Lifestyle

Franciszek Pieczka nie żyje. „Chcieć, to móc” mawiał i to zdanie prowadziło go przez życie

Redakcja
Redakcja
23 września 2022
Franciszek Pieczka, fot. "Syn Królowej Śniegu"
 

Franciszek Pieczka nie żyje. Wybitny aktor zmarł w wieku 94 lat. Jak ciepłym i wspaniałym był człowiekiem niech świadczy rozmowa, której fragment przypominamy.


Tata najpierw wołał: „Ty, pieronie!”, a potem z dumą mówił: „Moja krew!”, jak zobaczył pana na ekranie, prawda? Aha, ha! No tak. Bo to było, kiedy zdecydowałem wbrew woli ojca pójść do szkoły teatralnej. Zresztą byłem miesiąc na politechnice. Po śląsku to znaczy: szajba mi odbiła. Zostawiłem kolegom indeks w akademiku i mówię: „A ja idę zdawać do szkoły teatralnej”. Bo ja, ucząc się jeszcze w szkole średniej w Katowicach w tak zwanym Uniwer­syteckim Studium Przygotowawczym, byłem w zespole rapsodycznym przy Wojewódzkim Domu Kultury i tam nasiąknąłem teatrem, pseudoteatrem i tak dalej – mówił Franciszek Pieczka w rozmowie z Katarzyną Stoparczyk.

Ojciec mówił do pana: Hunger künstler, tak?

Tak, ojciec chciał odwieść mnie od tego zamiaru, więc po­wtarzał, że aktorzy to są tacy hunger künstler, po niemiecku mówił. Hunger künstler to jest artysta głodu. On to kojarzył z rybałtami, co to chodzą, krążą po świecie i przymierają głodem. No ale mimo to zdawałem do Szkoły Teatralnej w Warszawie. A dlaczego w Warszawie, przecież do Kra­kowa było bliżej? To mój pan polonista był zwolennikiem szkoły warszawskiej. Ja nie miałem własnych kryteriów wyboru, czy taka szkoła, czy taka.

Panie Franciszku, pan może i nie miał kryteriów, ale bez pardonu wparował pan do ministra, żeby dał panu zgodę. Bez żadnego umawiania się. Tak było?

Tak było. Trzeba było mieć zgodę ministra szkolnictwa wyższego na zmianę kierunku studiów.

Ale pan był przebojowy!

Byłem młodym człowiekiem, to i przebojowym. Przyszedłem do sekretariatu i mówię: „Chciałem z panem ministrem roz­mawiać”. Patrzy na mnie sekretarka jak na wariata. „Czy jest pan umówiony?”. Ja mówię, że nie, nie jestem umó­wiony. A to które to drzwi są? A ona pokazuje mi drzwi. Nie czekając dalej, otwieram je i wparowuję do gabinetu. Oczywiście pan minister miał poczucie humoru.

O! To dobrze pan trafił.

Mógł mnie po prostu wyprosić. Ale zobaczył takie­go mocno naburmuszonego młodziana, który poprosił  go o umożliwienie zmiany kierunku studiów, i się zgodził.

I potem było: chcieć to móc, prawda?

Tak!

Przez całe życie pana prowadzi to zdanie. Ale wie pan, co jest niezwykle zaskakujące? Przecież rok akademic­ki trwał już, zdaje się, z miesiąc. Pan trafił do prywatnego mieszkania profesora Zelwerowicza. I tam odbył się egzamin. Jestem bardzo ciekawa, czym go pan przekonał.Co mu pan takiego powiedział, że pana przyjęto?

Wówczas było takie niepisane prawo, że Aleksander Zelwe­rowicz mógł wskazać jednego kandydata do zawodu aktor­skiego. Mógł to zrobić sam. I Zelwerowicz poprosił mnie do siebie. Przyszedłem, oczywiście byłem przed czasem, Aleksandra Zelwerowicza jeszcze nie było. I w pewnym momencie on wchodzi i zaczyna się tłumaczyć przede mną, że się spóźnił, że to nie powinno tak być.

