Lifestyle

Codzienność i zwyczajność jest „na życie” o wiele lepsza niż te fajerwerki…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
14 czerwca 2016
Fot. iStock / Springfrom
 

Na początku oczekujesz naprawdę czegoś „wielkiego”. Jak zakochać się, to na zabój, spektakularnie i z przytupem, jak wziąć ślub to z rozmachem. Jak wyjechać to tylko tak, by się zachwycić do utraty tchu, jak mieć przyjaciół, to tylko takich, którymi można się pochwalić. Fajerwerki i wybuchy, niespodzianki i zwroty akcji.

Żyj pełną piersią – radzą autorzy artykułów w magazynach – sięgaj po marzenia, porywaj się z motyką na słońce… Przecież jedno masz to życie.

– No pokaż mi jak mnie kochasz – mówiła moja znajoma do swojego chłopaka, a on przynosił jej gorącą kawę do łóżka. – E, nie, ale pokaż mi naprawdę – prosiła zawiedziona, a on, wracając z pracy wchodził do piekarni po jej ulubioną drożdżówkę z kruszonką, a w kiosku na rogu kupował jej ulubioną gazetę. – Nasze życie razem jest takie nudne i przewidywalne – skarżyła się ona nam, swoim przyjaciółkom, na swój związek. A on, co roku planował im urlop w miejscu, w którym pierwszy raz wyznali sobie miłość.

Zostawiła go w końcu dla jakiegoś kolegi z pracy, który był szalony do tego stopnia by namawiać ją na seks w biurze i nocne wyznawanie sobie miłości w fontannie na rynku. I dostała od niego diament, prawdziwy, ukryty w pudełku wypełnionym płatkami róż. I piła z nim szampana, nago, o północy, w hotelowym apartamencie dla VIP-ów. Chwilę to trwało, tylko chwilę. Po czterech miesiącach on wrócił do żony (a może wcale nigdy od niej nie odszedł), a ona jeszcze jakiś czas udawała, że nic ją to nie obeszło, że przynajmniej czuła, że żyła, że miała tę miłość jak z filmu. Potem płakała, długo nad zwyczajnością, którą miała wcześniej. Nad powrotem do codziennej kawy i drożdżówkami z piekarni na dole. Bo ten powrót był już niemożliwy.

Mój kolega, odważny i silny wspinał się wysoko w dalekich krajach, a jego żona umierała ze strachu za każdym razem, gdy wyjeżdżał i nie było z nim kontaktu. Kiedy się nie wspinał, wyskakiwał co chwila na koncerty i wystawy: do Berlina, do Nowego Jorku, do Paryża. Ona czekała wiernie w domu, który miał być jego ostoją, portem, do którego wracał. Kiedy już jednak trafił do ich wygodnego i przytulnego mieszkania, nigdy nie mógł być dla niej naprawdę. Zwykłe wieczory z ukochaną żoną, rutyna podobnych do siebie poranków i codziennego wyjścia do biura, w którym był szefem, męczyła go. Stale planował następny wyjazd, następny szczyt. Nie miał głowy do tego, by zapamiętać bezbłędnie o której godzinie jego dzieci kończą lekcje, nie miał głowy by pamiętać o liście zakupów.

O swojej chorobie jego żona dowiedziała się, gdy on pływał z delfinami po drugiej stronie kuli ziemskiej. Gdy wrócił, była już w szpitalu. Rutyna, stałe godziny posiłków, codzienne zabiegi: ten poranny i ten popołudniowy. No i dzieci, którymi również musiał się teraz zająć, ale tak naprawdę, na serio. Bo młodszemu, Kubusiowi trzeba było wieczorem przygotować ubranie na rano i pamiętać o zajęciach z logopedą. I o alergii.  A starszemu, Piotrkowi sprawdzić codziennie lekcje i dwa razy w tygodniu odwieźć go na trening. Zwyczajne życie.

