokości 4 500 000 CHF (85% kosztów) i z budżetu Ministerstwa Zdrowia (15% środków). Partnerami projektu są: Akademia Wychowania Fizycznego w Warszawie, Polskie Towarzystwo Dietetyki i Instytut „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

Więcej informacji na temat projektu Zachowaj Równowagę na stronie: www.zachowajrownowage.pl

Więcej informacji o Szwajcarsko-Polskim Programie Współpracy na stronie: www.programszwajcarski.pl

Aplikacja mobilna Asystent Zdrowego Żywienia do pobrania za darmo na telefony z systemem Android: http://bit.ly/zachowajrow oraz z systemem iOS: http://apple.co/2doXTUX


Lifestyle

Niska samoocena w związku, to kiepski partner na życie

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
20 października 2016
Fot. iStock / Maksim Toome

Jeśli jesteś osobą, która nie wierzy w swoje siły, trudniej ci odnaleźć się w wielu zwykłych, życiowych sytuacjach. Niskie poczucie własnej wartości może przekładać się na brak powodzenia w pracy, na kanwie koleżeńskiej czy rodzinnej, a także w związku. Jest to sytuacja trudna, zarówno dla osoby z zachwianą wiarą we własne możliwości, jak i jej partnera. Niestety, bez koniecznych zmian w nastawieniu do siebie samej, trudno będzie przełamać złą passę i poczuć się dobrze w każdej roli, jaką przyjdzie ci pełnić.

Skąd się bierze brak wiary w siebie?

Brak wiary w siebie sprawia, że jesteśmy nieszczęśliwi i nie możemy złapać wiatru w żagle. Dryfujemy przez życie, nie czerpiąc z niego tak, jak mogłybyśmy to robić. Za naszą wiedzą i poniekąd zgodą, omija nas najlepsze. W takiej perspektywie trudno jest żyć na własnych zasadach, opierając się na swoich planach i marzeniach. Co gorsza, brak wiary we własne siły może powodować, że stajemy się bardziej podatne na manipulację innych osób.

To poczucie bycia gorszym, mniej zaradnym, może towarzyszyć nam przez całe życie, bez względu na faktyczne osiągnięcia. Może dotykać całokształtu lub tylko jednej dziedziny, np. powodzenia w związku z partnerem. Kompleksy gdzieś głęboko utykają w głowie i nie pozwalają zobaczyć wszystkiego w prawdziwej perspektywie.

Fot. iStock /Maksim Toome

Fot. iStock /Maksim Toome

Powody takiego postrzegania siebie, mogą być różne. Najczęściej sięgają jeszcze czasów dzieciństwa, gdzie brakowało nam akceptacji naszych niedoskonałości ze strony rodziny lub otoczenia. Trudno nieść ciężar, który zalega na naszych barkach od dawien dawna. Ciężko jest również go ot tak porzucić, bo staje się cechą naturalną. Jacy byliśmy, tacy jesteśmy. A to zgubne myślenie, krzywdzące tak samo osoby czujące się niepewnie, jak i ich bliskich.

Związki kobiet z niskim poczuciem wartości nie należą do łatwych

Poczucie bycia „gorszą” negatywnie przekłada się na relacje z partnerem. Będąc na gorszej pozycji, trudno budować szczęśliwą relację, bez wiary w to, że może się udać. A jak już się udaje, kobieta zachodzi w głowę, jakim cudem TEN facet akurat ją wybrał, skoro ona na niego nie zasłużyła. Rozmyśla, sprawdza, wystawiana próbę cierpliwość partnera. I to rodzi ogrom problemów, które rozbijają związek od środka.

8 sposobów, w jakie kobiety o niskim poczuciu własne wartości niszczą związki 

1. Chcą związku za wszelką cenę

Z tego powodu zwracają się ku każdemu, kto obrzuci je cieplejszym spojrzeniem. Są tak złaknione relacji, że nie wnikają w faktyczne intencje drugiej osoby. Bo skoro może „coś” z tego wyjść, to łapią  pierwszą lepszą okazję. Szukając szczęścia, godzą się na wszystkie, nie zawsze uczciwe warunki i wymagania wobec niej ze strony partnera.

