Lifestyle

Koniec wieku niewinności. Papaja! Niech to szlag

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
28 października 2015
papaja - owoc, jak jeść, właściwości
Fot. iStock – papaja - owoc, jak jeść, właściwości
 

Patrzyłam dziś na Zośkę. Siedziała na kocu na plaży, za trzy tygodnie będzie miała dwa latka. Zajadała banana i uśmiechała się do mew, które zleciały się małym stadkiem. Siedziała z nóżkami wyprostowanymi, ubrana w żółtą sukienkę. Wyglądała trochę jak mały, zadumany cud. Bezwstydna, bo wstydu jeszcze nie zna, nieustraszona, bo nie wie jeszcze co to strach, ufna, bo nie zaznała zawodu.

Zośka to stara dusza. To dlatego dobrze nam się układa. Poniekąd ona rozumie mnie, a ja rozumiem ją. Należy do Evity, to z jej brzucha wykluła się w listopadzie. Dziś, rośnie na małą kosmopolitkę. Dużo podróżuje, wiele nie mówi, ale jak powie to konkretnie: papaja! Albo kuku-ku-kukułka. To taki trochę jest wtręcik nie do polemizowania. No bo…. papaja? Że co? Ja się pytam. A już nie daj boże puścić jej muzykę! Chaka Khan dla przykładu porywa ją w pląs. W zeszłym tygodniu tańczyła na stole. Nie. Nikt jej nie zachęcał. Sama wdrapała się na coffee table i tany tany. Jak zaklęta. Pewnie wyrośnie z niej kobieta totalna. Czyli taka, do której to życie przychodzi po radę. I hope.

Patrzyłam dziś na Zośkę. Siedziała na kocu na plaży. Z tym brzuszkiem małego buddy jaki właściwy jest dzieciom w jej wieku. Potem pomknęła do oceanu. A przyznać muszę był on piękny dzisiejszego popołudnia. Biegła w jego stronę zachwycona, radosna, ufna… powtarzam: ufna. Pacyfik natomiast, jak to Pacyfik… skórę ma srebrzystą od słońca miłości i moc, która powoduje, że truchleję. Ja. Ale nie Zośka przecież.

Kiedy? W którym momencie utraciłam wiarę w moc? Moją moc? Tą która bez wysiłku pokonałaby Pacyfik? Szukam. Szperam w pamięci. Obłęd to jakiś albo zwyczajny mózgo-bałagan. Nie potrafię doszukać się teczki z napisem: „Koniec wieku niewinności”.  Kiedy z Zośki wszechmocnej zamieniłam się w Zośkę oceano-bojną? No kiedy? Papaja! Niech to szlag.

Sprawy poniekąd mają się tak: rodzimy się w ogromnej drukarni. Każdy z nas jest białą kartą. A życie ma pióro. Och ma życie pióro! Lecz potem przychodzą zewnętrzne wpływy. Mądrości z outside’u, które poniekąd nokautują życie. I robi się istny bajzel. Wszystkie Zośki tego świata lądują w fabryce. Z tej pacyficznej plaży, na której wszystko jest możliwe, nagle trafiamy do świata reguł, zasad, zakazów i nakazów. Wychowują nas. Na ludzi nas wychowują. Mama, tata, społeczeństwo. Dostajemy pakiety, prawie jak w Orange. Pakiety przekonań, wartości, wskazówek jak żyć. Przepis na życie każda dostaje: sól, pieprz, jajka i cebulka i życie robi się jak jajecznica. I tylko nielicznym udaje się wymknąć. Wrócić do źródła, do Pacyfiku, który przecież kochankiem słońca jest. Te, które ulegną są skazane na życie uporządkowane, na patelni idealnej, podsmażane jak się patrzy.

Pisze o tym Deepak Chopra. O tych modelach mentalnych, które całym naszym życiem sterują  jak jacyś Generałowie z Centrum Zarządzania Ludzkimi Umysłami. Instaluje nam społeczeństwo takie modele w procesie wychowania i choć nikt nam o tym nie mówi, to te modele właśnie definiują całe nasze dorosłe życie. To jak kochamy, albo i nie. To jak układamy nasz świat. To czy odnosimy sukcesy czy nie. To czy jesteśmy szczęśliwi i to czy potrafimy dać szczęście innym… Wszystko co dzieje sie w naszym życiu filtrowane jest przez owe zbiory przekonań, które nie są niczym innym jak zainstalowanym nam oprzyrządowaniem do interpretowania świata.