Fajerwerki, adrenalina, bliskość egzotyki  – wszystko przestało się teraz liczyć. Żeby tylko ona była zdrowa.

–  Kiedy bliska osoba tak ciężko choruje i sukcesem jest dla niej wykonanie samodzielnych kroków, zebranie energii na to tylko by spędzić z tobą święta w domu, gdy każda prozaiczna czynność okupiona jest walką – powiedział kiedyś ten znajomy – zaczynasz rozumieć, że na zwykłe życie najlepsza jest zwyczajność.

Niektórzy z nas rodzą się „niespokojni”, poszukujący i nie przestają szukać aż do końca. Inni żyją z dnia na dzień, a każdy ich poranek podobny jest do poprzedniego. Jeszcze inni żyją tak, by fajerwerki gościły na ich niebie w wyjątkowych chwilach. Jak jest najlepiej? Chyba tak, by codzienność  była dla nas czymś niezwykłym, by dostrzegać w tej zwyczajności i przewidywalności dobro.  To, że mamy dobry, ciepły dom z ukochaną osobą u boku. Że potrafimy docenić i to, że najbliżsi są zdrowi i że jest miłość – ta wyrażona najprostszym gestem.


Lifestyle

„Musisz nauczyć się decydować sama za siebie. Kiedy dorośniesz, nie będziesz się bała sięgać po swoje marzenia”. Dlaczego kobietom brak odwagi?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
23 czerwca 2016
Fot. iStock / wundervisuals
 

Nie, nie tej, która jest potrzebna by zawalczyć o swoje dzieci. Znam kilka cudownych matek, które w przeciwieństwie do ich (byłych) życiowych partnerów, dzielnie walczą o każdy uśmiech ciężko chorej pociechy, ba czasem nawet o każdy jej oddech. Znam też kobiety, które jak lwice walczą o swojego mężczyznę, o związek, o rodzinę. Kiedy on już nie wierzy i nie chce, one wierzą nadal że będzie dobrze, wyznając najpiękniejszą z możliwych religii: religię miłości. Ale jednocześnie zbyt często brak im odwagi by zawalczyć o siebie, o swoje prawa, o swoje szczęście.

Mam znajomą. W pracy to mądra i pewna siebie osoba o otwartej głowie i analitycznym umyśle. Pisze do mnie czasem SMS-y, komentując polityczną i społeczną rzeczywistość. Ale w sobotę napisała tak: „Poszłabym na Marsz Godności, tylko że on (mąż) nie chce. Pojedziemy do przyjaciół, na działkę.”. Zabrakło jej pewności by postawić na swoim, by pójść razem z innymi dziewczynami solidarnie wyrazić swoje poglądy. Dlaczego? Bo ON by nie poszedł. Bo by ją może wyśmiał. ON jest taki mądry, tak dużo wie. Któregoś dnia ironicznie skomentował reportaż o mobilizacji znanych i lubianych przed marszem: „baby się wygłupiają, w ten sposób nic nie wywalczycie”.  Pomyślała więc, że i ona boi się przed nim „wygłupić”. Szkoda, miałybyśmy choć jeden głos więcej w sprawie, która dotyczy naszego wspólnego dobra.

Szkoda, że ona jest w związku z mężczyzną, który odbiera jej prawo do decydowania w jaki sposób chce wyrażać swoje poglądy.

Czytelniczka pisze: „Chcę odejść. Jestem nieszczęśliwa, łączą nas tylko dzieci. Nie, on nie bije, nie ma nawet nałogów. Między nami emocjonalna chłodnia. Nie, nie mam nikogo, ale w tym związku nie mogę być tym, kim chcę. Próbowaliśmy terapii, dawaliśmy sobie szanse. Nie ma już miłości, dzieci to widzą. Pomóżcie mi, boję się. Boję się, że on nie pozwoli mi odejść, że mnie zniszczy, że odbierze mi dzieci. Boję się, że moi rodzice nigdy więcej się do mnie nie odezwą. Boję się reakcji naszych wspólnych znajomych.” Po krótkiej wymianie maili, kontakt się urywa. W końcu przychodzi jeszcze jedna, ostatnia wiadomość: „ Zabrakło mi odwagi, widocznie tak ma być.  Trudno, trzeba płacić za swoje błędy”.

