Lifestyle

Jak na rozstaniu można zarobić? Mistrz marketingu!

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
11 sierpnia 2016
Fot. iStock/choja
 

A gdyby tak w najgorszy dzień w roku, ktoś dał ci kosz pełen wina i słodyczy? Czy twój humor nie poprawiłby się ani trochę, a na twarzy nie zagościłby uśmiech? Okazuje się, że wśród gotowych zestawów na urodziny, jubileusze czy sukcesy edukacyjne, mogą pojawić się też takie na rozstania!

Najlepszy dzień w roku to ten zaraz po walentynkach, kiedy wszystkie słodkości z serduszkami są przecenione conajmniej o połowę. To zrozumiałe, w końcu trzeba się pozbyć zalegającego towaru. Można też zrobić większy interes. Kiedy opowiedziałam redakcyjnym dziewczynom o koszach na rozstanie stwierdziły, że trzeba o tym napisać, więc piszę!

Exclusive balloon gift box by Molala.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika molalacompany 無啦啦 (@molalacompany)

W jednym z katowickich sklepów osiedlowych, wśród pięknych koszy pełnych dobrego alkoholu i najlepszych słodyczy, wzrok przyciągał wielki transparent: „Zły dzień? Rozstanie? Kosz pełen dobroci pomoże!”. Uśmiechnęłam się szeroko, choć wcale nie przechodziłam przez rozstanie czy inne dramatyczne momenty w życiu. Mój jedyny błąd polegał na nie zrobieniu zdjęcia…  

W koszu na rozstanie znajdowały się wszelkie rodzaje czekoladek, cukierki, wafelki, batoniki, no i oczywiście alkohol, wino i wódka. Brakowało tylko lodów czekoladowych i pizzy! Taki zestaw poprawi humor nawet w najgorszej sytuacji.

Okazuje się, że pomysł koszy na rozstanie jest bardzo popularny w Stanach Zjednoczonych. Trudno się dziwić, w końcu tam codziennością są imprezy z okazji rozwodów. W amerykańskiej wersji słodkiego pocieszenia znajdziemy jeszcze ulubione filmy, kosmetyki, a nawet… laleczki voodoo!

All my single ladies ?#GiveWhatever Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @whateverbaskets

Następnym razem, gdy wasza przyjaciółka będzie przechodzić przez rozstanie, koniecznie skomponujcie jej własny kosz z prezentami!


Lifestyle

„Nie da się żyć w świecie, w którym nie ufamy nikomu, w którym nie możemy zwrócić się o pomoc. To życie jak w więzieniu”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 sierpnia 2016
Fot. iStock/ jamie larsen
 

„Seks jest najważniejszą rzeczą w związku” – na terapii usłyszała kobieta, która doświadczyła gwałtu. „Sama sobie jest pani winna, takiego partnera sobie pani wybrała” – usłyszała inna, którą partner gwałcił przez półtora roku, a ona chora nie była w stanie się temu przeciwstawić. Gdzie kobiety doświadczające przemocy seksualnej mogą zgłosić się o pomoc? Czy mają odwagę o nią prosić? I jak najbliżsi mogą im pomóc? Rozmawiamy z Izabelą Barton-Smoczyńską, terapeutką pracującą z kobietami po gwałcie.

Ewa Raczyńska: Gdzie kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej, mogą zwrócić się o pomoc?

Izabela Barton-Smoczyńska: Na ten moment nie mam ani wiedzy, ani informacji, żeby istniało miejsce z systemowym rozwiązaniem, w którym osoby po doświadczeniu gwałtu dostałyby wsparcie na wszystkich obszarach – od konsultacji prawnika, przeprowadzenia przez wszystkie procedury, które podczas śledztwa są bardzo trudne, aż po pomoc związaną z powrotem do równowagi  – od etapu interwencji kryzysowej do działań bardziej terapeutycznych. Nie ma w Polsce takich zweryfikowanych miejsc. Ofiary gwałtu albo odsyła się do punktów interwencji kryzysowej, które nie ma co ukrywać – różnie bardzo działają, albo jest to szukanie konsultacji psychologicznych w bardzo wielu miejscach: od placówek państwowych po prywatne.