Polki dla przykładu, dostają w pakiecie model matki, żony, bogobojnej, skromnej i pokornej. Niektóre mają odinstalowanego boga, żeby było z duchem czasu, ale suma sumarum model jest jaki jest. To z jego pomocą odczytujemy świat, przez jego pryzmat widzimy każde życiowe wydarzenie. Dramat polega na tym, że żyjąc w kraju, w którym takie modele w społecznej świadomości funkcjonują, nie zdajemy sobie nawet sprawy z ich istnienia. Potem wyjeżdżamy. Za chlebem, za miłością, za przygodą. I nagle bam! Zderzenie jest czołowe! W Ameryce kobiety dostały inny model. Ich pakiet zawiera kobietę wyzwoloną, z wyolbrzymionym poczuciem wartości, czy są podstawy czy ich brak, i broń boże nieskromną. Kobiety są tu nadmiernie pyskate i na swój sposób wulgarne. Na własne nieszczęście, ich model nie zna terminu: niewinność. Może dlatego nie mają w sobie magii i są nadmiernie oczywiste. I może dlatego mój akcent jest tutaj cute, czyli że słodki przecież.

Bywa przy tym i tak, że i bez wyjazdu na obcą ziemię zdarza nam się wypadek na autostradzie życia. Taki wypadek a la objawienie. Śmierć kogoś bliskiego, zdrada, choroba… z jakiegoś powodu musi być to zdarzenie z serii tych na ostrzu noża. Wtedy przerzucamy karty księgi przkonań. Wertujemy stronę po stronie i już na trzeźwo, świadomie, podejmujemy decyzję o tym jak chcemy żyć.  Niezależnie od społeczeństwa i od zasady „wszystkim po równo”. W tych momentach, w których prawdziwe Życie miesza się w nasze życie i bez pardonu poddaje nas testom, w tych właśnie momentach dostajemy szansę. I jest poniekąd tak, jakby otworzyły się dla nas wrota czasu. Wtedy też, jeżeli będziemy wystarczająco mądre, możemy powrócić nad Pacyfik, do Zośki w żółtej sukience, niewinnej i nieustraszonej. Totalnej po prostu.

Bo czym tak naprawdę są owe modele myślowe z pomocą których interpretujemy świat? Deepak mówi, że to myśli wkręty, takie wbudowane w naszą podświadomość hasła identyfikatory. Nazywamy je przekonaniami, systemami wartości, bazą dookoła której toczy się nasze życie. Zgodnie z nią żyjemy, zgodnie z nią podejmujemy decyzje, czynimy wybory. Nasze modele myślowe, te nasze przekonania, to myśli fundamenty. Takie wylane betonem, wbite w nasz mózg. Prawie jak nie myśli, bo te raczej powinny być lekkie, ulotne i przemijające. Przekonania nie mają w sobie nic z ulotności czy tymczasowości. I choć bywa, że podlegają weryfikacji prowadzącej ostatecznie do zmiany, to jednak proces ten w zasadzie żmudny jest i pracy wymagający. A nam tak trudno zmienić jest system przekonań, który dostaliśmy w pakiecie! Wygoda, przyzwyczajenia, brak czasu dla siebie, powodów jest wiele.

A ja mówię, że warto

Warto jak nie wiem co! Zrobić przegląd przekonań, taki porządek w głowe. Primo, po to żeby w ogóle wiedzieć co też takiego w naszej głowie siedzi, secundo, po to, by świadomie wybrać co takiego byśmy chciały by w głowie tak naprawdę siedziało. Porządek w głowie, remanent przekonań, to proces, jak żaden inny, odkrywczy. Proces, w którym poznajemy siebie i który funduje nam objawienie za objawieniem. Proces, w którym dociera do nas prawda o nas samych. Zadziwiająca, niejednokrotnie smutna nadmiernie, ale po raz pierwszy prawdziwa.  Stajemy nagie przed lustrem życia i prawie zawsze ogarnia nas szloch. Płaczemy za utraconą niewinnością, za tym stanem pierwotnym, kiedy to choć latek miałyśmy dwa, miałyśmy też i moc pokonania pacyficznych fal. I kiedy płacz mija i na powrót odzyskujemy spokój w duszy i w sercu, wtedy otwiera się to okno czasu. Jeśli wtedy zdecydujemy, jeżeli wtedy postawimy ten trudny krok, który poniekąd oderwie nas od wszystkiego co znane, co w pakiecie otrzymane i pewne jak dwa razy dwa, wtedy Życie zwróci nam utraconą moc. Tą siłę, odwagę i ufność Zośki. Powrócimy na plażę, ubrane w żółtą sukienkę, do Pacyfiku niekończących się możliwości.