Jaka klasa!

Patrzę na niego i myślę sobie, że on mnie chyba wpusz­cza w maliny, jak to się mówi. Ale nie! Otóż Aleksander Zelwerowicz był pedantem, jeżeli chodzi o punktualność. I purystą, jeśli chodzi o język. Tak, mówiłem jakąś prozę, później wiersz. I kątem oka patrzyłem. Widzę, że jest akceptacja i już czułem się prawie aktorem. I kiedy już czułem, że złapałem gąskę, Aleksander Zelwerowicz mówi (w tym momencie pan Franciszek zabawnie obniża tembr głosu): „Panie Fran­ciszku, niewątpliwie ma pan wyczucie, ma pan wyczucie. Ale niech mi pan powie trzy razy to samo słowo: «miasto». Raz jako miasto fabryczne, drugi raz jako miasto pełne kultury, taki na przykład Kraków, a trzeci raz jako miasto Las Vegas”.

Aleksander Zelwerowicz, dobry psycholog, popatrzał na moją twarz i zobaczył, że hasło Las Vegas na mojej twarzy niczego nie odmalowało, bo nie wiedzia­łem, czym się to Las Vegas je, i mówi: „Panie Franciszku, wie pan, to takie miasto pełne zabaw, uciech i tak dalej”. Powiedziałem więc trzy razy słowo „miasto” i myślę sobie: „No, już jest dobrze.” I kiedy mi się znowu wydawało, że już jest wszystko w porządku, to Zelwer, bo myśmy potem Zelwerem go nazywali, mówi: „Panie Franciszku, a teraz niech pan zmieni kolejność”. A ja z tych emocji zapomniałem sobie, które miasto było pierwsze, które drugie, które trzecie. I tak, proszę pani, tak właściwie na totolotka poszedłem. I na chybił trafił udało mi się zmienić. I dopiero wtedy Zelwer powiedział: „Niewątpli­wie, panie Franciszku, ma pan wyczucie, jest pan przyję­ty”. Szczęśliwy wylądowałem na progu domu rodziciel­skiego z walizką. Jak mnie ojciec zobaczył, to zapytał: „Pieronie, już cię wyciepli?”. Ja mówię: „Nie, tata, nie wyrzucili mnie. Zdałem do szkoły teatralnej”. I zamiast go ułagodzić tą wypowiedzią, to jeszcze dolałem oliwy
do ognia. Bo wyrzucenie ojciec byłby jakoś przebolał. Ale tego, że poszedłem wbrew woli ojca do szkoły teatralnej, to już nie. Pierony się posypały. Te śląskie. Salwowałem się ucieczką, a później, kiedy już zostałem aktorem, kiedy już miałem jakieś chwalebne efekty, prasa o mnie pisała pochlebnie, ojciec mówił: „No, toć przeca on to po mnie odziedziczył”. Taka przewrotność się u rodziców ujawnia niekiedy.

I tu było właśnie: „Moja krew!”. A tata chciał, aby pan był górnikiem. I pan przez cały rok górnikiem był.

Byłem górnikiem. Miałem takie zdarzenie. Pracowałem w kamielni. Myśmy nie fedrowali, jak się po śląsku czy po górniczemu mówi, węgla, tylkośmy robili przekopy. Albo szybiki od dołu do góry się robiło też…

Ciężka praca, prawda?