Trafiają do Pani kobiety, które doświadczyły gwałtu?

Rzadko trafiają bezpośrednio po. Raczej zgłaszają się kobiety, które są z bliskiego otoczenia tej osoby i poszukują odpowiedzi na pytanie, co zrobić, jak wspierać, jak pokierować, jak z nią rozmawiać. Są to matki, jeśli chodzi o ich córki, przyjaciółki, siostra, najczęściej są to jednak kobiety. Nie znajduję w głowie faktu, żeby do mnie przyszedł mężczyzna, który chciałby pomóc bliskiej kobiecie, która doświadczyła tego typu przemocy.

To jeśli chodzi zaraz po samym doświadczeniu gwałtu. Natomiast przychodzą osoby, dla których gwałt po latach nadal jest pewnym emocjonalnym krwawieniem i chaosem, który przyczynia się do braku zaufania w związkach, albo do konfliktów, które w nich powstają, albo do odczuwania efektów związanych ze stresem potraumatycznym. Jest duża przepaść między szukaniem pomocy bezpośrednio po gwałcie, a później.

Moim zdaniem jest to związane z tym, że doświadczenie gwałtu zabiera zaufanie, a raczej zabiera zdolność do tego, by obdarzyć kogoś zaufaniem, obdarzyć intymnością. A przecież właśnie zwracanie się do kogoś o pomoc, to obdarzenie osoby, do której kieruję tego rodzaju prośbę, zaufaniem i dopuszczeniem do bardzo dużej intymności.  Moim zdaniem właśnie dlatego bliscy osoby, która doświadczyła gwałtu, tak często zgłaszają się z prośbą o wsparcie, gdyż widzą po objawach, jak trudne jest dotarcie do niej.

Jak można pomóc, jeśli w ogóle?

Musimy doprowadzić do tego, żeby osoba, która została skrzywdzona, potrafiła świadomie i obiektywnie ocenić swoją krzywdę, bo tylko to pozwala później budować autonomiczne związki oparte na zaufaniu do drugiej osoby. Bo na samym końcu tej drogi chodzi o to, żeby umieć ufać. I to jest proste, jak mówimy to w słowach, żeby ufać, zaufać. Natomiast jest to praca z przekonaniami na swój własny temat, na temat własnych kompetencji, bezpieczeństwa. Jeśli chodzi o taką realną pracę to jest długotrwały proces. Natomiast wcale nie uważam, żeby związek terapeutyczny był jedynym i najlepszym sposobem na powrót do równowagi.

Jaki jest najlepszy?

To budowanie otwartego związku, otwartego w sensie komunikacji. Takiego związku, w którym partnerzy dużo ze sobą rozmawiają, mają dla siebie wzajemnie szacunek, potrafią tą granicę szacunku bardzo wyraźnie zaznaczać. To taki budujący się dojrzały związek jest dokładnie tym, co leczy.

Oczywiście, że to może się zadziać w gabinecie terapeutycznym, ale jest to daleko trudniejsze. Dlatego, że terapeuta może zrobić dokładnie to samo co oprawca, powracając do tego trudnego zdarzenia albo pracując z cierpieniem i krzywdą może dotknąć zbyt mocno, zranić – zwłaszcza, jeśli przymierze i relacja terapeutyczna nie jest zbyt głęboka i otwarta, a tak bywa, bo przecież ktoś kiedyś nadużył naszego zaufania! Poza tym mówi: zatrzymajmy się nad tym, co samo w sobie jest trudne. Jednak doświadczony i uważny terapeuta potrafi z tymi przekonaniami i obawami pracować. Terapeuta może kierować uwagę tu i teraz i mówić: to doświadczenie, o którym teraz rozmawiamy, jest przeszłością –  kiedyś było dla pani przykre, nie czuła się pani bezpiecznie, czyli próbuje rozdzielać, tak aby powrót do tego, co się wydarzyło, nie był ponownym jego silnym przeżywaniem, ale pochylaniem się nad własną krzywdą, bezsilnością, utratą autonomii, utratą własnej wartości, bólem, upokorzeniem, wstydem. To jest bardzo trudne do przepracowania w relacji terapeutycznej. Ale możliwe i realne.

