Lifestyle

Miałam raka, nie mam cycków. Chcę kochać i żyć, pozwólcie mi na to

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
26 maja 2016
Arch. prywatne
 

Mam na imię Joanna, mam 43 lat, miałam raka w trzecim stadium, jestem po mastektomii. Zachorowałam w wieku 37 lat. Kochałam swoją pracę, byłam mężatką, matką dwóch dorastających synów. Mogło nic się nie zmienić. Ale mogłam też umrzeć. Nie umarłam.

Żyję i mówię głośno: to, że jestem bez jednej piersi, nie znaczy, że przestałam być kobietą. Tak, mam partnera, uprawiam seks. Ja to wiem, ale czy inni wiedzą?

O raku mówi się coraz więcej, wiem. Najwięcej o badaniach profilaktycznych, samym leczeniu, męczącej i uciążliwej chemioterapii, walce. Ale my nie jesteśmy żadnymi męczennicami. Brałam sześć cykli chemii, najgorszej, tej czerwonej. Wpadałam do szpitala w szpilkach i letniej sukience. Przyjaciołom pisałam: „zaczynamy tankowanie”. Tyle.

Albo się poddajesz. Albo uczysz życia od nowa. Tak przecież powinni postępować ludzie w kryzysie. Nie ma znaczenia czy kryzys to utrata pracy, odejście partnera, czy cholerny nowotwór. Robisz co możesz, nie możesz nic zrobić? Nie analizuj. Nie jestem typem męczennicy, wiem, że najgorsze rzeczy nas nie złamię. Jeśli tylko powiemy sobie: „To mnie nie złamie”.

Świat do góry nogami

Oczywiście, są takie zdarzenia w życiu, które zmieniają wszystko. Oczywiście, dzieją się nagle, oczywiście, w najmniej spodziewanym momencie.

Byłam matką dwóch nastoletnich synów, piętnastolatka i siedemnastolatka. To nie był najłatwiejszy okres w ich życiu. Pracowałam jako kierownik administracji w dużej firmie. Co się dla mnie liczyło? Zadania, dyscyplina, cele. Można więcej, trzeba więcej, dalej, mocniej, wyżej. Pewnie nie byłam łatwym współpracownikiem. Poświęcałam się tej pracy. Szkolenia, wyjazdy, rozwój. Planowanie było moją obsesją.

Badania okresowe wykonywałam regularnie– nic niepokojącego. Na szczęście czasem czuwa nad nami los. Któregoś dnia wjechałam w drugi samochód, otworzyła się poduszka powietrzna, pas wbił mi się w pierś. Zrobił mi się krwiak. Poszłam do lekarza, najpierw – USG, nic. Ale krwiak się nie wchłaniał, zlecono mi więc biopsję. Nie przeżywałam dramatu kolejek, czekania. Pracowała w końcu w korporacji, byliśmy wszyscy ubezpieczeni prywatnie.Jechałam akurat na szkolenie, gdy zadzwonił miły pan z placówki medycznej.

Dzień dobry, to rak

„Ma pani nowotwór, proszę jak najszybciej przyjechać” usłyszałam.  „Aha” odpowiedziałam.

Ludzie bardzo różnie reagują na takie wiadomości. Jedni zakopują się pod łóżko i wyją, inni wpadają w otępienie, trzeci wydzwaniają po rodzinie, przyjaciołach. Ja nie zrobiłam nic. Po szkoleniu odebrałam wyniki, włożyłam do torby. To był rak trzeciego stopnia, z przerzutami do węzłów chłonnych. Następnego dnia poszłam do pracy, miałam zebranie. Żyłam tak przez kolejne dwa miesiące. No dobrze, zadzwoniłam do kilku szpitali, orientowałam się, jak może wyglądać leczenie. Porządkowałam sprawy prawne, dałam siostrze wszystkie hasła dostępu do konta. Byłam przecież taka zapobiegawcza.