Ciężka praca – w kamieniu. A jeżeli się wdycha pył ka­mienny, to powoduje pylicę. Nieodwracalne zniszczenie płuc. W dodatku górnik przodowy był rozliczany od metrów, od tego, ile tam metrów postępu było. No to szedł jak najszybciej do przodu, do przodu i nie dbał o zabudowę tego, co z tyłu. O bezpieczeństwo wasze. A myśmy ładowali. Mieliśmy takie szufle, łopaty i trwał odstrzał. Leżały płyty stalowe, żeby łatwiej było zbierać  węgiel. Chwała Bogu, stałem na tej płycie. W pewnym momencie nastąpiło oberwanie sufitu. Kamień uderzył mnie w głowę, a myśmy wszyscy musieli mieć kaski.

Na szczęście nogi mi się poślizgnęły na tej płycie – i to mnie uratowało. Górnik przodowy zauważył, co jest, chwycił mnie za nogi i wyciągnął. I wtedy wszystko trzasło! Gdyby nie ten jego odruch, toby mnie teraz nie było na tym świecie. Potem mnie prosił, żeby o tym nikomu nie
mówić. I ja oczywiście nikomu nie powiedziałem.

I to był ten zakręt, ten zwrot w pana życiu, prawda? 

Ten zakręt może nie nastąpił z ja­kiejś bojaźni. Ojciec sobie wyobrażał, że górnik to jest taki stabilny fach, taki dobry zawód. Dach nad głową.
Deszcz ci nie pada na głowę, zawsze jest ciepło. Bo tam niekiedy jest aż za ciepło. Ale moja decyzja nastąpiła, kiedy byłem w zespole rapsodycznym przy Wojewódzkim Domu Kultury. Tam gdzieś połkną­ łem bakcyla teatru. I to potem się odezwało na politechnice. Te wszystkie moje ulubione przedmioty ścisłe… Ni stąd, ni zowąd, poczułem się jak na tureckim kazaniu. I tak mi brakowało dawnego środowiska, kolegów, zespołu, nastroju, tego wszystkiego. To spowodowało, że się zdecydowałem i jednak poszedłem do szkoły teatralnej.

Do tego potrzebna była odwaga i odważne mierzenie się z samym sobą. Panie Franciszku, jakim pan był dzieckiem?

Trudno mi oceniać samego siebie w dzieciństwie. Oczywiście, kiedy to konfrontuję z dzisiejszymi dziećmi, z dzi­siejszą młodzieżą, to myśmy byli bardzo ulegli wobec rodziców. Bardzo pokorni. Aż do tego momentu, kiedy powiedziałem: nie! Prawda?

Dosyć późno powiedział pan nie.

Ale to były inne czasy. Dziś, jeżeli ktoś nie ma dużej werwy egzystencjalnej, to sobie nie poradzi na tym sza­lenie pędzącym świecie. I młodzież się przystosowuje do czasów.


Lifestyle

„Drogi były, chciałabym ci serdecznie podziękować, że nie kochałeś mnie tak, jak na to zasługuję”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
23 września 2022
fot. Thomas Vitali/Unsplash
 

Zaskoczony? No pewnie. W końcu, kto by się spodziewał takiego wyznania. Komu przyszłoby do głowy podziękować komuś za okropne traktowanie, za brak miłości, emocjonalne okrucieństwo. Ale ja to robię, bo to wszystko sprawiło, że dziś jestem wygrana.

Pewnie, jeśli przeczytają to moje koleżanki, albo mówiąc szerzej – wszystkie kobiety, będą się co najmniej uśmiechały pod nosem. Może z niedowierzaniem, może nawet z delikatną pogardą, a może niektóre nawet się wkurzą. No bo jak to tak, dziękować za zło, którym ktoś nas „obdarował”?

Patrzę na znajome pary, które są tak szczęśliwe w swoich związkach, które trzymają się za ręce, mogą na siebie liczyć i po prostu są blisko, razem. I desperacko chciałabym tak jak oni. Żebyś tu był, żebym mogła znów poczuć, że do kogoś należę. Ale nie wrócę, nie ma mowy.

Wiem, że jestem najdalej jak to możliwe od bycia w związku, ale wiem też, że to nic nie szkodzi. Wszystko jest w porządku.

