Lifestyle

„Język polski nie jest kobietą!”

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
7 maja 2019
Fot. iStock
 

– A potem będzie mogła zostać pani naszym członkiem – powiedział do mnie miły pan.

Ach, zawsze marzyłam o tym, żeby być pana członkiem. I pana. I pana.

(Zazdroszczę GO panu. Ja skromna posiadaczka waginy.)

Język polski nie jest kobietą. (Pisze ,,W brakującej połowów dziejów’’ Anna Kowalczyk)

Nawet teraz standardem jest przyjmowanie przez kobiety po ślubie nazwiska męża, do 1964 nie było zresztą innego wyboru.

To jak się pani w końcu nazwa. Szota? Eksner? To czy mogę zapisać Eksner – będzie szybciej. (Na szczęście takie propozycje zdarzają się już coraz rzadziej).

Jeśli kobieta wyszła za mąż, a Wy znacie wyłącznie jej imię i panieńskie nazwisko to bardzo trudno będzie Wam ją odnaleźć.

Dla badaczy i badaczek herstorii jest to wielki problem.

Gościni

Członkini

Ministra

Naprawdę tak bardzo rażą Was te formy?

W poprzednich wyborach samorządowych w Pyskowicach jedna z kandydatek na burmistrza uparcie nazywała siebie – radnym.

,,Pani XY radny wielu kadencji.’’

Profesor Miodek tak pisze o żeńskich końcówkach: „Żadnego problemu nie mają Czesi i Słowacy, którzy tradycyjnie operują przyrostkowymi wykładnikami żeńskości i tworzą formacje typu rektorka, profesorka, docentka, doktorka, prezeska – tak jak w codziennym oficjalnym i nieoficjalnym obiegu języka niemieckiego – typologicznie słabiej przecież eksponującego rodzajowość gramatyczną niż języki słowiańskie – znajdują się Kanzlerin, Ministerin, Rektorin, Dekanin, Professorin z przyrostkiem -in – odpowiednikiem naszego -ka (kanclerka, ministerka, rektorka, dziekanka, profesorka).”

W języku polskim im silniejsze jest poczucie ważności danej funkcji sprawowanej przez panie, tym silniejsza skłonność do posługiwania się brzmieniem męskim.

Matematyczka woli być matematykiem, albo nauczycielem matematyki broń boże nauczycielką.

Słowa mają znaczenie a język jakim opowiadamy o sobie – tym bardziej!

Z poważaniem,

Katarzyna Szota-Eksner

(joginka, obywatelka, felietonistka, nie-do-końca  pisarka)

Katarzyna Szota – Eksner:. Prowadzi szkołę jogi Yogasana, ściśle współpracuje z Sunday is Monday i współtworzy gliwicki Klub Książki Kobiecej. Prowadzi autorską rubrykę Be Woman w Magazynie Be. Jak Polska długa i szeroka namawia kobiety do szukania (mimo wszystko!) siły w sobie. Spisuje herstorie kobiet z sąsiedztwa .Dziewczyna ze Śląska, joginka, wegetarianka, felietonistka i feministka. Autorka bloga www.her-story.pl


Lifestyle

Cecilia Chiang – kobieta, która odmieniła oblicze chińskiej kuchni w USA

Redakcja
Redakcja
8 maja 2019
Fot. Materiały prasowe
 

Kuchnia chińska dotarła do Stanów Zjednoczonych w połowie XIX wieku. Szukający pracy jako robotnicy kolejowi lub zwabieni kalifornijską gorączką złota chińscy imigranci zaczęli masowo rozwijać różnego rodzaju gastronomiczne biznesy. Kulinarna kultura ich nowej ojczyzny była jednak całkowicie odmienna od tego, co wynieśli ze swoich rodzinnych domów.

Różnice widoczne były na każdym właściwie poziomie – od żywieniowych nawyków przez preferencja smakowe po dostępność produktów. W ten sposób wyewoluowała zupełnie nowa odmiana kuchni chińskiej, która z pierwowzorem niewiele miała wspólnego. Przekonanie Amerykanów do autentycznych chińskich smaków zajęło kilka dziesięcioleci, a przełom w tej kwestii nastąpił dopiero w latach 60. XX wieku. Ogromną rolę w tym procesie odegrała Cecilia Chiang. Oto historia tej fascynującej postaci.