Po dwóch miesiącach mój mąż znalazł wyniki, popłakał się. „Czy ty wiesz co ja teraz czuję?” wyrzucał. Patrzyłam na niego trochę jak na wariata. „Co ty czujesz?! A co ja, k…. czuję”.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

To mnie jednak zmobilizowało, pojechałam do Centrum Onkologii i… uciekłam. Ten kłębiący się tłum chorych w poczekalni, ci ludzie z całej Polski, te zawalone parkingi pełne samochodów. Te herbaty, kawy w termosie, koce. „To jakiś koszmar” pomyślałam. To się nie mieściło w moim planie. Ale guz rósł w zastraszającym tempie, widziałam go już nawet pod skórą. Nie mogłam więc znów wyników schować do torby. Trafiłam do szpitala onkologicznego na Wawelskiej w Warszawie. Ciepło, kameralnie. „Tu mogę się leczyć” stwierdziłam. W październiku 2009 dowiedziałam się o chorobie, w grudniu trafiłam do szpitala, gdzie ustawili mi leczenie. Decyzja; najpierw chemia, bo guz jest za duży, by go usuwać.

Hej, jeszcze nie umieram

Chemię miałam zaplanowaną na 2 stycznia: „W życiu!!!!” stwierdziłam. Nie będę tego przekładać na Nowy Rok. Pierwszą chemię podali mi więc… w Sylwestra. Dostawałam wtedy sterydy, długo byłam jak nakręcona. One dodawały mi sił, łagodziły objawy. Wypadały mi włosy, brwi, rzęsy. „Dobrze, że mi wypadają te cholerne włosy, zniszczone były przez to ciągłe farbowanie” mówiłam sobie. Nikt w mojej pracy nie wiedział, że mam raka.Tylko szef. Znajomi mówili: „o, jak ładnie wyglądasz, o, zaczęłaś sobie wreszcie włosy prostować”. Nie brałam już tylu nadgodzin, zdarzało mi się zostawać w domu, ale każdego dnia próbowałam wstać i mówiłam sobie: „nie, nie poddam się, nie zobaczą mnie w złym stanie”.

Rok przed chorobą kupiłam sobie perukę. Kosztowała 50 zł, zakładałam ją czasem i wychodziłam na ulicę. Byłam ciekawa czy poznają mnie znajomi. Nie poznawali, a synowie śmiali się: „Bożeee, zdejmij to natychmiast”. Potem się już nie śmiali.

Ale jak mówiłam, nie demonizujmy chemioterapii, to nie jest świat podziemnego Hadesu. Normalne rozmowy, śmiech, życie.  Wiele z nas ma takie podejście. Trzeba to przejść, zapomnieć, nie rozczulać się za mocno.

Tak samo miałam z usunięciem piersi. Zawsze myślałam: moje piersi są naprawdę fajne. Przed samą operacją zrobiłam zdjęcia, a potem? Trudno. Jest jak jest. Najtrudniejsze było to, że usunęli mi węzły chłonne. Każda czynność była trudna. Ukrojenie chleba– masakra. Jazda samochodem– masakra. Powieszenie prania– niemożliwe. Godziny godziny rehabilitacji, ćwiczeń, automasaże. Ja dojeżdżałam na rehabilitację do Centrum Onkologii z drugiego końca miasta. Bezradność była trudna. Nie wniesiesz sama zakupów, dźwiganie zgrzewki wody mineralnej– poza twoim zasięgiem.

Nie litujcie się, pomagajcie

Wszyscy, w jakimś sensie wiemy, jak ludzie reagują na cierpienie. Nie radzą sobie, nie ogarniają. Oczywiście na początku pytają: „jak się czujesz?”, pytają drugi raz. Ale nie daj Boże powiesz, co ci jest. Że boli, że ciężko, źle. Trzeci raz już się nie zapytają. Bo to straaaaszne. Jakby cierpienie było zaraźliwe. Jedna z moich koleżanek: „Dobrze, że to ciebie spotkało, a nie mnie, jesteś silna, dasz radę. Ja bym nie dała”.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Ale przecież nie chodzi o raka. Ludzie boją się cierpienia, to słabość. Co innego, gdy ich samych to spotyka.

Zresztą chory nie chce litości. Ja nienawidziłam pytań. Chciałam konkretnej pomocy. Dawali mi ją synowie, siostra, niektórzy znajomi.

Rozstańmy się, Miła, Miły

Rozstania są częścią takich przełomów w życiu. Rozstania z przyjaciółmi, partnerami. Widzisz wyraźnie kto z tobą jest, kto wspiera, znosi ból, fochy. Jeśli ktoś kochał twoja siłą, nie zawsze wytrwa w cierpieniu. Nie ma co tego żałować. Jest różnie.