Wiem, że zanim pokocham i zanim ktoś pokocha, muszę znaleźć miłość… do siebie samej. Tylko wtedy będzie to prawdziwa miłość, szczery związek, a nie desperacja. Że nie zadowolę się pierwszym lepszym facetem, który zechce na mnie spojrzeć i powie mi coś miłego.

To lekcja, którą mi dałeś, a którą ja odrobiłam bardzo solidnie. Na piątkę z plusem. Gdybym nigdy nie była z tobą i gdybyś nie traktował mnie tak, jak mnie mnie traktowałeś, to nie byłabym bogatsza o tę naukę.

Nigdy nie kochałeś mnie tak, jak na to zasługiwałam. W sposobie, w jaki mnie traktowałeś nie było troski. Nigdy nie sprawiłeś, że poczułam się najpiękniejszą i najwspanialszą dziewczyną na świecie. Nie widziałam tego w twoich oczach. Nigdy nie czułam, że zasługuję na twoją uwagę i jakikolwiek wysiłek.

Zawsze robiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby utrzymać ten związek na powierzchni. Holowałam nas na siłę. Zawsze sama, nie kiwnąłeś palcem, żeby mi pomóc. Zniszczyłeś moją samoocenę. Unicestwiłeś moje poczucie własnej wartości.

Nieustannie toczyłam sama ze sobą spór, czy jesteś tego wszystkiego wart, czy nie. Kiedy już byłam bliska zrozumienia, że nie jesteś, zawsze znajdowałeś sposób, żeby z powrotem wciągnąć mnie w bagno. Byłam jak marionetka.

Ale powtarzam – jestem wdzięczna, że potraktowałeś mnie w ten sposób. Byłeś tak okropny, że w końcu musiałam samodzielnie podjąć decyzję o zakończeniu tego związku. Po prostu odeszłam. Stanęłam we własnej obronie. Zaczęłam domagać się dla siebie lepszego życia. To, że byłeś okropnym partnerem, nauczyło mnie, że nie można nikogo zmusić do miłości. Trzeba cierpliwości i właściwej osoby. A to przyjdzie, kiedy będę gotowa. Nauczyłeś mnie, że nie powinnam czekać aż w końcu mnie pokochasz.

Po prostu nie byłeś dla mnie odpowiednią osobą. Po prostu nie byłeś facetem, na którym mogłabym polegać. Nie byłeś cżłowiekiem, który był przy mnie.

Grałeś główną rolę w fatalnym filmie o moim życiu. Ale dzięki temu teraz zdaję sobie sprawę, że może być tylko lepiej. I na pewno będzie.

Kamila


Lifestyle

Czy w szkole można mieć lekcję, podczas której uczysz się empatii i odpoczyku? W Danii to jest obowiązek

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
23 września 2022
Fot. iStock/AleksandarGeorgiev

Kiedy nasze dzieci uczą się matematyki, fizyki, biologii i cały czas mają poszerzany program nauczania i coraz więcej zadań domowych – Duńczycy (którzy deklarują, że są jednym z najszczęśliwszych narodów na świecie) uczą w szkołach – empatii. Od ponad dwóch dekad! Okazuje się, że Duńczycy uważają, że empatia jest równie ważna, co nauka języków obcych czy ścisłego rachowania. Wychodzą z założenia, że współodczuwanie może przyczynić się do odnoszenia późniejszych sukcesów – również w biznesie. Czy mają rację?

