Lifestyle

Reforma oświaty: miliardy na niepotrzebną rewolucję

Joanna Ćwiek
Joanna Ćwiek
22 listopada 2016
Fot. iStock / alexeyrumyantsev
 

Miało być bez żadnych kosztów. Miłościwie panujący nam rząd zapowiadał, że oświatę zreformuje, gruntownie, ale tanio. W zasadzie bezkosztowo. Teraz, gdy rząd przyjął projekt ustawy likwidującej gimnazja, okazuje się, że dobrze to nie będzie.

W projekcie zapisano, że reforma kosztować będzie 900 mln. Samorządowcy się jednak z tymi wyliczeniami nie zgadzają. Ich zdaniem będzie to wydatek rzędu co najmniej 1.5 mld zł. Plus oczywiście nowe podręcznik dla nowej szkoły.

Może jestem sknerą, może nie mam rozmachu ani ułańskiej fantazji, ale wydaje mi się, że przehulanie, powiedzmy 2 mld zł i wydanie ich na coś, co działa, jest grubą przesadą.

Zgadzam się, że polska szkoła wymaga reformy. Ale wydaje mi się, że są pilniejsze problemy do rozwiązania. A rozsądne wpompowanie w obecną oświatę kilku miliardów złotych z pewnością byłoby sporym krokiem w kierunku uczynienia szkoły otwartej na wyzwania współczesnego świata. Szkołę, która nie tylko uczy, ale i wychowuje. Szkołę, jakiej życzyłaby sobie premier Beata Szydło i o której tak pięknie mówi za każdym razem zapytana o edukację.

Nasze propozycje? Bardzo proszę…

Dostosowanie budynków do potrzeb uczniów

Od września tego roku przestały obowiązywać przepisy posyłające sześciolatki do szkół i znoszące obowiązek przedszkolny dla pięciolatków. Tłumaczono, że rodzice najlepiej wiedzą, kiedy ich dziecko gotowe jest do rozpoczęcia edukacji oraz, że polska szkoła nie jest przygotowana do nauki tak małych dzieci. Pełna zgoda.

W zamian wprowadzono możliwość nauki w przedszkolach. I rzeczywiście, pięciolatki mają już komplet podręczników do nauki pisania, czytania, liczenia i angielskiego. Mają też nauczycielki, które potrafią pokazać dzieciom „jak z pary wodnej zrobić w słoiku deszcz” oraz jak zrobić kompot pełen witamin z sezonowych owoców – witaminy dzieciaki wymieniają jednym tchem.

Czy nie mogły by się tego uczyć w szkole? Z pewnością nauczycielki klas młodszych też potrafią ciekawie przeprowadzić zajęcia. Pewnie trzeba by było dać im większą swobodę i dostosować klasy – ale przecież mamy na to miliard albo dwa miliardy złotych. Nie rozumiem dlaczego łatwiej robić rewolucję w oświacie, zamiast do klas kupić dywany, dziecięce pomoce naukowe i napisać programy nauczania specjalnie pod małe dzieci.

Wspólna, wczesna, dobra szkoła z pewnością by wyrównywała szanse edukacyjne dzieci. Bo do przedszkola to jedne chodzą, inne nie.

Nie tylko nauka

Choć oficjalnych statystyk nie ma, w Polsce mówi się o 400 tys. – 1 mln niedożywionych dzieci. Są takie, które z uwagi na ubóstwo w rodzinie, tygodniami żywione są mąką pod różnymi postaciami a ryby na stole widzą raz w roku – na wigilię. A przecież można by wprowadzić darmowe, dobrej jakości obiady dla wszystkich dzieci. Czy zamiast wyrzucać miliardy na likwidację gimnazjum nie lepiej by było dać dzieciom w szkole zupę w połowie dnia? Z pewnością system opieki zdrowotnej też by na tym skorzystał.

Bez pracy domowej

Miliardy z rewolucji też można by było wydać na wybudowanie dużych świetlic, w których dzieci mogłyby spokojnie odrobić lekcje i bawić się przed zajęciami albo po nich. By skończyć z tym wariactwem, że jednego dnia dziecko zaczyna lekcje o 11. a drugiego ma na 8 rano. Raz odbierasz dziecko w południe, raz po godz. 15. Na świetlicę nie wyślesz, bo często jest tam taki upał i zaduch, że siekierę można powiesić. A dziecko po takim pobycie choruje trzy dni.

Wyobrażasz sobie, że odbierasz dziecko o 17, a ono już ma odrobione lekcje i macie wieczór dla siebie? A nie próbujesz ogarnąć z czternaście stron zadań z matematyki i z osiem z języka polskiego równocześnie piorąc i gotując obiad na jutro.