A zatem: Papaja Ladies! Niech to szlag.


Lifestyle

„Dla ZUS jestem złodziejką i wyzyskiwaczką, tylko dlatego, że prowadzę własną działalność i urodziłam czwarte dziecko”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
29 października 2015
 

Katarzyna Sarnecka wypowiedziała wojnę ZUS-owi. – Chodzi mi o zwykłą ludzką sprawiedliwość. Dlaczego ja będąc uczciwą zostałam uznana za złodziejkę? – pyta dodając: – Możesz podać moje nazwisko i miasto, w którym mieszkam. Nie chcę nikogo oczerniać, chcę głośno mówić o tym, w jaki sposób zostałam potraktowana. A wiem, że mój przypadek nie jest odosobniony.

Misja: oszukać ZUS

Katarzyna mieszka w Tarnowie, ma czwórkę dzieci. Najstarszy syn jest pełnoletni, najmłodszy ma zaledwie miesiąc. Sama o sobie mówi, że pracowała od zawsze. Ukończyła studia z zarządzania i marketingu, z wykształcenia jest księgową. – Prowadzenie własnej firmy znam od podszewki. Przez kilkanaście lat z mężem mieliśmy sklepy odzieżowe. Nigdy żadnej kontroli. Zamknęliśmy firmę, gdy pojawiły się markety i galerie handlowe. Później miałam jeszcze jedną firmę zajmującą się porządkowaniem i aranżacją ogrodów. Zrezygnowałam z niej jednak i poszłam do pracy w biurze, jako marketingowiec, na etat.

– Urodziłam chłopców. Mój mąż pracuje w delegacji. W ciągu tygodnia byłam sama z dwójką małych dzieci, oczywiście pomagał najstarszy. Ale każda matka wie, jakie to wyzwanie. Dlatego postanowiłam nie wracać do pracy. Gdy moi synowie mieli 4 i 2,5 roku, poszli do przedszkola, otworzyłam znowu swoją działalność. To jedyny sposób na to, by móc ustalać samemu godziny pracy. Na początku zajmowałam się sprzątaniem, a docelowo chciałam ponownie zająć się ogrodami, robiłam to wcześniej i bardzo lubiłam – tłumaczy Katarzyna.

Rozwiązała umowę o pracę, a dzień później zarejestrowała swoją działalność. Od prowadzenia przez nią własnej firmy nie minęło pięć lat, więc nie mogła skorzystać z preferencyjnych składek, czyli tak zwanego małego ZUS-u.

Każdy, kto zakłada własną działalność ma prawo samodzielnie ustalić wysokość odprowadzanych składek ZUS. Kasia nie chciała płacić składki od najniższej krajowej, dlatego określiła ją na wyższym poziomie, przyjęła, że będąc na działalności zarobi około pięciu tysięcy złotych. – Wiedziałam, że firma na początku nie przyniesie takiego dochodu. Ale nie mam już 18-tu lat, bliżej mi do czterdziestki. Pomyślałam, że czas najwyższy zadbać o swoją przyszłość, a wiadomo, że wyższy ZUS, to wyższe świadczenia emerytalne – mówi. Zakasały rękawy do pracy, ale otwierając firmę była świadoma, że potrzebuje czasu na rozruch. Na początku bezpieczeństwo finansowe zapewnić jej miały pieniądze z otrzymanej darowizny.