Przyjaciółka, która pracuje jak mróweczka w dużej, warszawskiej kancelarii przychodzi na nasze babskie spotkania zawsze z tą samą wątpliwością: poprosić o podwyżkę, czy nie? Jeśli tak, to jak zrobić to tak, żeby nie wyjść na zbyt „roszczeniową”? A urlop? Poczekać na dobry humor szefa, czy może na razie w ogóle zapomnieć?

Po co się wychylać. Przecież szef sam w końcu zauważy ze się staram, ze jestem dobra, może nawet najlepsza. To on zdecyduje, kiedy nagrodzić moją pracę. No tak, pracuję tam już bardzo długo. Tak, wszyscy są ze mnie zadowoleni. Właściwie uważam, że ta podwyżka mi się należy. Tak wiem, że mam prawo do urlopu. Wiem wszystko. Ale chyba jeszcze chwilę poczekam. Jakoś tak głupio pójść i powiedzieć: „Słuchaj, jesteś usatysfakcjonowany moją pracą, mówiłeś, że zaskakuje cię moja skuteczność, że powinnam sobie zrobić wolne. Chciałabym prosić o podwyżkę i kilka dni urlopu.”. Walczyć na sali sądowej o sprawiedliwy wyrok dla klienta to co innego niż walczyć o swoje u pracodawcy. Dlaczego?

Nie potrafimy, ciągle jeszcze nie umiemy zawołać głośno w swojej sprawie: to mi się należy! I póki się nie obudzimy, nie wywalczymy szacunku dla siebie i swoich marzeń, celów, planów wśród najbliższych, w domu, w rodzinie, w pracy póty nie będziemy w stanie zawalczyć o swoje prawa w naszym kraju.

Na ulicy młoda, piękna kobieta prowadzi za rękę ośmioletnią córeczkę. Tłumaczy jej coś spokojnym, ciepłym tonem. Kiedy je mijam, docierają do mnie tylko dwa zdania: „Musisz nauczyć się decydować sama za siebie. Kiedy dorośniesz, nie będziesz się bała sięgać po swoje marzenia”.  Ufff! Dla najmłodszego pokolenia jest jeszcze nadzieja.


Lifestyle

Żyj i pozwól żyć innym. Nie podcinajmy skrzydeł tym, których kochamy

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
12 czerwca 2016
Fot. iStock / Chepko

Był raz sobie człowiek, który lubił mówić innym jak mają żyć. Uważał, że wie to lepiej, bo odniósł wielki sukces. Bogaty i wpływowy, kontrolował swoich najbliższych –  żonę, córkę i syna –  tak jak pracowników swojej wielkiej firmy. Przeżył tak kilkadziesiąt lat, zarządzając swoją rodziną bez szacunku dla emocji, marzeń i planów swoich dzieci i ich matki. Nieraz nie cofnął się przed okrucieństwem, powtarzając, że to wszystko dla ich dobra. Przekonany, że jedynie on wie, co dla nich najlepsze nie zauważył nawet, kiedy żona oddaliła się od niego na tyle, by zacząć prowadzić oddzielne życie. Niedługo po tym jak dowiedział się, że jego syn zrezygnował z opłaconego przez niego, prestiżowego kierunku studiów, a córka kupiła bilet na samolot by spróbować swych sił w obcym kraju, zachorował. Długo leżał w szpitalu, pielęgnowany przez najwspanialszych lekarzy i przyjmując najdroższe leki, ale choroba postępowała bezlitośnie, nie pozostawiając złudzeń: umierał.