Cecilia Chiang przyszła na świat w 1920 roku w Wuxi, nieopodal Szanghaju, w rodzinie zamożnych chińskich arystokratów. Jej prawdziwe chińskie imię to Sun Yun, co dosłownie oznacza „kwiat ruty”. Kiedy miała 4 lata, wraz z rodzicami i dwanaściorgiem rodzeństwa przeniosła się do Pekinu, gdzie zamieszkała w olśniewającej, 52-pokojowej rezydencji. Od najmłodszych lat miała styczność z najbardziej wykwintnymi i oryginalnymi chińskimi potrawami. Kulinarny świat bardzo pociągał małą Cecilię. Wbrew rodzicielskim zakazom lubiła zakradać się do kuchni i podpatrywać pracę dwóch znamienitych szefów kuchni, którzy byli zatrudnieni na stałe w jej rodzinnej posiadłości. Presja klasy społecznej, w której dorastała, narzucała jej jednak przeświadczenie, że spożywanie posiłków to wysoce sformalizowany rytuał i że nie godzi się, by osoba o jej statusie społecznym miała z gotowaniem cokolwiek wspólnego.

W 1942 roku, uciekając przed japońską okupacją, Cecilia wyruszyła wraz z krewnymi w kilkumiesięczną tułaczkę po środkowych Chinach, po czym znalazła schronienie w mieście Chongqing. Tam poznała Chianga Liang, odnoszącego sukcesy lokalnego biznesmena. Wielkie uczucie rozkwitło niemal natychmiast – para szybko bierze ślub i osiedla się w Szanghaju, gdzie prowadzi stosunkowo bezpieczne i wygodne życie, w czym nie przeszkadza nawet szpiegowska działalność pani Chiang na rzecz Amerykanów. Małżeństwo doczekuje się dwójki dzieci, May i Philipa, ale nim niepokoje II Wojny Światowej zdążą na dobre przeminąć, odżywa zawieszony na 9 lat chiński konflikt domowy i Cecilia znów musi uciekać – tym razem przed rewolucją komunistyczną.

Rodzina Chiang emigruje do Tokio, gdzie zaczyna na nowo układać sobie życie. Wielu bliskich Cecilii nie miało tyle szczęścia – jej rodzice umierają w biedzie, brat zostaje zamęczony w obozie pracy, a jedna z sióstr popełnia samobójstwo.

W 1960 roku Cecilia Chiang wyprawia się w podróż do San Francisco, by odwiedzić siostrę, której mąż niedawno umarł. Na miejscu – ku swojemu wielkiemu zdziwieniu – odkrywa, że spożywane przez chińską społeczność potrawy bardzo różnią się od tradycyjnego chińskiego jedzenia. Chop suey, egg foo young, kurczak w sezamie, które w Chinatown można spotkać na każdym kroku, tylko nieznacznie przypominają Cecilii dnia, którymi raczyła się w młodości. Któregoś dnia, podczas spaceru ulicami chińskiej dzielnicy, pani Chiang spotyka dwóch swoich tokijskich znajomych. W czasie krótkiej rozmowy okazuje się, że przyjaciele planują otworzyć w San Francisco chińską restaurację. Cecilia postanawia wesprzeć ich pomysł i wystawia im czek na 10 000 dolarów. Wtedy, zupełnie niespodziewanie, przyjaciele wycofują się ze swoich zamiarów. Istnieje tylko jeden sposób, aby pani Chiang odzyskała zainwestowane przez siebie pieniądze – musi poprowadzić ten lokal samodzielnie.

I tak, nie mając żadnego doświadczenia w biznesie, a wiedzę kulinarną opartą bardziej na dziecięcych wspomnieniach i fascynacjach niż rzeczywistej praktyce, Cecilia Chiang zostaje restauratorką w Ameryce. Cecilia Chiang wyszła z założenia, że „dobre jedzenie” to po prostu dobre jedzenie i jest ono smaczne niezależnie od lokalnych upodobań. Dlatego zamiast naśladować chińsko-amerykańskie trendy kulinarne, które obowiązywały wówczas w San Francisco, postanowiła zaproponować gościom prawdziwe chińskie smaki.