Okazało się jednak, że zamiast myśleć o emeryturze, musiała oswoić się z myślą, że ponownie zostanie mamą. – W ciążę zaszłam pięć miesięcy po zarejestrowaniu działalności. Z czwartym dzieckiem. Później obce osoby wiele razy pytały mnie, czy ta ciążą była planowana. Tym samym chciały dowieść, że moim jedynym celem prowadzenia firmy było wyłudzenie od ZUS-u zasiłku chorobowego i macierzyńskiego. Ciekawa jestem, kto normalny w tym kraju świadomie decyduje się na czwarte dziecko?!? – pyta.

Fot. Flickr/ włodi / CC BY-SA

Fot. Flickr/ włodi / CC BY-SA

Wątpliwości ZUS-u

ZUS poddał pod wątpliwość zwolnienie lekarskie przekazane przez Katarzynę i wypłatę jej zasiłku chorobowego. – Sprzątanie, to nie jest niestety praca dla kobiety w ciąży. Dostałam od ZUS-u pismo, że przeprowadzą kontrola mojej działalności. Nie zmartwiłam się tym, bo i czemu. Uznałam to za normalną procedurę.

Skontaktowała się z inspektorem ZUS, który przeprowadził kontrolę w domu Katarzyny. To był początek ciąży. – Źle się czułam, było mi niedobrze, a kontrola trwała cztery godziny i była zwykłym przesłuchaniem. Kilka pytań o firmę, o zakres działalności, wysokość składki. Skąd miałam pieniądze na ich opłacanie. Kasia była zaskoczona pytaniami, bo zaległości w ZUS-ie nie miała. Pokazała inspektorowi dokument potwierdzający otrzymanie darowizny. Tłumaczyła, że to zabezpieczenie, gdyż wiadomo, że firma, nim zacznie przynosić dochody, musi się rozkręcić.

– To nie była moja pierwsza działalność. Wiem, jaki to ciężki kawałek chleba. I miałam świadomość, że na początku prowadzenia firmy, trzeba mieć jakieś oszczędności, by opłacić koszty z nią związane – mówi kobieta. Inspektor dociekał, kto zajmuje się dziećmi, gdy Kasia jest w pracy. – Obcy człowiek pytał mnie, czy ciąża była planowana, czy nie była wpadką. Czułam się upokorzona. Tłumaczyłam się przed kimś, kogo nie znałam ze swoich prywatnych rzeczy. Inspektor prosił o dane firm, z którymi współpracowałam i gdzie pracowałam. Okazało się, że niemal równolegle do kontroli firmy Kasi, ZUS przeprowadził kontrolę wszystkich dokumentów kobiety w przedsiębiorstwie, w którym pracowała wcześniej. Tam nie było żadnych zastrzeżeń.

Wyniki kontroli

Kobieta podpisała protokół z kontroli. Po półtora miesiąca monitowania sprawy, ZUS przesłał pismo, w którym odmówił Katarzynie wypłaty zasiłku chorobowego w czasie ciąży. – Normalnie na decyzję z ZUS-u czeka się jeszcze dłużej. Czasami nawet po kilka miesięcy. W moim przypadku przyszła szybko, bo wydzwaniałam do nich cały czas. Tyle, że ZUS uznał moją firmę za fikcję, a mnie za złodziejkę, która z premedytacją chciała od Zakładu wyłudzić pieniądze.

Kasia mając ciągłość pracy mogła pójść na zwolnienie już kilka dni po założeniu działalności i otrzymywać świadczenia z ZUS. Jak widać, marna z niej oszustka.

Nie wytrzymała. Poszła do ZUS prosząc o wyjaśnienia. – „To jest kpina”, mówiłam. ZUS miał świadków mojej pracy, dochody, odprowadzane do urzędu skarbowego podatki. Firma rachunkowa prowadziła moje finanse, co jeszcze mogłam im przedstawić? W odpowiedzi usłyszałam: „Proszę Pani, Pani miała niski przychód”. Więc tłumaczę, że przecież firma istnieje dopiero pół roku, stąd taki dochód. „Sama sobie Pani odpowiedziała na pytanie: skoro niski dochód, firma nie istnieje”, myślałam, że to kiepski żart. Myliłam się – mówi Kasia. „Nie zostawię tak tej sprawy. Pójdę do sądu”, powiedziała, a w odpowiedzi usłyszała: „Bez sensu zupełnie, i tak Pani z nami nie wygra. Chce się Pani? W ciąży?

Czy można wygrać z ZUS?

Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain

Walka z wiatrakami

Kasia wzięła adwokata. Zgłosiła sprawę do sądu, proces ciągnął się w czasie, gdy była w ciąży. Przesłuchiwano ją w siódmym i dziewiątym miesiącu. Z ZUS-s nikt nie został przesłuchany, sąd oparł się jedynie na pismach przesłanych przez Zakład. Katarzyna nie chce opowiadać szczegółów procesu.

Wyrok otrzymała trzy dni po porodzie. Sąd nie przyznał kobiecie racji. – Płakałam dwa dni. Z natury jestem silną kobietą, optymistką, ale to mnie przerosło. Cała ciążą w stresie. Nie spałam, a kiedy już zasnęłam śnił mi się sąd. Urodziłam trzy tygodnie przed terminem, co z pewnością związane było ze stresem, który zgotował mi ZUS. I na koniec okazało się, że moja cała walka była na nic? Potrzebowałam czasu, żeby sobie z tym poradzić. Postanowiłam się nie poddawać. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Jestem uczciwym człowiekiem prowadzącym własną działalność. ZUS do dziś pobiera ode mnie składki zdrowotne. Z jednej strony mówią, że moja firma jest fikcją, a z drugiej nie odmawiają przyjęcia pieniędzy. Nie mogę działalności zawiesić, bo wtedy nie otrzymam zasiłku macierzyńskiego.

Katarzyna skierowała sprawę do Sądu Apelacyjnego.

Płać i płacz

Odprowadzanie składek zdrowotnych to zabezpieczenie osoby prowadzącej firmę na wypadek choroby. Tylko, co ma zrobić Kasia, która będąc w ciąży nie otrzymała zasiłku chorobowego, a dziś nie dostaje także macierzyńskiego.

ZUS szuka dziury w całym? Łatwiej im uderzyć w małe, jednoosobowe przedsiębiorstwa? Zrobić wynik nierzetelnie przeprowadzonymi kontrolami, bo rzadziej takie sprawy kierowane są do sądu przez poszkodowanych?

Zakład nie ma prawa kwestionować wysokości składki, gdyż każdy przedsiębiorca może ją ustalić na dowolnym poziomie. Co więcej, nie może porównywać wysokości dochodu firmy z opłacanymi składkami, bo ich uregulowanie to ryzyko i zmartwienie prowadzącego działalność. Jak nie zarobi, to i tak musi zapłacić. Co jednak ma zrobić kobieta, która uczciwie prowadzi działalność, a w przypadku zwrócenia się o zasiłek zostaje z niczym?

– Gdybym chciała być wyłudzaczką, to zrobiłabym zupełnie inaczej. Zostałabym na umowie o pracę, założyła działalność opłacając najwyższą składkę, zaszła w ciążę i pobierała zasiłek z dwóch źródeł – własnej firmy i etatu – mówi rozżalona Katarzyna. – Nie odpuszczę. Nie jestem oszustką. Chcę wrócić do pracy. Dziś ZUS twierdzi, że moja firma nie istnieje, a mnie najbardziej dobija bezradność. Bo ja prowadzę działalność zgodnie z przepisami, a ZUS ma cały wachlarz możliwości by obejść wypłacenie należnych mi zasiłków.

Katarzyna nie składa broni. Chce walczyć tak długo, aż jej racje zostaną uznane. Wysyła pisma do rządu, prezydenta, rzecznika by pokazać, jak działa prawo, które powinno wspierać przedsiębiorców. Jak spełniane są obietnice polityki prorodzinnej, która nijak ma się do rzeczywistości, z która zmagają się matki prowadzące działalność.

– Mam nadzieję, że moja historia pokaże innym kobietom, by dochodzić swoich praw, by nie pozwolić zapędzić się w kozi róg i przyjąć rolę ofiary. Musimy pokazywać, jak działa ZUS i ile szkód wyrządza uczciwie pracującym ludziom.