Kiedy odchodził, dzieci i była żona zjawiły się przy nim, a na ich twarzach nie było gniewu, tylko żal, że on cierpi. Na ten widok wielka, przezroczysta łza stoczyła się po jego pomarszczonym policzku, a drżący głos przemówił tak:

Jesteście tu dzisiaj litując się nad moim losem, choć ja często nie miałem litości dla was. Przepraszam. Ciebie Żono za to, że nie dotrzymałem słowa. Obiecywałem ci miłość i opiekę, ale nie dałem ci tyle siebie, ile powinienem. Bywałem okrutny, źle pojmowałem moją rolę. Nie stawiałem cię na równi ze mną i nie doceniałem twojej wyrozumiałości i dobroci. Przeżyłaś ze mną trzydzieści kilka lat, choć nie byłaś szczęśliwa. Jesteś kimś wielkodusznym jeżeli teraz trzymasz mnie bez obrzydzenia za rękę.

Ciebie Córeczko przepraszam za to, że próbowałem zniszczyć twoje marzenia. Dziś jestem dumny z tego, że jesteś taką silną kobietą, ale wiem, że to nie moja zasługa. Wybacz mi, że nie akceptowałem twoich wyborów, nie szanowałem bliskich ci osób. Wybacz, że nigdy nie byłem ojcem, jakiego pragnęłaś mieć. Jeśli jesteś dzisiaj tu przy mnie, to dowód, jak wielkie masz serce.

Synu, przepraszam Cię za to, że próbowałem zmienić cię w kogoś podobnego do mnie. Jesteś kimś o wiele lepszym. Jestem dumny z tego, że idziesz własną drogą. Wszystko co masz, zawdzięczasz sobie, swojej ciężkiej pracy, nie ma w tym żadnej mojej zasługi. Jeśli jesteś dzisiaj tutaj, to dowód wielkiej siły twego charakteru.

Wybaczcie mi.

Żona pogłaskała go po bladej, schorowanej twarzy i powiedziała łagodnie: Pokochałam chłopaka o szczerym sercu i dobrej duszy. Czas zmienił cię w twardego gracza, a nasze drogi rozeszły się. Popełniłeś błędy, za które teraz dziś nie mam do ciebie żalu. Dziękuję ci za to, że kiedyś mieliśmy wspólne marzenia. Dziękuję ci za nasze cudowne dzieci.

Córka wzięła ojca za rękę i przemówiła tak: Tato, były momenty, w których nienawidziłam ciebie i twoich decyzji. W myślach nazywałam cię potworem. Ale nigdy nie przestawałam cię kochać, choć długo nie umiałam znaleźć w sobie wybaczenia. Dziś pogodziłam w sobie naszą przeszłość, żyję z czystą kartą: jestem spokojna i mam przy swoim boku kogoś, z kim chcę zbudować szczęśliwą rodzinę.

Syn spojrzał głęboko w oczy swojego ojca i powiedział: Tato, choć nigdy się nie rozumieliśmy, długo starałem się być najlepszym synem, takim jakiego mnie sobie wymyśliłeś. Gdy zrozumiałem, że nie muszę stale zabiegać o twoją miłość i akceptację, że jestem „kimś” i bez twojego przyzwolenia, stałem się mężczyzną. Dziś patrzę na ciebie i twoją chorobę i myślę tylko o tym, że tracę ojca, którego dane mi było na chwilę odzyskać. Wybaczyłem ci już dawno.

Śmierć nadeszła niedługo potem i zostawiła po sobie żal, że ta rozmowa wydarzyła się tak późno.

Nie mówcie, że to zbyt naiwne, nie osądzajcie tego człowieka źle. To oczywiste, że śmierć i choroba zmieniają perspektywę. Ale skoro najbliżsi mu wybaczyli, to znaczy, że na to zasłużył. Żyjmy tak, by być szczęśliwymi i nie krzywdzić innych. Nie podcinajmy skrzydeł tym, których kochamy, pozostawiajmy im wolność. Miejmy przebaczenie w sercu dla tych, którzy go pragną. Szkoda czasu na nienawiść.