Moje małżeństwo nie wytrzymało tej próby. Zresztą nie jestem wyjątkiem. Ale nie róbcie z nas ofiar, biedne, bez piersi, porzucone. Często to my mówimy: „koniec”. Ja kalkulowałam: ile mi jeszcze zostało miesięcy, jak chcę to przeżyć. Gdy chorujesz, przestajesz żyć na pół gwizdka.

Hej, jestem kobietą

Najgorsze jest wracanie do życia, do normalności. Chcesz kupić stanik, nie ma gdzie. Chcesz kupić sukienkę, to wyższy poziom ekwilibrystyki. Większość sukienek ma za ciasne rękawy. „Na kogo to jest?! Chyba na ręce patyki” złorzeczyłam. Dekolt? Boże, za głęboki. Rękawy? Za bardzo wykrojone, widać szwy. No i sklep z biustonoszami, mój hit.  Już sama nazwa masakryczna. Czy nie można by normalnie?  Jakoś kobieco. Kłębi się tłum, panie dyskutują o chorobach. „ A mi to jest to”. „Ale za to mnie”. Co to jest?!!! Czekam w gigantycznej kolejce, przymierzam stanik, obok proteza nogi. Halo, czy ja umarłam? Nie, nie umarłam. Dlaczego kupuję bieliznę, a obok leży proteza?!!Wychodzę upokorzona. Mam stanik sportowy, jeden czarny i jeden cielisty– ortopedyczne. Szał po prostu.

A przecież wciąż jestem kobietą. Ktoś mi powiedział: „Teraz po chorobie nikogo nie znajdziesz”. Słucham?! Ja nie znajdę? Znalazłam, od roku mam faceta, żyjemy normalnie, jak każda para. Kobiecość to stan umysłu, a stan posiadanych organów.

Ale wtedy, gdy wyszłam z tego cholernego sklepu, wiedziałam, że będę to zmieniać.

Najpierw sama zapisałam się na basen. Zdziwienie kobiet, gdy się przebierałam jednak mnie krępowało. Zapisałam się więc na zumbę. Potem sama zrobiłam kurs instruktora zumby, zaczęłam prowadzić zajęcia. W centrach handlowych, w fundacjach. Poznawałam kobiety takie jak ja– w trakcie raka, po raku. Mówiłam: dacie radę, a im więcej rzeczy będziecie robić, tym bardziej dacie radę. Podawałam im tylko rękę, i to było niesamowite patrzeć, jak niektóre z nich z milczących, zdołowanych stawały się wulkanami energii, dziś biegają maratony, występują na scenie, działają. „Bo kobiecość to nie są organy”.

fota j

Od 1 lipca otwieram salon w jednym z Centrów Handlowych w Warszawie. Będę sprzedawać biustonosze dla kobiet po mastektomii. Ale nie tylko. Nawiązałam współpracę z innymi kobietami. Zatrudniamy kosmetyczkę ( brak brwi, rzęs naprawdę jest problemem), manicurzystkę ( po chemioterapii płytka paznokcia już nigdy nie jest taka sama). Jedna chce stworzyć kolekcję ciuchów, druga szyć kostiumy kąpielowe. To będzie wielkie przedsięwzięcie pod krótkim hasłem: żyjesz, wciąż jesteś atrakcyjna, możesz, chodź, pomożemy ci. Wybrałyśmy nazwę nie kojarzącą się z nowotworami. YOKOTOKO.

Co daje choroba? Nie, nie mam żadnej misji, żadnego: badajcie się, dbajcie. Przecież się badałam. Misja może jest tylko jedna– to od nas zależy to, co zrobimy ze swoim życiem. Nawet w takiej sytuacji. Wstań, nie poddawaj się. Jestem delikatniejsza, bardziej uważna, słuchająca, ale wciąż, jak kiedyś myślę: ja jestem najważniejsza. I to, sądzę, jest mój największy życiowy sukces. Myślę, że jestem najważniejsza, bo dzięki temu mogę dbać i wspierać innych.

Ale lepszy ze mnie człowiek po chorobie. I już nie pędzę. Bo po co?:)


Lifestyle

Lubisz dopasowane do ciała ubrania? 6 dowodów na to, że zbyt ciasne ciuchy szkodzą zdrowiu

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
27 maja 2016
Fot. Pixabay / JESHOOTS / CC0 Public Domain
 

Kobiety kochają dopasowane ubrania, które podkreślają sylwetkę. Niestety czasem można zaobserwować dziewczyny wręcz wbite w zbyt ciasne ubranie. Bardziej już nie da się podkreślić sylwetki, jednak noszenie zbyt małych ubrań nie tylko krępuje ruchy i szczególnie w przypadku spodni biodrówek tworzy nieestetyczne fałdy skóry, ale także zagraża zdrowiu.