Sama wiedza to za mało

Przyzwyczailiśmy się, że ze szkoły dzieci mają wychodzić z konkretną wiedzą. I uczą się zaawansowanej matematyki, położenia złóż naturalnych w poszczególnych krajach czy różnic między mitozą a mejozą. Oczywiście, zgadzam się z tym, że wiedzę ogólną mieć trzeba, ale powinna ona iść w parze z konkretnymi umiejętnościami. Tymczasem w niewielu szkołach uczy się projektowo. Uczniowie nie potrafią pracować w grupach, dzielić się obowiązkami i współpracować przy rozwiązywaniu problemów. Szkoła staje się przykrym obowiązkiem, nauczyciele realizują przeładowane programy a uczniowie nawet młodszych klas są nagradzani albo karani ocenami (wiem, wiem teoretycznie w młodszych klasach nie ma stopni). Może warto dać i nauczycielom i dzieciom więcej luzu i skupić się na nauczeniu dzieci radzenia sobie z problemami. To z pewnością zaprocentuje w przyszłości. Bo tak naprawdę, która z nas (nie mówię o biolożkach) pamięta, w którym etapie mitozy dochodzi do rozpadu błony jądrowej? Wikipedię mamy w telefonie? Dzieci też.

Po co te kwity?

Czasami odnoszę wrażenie, że polscy nauczyciele są najbardziej wyedukowani na świecie. Dlaczego? Bo na wszystko muszą mieć kwity. Chcesz uczyć muzyki? Skończ wychowanie muzyczne. Masz jeden stopień szkoły muzycznej, dwadzieścia lat pracy artystycznej i uprawnienia pedagogiczne? To za mało. Lepiej, jeśli po jakimkolwiek kierunku zrobisz podyplomówkę na jednej z licznych uczelni. Praktyka wydaje się zbędna, ważne, że zapłaciłeś.

W obliczu zbliżającej się zapaści demograficznej nauczyciele kończą po kilka kierunków. Za własne pieniądze. Nikt nie widzi w tym niczego złego, gdy jeden nauczyciel uczy i języka polskiego, informatyki i muzyki. Byle tylko nie dać się zredukować, a to, czy ma predyspozycje do nauczania danego przedmiotu jest sprawą drugorzędną.

Teraz, razem z reforma oświatową, nauczycieli czekają zwolnienia. Rząd mówi że nie, ale szkoły wiedzą swoje i twierdzą, że redukcji raczej nie da się uniknąć. Najlepsi nauczyciele już szukają innej pracy i część z nich pewnie odejdzie z zawodu. W wielu szkołach zostaną często ci, którzy są za słabi, by poradzić sobie na rynku.

Rząd proponuje nauczycielom fundusze na przekwalifikowanie. Na przykład na kursy oligofrenopedagogiki. I nagle nauczyciel matematyki po kilku godzinach szkolenia zostanie nauczycielem wspomagającym. Bo przecież praca z osobami upośledzonymi to taki banał, każdy może się tego nauczyć chociażby w formie e-learningu. Bo co nas to obchodzi, czy ma on serce do pracy z dziećmi niepełnosprawnymi. Ważne, że zrobimy rewolucje i zlikwidujemy gimnazja. Nawet, gdy mają one niezłe wyniki w nauczaniu.


Lifestyle

Czego żałują ci, którzy umierają. To niezwykłe doświadczenie zmieni cię raz na zawsze

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
22 listopada 2016
Fot. iStock/weerapatkiatdumrong
 

Więcej seksu? Skoki na bungee? Nic z tych rzeczy. Pielęgniarka opiekująca się nieuleczalnie chorymi w ostatnim stadium choroby, opowiedziała na swoim blogu o tym, czego żałujemy najbardziej, odchodząc. Wiecie co znalazło się na samym szczycie, tej bardzo przejmującej listy (zwłaszcza wśród panów)? – „Szkoda, że tyle pracowałem”…

Bronnie Ware jest australijską pielęgniarką, która spędziła wiele lat, przynosząc ulgę w cierpieniu umierającym pacjentom w ostatnich 12 tygodniach ich życia. Notowała zwierzenia tych osób  i pisała o nich na blogu Inspiration and Chai. Blog  ten zyskał taką popularność, że kobieta zdecydowała się wydać emocjonalną książkę, zatytułowaną „Czego najbardziej żałują umierając”.

Ware pisze o fenomenie „uświadamiania sobie” pewnych spraw, którego doświadczają ludzie na końcu swojego życia, i podpowiada nam jak możemy czerpać z ich mądrości. W intymnych rozmowach z umierającymi, szczególnie zadziwiła ją powtarzalność pewnych tematów, to, że często żałowali tych samych rzeczy.