Mówiła Pani, że najważniejsze jest nazwanie krzywdy, nazwanie tego, co się stało. Dlaczego?

Bo trzeba uczynić trafnym to, co się wydarzyło. Dlaczego? Bo w ocenie gwałtu jest wiele pejoratywnych ocen narzucanych przez społeczeństwo, procedury policyjne, wywiad. Zadawanie wielu pytań, i sposób ich zadawania sugeruje, że osoba jest współwinna temu, co się stało. Tym bardziej, że większość sytuacji gwałtu jest dokonywana przez osoby bliskie, z otoczenia, czasami najbliższe, więc kiedy pada pytanie, czy to był gwałt, czy to może było doświadczenie bardziej perwersyjne powstałe na tle jakiegoś nieporozumienia komunikacyjnego – odpowiedź jest bardzo płynna.

Więc nazwać to, co się wydarzyło przemocą, gwałtem jest bardzo ważnym korygującym doświadczeniem i dopiero, kiedy to nastąpi można pracować z tym, co to dla mnie oznacza, czy ja mogę się obronić następnym razem w takiej sytuacji, czy mogłam się obronić.

To co moim zdaniem jest trudne, a co na wielu różnych terapiach różnie się zdarza to wybór drogi. Jedna z nich to potrzeba kontrolowania osoby: coś z tobą jest nie tak i musimy ciebie inną stworzyć –  to jest błędna droga. Właściwa droga to kontrolowanie własnego zachowania. Tych reakcji traumatycznych, które mam, na które nie mam zgody, nie mam przestrzeni, bo nie potrafię nikomu zaufać, bo kiedyś ktoś tak bardzo nadużył mojego zaufania. I pracuję nad kontrolowaniem własnych zachowań, a nie siebie. Najważniejsze to zachowanie wysokiego poczucia własnej wartości, własnej autonomii, integralności tożsamości.

Więc to pytanie, co kontrolujemy, co modyfikujemy,  nad czym pracujemy jest tutaj moim zdaniem zasadnicze.

Jakie przekonanie noszą w sobie osoby, które doświadczyły gwałtu?

Przede wszystkim zaburzone jest poczucie bezpieczeństwa, tu spotykamy przekonania typu: nie jestem bezpieczna, mogę zostać skrzywdzona, jestem słaba. Drugi obszar to moja integralność, jej kontrola: można mnie skrzywdzić, można mnie wykorzystać, ludzie są źli. Te treści moją ewoluować.

W końcu są też przekonania dotyczące wartości siebie, czyli oceny tego, co się zdarzyło – skierowane to jest albo w kompetencje, albo w poczucie własnej wartości: jestem bezwartościowa, jestem zbrukana, jestem naznaczona. Tu często spotykamy się z zasadą sprawiedliwości Lernera, czyli, że dobrym ludziom zdarzają się dobre historie, złym zdarzają się złe.