Źle dopasowane ubrania szkodzą ciału

1. Jeansy

Jeansowe spodnie, szczególnie typu rurki które kocha rzesza kobiet, absolutnie nie powinny być ekstremalnie dopasowane do sylwetki. Zbyt ciasne obleczenie całych nóg może skutkować przykrymi objawami zaburzeń czucia na bocznej powierzchni uda oraz intensywnym świądem. Powodem jest zbyt mocny ucisk nerwu skórnego bocznego uda. Ponadto nosząc za ciasne, sztywne spodnie utrudniamy przepływ krwi, a tego skutkami są obrzęki i zastoje. Uciskanie żołądka i jelit, jeśli nosimy spodnie ledwie dopinające się w pasie, spowoduje kłopoty trawienne, a nacisk na pęcherz, kłopoty z utrzymaniem moczu.

Fot. Pixabay / kaboompics / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / kaboompics / CC0 Public Domain

2. Biodrówki

Noszenie spodni które kończą się wysokością na biodrach, może kończyć się wychłodzeniem dolnej partii pleców, sprzyjać kłopotom z pęcherzem oraz nasilać stany zapalne jajników. Zbyt ciasne biodrówki uciskają nerwy czuciowe pod kością ogonową, a w efekcie pojawia się mrowienie i drętwienie. Z biodrówkami pojawia się także kłopot natury estetycznej, ponieważ ciasno okalający biodra pas podkreśla nadmiar skóry i tkanki tłuszczowej, formując brzydko wyglądające oponki wokół bioder. A tego żadna z nas nie lubi.

 Fot. Pixabay / SplitShire / CC0 Public Domain


Fot. Pixabay / SplitShire / CC0 Public Domain

3. Stringi

Mężczyźni bardzo lubią ten rodzaj bielizny, a kobiety chcąc czuć się sexy, chętnie ją zakładają. Trzeba jednak wiedzieć, ze tak ciasno przylegający, wręcz wrzynający się w intymne miejsca materiał to pierwszy krok do intymnej katastrofy. Przylegający do skóry materiał sprawia, że zbiera się wilgoć, a w połączeniu z ciepłem ciała stanowi to idealną pożywkę dla chorobotwórczych grzybów i drobnoustrojów. Podczas poruszania się, cienki pasek materiału może powodować otarcia oraz przenosić bakterie z okolic odbytu do pochwy, co powoduje zakażenia grzybicze i stany zapalne.

 Fot. Pixabay / gadost0 / CC0 Public Domain


Fot. Pixabay / gadost0 / CC0 Public Domain

4.Biustonosz

Kobiety często kupują staniki „na oko” i nawet jeśli miseczki są ciut za małe, to według wielu z nas, wcale nie szkodzi, bo ściśnięte piersi to większe piersi! Niestety, to tylko pozory, bo biust ściskany do granic możliwości narażony jest na deformację. A gdy jeszcze obwód w klatce piersiowej jest większy niż możliwości stanika, fundujemy sobie wrzynający się materiał, otarcia skóry, bóle ramion, barków, pleców. Co gorsze, za ciasne biustonosze oddziałują na zaburzenia układu limfatycznego oraz krążenia. Z powodu utrudnionego odprowadzania limfy, mogą powstawać torbiele i guzki, wymagające interwencji chirurga.

Fot. Pixabay / Foundry / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / Foundry / CC0 Public Domain

5.Buty

Zbyt małe deformują stopę, zbyt wąskie doprowadzają do powstawania halluksów, problemy z wrastającymi paznokciami u stóp. Te, nie mające właściwej amortyzacji oraz nie gwarantujące odpowiedniego podparcia wysklepieniu, mogą powodować stany zapalne rozcięgna podeszwowego. o negatywnym wpływie butów na stopy i ciało, przeczytasz tutaj.

 Fot. Pixabay / Espressolia / CC0 Public Domain


Fot. Pixabay / Espressolia / CC0 Public Domain

6.Koszula z kołnierzykiem

O dziwo, nawet zamiłowanie do zapinania eleganckich kołnierzyków po ostatni guzik, może przynieść pewną szkodę. Ucisk na tętnicę szyjną, spowodowany ciasnym kołnierzykiem, może powodować utrudnienia w transporcie dotlenionej krwi do mózgu. W związku z tym, jeśli pracujecie np. w biurze, możecie zauważyć spadek koncentracji czy szybkiego reagowania.