5 rzeczy, których żałujesz, kiedy umierasz:

Żałuję, że nie miałem odwagi, by żyć w zgodzie ze sobą, a nie tak, jak tego oczekują ode mnie inni

To była jedno z najczęstszych zdań, które padały z ust pacjentów Bronnie. Kiedy ludzie uświadamiają sobie, że ich życie się kończy i potrafią zobaczyć je takim, jakim było naprawdę, widzą ile marzeń, planów rozwiało się, odeszło w niepamięć. Większości z nas nie udaje się zrealizować nawet połowy z upragnionych celów. Umieramy wiedząc, że to przez wybory, których musieliśmy dokonać, przez decyzje – te, które nie zostały podjęte i te, które wydawały nam się wówczas słuszne. Zdrowie niesie ze sobą wolność, z której rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę. Rozumiemy to dopiero, kiedy je tracimy.

Żałuję, że tyle pracowałem

Powtarzał to prawie każdy mężczyzna, którym opiekowała się Bronnie. Przegapiamy młodość naszych dzieci, nie zauważamy obecności naszych partnerów i partnerek. Pozwalamy na to, by życie zawodowe zabierało nas naszym najbliższym.

Żałuję, że nie miałem dość odwagi, by mówić o moich uczuciach

Wielu z nas tłumi swoje uczucia, żeby żyć w zgodzie z innymi. W rezultacie, nigdy nie jesteśmy tym, kim moglibyśmy być, nie żyjemy w zgodzie ze sobą. Czasem ta nasza gorycz i żal przyczynia się tylko do rozwoju choroby.

Żałuję, że nie utrzymywałem kontaktu z przyjaciółmi

Często nie zdajemy sobie sprawę jak wielkim darem i korzyścią jest obecność przyjaciół w naszym życiu. Pozwalamy, by ważne i dobre znajomości kończyły się, zacierały bez śladu, tracimy bliskie osoby na własne życzenie. Każdy, kto umiera tęskni za bliskością przyjaciela. Czy robisz wszystko, by pielęgnować swoją przyjaźń?

Żałuję, że nie pozwoliłem sobie być bardziej szczęśliwy

Wielu z nas zbyt późno zdaje sobie sprawę z tego, że szczęście to nasz osobisty wybór. Zostajemy  w miejscu, „zakleszczeni” w starych wzorach i nawykach. Strach przed zmianami każe nam udawać przed innymi i przed samymi sobą, że jest dobrze, podczas gdy, gdzieś w głębi jesteśmy rozdarci i nieszczęśliwi.

Życie jest krótkie, zatrzymajcie się, choć na chwilę. Może warto teraz spojrzeć na kilka rzeczy z innej perspektywy?


Źródło: theguardian.com


Lifestyle

Naucz się doceniać cudze sukcesy bo…

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
22 listopada 2016
Naucz się doceniać cudze sukcesy bo...
Fot. iStock / jeffbergen

Zanim kolejny raz wstrzymasz przez telefon łamiący się oddech i łzy, kiedy siostra oznajmi zakup nowego, dwustumetrowego domu w podwarszawskim Konstancinie, nie daj się zdołować. To nie ważne, że w twoim mieszkaniu kiedy się poślizgniesz pod prysznicem głową prawdopodobnie przyłożysz o kaloryfer w dużym pokoju. Nic z tego, że od dwudziestu lat nie masz nawet zdolności kredytowej, kiedy ona dostała już osobiste biurko i wytarty od trzymania firmowy długopis w każdym oddziale. Powinnaś zacząć się uczyć cieszyć z jej sukcesów, bo ten niewielki krok może przyłożyć się do większych powodzeń na twoim prywatnym podwórku.

Zamiast ukrywać posty przyjaciela na socialowym salonie, który jeszcze wczoraj kitesurfował na wodach Nowej Zelandii, a dzisiaj karmi bananem żółwie na Galapagos, czerp z jego doświadczeń wibracje do działania. Z rolowania oczu, wywlekania ich na lewa stronę w bólu i zazdrości nie wyniesiesz nic, a ze szczerych gratulacji prawdopodobnie dużo więcej. Tylko jak to zrobić zanim popadniesz w depresję, a sukcesy twoich bliskich przyjaciół zamiast dmuchać w skrzydła porywistym wiatrem złożą żagiel i każą dryfować na oślep? Po pierwsze i najważniejsze – podnieś tyłek z kanapy, uwierz w siebie i zacznij robić cokolwiek co przybliży cię do sukcesu, zamiast jedynie bajać o jego potrzebie. Ten milion sam się nie zarobi! Zrozumiano?