Więc jeśli mi przydarzyło się coś złego, to znaczy, że coś ze mną jest nie tak. Powstaje irracjonalne poczucie winy, następuje budowanie w sobie przestrzeni, w której znajdują się przyczyny tłumaczące, dlaczego to spotkało właśnie mnie. To jest irracjonalne, ale w tym szaleństwie jest metoda, gdyż chodzi o odzyskanie kontroli nad tym, co się stało. To nieistotne, co tam znajdzie konkretnie ta osoba, ale jeśli mówi: to ta spódniczka, to ten drink, to że zaufałam niewłaściwej osobie – właśnie tak próbuje odzyskać kontrolę nad własnym życiem, bo: „przynajmniej wiem, dlaczego to mi się przytrafiło, dlaczego to mnie spotkało”. A jak nie wiem dlaczego, to nie mam kontroli. To jest bardzo niedobry wariant racjonalizacji tego doświadczenia, niestety bardzo powszechny i do tego wzmacniany przez procedury policyjne i społeczne przekonania – sama tego chciałaś, a jeśli gwałtu dokonała bliska osoba, to słyszysz – sama tak wybrałaś.

Pewna kobieta, którą partner gwałcił przez półtora roku, usłyszała na grupie wsparcia od terapeuty – sama sobie Pani wybrała takiego partnera. Zastanawiam się, na ile to był element terapii, a na ile brak kompetencji terapeuty.

To też jest składowa tej sytuacji. Skoro podejmujemy decyzję wybierając tego,  a nie innego partnera  to co nas spotyka jest tego konsekwencją, jest doświadczenie przemocy. I tak, to można połączyć w związek przyczynowo-skutkowy, tylko postawienie takiego pytania bez zbudowania relacji i bez gotowości drugiej osoby do wyciągnięcia wniosków, które powinny brzmieć: mogę być odpowiedzialna za własne życie, jest nieterapeutyczne.

Przypomniał mi się film „Pokój”. To opowieść o kobiecie, która została porwana przez psychopatę w wieku 17 lat. Przez sześć lat była więziona w pokoju, gwałcona. Urodziła dziecko i to dziecko dało jej siłę do ucieczki. Gdy dziecko było większe, wykorzystała je, żeby się uwolnić, powróciła do swojej rodziny. Udziela wywiadu dziennikarce, która zadaje jej kilka okrutnych pytań, typu: a dlaczego nie oddała pani tego dziecka do szpitala, miałoby lepsze życie niż z panią przez pięć lat. Dziewczyna załamuje się, trafia do szpitala.

Dlaczego podaję ten przykład? Bo są pytania, na które powinniśmy znaleźć odpowiedź, ale w odpowiednim dla nas momencie. Są pytania, które pogłębiają tylko poczucie krzywdy, a są takie, które służą rozwojowi. I terapeuta powinien umieć wyczuć, ocenić właściwie moment, w którym jego pacjentka się znajduje. Zadać pytania, by te były w służbie rozwoju. Nie wiem, czy to pytanie, skierowane do kobiety, o której pani wspomniała, zadane było w służbie rozwoju, czy nie po to, żeby zwolnić się z odpowiedzialności, bo jeśli rzucę jakieś pytanie i ktoś na nie nie odpowie i się zamknie, to ja już nie muszę z tą osobą pracować. To dobry sposób na unikanie stresu, niestety. To luźna refleksja, trudno mi się odnieść do tej sytuacji.

Dlaczego osoby, które doświadczyły gwałtu trafiają na terapię po latach, wracają do tego?

Bo ujawnia się sztywność ich zachowań. Nie da się żyć w świecie, w którym nie ufamy nikomu, w którym nie możemy zwrócić się o pomoc. To życie jak w więzieniu, to nie jest adaptacyjne i z reguły większość osób nazywa to pewną dysfunkcją i zaczyna poszukiwać rozwiązania.

Innym powodem szukania pomocy terapeutycznej jest ciągłe przeżywanie tej trudnej sytuacji, przywoływanie obrazów, całych skojarzeń, związanych  zapachem, miejscem, muzyką – z różnymi doświadczeniami, które są zbliżone do doświadczenia gwałtu, a którymi cały czas nasza psychika jest atakowana. To odbiera komfort codziennego funkcjonowania.