 Fot. Pixabay / Republica / CC0 Public Domain


Fot. Pixabay / Republica / CC0 Public Domain

 


Lifestyle

„Nigdy nie przestałam cię kochać”, „nie miałam wyboru”, „myślę o tobie codziennie”. Czy można wybaczyć?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
26 maja 2016
Fot. iStock/prudkov

Niezaleczone żale z dzieciństwa, kilka złych wspomnień, poczucie, że nie wszystko było tak jak trzeba. A nade wszystko pytanie: kto jest twoim prawdziwym rodzicem, ten który dał życie, czy ten, który wychował? Dorosłe dzieci z rozbitych i zrekonstruowanych rodzin noszą w sobie ten nierozstrzygnięty konflikt bardzo często. Bo jeśli w pewnym momencie ten marnotrawny, ale „prawdziwy”, bo biologiczny ojciec się pojawi, to co zrobić? Jak się zachować? Czy przyjąć go z otwartymi ramionami, a trudne rozmowy o przeszłości zostawić na lepszy moment? Czy obojętnym tonem odpowiedzieć: „nie mamy ze sobą nic wspólnego”?

Małgosia swoją biologiczną mamę poznała w dniu 18- tych urodzin

Wychodziła jak co rano do szkoły, w progu dała buziaka młodszej siostrze i pomachała jeszcze wesoło rodzicom, szykującym się do pracy. Dobrzy, zamożni ludzie, zaadoptowali Małgosię, gdy miała zaledwie dwa lata. Nie pamiętała życia innego niż to szczęśliwe, radosne z nimi. Choć wiedziała, że nie są jej (powiedzieli jej o tym, gdy skończyła 15 lat) prawdziwymi rodzicami

Wtedy zobaczyła JĄ. Stała przy furtce, ubrana skromnie, ale schludnie, w ręku trzymała niebieską reklamówkę. Wyglądała bardziej na przerażoną niż wzruszoną, kiedy złapała Małgosię za rękę.

„Córeczko – powiedziała – to ja. Wszystkiego najlepszego”. Małgosia zamarła. W pierwszej chwili pomyślała, że to ktoś niepoczytalny, że powinna cofnąć się do domu lub już teraz wołać o pomoc. A potem spojrzała uważniej. I zrozumiała. Zrozumiała również jak bardzo podobna jest do matki. A tego poczucia, że jest podobna przynajmniej do jednego z rodziców brakowało jej od czasu, gdy zaczęła dorastać. Teraz patrzyła na stojąca przed nią, zupełnie obcą kobietę i widziała tak samo wykrojone, migdałowe oczy, wąskie usta i lekko zadarty nos. Prawie odbicie w lustrze, postarzone o jakieś 20 lat. Wrażenie, jakie wywarła na niej ta świadomość przeraziła ja tak bardzo, że szybko wyrwała rękę i pobiegła na przystanek.

Potem matka przychodziła jeszcze trzy razy. Kiedy Małgosia konsekwentnie odmawiała rozmowy, wcisnęła jej do torby list, w którym prosiła córkę o wybaczenie i opisała okoliczności, które zmusiły ją do pozostawienia małej w domu dziecka. Na kartce z zeszytu zapisała także swój numer telefonu i adres.

Małgosia czytała ten list wiele razy. „Nigdy nie przestałam cię kochać”, „nie miałam wyboru”, myślę o tobie codziennie”, „chcę naprawić błędy”…

Oburzyło ją zwłaszcza zapewnienie, że matka ją kocha. Kocha, kocha… Jak może kochać, skoro jej nie zna? Skoro 16 lat czeka, żeby dać znać, że w ogóle żyje? Skoro nie pyta, nie dzwoni, nie stara się jej poznać przez cały ten czas?