Żeby nie zostać jednym z takich przygłupich, osiedlowych gołębi, który jest w stanie przybić kumplowi piątkę kiedy ten trafia z zamkniętymi oczami orzeszkiem do własnej buzi, ale nie potrafi powiedzieć „gratuluję”, kiedy długo wyczekany awans otworzył mu furtkę do podróżowania po świecie zupełnie za darmo, przeczytaj, co da ci szczere zrozumienie i poparcie. Możesz być po tym szczęśliwsza, otwarta i przy okazji sama napędzisz się do twórczego działania. Nie zakopuj się jedynie w marzeniach. Zrób rachunek sumienia, postaw sobie realne cele i działaj.

Nastawiasz się na przegraną. Po co?

Pogrążając się w niezdrowej frustracji i wyrzutach sumienia, że nie spożytkowałaś czasu na tyle dobrze jak ona, koleżanka z bloku obok, przyjaciółka od dziecka pamiętaj, że podświadomie programujesz umysł na porażkę. Im dłużej dołujesz się „wygraną” przyjaciółki tym mniej poświęcasz czasu na swoje potrzeby i budowanie muru pewności siebie. Otaczanie się malkontenctwem jeszcze nikomu nie przyniosło nic dobrego, a ty raczysz siebie tym zabiegiem zupełnie na własne życzenie. Takim zachowaniem udowadniasz, że jesteś małostkowa, i głośno deklamujesz strach przed brakiem osiągów. Rozumiesz już? Zamiast płakać w poduszkę wykorzystaj cudze doświadczenie i zacznij swoją historię.

Odsuwasz się od znajomych, którzy są wiele warci

Opcje są dwie. Albo ty sama zrezygnujesz z towarzystwa ludzi odnoszących sukcesy, bo nie będziesz w stanie znieść głośnych peanów na ich cześć przy wspólnych spotkaniach, albo oni podziękują tobie. Ile można w pozornie przychylnym towarzystwie powstrzymywać się od głośnego przyznawania do sukcesu? Ile  razy musi sobie przysłowiowo dać po łapach ktoś, żeby nie urazić twojego rozbuchanego ego? Męczące relacje prędzej czy później będą skracane do niezbędnego minimum i zanim się obejrzysz usuniesz ze swojego towarzystwa naprawdę wartościowych ludzi. Ty się powinnaś od nich uczyć, a nie szlochać w kątku nad marnym poziomem własnego życia. Skoro tyle osiągnęli, dlaczego nie skorzystać z przetartego już szlaku i nie zacząć biec w tym samym kierunku?

Takim zachowaniem nie przyciągniesz do siebie dobrych zmian

Nie od dzisiaj wiadomo, że dłuższe przebywanie z ludźmi o konkretnych cechach charakteru, z konkretnymi zainteresowaniami sprawi, że prędzej czy później zaczniesz się z nimi utożsamiać. Mało tego, zaczniesz się zmieniać chcąc wejść w społeczeństwo, które sama uznajesz za atrakcyjne. Pozostając w totalnej opozycji do przypadków, które zrobiły coś ponad przeciętną i chwalą się tym głośno, tworzysz środowisko niezdolne do zmian i postępu. Zamykasz się w małym pudełeczku strefy komfortu i ani myślisz wyściubić nosa przez szparki. Trochę słabo zważywszy na to, że taka postawa nie będzie matką sukcesu, a ty dostaniesz tytuł samonakręcającego się nieudacznika.

Łap za telefon, dzwoń i gratuluj. Jutro należy tylko do ciebie

Umiejętność podania ręki i docenienie trudu pracy drugiego człowieka świadczy o twojej inteligencji. Nie musisz czuć się głupio, kiedy poczujesz denerwujące mrowienie zazdrości między żebrami, bo to zdrowy objaw, ale tylko od ciebie zależy co z nim dalej zrobisz. Przepuścisz przez płuca dwa głębokie oddechy i docenisz skalę wydarzenia obiektywnie, albo zgnuśniejesz do reszty, zalejesz się żółcią i odbierzesz sobie szansę na spontaniczne poderwanie się do działania. Umiejętność gratulowania oprócz oczywistego – otwarcia się na ludzi i świat, oznacza jeszcze, że doceniasz drugiego człowieka, jesteś pozytywnym przypadkiem, a taka cecha charakteru pozwoli ci osiągnąć co tylko zechcesz. Do dzieła. Łap za telefon, dzwoń i gratuluj. Jutro należy tylko do ciebie.


Zobacz także

Martyna Wojciechowska wspiera akcję „Po stronie natury”. Każdego dnia jeden człowiek zużywa około 120 litrów wody

Żółty róż na policzkach. Hit czy kit?

Borelioza nietypowe objawy

Borelioza – nietypowe objawy. Kiedy zacząć się martwić?