Lifestyle

Wybrała miłość zamiast luksusów. „Pokochałam innego i odeszłam. Zostawiłam dzieci”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
28 października 2015

Mężczyźni odchodzą. Nie dziwi nas to, prawda? Ot, nagle dowiadujemy się, że kolejna znajoma zostaje z dwójką dzieci i (w najlepszym wypadku) z alimentami. A on? Odszedł. Znalazł kogoś „lepszego”, młodszego. Kogoś, kto lepiej pasował do jego biznesowego wizerunku. Lepiej niż żona, która po kilku latach prowadzenia zwykłego, domowego życia przestała być dla niego odpowiednią partnerką. Zdarza się – kiwamy smutnie głowami. Obrzydliwy typ. Są tacy. Ale czasem odchodzi ona: kobieta, żona, matka. Zakochuje się. Zostawia dzieci i całe dotychczasowe życie za sobą, stawiając wszystko na jedną kartę. Czy jesteśmy w stanie ją zrozumieć, rozgrzeszyć?…

Monika to skromnie ubrana, niewysoka trzydziestolatka. W dżinsach, sportowych butach i kurtce z kapturem wygląda bardzo młodo. Łapię się na tym, że wybierając się na to spotkanie oczekiwałam kobiety załamanej, skruszonej, zrozpaczonej. Tymczasem przede mną siada młoda, energiczna i chyba szczęśliwa dziewczyna. Uśmiecha się niepewnie i jakby przepraszająco.

Wiem, jak to wygląda. Ale to nie takie proste, jak myślisz. Dla rodziny i większości znajomych jest zerem, wyrodną matką.

Tak właśnie mówimy o kobiecie, która zostawiła dzieci i odeszła do kochanka, prawda? Na zdjęciu sprzed roku Monika nie przypomina tej dzisiejszej dziewczyny, wygląda raczej na bohaterkę programu o polskich żonach amerykańskich bogaczy. Elegancka, poważna, tuli do siebie chłopca z latawcem i dziewczynkę w zielonych ogrodniczkach. – Zdjęcie z zeszłego lata – mówi cicho. – To moje dzieci. Tydzień później spotkała Rafała.

Więc po kolei. Proszę Monikę, by opowiedziała mi najpierw o swoim małżeństwie.

– Poznaliśmy się w pracy – Monika uśmiecha się ponownie, tym razem smutno. – Wtedy Maciek był dyrektorem finansowym, a ja asystentką, jeszcze studiowałam. To chyba częsta historia? Imponowało mi w nim wszystko. Przystojny, 10 lat starszy, raczej powściągliwy. I to jego angielskie poczucie humoru!

Maciej różnił się od jej kolegów ze studiów. Na pierwszą randkę zabrał ją do drogiej restauracji. Na następną do galerii, na wystawę zaprzyjaźnionego, znanego grafika. Zakochała się. Dziś nie wie, czy w nim (Maciek jest dość oszczędny w okazywaniu uczuć, trudno się do niego zbliżyć), czy w jego wizerunku. A może to nie była miłość, tylko wyrachowanie? Może myślała wtedy jedynie o swojej wygodzie, o luksusie, może była krótkowzroczna? Na pewno zauroczyła się na tyle, by pół roku po pierwszej randce przyjąć obłędny pierścionek zaręczynowy. I zacząć planować wspólne życie.

Po ślubie zamieszkali w podwarszawskim Konstancinie. W „złotej klatce”, jak mówi o 300 metrowej willi Monika, która skończyła studia i zaszła w pierwszą ciążę. Ze względu na zagrożenie przedwczesnym porodem musiała zrezygnować z pracy. Całe dnie spędzała teraz sama w olbrzymim, pustym domu, wybierając niemowlęce ubranka i mebelki z najmodniejszych katalogów. To wtedy pierwszy raz dotarło do niej, że w jej życiu nie ma miłości. Że nie łączy jej z mężem żadne głębsze porozumienie. Że jego pocałunkom i szybkiemu: „Kochanie, wróciłem”, nie towarzyszą żadne emocje. I jeszcze: że ona nie czuje do niego nic, prócz wdzięczności, chwilowych porywów namiętności i koleżeńskiej sympatii. Najpierw próbowała wyprzeć to uczucie, zrzucając je na karb ciążowych przypadłości. Jak wiele osób w podobnej sytuacji myślała: „ Kiedy pojawi się dziecko, wszystko się zmieni. Poczujemy, że jesteśmy rodziną”. Rzeczywiście, kiedy pojawiło się dziecko, coś drgnęło, małżonkowie zbliżyli się do siebie. Ale trwało to chwilę. Potem ona zajęła się synkiem, on interesami w Europie Zachodniej. Zdawkowe rozmowy, przelotne całusy w policzek i weekendy spędzane osobno, choć pod jednym dachem. Tak wyglądały ich relacje, gdy maluch skończył rok.