Potem usiadła pomiędzy Alą i Zbyszkiem, mamą i tatą, którzy dali jej dom i bezwarunkową miłość. Długo rozmawiali o emocjach, które wzbudziło w Gosi pojawienie się w jej życiu matki. Aż zrozumiała, że źle jej z tym „ocenianiem”. Że woli swój poprzedni spokój, że nie chce życiowej rewolucji. I że nikt nie chce jej niczego zabrać, to ona może za to wybrać, czy mieć „coś więcej”. Jej niezwykła dojrzałość znowu wzięła górę. Zdecydowała się zadzwonić pod numer zapisany drżącą ręką na zeszytowej kartce. Z Jolą, (słowo „mama” nie przeszło Małgosi przez usta) spotkały się kilka dni później. Rozmowa toczyła się niezgrabnie, niezręcznie, nie padły wielkie słowa, ale Małgosia odzyskała swój spokój. Jola chyba też. Odchodząc uścisnęły się serdecznie. Ich kontakt jest dziś sporadyczny, od czasu do czasu telefon, raz na kilka miesięcy spotkanie. Ale dla Joli najważniejsza jest świadomość, że córka jej przebaczyła.

Marta swojego ojca spotkała ponownie po 22 latach

Poznała go od razu, bo kiedy zabierano ją z domu do pogotowia opiekuńczego, chodziła już do szkoły. Ojciec Marty, wdowiec i więzienny recydywista była alkoholikiem. Swoją szóstkę dzieci traktował bezwzględnie. Do tego okresu dzieciństwa żadne z nich najchętniej nie wracałoby myślami. Poukładali sobie życia, trzymają się blisko i wspierają, jak mogą najlepiej. Wychowali się w rodzinnym domu dziecka, gdzie nowi rodzice z ogromnym wysiłkiem i zaangażowaniem odbudowywali ich świat – cegiełka po cegiełce. Na nowo nadawali znaczenie wartościom, uczyli ufać i porządkować swoje emocje. Z czasem ojciec stał się dla nich odległym, koszmarnym wspomnieniem, do którego się nie wraca. Aż pojawił się ponownie.

Martę znalazł na portalu społecznościowym. Któregoś dnia zamarła, gdy wychodząc z pracy zobaczyła go stojącego z bukietem kwiatów przed jej biurem. Starszy, nieco zgarbiony, siwy, ale ciągle on, tak samo straszny, zły. Symbol koszmarnego dzieciństwa. Mówił błagająco, że jest innym człowiekiem. Że w więzieniu poznał świetnego księdza, że się nawrócił, że dużo czytał. Że wie, że robił źle. Że nie było dnia, w którym nie myślał o tym, jak skrzywdził swoje dzieci. Uciekła wykrzykując mu tylko, że dla niej jest nikim i że nie chce mieć z nim nic wspólnego. I żeby nie ważył się niepokoić reszty rodzeństwa, bo wezwą policję.

W domu Marta długo płakała w mężowskie ramię. Spędziła też bezsenną, ciężką noc, odganiając natrętne, smutne wspomnienia.

Następnego ranka nie poszła do pracy w obawie, że znowu go spotka. Ale on nie pojawił się już więcej. Pól roku później brat Marty zadzwonił z wiadomością, że ich ojciec zmarł w miejskim szpitalu, po ciężkiej chorobie. Być może spotkanie z Martą miało być próbą uzyskania przebaczenia w obliczu nadchodzącej śmierci. Marta nie chce o tym myśleć. Śmierć ojca potraktowała jako symboliczne zakończenie traumy, którą nosiła w sobie przez całe życie. Nie uważa, że była ojcu „coś winna”. W myślach nie nazywa go nawet ojcem. Święta spędza z tymi, którzy dali jej szansę na lepsze życie i powtarzali uparcie, że jest w stanie spełniać swoje marzenia, że sobie poradzi. Tyle.

Dwie historie, dwa różne zakończenia. I tylko emocje trochę podobne, a przeszłość pogmatwana, trudna. I ludzie: pokrzywdzeni, poranieni, ofiary czasem może po obu stronach. Czy jesteś w stanie przewidzieć co poczujesz, gdy spotkasz na swojej drodze obcego człowieka, który twierdzi, że jest twoim ojcem? Czy będziesz umiał na nowo go pokochać, zaufać? Czy będziesz chciał rozmawiać z matką, która porzuciła cię dawno temu, wybaczyć zło, które ci wyrządziła? Czy każdemu należy się szansa?


Zobacz także

83-latka robi swój pierwszy w życiu tatuaż. Brawo za odwagę w spełnianiu marzeń. Jak widać, nigdy nie jest za późno

Regulamin akcji „14 dni dla mojego ciała”

QUIZ: Czy potrafisz kochać również siebie?