Rodzice wracają do szkoły! Zadbaj o swój dobrostan i weź udział w akcji z nagrodami

Nauka empatii i odpoczynku

W Danii na obowiązkowe lekcje empatii uczęszczają dzieci od szóstego do szesnastego roku życia. Zajęcia odbywają się raz w tygodniu podczas „Klassens tid” lub „The Class’s Hour”. Podczas jednej godziny w tygodniu duńscy uczniowie zbierają się w przyjaznej atmosferze, aby omówić różne aktualne problemy, a potem cała klasa próbuje znaleźć na nie rozwiązanie. To może być zagadnienie dotyczące szkoły, problem w grupie, albo kłopot jednego ucznia całkowicie niezwiązany z edukacją. Podczas takiej lekcji nauczyciel monitoruje przebieg rozmowy, zwracając uwagę na to, czy uczniowie potrafią się wzajemnie słuchać, nie oceniać i czy w ogóle chcą rozumieć perspektywę innych.

Jedną z metod pracy z najmłodszymi dziećmi jest pokazywanie im zdjęć twarzy wyrażających różne emocje: strach, gniew czy szczęście. Ćwiczenie to pomaga rozpoznawać w sobie złożoność własnych stanów emocjonalnych i uczy, jak reagować w trudnych sytuacjach oraz jak odpowiadać na silne emocje rówieśników.

Co ciekawe, podczas „Klassens tid” Duńczycy rozmawiają nie tylko o problemach i o emocjach. Jeśli uczniowie nie zgłaszają żadnych istotnych tematów pod dyskusję, nauczyciel nie może w czasie tej godziny np. nadrabiać z klasą zaległości w matematyce czy biologii. W takiej sytuacji nauczyciel razem z uczniami oddaje się hygge, czyli odpoczynkowi w poczuciu komfortu i bezpieczeństwa. W ten sposób uczy młodych ludzi, że relaks i radość ze wspólnego jedzenia ciasta jest równie ważna co np. eksperymenty chemiczne.

Każdy może czegoś od siebie się nauczyć

Innym, mniej oczywistym przykładem treningu empatii w duńskich szkołach, jest łączenie dzieci o różnych mocnych i słabych stronach. Uczniowie, którzy są silniejsi akademicko, uczą się razem z tymi, którzy są słabsi. Towarzyscy wspierają nieśmiałych. Przecież każdy ma pozytywne cechy. Matematyk może być słaby w piłce nożnej i na odwrót. „Ten system wspiera współpracę, pracę zespołową i wzajemny szacunek”, czytam w The Atlantic. A później?

Empatia jest jednym z najważniejszych cech odnoszących sukcesy liderów, przedsiębiorców, menedżerów. Zmniejsza zastraszanie, zwiększa zdolność wybaczania i znacznie poprawia relacje i więzi społeczne. Empatia poprawia jakość relacji, co według badań jest jednym z najważniejszych czynników dobrego samopoczucia danej osoby. Badania sugerują również, że empatyczni nastolatki odnoszą większe sukcesy, ponieważ są bardziej ukierunkowane na cel niż ich bardziej narcystyczni rówieśnicy. A jeśli się nad tym głębiej zastanowić – wszystko ma sens. Ludzie sukcesu nie działają sami; każdy człowiek potrzebuje wsparcia innych, aby osiągnąć pozytywne rezultaty w swoim życiu, czytam w The Atlantic

W Polsce takie rozwiązania można by wprowadzić podczas lekcji wychowawczej. Ale sami doskonale wiemy, że niewielu wychowawców klasy traktuje je poważnie. Ten czas najczęściej jest przeznaczany na załatwianie spraw bieżących i logistyki różnych działań wokół wycieczek klasowych itp. Większość naszych szkół niestety jest tylko nastawiona na poszerzanie wiedzy — a nie na uczenie młodych różnych kompetencji miękkich takich jak: empatia, umiejętność wspierania, zespołowego działania nad projektami, otwartego rozmawiania o emocjach bez względu na płeć dziecka. Wszyscy czekamy aż to się zmieni?


Zobacz także

Kilka nieoczywistych powodów, dlaczego nie możesz stracić na wadze

Szczęście nigdy nie przychodzi do tych, którzy nie doceniają tego, co mają

Rak jelita grubego: jak uniknąć? Czy można z nim żyć?