Jak trofeum

Brak głębszego uczuciowego zaangażowania ze strony męża Monika zaczęła sobie hojnie wynagradzać. Zakupami. Potem, drugiem dzieckiem. Gdy urodziła się mała Pola, stosunki między Moniką a Maćkiem były już tylko letnie.

Dziś Monika uważa, że od początku była tylko brakującym elementem Maćkowej układanki zatytułowanej „idealne życie”. Jego kariera potoczyła się wyśmienicie, potrzebował jedynie żony i dzieci, które dopełnią ten nienaganny wizerunek człowieka sukcesu. Maciek nie był złym mężem. Był mężem obojętnym, tylko tyle. Starał się jednak zapewnić Monice i dzieciom o wiele więcej niż potrzebowali, mieli więc wszystko to, co można mieć za pieniądze. Jednej rzeczy jednak dać im nie mógł: ciepła i czasu, poczucia, że są rodziną.

Więc jej był dom i dzieci, a jego praca i obowiązek zapewnienia im życia na najwyższym poziomie. Wieczorem zasypiali razem i osobno jednocześnie, zamknięci w swoich światach. Ten układ trwał dziewięć lat. Aż do zeszłego roku.

Bo w zeszłym roku Monika wybrała się na targi roślin ogrodowych. I tam spotkała Rafała. To był strzał. Spojrzała na niego i zrobiło jej się jednocześnie słabo, gorzko i słodko. Jak w tych filmach o miłości, które ukradkiem oglądała wieczorami. Kupiła od niego trzy ozdobne krzewy. A potem wróciła po więcej, bo urzekło ją w nim wszystko: miękki, miły głos, sposób w jaki dotykał swoich roślin, kiedy o nich mówił, a przede wszystkim ciepło, którym aż emanował. Monika wróciła do domu i nie mogła przestać myśleć o Rafale. Pamięta, jak rozczesywała włosy córeczki, a malutka wołała – Mamo, mamo! Po co kucyki do przedszkola? Przecież idziemy spać! A ona już kładąc się obok męża, myślała o innym mężczyźnie. I najpierw ją to przeraziło, ale chwilkę później wciągnęło bez reszty. Cały tydzień przetrwała jak w gorączce: odwożąc dzieci do przedszkola i szkoły, a to przejechała na czerwonym świetle, a to nie spakowała pudełek ze śniadaniem, a to zamyśliła się i pojechała skrzyżowanie dalej. W wyobraźni tworzyła obrazy i scenki z udziałem mężczyzny, którego nawet nie zdążyła poznać. Żyła wizją idealnego związku z nieznajomym. Mąż? Nie zauważył. On nigdy nic nie zauważał.

W następny weekend Monika była z powrotem na giełdzie i już proponowała Rafałowi pracę: przearanżowanie jej ogrodu. Zgodził się. Przyjechał trzy dni później, z katalogiem i mnóstwem pomysłów, a ona biegała z nim między kwiatami, w dżinsach i starym T-shircie i zgadzała się na wszystko.  Kiedy skończył ten projekt, wymyśliła inny. Namówiła sąsiadkę na egzotyczne klomby. Po trzech miesiącach Monika i Rafał zostali parą. – Nie myśl, że było łatwo –  mówi Monika – To ja go zdobywałam. Pod pretekstem pracy nad kolejnym projektem zaproponowała mu wyjazd do letniego domku, na weekend. Pierwszy raz w życiu zostawiła dzieci pod opieką męża. I skłamała. Że jest przemęczona, że potrzebuje pobyć sama, że wróci lepsza dla wszystkich. Wróciła już jako kobieta innego mężczyzny, gotowa odejść.

Rafał, głos rozsądku, powtarzał: „Masz dzieci, pieniądze, stabilizację”. Ale ona wiedziała już, że dla niego zostawi i stabilizację, i pieniądze. A dzieci weźmie ze sobą. Dlaczego nie pomyślała, że to wszystko tak gładko się nie potoczy? Chyba odezwały się w niej wszystkie tłumione tęsknoty i pragnienia. Działała jak w transie. Skoro przy Rafale znalazła wszystko to, czego nie dało jej małżeństwo, nie zrezygnuje z tego uczucia.