Restaurację urządzono w stylu nawiązującym do architektury pałacu, w którym wychowała się Cecilia. Ponieważ pani Chiang nie wiedziała, które dania chińskiej kuchni będą najodpowiedniejsze, pierwsze menu Mandarin, bo tak nazwała swój lokal, zawierało aż 200 pozycji. Początkowo miejsce nie cieszyło się dużym powodzeniem. Cecilia jako jedna z nielicznych kobiet w branży spotykała się z jawną dyskryminacją, a bariera językowa utrudniała jej komunikację z klientami i dostawcami. Ale powoli wszystko zaczęło się zmieniać… Mandarin przyciągał coraz więcej gości, a lokalem zainteresowała się prasa i wielu uznanych krytyków kulinarnych poświęciło mu sporo miejsca w swoich gazetowych kolumnach.

Wkrótce do Mandarin nie chodzono już tylko po to, aby delektować się smakiem wyśmienitych dań kuchni chińskiej, ale także, aby podpatrywać, uczyć się i czerpać inspirację. Restauracja Cecilli Chiang była pierwszym miejscem w San Francisco, gdzie można było spróbować prawdziwej kaczki po pekińsku, a wszystkich oryginalnych chińskich dań, które właścicielka „sprowadziła” do USA i tutaj spopularyzowała, wprost nie sposób zliczyć.

Sukces restauracji sprawił, że Cecilia Chiang postanowiła pozostać w San Francisco. Sprowadziła do siebie dwójkę dzieci, ale nie męża, chociaż formalnie nigdy się z nim nie rozstała. W 1968 roku Cecilia Chiang przenosi restaurację do nowej, mogącej pomieścić aż 300 osób sali; inwestycja ta wymagała wielomilionowych nakładów. Znakiem rozpoznawczym pani Chiang (oprócz olśniewających potraw) stał się charakterystyczny styl goszczenia i zabawiania VIP-ów oraz zamiłowanie do szykownych strojów i biżuterii.

W 1991 roku pani Chiang sprzedaje restaurację i przechodzi na emeryturę, wciąż pozostaje jednak aktywna na polu popularyzowania chińskiej kuchni i działalności charytatywnej. Wieloletnią przyjaciółką i piewczynią talentu Cecilii Chiang jest słynna amerykańska restauratorka i autorka książek kulinarnych Alice Waters. W jednym z telewizyjnych wywiadów Alice Watres stwierdziła nawet, że chce, aby jej ostatnim posiłkiem na ziemi była zupa z płetwy rekina według przepisu Cecilii Chiang.


Artykuł sponsorowany


Lifestyle

Hitowy zabieg w pielęgnacji skóry BB Glow, robi furorę w Polsce

Redakcja
Redakcja
7 maja 2019
Jak wygląda zabieg BB Glow?
Jak wygląda zabieg BB Glow? / Fot. Materiały prasowe

Rozświetlona, zdrowo wyglądająca skóra to marzenie wielu kobiet. Jak uzyskać taki efekt wiedzą Koreanki, słynące na świecie z zadbanego wyglądu i zamiłowania do innowacyjnych rozwiązań z dziedziny beauty. Nie dziwi więc fakt, że kolejny, hitowy zabieg w pielęgnacji skóry  – BB Glow dotarł do Polski z Korei.

BB Glow został stworzony przede wszystkim z myślą o rozjaśnieniu i wygładzeniu kolorytu skóry oraz jej intensywnej rewitalizacji. Stał się także pomocny w walce z nieestetycznymi przebarwieniami, śladami po trądziku, widocznymi bliznami i z uciążliwymi piegami, czyli z bardzo powszechnymi problemami, wpędzającymi w kompleksy tysiące kobiet. Na czym polega zabieg BB Glow, jakich efektów możemy się spodziewać – wyjaśnia Marzena Żak, kosmetolog z Kliniki Młodości Blanki Pawłowskiej.

Opatentowana formuła zabiegu polega na wprowadzeniu w naskórek za pomocą specjalnego urządzenia z mikroigłami preparatu pielęgnacyjnego, który dzięki zawartości substancji czynnych oraz dodatków pigmentacyjnych powoduje efekt rozjaśnienia i regeneracji skóry. Widoczne rezultaty już po pierwszej aplikacji, to zasługa wykorzystania w zabiegu serum pochodzenia koreańskiego, wzbogaconego o naturalne ekstrakty roślinne, komórki macierzyste, peptydy oraz niacynamid, czyli witaminę B3. Starannie dobrane składniki stymulują syntezę kolagenu, zwiększają produkcję ceramidów, będących głównym składnikiem lipidowej bariery ochronnej skóry. Zmniejszają także utratę wody w skórze, powodując poprawę elastyczności i lepsze jej nawilżenie. – tłumaczy Marzena Żak, kosmetolog.