2. Są przesadnie ostrożne

Zwłaszcza, gdy w najbliższym otoczeniu obserwowały przykłady kłamstw czy rozwodów i rozpadu pozornie dobranych par. Wolą się za bardzo nie angażować, nie otwierać przed partnerem, tak na wszelki wypadek. Nie mają także zaufania do partnera, bo skoro gdzieś indziej układ idealny zawiódł, tu może stać się to samo.

3. Mają wygórowane oczekiwania

Nie zaznając wcześniej szczęścia i spełnienia, kobiety mogą stawiać wysoko poprzeczkę, czyniąc ją zbyt wysoką do pokonania dla potencjalnego partnera. Niestety rzadko się zdarza, że tuż za rogiem czeka armia idealnych rycerzy w lśniącej zbroi, a kobiety zostają same, nadal bez spełnienia swoich potrzeb.

4. Obawiają się bliskości

Bliskość drugiej osoby, intymność, jest nieunikniona w związku. Na tym oraz na zaufaniu powinien się on opierać. Jednak kobiety z zaniżoną samooceną boją się dotyku, nagości, zbliżeń, traktują jak obcą, nienaturalną konieczność. W efekcie, gdy partner podejmuje kolejne kroki skracające dystans, kobieta ucieka, czasem kończy relację, nie dając sobie szans na spróbowanie czegoś innego. Bo tak jest dla niej pewniej, bezpieczniej.

Fot. iStock / Bokeshi

Fot. iStock / Bokeshi

5. Sprawdzają, sprawdzają i jeszcze raz sprawdzają

Przede wszystkim testują wierność, uczciwość i zaangażowanie partnera. Osobie z niską samooceną trudno jest uwierzyć, że ktoś pokochał ją bezinteresownie. Dla własnego komfortu i pewności postawy partnera, zadręczają go pytaniami, stawiają przed nim nowe zadania, a on, nawet gdy się stara, nie potrafi przekonać kobiety do swojej intencji. I tak się kończą kolejne związki.

6. Chcą zbyt szybkiego osiągnięcia celu

Zamiast zdać się na naturalny rozwój sytuacji w związku, kobiety z obniżoną samooceną próbują od razu wskoczyć na wyższy etap związku. Wynika to z obawy, że coś może się nie udać, więc napierając na drugą osobę, chcą kuć żelazo, póki gorące. Jednak pomijając naturalny bieg wydarzeń, kobieta naciska na partnera za bardzo, powodując u niego chęć ucieczki w obawie przed narzuconym tempem.

7. Wchodzą w fikcyjne relacje

Chcąc zrekompensować sobie pewne braki, np. w sferze materialnej, niedowartościowane kobiety mogą wchodzić w relacje nie dla uczucia, ale dla pieniędzy. Jednak zaspokajając niedostatek z jednego obszaru, nadal odczuwają braki w innym, więc takie działanie szczęścia z reguły nie przynosi, a krzywdzi nie tylko kobiety, ale także ich partnerów, gdy intencje stają się jasne.

8. Powtarzają stare błędy

Jeśli kobieta miała już wątpliwą przyjemność skosztować związku trudnego, niedającego spełnienia i satysfakcji, następnym razem powinna trzymać się z dala od popełniania tych samych błędów. A jednak tak nie jest. Jeśli pojawia się kłopot z poczuciem własnej wartości, kobieta asekuracyjnie godzi się na wchodzenie w podobną relację, bo to już zna i potrafi się poruszać w jej obrębie.  Gdy świat jawi się jako niebezpieczne miejsce, kobiecie brakuje sił, by zmagać się z czymś nowym, więc wraca do znanego typu związków.

Można i trzeba pracować nad problemem niskiej samooceny, znaleźć źródło problemów. Jeśli nie jesteś w stanie samodzielnie pokonać swoich słabości i zmienić nastawienia, skorzystaj z terapii. To pozwoli przejść przez niełatwy proces zmian i żyć szczęśliwie na własnych zasadach, z uczciwą oceną samej siebie.


źródło: charaktery.euwww.emocje.net.pl,


Zobacz także

Facet z odzysku... Jak żyć z rozwodnikiem?

Facet z odzysku… Jak żyć z rozwodnikiem?

40 głupich i natrętnych myśli, które skutecznie utrudnią zasypianie

Jak nie stracić formy jesienią? To idealny czas na rower