Powodem pojawienia się gabinecie terapeutycznym też jest somatyzacja. Wtedy ciało daje nam znać, że potrzebujemy pomocy.

Ale bywa też tak, że wyparliśmy to doświadczenie, nie wiemy, co jest przyczyną naszych problemów.

Pamiętam pacjentkę, która złapała się na tym, że po raz kolejny nie ufa w związku partnerowi niekoniecznie mając ku temu racjonalne powody. Opowiadała taką scenę: była zima i wspólnie jeździli na nartach, a ona nie była w stanie zjechać z jakieś trudnej trasy, bo było w niej przekonanie, że jej partner „jej nie złapie”, nie będzie jej asekurował pomimo jego gorących i szczerych zapewnień. Stało się to powodem do wielkiej awantury, która zakończyła wyjazd na narty. A dla tej kobiety przekonanie, że można relację fizyczną i bezpieczeństwo traktować jak pewnik, było konstruktem teoretycznym, a nie doświadczeniem.

W trakcie terapii pomalutku dogrzebaliśmy się bardzo silnej przemocy seksualnej w bardzo wczesnym okresie, zresztą dwukrotnie – przez ojczyma i przez bliżej nieokreślonego wujka, o której nie była w stanie mówić, bo pamiętała to doświadczenie z takiej poziomu dysocjacji. Doświadczając przemocy wychodziła ze swojego ciała. Dla takiej osoby bycie w ciele i pozostanie w kontakcie z drugim człowiekiem jest trudne – odłączam się, nie ma mnie, nie doświadczam bliskości, nie doświadczam przyjemności, nie reaguję ból, który się przydarza, bo mnie tu nie ma.

Trudne…

Trudne, bo to zanegowanie zaufania do ludzi, czyli z nikim o tym nie rozmawiam, a jak z nikim nie rozmawiam, to jestem sama z tym doświadczeniem i tylko potwierdzam w sobie  te przekonania, które powstały na bazie przeszłości. Przełamanie się i próba opowiedzenia jest po części powrotem do tego doświadczenia z nadzieją, że ten komu o tym opowiem nie będzie oprawcą, tylko partnerem, który zrozumie.

Inna kobieta, która doświadczyła przemocy seksualnej opowiadał mi, że do dzisiaj zmaga się ze stresem pourazowym, kiedy widzi wzmianki o gwałcie, boli ją podbrzusze.

Różne atrybuty doświadczenia fizycznego funkcjonują oddzielnie w naszym mózgu – zapach potu, kolor koszulki to są bodźce, które wywierają na nas wpływ i przywołują tylko jeden obraz – gwałtu. Pracowałam z osobą, która po wielu miesiącach terapii doświadczyła strachu reakcji ciała jak w sytuacji zagrożenia i gwałtu. Było to na siłowni, którą znała, gdzie chodziła, gdzie nie doszło do żadnej przemocy. To była kwestia zapachu potu, nieświadoma analiza sytuacji, w której wyodrębniła ten jeden bodziec, który uruchomił się w niej cały stres traumatyczny, czyli: stres, panikę, niepokój, ucieczkę, porzucenie tego miejsca i momentalna potrzeba wyjścia. Co się stało? Obok niej w tym dniu ćwiczył mężczyzna, którego zapach potu było podobny do zapachu oprawcy.

Możliwe jest całkowite pozbycie się traumy?

Zostaje pamięć tego zdarzenia, ale ona nie musi być źródłem boleści i cierpienia. Możemy wracać do tego zdarzenia, ale nie odczuwać dyskomfortu, negatywnego myślenie o sobie, czy przymusu działania w określony sposób. Rana się zabliźni, skóra na tej ranie będzie bardziej czuła, ale będzie już stanowić dla nas ochronę.