Jak wygląda zabieg BB Glow?

Efekt zabiegu w postaci promiennego wyglądu skóry, wygładzenia i kamuflażu niedoskonałości, to nie tylko zasługa wyjątkowego składu serum wykorzystywanego w BB Glow, ale również sposób aplikowania samego preparatu. Dzięki zastosowaniu mezoterapii  mikroigłowej, substancje odżywcze i antyoksydacyjne wnikają w głąb warstwy skóry, intensywnie ją regenerując oraz odmładzając. Pierwszym krokiem jednak, mającym również istotny wpływ na rezultat widoczny już po pierwszym zabiegu, jest dokładne oczyszczenie skóry oraz nałożenie delikatnego kwasu złuszczającego martwy naskórek. Dopiero po odpowiednim przygotowaniu skóry na przyjęcie preparatu, rozpoczyna się proces jego wprowadzania przy użyciu specjalnego urządzenia zakończonego kartridżem z mikroigłami. Specjalista wykonujący zabieg stosuje znieczulenie, dzięki któremu zabieg jest komfortowy i zupełnie bezbolesny. Ostatnim etapem zabiegu jest zmycie nadmiaru preparatu oraz nałożenie kremu regenerującego.

Jak wygląda zabieg BB Glow?

Fot. Materiały prasowe

Czy warto rozważyć wykonanie zabiegu?

Już pierwszy zabieg przynosi widoczne efekty, a długotrwałe rezultaty nawet od  6 do 12  miesięcy można uzyskać po nieprzerwanej, powtórzonej 4-5 razy kuracji. Zabieg jest rekomendowany zarówno dla kobiet jak i mężczyzn praktycznie w każdym wieku, na twarz, szyję, dekolt jak również na dłonie. Szara zmęczona cera, nieestetyczne przebarwienia spowodowane trądzikiem, procesem fotostarzenia czy przeszkadzające nam zbyt widoczne piegi  – to problemy, z którymi radzi sobie BB Glow. Właściwości regenerujące poszczególnych substancji aktywnych, powodują wyciszenie rumienia, trądziku różowatego oraz innych problemów skórnych. Wspomagają również ochronę skóry przed działaniem promieniowania UVB oraz przed wolnymi rodnikami.

Zabieg rozjaśnia przebarwienia posłoneczne, zapobiega powstawaniu kolejnych, działa przeciwzapalnie oraz skraca okres gojenia istniejących zmian zapalnych. Serum BB Glow zawiera również specjalne peptydy nazywane czynnikiem wzrostu EGF, które stymulują wzrost i podział komórek. Tym samym są one odpowiedzialne za proces odmładzania skóry. – dodaje Marzena Żak, kosmetolog z Kliniki Młodości Blanki Pawłowskiej.

Okres zimowy to dobry moment, aby zadbać o przesuszoną skórę szczególnie, gdy brakuje jej promiennego wyglądu i intensywnego odżywienia. Zamiast inwestować w kosmetyki, kamuflujące powierzchownie niedoskonałości skóry, można przetestować zabieg pozwalający uzyskać naturalny i długotrwały efekt nałożenia kremu BB o właściwościach tonujących. Zabieg BB Glow zyskał uznanie wymagających Koreanek, słynących z porcelanowej i zadbanej cery, furorę zrobił już w Rosji, a od niedawna zdobywa polski rynek beauty.

Artykuł powstał we współpracy z Kliniką Młodości Blanki Pawłowskiej.


Zobacz także

Szukajmy towarzystwa kobiet, z którymi jest nam po drodze. I z tego niech wykiełkuje i urośnie nasza kobieca siła!

Ja pie*dole, no łeb spadł mi i leży obok. Czy ci panowie nie mieli własnego rozumu?

Concept Store YES – miejsce, które przyciąga i uwodzi. Przyjdź ujrzeć blask wyjątkowych pierścionków z Diamentem Idealnym YES®, skosztować szampana i odkryć prawdziwie domową atmosferę.

Otwarcie Concept Store YES w Warszawie