Nie chciała oszukiwać Maćka. Od razu powiedziała mu o swoim romansie, przekonana, że rozstaną się za obopólnym porozumieniem. Dlatego reakcja męża zaskoczyła ją kompletnie. Maciek najpierw błagał, by nie odchodziła. No bo jak to będzie wyglądać, kiedy ona go zostawi? Jego – człowieka sukcesu, poważnego kontrahenta i twarz firmy znanej na całym świecie. Zabolało. Zaproponował, by żyła z Rafałem ” na boku”, on nie będzie robił wyrzutów. Potem zagroził, że nie odda dzieci, że prawo jest po jego stronie. I wyjechał na tydzień do Japonii. W interesach. Czekając na taksówkę, pocałował ją jeszcze w głowę. – To chyba była największa czułość, jaką zdołał z siebie kiedykolwiek wykrzesać – myśli głośno Monika. Ociera łzę.

Bo ten niespodziewany gest męża poruszył ją. Tego wieczora, całując na dobranoc dwie dziecięce główki: jasną – syna i ciemną – córeczki nie była już tak pewna swej decyzji o odejściu. Postanowiła dać sobie pięć dni tylko z dziećmi. Nie dzwonić, nie spotykać się z Rafałem, nie wyobrażać sobie tego wymarzonego szczęścia. Rozważała wszystkie „za” i każde „przeciw”. Wspominała lepsze chwile spędzone z Maćkiem, te zaraz po urodzeniu dzieci. I jeszcze te, jak się poznali. I dzień ich ślubu, kiedy pod wpływem jego spojrzenia poczuła się naprawdę piękna. I… zrozumiała, że żadne z uczuć towarzyszących tym momentom nie może się równać z tym, co czuła przy Rafale.

Kiedy mąż wrócił zakomunikowała: Odchodzę. Chcę wziąć ze sobą Polę. Po Pawełka wrócę, gdy tylko znajdę dla nas miejsce. Ale Maciek Poli nie oddał. I zagroził ograniczeniem praw.

Więc Monika odeszła sama. W nocy, żeby mała Pola nie płakała. I żeby nie widziała jej łez, lejących się strumieniami na gustowne, drogie walizki. Walizki do których spakowała też pierwsze dziecięce kosmyki włosów i i wspólne fotografie. Jedna z nich, to właśnie ta z Polą w zielonych ogrodniczkach.

Dziś Monika i Rafał mieszkają razem w jego kawalerce. Monika próbuje rozkręcić firmę ogrodniczą. Trzy razy w tygodniu jeździ do Konstancina, żeby być z dziećmi. Wychodzi zawsze nim Maciej wróci do domu, bo małżonkowie rozmawiają jedynie przez prawnika. On pewnie nigdy jej nie wybaczy. Nie, nie tego, że pokochała innego, że oszalała z miłości do tego stopnia, by zostawić dzieci. On nie wybaczy tego, że odchodząc zburzyła coś, co długo budował: wizerunek człowieka sukcesu.

„Jesteś najbardziej chybioną inwestycją” – wykrzyczał jej, kiedy pakowała walizki. To było ostatnie zdanie, jakie od niego usłyszała.

Myślę o dzieciach Moniki i Maćka. –  Wiesz, że to one zapłaciły najwyższą cenę za twoje szczęście? – mówię, zanim dociera do mnie, że może nie powinnam. – Jak one zniosły to, że z ich codzienności zniknęła mama, która była całym ich  światem, która czuwała, kiedy budziły się w nocy, czy chorowały? Monika spogląda w okno. – Będę walczyć o to, by były ze mną. Miałam zrezygnować z własnego szczęścia? Czy tu w ogóle jest jakieś dobre rozwiązanie?

Nie odpowiadam na to pytanie. Nie znam odpowiedzi.


Zobacz także

Proszę podaj mi rękę, daj znak, pokaż drogę którą mam podążać, daj mi wiarę i siłę do działania. Akcja List do Mikołaja

Praca. Motywacja. Pasja. Róbmy to, co kochamy, bo życie mamy jedno

Jeśli twój facet potrafi te 14 rzeczy, nigdy go nie zostawiaj!