Pewien terapeuta uczący metody EDMR, którą ja również pracuję, porównywał doświadczenie traumy w tym przypadku gwałtu do kropli atramentu, która jest bardzo silna, wyodrębniona, ma swój kształt, jest widoczna. Ale jak tę kroplę atramentu wpuścimy do szklanki z wodą – rozpuści się. Nie znajdziemy granicy między wodą a tą kroplą. I o to właśnie chodzi w działaniu terapeutycznym, żeby to zdarzenie uczynić elementem życia tej osoby, trudnym elementem, ale nie takim, które jest silnie wyodrębnione, które wywiera na mnie wpływ dokonywania jakiś dysfunkcyjnych zachowań.


 

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Izabela Barton-Smoczyńska –  psycholog, certyfikowany psychotraumatolog. Ukończyła specjalistyczne szkolenie w diagnozie zaburzeń oraz wiele szkoleń specjalistycznych w obszarze pracy z zaburzeniami po stresie traumatycznym oraz psychoterapii. Tworzy Psychologiczny Zespół Interwencyjny

 


Lifestyle

Tej nocy spadnie wiele drobnych okruchów szczęścia. Błagam, nie proście tylko, żeby On wrócił

Małgorzata Mueldner
Małgorzata Mueldner
11 sierpnia 2016
Fot. iStock/Remains

By „sięgnąć gwiazd” czasem trzeba wdrapać się pod górę, niekiedy spaść z niej i porządnie stłuc sobie kolana i nie tylko – tak to już w życiu bywa, ale bez względu na wszytko nie warto rezygnować z marzeń, tylko dlatego, że są one dalej niż na wyciągnięcie ręki, choćby na sierpniowym niebie.

Co roku, zazwyczaj w sierpniu na niebie pojawia się najpopularniejszy rój meteorów nazywany Perseidami. Okruchy skalne z kosmosu kończą swoje życie spalając się po wejściu w atmosferę, a towarzyszy temu krótkotrwały błysk i nadzieja na spełnienie marzenia.

W wielu krajach świata, od Europy po Amerykę, uważa się dostrzeżenie „spadającej gwiazdy” za zapowiedź szczęścia, wystarczy jedynie natychmiast zamknąć oczy i pomyśleć życzenie. Niektórzy twierdzą, że owe marzenia należy zachować tylko dla siebie, podobnie jak, te, które wypowiadamy w myślach zdmuchując świeczki na urodzinowym torcie.

Japończycy natomiast uważają, że po zobaczeniu spadającej gwiazdy trzeba szybko odchylić poły kimona lub kurtki, by zabrać ze sobą powodzenie, które przynosi gwiazdka. Rzymianie interpretowali zjawisko jako zapowiedź narodzin dziecka, bądź innych doniosłych wydarzeń. Arabowie z kolei brali „spadające gwiazdy” za kamienie ciskane przez anioły, by odgonić złe duchy.

Jedno jest pewne bez względu na czas, region świata, krąg kulturowy, w którym przyszło nam żyć bacznie obserwujemy astronomiczny spektakl i przypisujemy mu magiczne właściwości.

Ale jak tu nie mówić o magii, kiedy leżymy sobie na spalonej słońcem trawie, wsłuchane w odgłosy południowej nocy – dźwięk cykad i pohukiwanie sówki, która zapewne mieszka gdzieś w okolicy. Pijemy białe domowe wino i wpatrujemy się w niebo układając w głowie listę życzeń, a raczej marzeń.

Domownicy poszli już spać, widać nie każdy jest zdesperowany, aby swoje losy zawierzyć gwieździe, która jest już,jakby nie było, martwa. My jednak gotowe jesteśmy na wszystko, odwiedziłyśmy już lokalną wróżkę, więc czemu by jeszcze nie skorzystać z dodatkowej możliwości ingerencji w przyszłość.

Wpatrujemy się w granatowe niebo, na którym oprócz samolotów widać jeszcze wyraźnie satelity, a roju meteorów póki co nie ma. Cierpliwość i humor, z jakim znosimy niewygody – wszystkie wbijające się w różne części ciała patyczki, kamyczki, nie wspominając o małych wyjątkowo ciętych komarach, zostaje jednak wynagrodzona.

Spadają! Jedna mignęła tak szybko, że nie zdążyłam nawet pomyśleć. Postanawiamy, więc  trwać w skupieniu, by nie przegapić kolejnej okazji. Na szczęście, szczęście wydaje się być zaklepane, bo niespodziewanie na niebie pojawił się naprawdę imponujący świecący ślad. Uff! Tym razem zdążyłyśmy. Ja i przyjaciółka patrzymy na siebie bez słów, bo dobrze wiemy, co każda z nas „wysłała”, i dlatego zapewne parskamy śmiechem, a może, żeby nieco usprawiedliwić swoją wiarę w przesądy.

Tej nocy spadło jeszcze wiele okruchów szczęścia, nie wszystkie wyłapałyśmy, ale z perspektywy roku muszę powiedzieć, że warto skakać, wspinać się po drabinie do nieba, by zrealizować choćby jedno ze swoich marzeń.

Moja drabina… co szczebelek, to oberwany, więc droga czasem się wydłuża niemiłosiernie wystawiając cierpliwość na próbę, a może ucząc tej cierpliwości, której chyba nie tylko mi brakuje. W każdym razie nie poddaję się i już czekam na noc z 11 na 12 sierpnia, kiedy na niebie ponownie pojawią się „spadające gwiazdy”.  Najbardziej widoczne będą około 2 w nocy polskiego czasu.

Każdy rok jest inny, inne będą okoliczności podziwiania roju Perseidów i marzenia będą nieco odmienne, skorygował je bowiem czas i dystans do wielu spraw.

W każdym razie plan jest prosty – najpierw jedziemy na rowerach do kina, a później wpatrujemy się w niebo. O ciepłej nocy raczej mowy nie będzie i trzeba zadbać o sweter, albo kocyk. I nastawić się tym razem na niewygody spowodowane nie kamyczkami, czy źdźbłami trawy wbijającymi się w plecy, a odgiętymi szyjami w pozycji siedzącej. Leżeć nie będziemy, bo biorąc pod uwagę rosę na trawie, to by przypomniało oglądanie nieba z perspektywy kałuży. Usiądziemy zatem na tarasie ze szklanką cydru, który dostałam w prezencie od byłego męża, a więc nadaje się najlepiej do toastu za powodzenie wszelkie i szczęście, którego on mi zawsze życzy i jeszcze za miłość, bo tego również mi życzy. Muszę koniecznie powiedzieć o tym „spadającej gwieździe”, wszak może spełni jego marzenia w tej kwestii.

W tym roku, więc skieruję wzrok ku wschodniej i południowo-wschodniej stronie nieba i z dala od miejskiej łuny będę cierpliwie wpatrywać się w piękno sierpniowego sklepienia. Marzeniem podzielę się na wszelki wypadek tylko z gwiazdką…ciekawe, co uzna za najważniejsze do spełnienia w tym roku.

A wam życzę, aby „spadające gwiazdy” odgoniły wszystkie złe duchy i były zapowiedzią prawdziwie pomyślnych dni! Oderwijcie na moment wzrok od przyziemności i skierujcie go ku sierpniowemu niebu. Bo przecież najważniejsze w życiu to mieć marzenia i czekać ich spełnienia!

Aha i błagam was – nie proście, żeby on wrócił. Ta gwiazda niech świeci już w innej galaktyce, a najlepiej niech przepadnie w …czarnej dziurze.


Zobacz także

Czego potrzebuje twoja dusza? Wybierz symbol alchemiczny i sprawdź!

Katarzyna Miller: „Jeśli ofiara wie, że nie ponosi winy za sytuację, najprawdopodobniej uda się jej zwyciężyć”

Poczuj moc świadomości emocji i zacznij żyć pełnią życia w bliskości z ludźmi, których kochasz i o których się troszczysz