Lifestyle

Co wspólnego ma z tym miłość? Czyli jak Tina Turner została „Po prostu najlepsza”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
6 marca 2016
Co wspólnego ma z tym miłość? Czyli jak Tina Turner została "Po prostu najlepsza"
Fot. Wikimedia / Fot. Flickr/Heinrich Klaffs / CC BY-SA
 

Kobieta, która się nie poddała. Poniżana i odzierana z poczucia wartości przez szesnaście długich lat, potrafiła wziąć sprawy w swoje ręce i odbić się od dna. Historia Tiny Turner dowodzi jej niezwykłej siły i odwagi. Gdy odchodziła od męża miała w kieszeni 36 centów. Dzięki determinacji i ciężkiej pracy stała się legendą i jedną z najbardziej rozpoznawalnych gwiazd muzyki rozrywkowej na świecie.

Dzieciństwo

Anna Mae Bullock urodziła się  26 listopada  1939 roku w maleńkim Nutbush. Szybko odkryła, że ma dobry głos. Miała też marzenia. Marzyła o świecie z kolorowych okładek pism, które coraz częściej docierały do jej miasteczka. Między rodzicami Anny było źle odkąd pamiętała. Kiedy po jednej z awantur matka przyszłej gwiazdy spakowała walizki i odeszła, dziewczynka została ze starszą siostrą Alline i ojcem, który wkrótce ożenił się ponownie. Dziewczynki oddano na wychowanie krewnym, ale niedługo potem zdecydowały, że chcą ponownie zamieszkać z matką,  w St Luoius. To tu Alline stała się bywalczynią jednego z najsłynniejszych muzycznych klubów. To tu także Anna skończyła szkołę i to tu wreszcie zadecydował się jej los.

Co wspólnego ma z tym miłość? Czyli jak Tina Turner została "Po prostu najlepsza"

Fot. Wikimedia/ United Artists Records-publicity release by McFadden, Strauss, Irwin. / CC0 Public Domain

Ike

Na krótko przed jej 17- tymi urodzinami, Alline zabrała siostrę do klubu Manhattan. W ten sobotni wieczór siedziały na jednym ze stolików uderzając rytmicznie nogami o podłogę. Na scenę weszli Kings of Rhythm,  a  kilka minut później pojawił się ich wokalista. Nazywał się Ike Turner. Był rok 1956, on Miał 24 lata, ona 16. Nigdy wcześniej  nie słyszała podobnej muzyki. Zafascynowana zaczęła przychodzić słuchać Ike’a i jego zespołu coraz częściej.– Chciałabym wystąpić na scenie – zwierzyła mu się pewnego razu. – Wkrótce będziesz miała taką szansę –  odpowiedział. Gdy kilka tygodni później ktoś poprosił siostrę Anny by zaśpiewała, odmówiła. Wtedy Anna zaczęła śpiewać. Zaśpiewała tak, że zachwycony Ike zeskoczył ze sceny i poderwał ją z ziemi. W ten sposób Anna Mae została jedną z wokalistek The Kings of Rhythm. Od tej pory Ike nazywał ją „mała Anią” i zaczął kupować jej ubrania i biżuterię. Siedemnastolatka była w siódmym niebie, a przynajmniej tak jej się wówczas wydawało.

Co wspólnego ma z tym miłość? Czyli jak Tina Turner została "Po prostu najlepsza"

Fot. Wikimedia / Fot. Flickr/Heinrich Klaffs / CC BY-SA

Z obawy przed reakcją matki, Anna nie powiedziała jej, że pracuje dla Kings of Rhythm. Cała sprawa wydała się, gdy jeden z kolegów z zespołu odwiedził ją w domu i zapytał czy Anna nie mogłaby poćwiczyć z nim nowych utworów. Matka i córka popadły w konflikt, a Anna dostała całkowity zakaz odwiedzania klubów muzycznych. Wtedy właśnie zainterweniował Ike. Podjechał po ich dom różowym Cadilaciem. Długo rozmawiał z Zelmą (matka Tiny -przyp.red.) i obiecał, że będzie opiekował się jej córką jak starszy brat. Przekonywał, że Anna będzie pewnego dnia wielką gwiazdą. Zelma zaufała.

Kariera i… rodzina

Rok później, za namową Ike’a, Anna Mae stała się Tiną. Wybór imienia nie był oryginalny, miał przypominać imię królowej dżungli z jakiegoś telewizyjnego serialu. W ciągu dnia Tina pracowała w szpitalu, nocami śpiewała. W owym czasie przyszedł na świat Craig, jej syn, którego ojcem był lider zespołu.

Nadeszły pierwsze sukcesy, a głos Tiny stawał się rozpoznawalny. Z tego powodu Ike zmienił nazwę zespołu na The Ike & Tina Turner Revue. A jego prawdziwa natura i chciwość zaczęły brać górę nad rozsądkiem. Ike musiał mieć wszystko i wszystkich pod kontrolą. Stał się apodyktyczny, nie znosił sprzeciwu. Jako jedyny decydował o  wyborze piosenek, muzyków i klubów, w których grali.  Z  Tiną wiązał go jeszcze mocniej fakt, że  urodziła mu syna.  Zaczęła również matkować  jego dwóm synom z poprzedniego małżeństwa. Charyzmatyczny lider wiedział jak wielkim skarbem jest Tina i nie chciał wypuścić jej z rąk. Pragnął sławy i pieniędzy. I zawojowania tych cholernych „białych” list przebojów. Tylko ona  mogła mu to umożliwić.  Chcąc mieć nad nią całkowitą kontrolę, zaproponował Tinie małżeństwo. Jak wiele lat później wyznała , zgodziła się ze strachu. Pobrali się  w 1962 roku po przeprowadzce do Kalifornii.

Co wspólnego ma z tym miłość? Czyli jak Tina Turner została "Po prostu najlepsza"

Fot. Wikimedia / fattkatt / CC BY-SA

Marząc o wolności…

W połowie lat  60-tych Ike & Tina Turner stali się jedną z najpopularniejszych grup R&B w Stanach. Marząc o szerszej publiczności wyruszyli w trasę. Przez 270 dni w roku przebywali w drodze, koncertując w całym kraju.  Między małżonkami było coraz gorzej. Kiedy w styczniu 1966 roku producent  Phil Spector zaproponował Tinie  kontrakt opiewający na sumę $20,000 dolarów,  nie zgodził się na udział Ike’a w produkcji utworu. To wtedy właśnie Tina pierwszy raz pomyślała, że jest w stanie odnieść sukces sama. Piosenka River Deep, Mountain High, która wtedy nagrała nie odniosła wówczas sukcesu, ale przez  krytyków uznawana jest za jedną z najlepszych piosenek wszechczasów. Tymczasem Kariera Ike’a i Tiny nabierała tempa: w Europie byli postrzegani jako gwiazdy. U boku The Rolling Stones wystąpili w londyńskim Royal Albert Hall. Dwadzieścia lat później Tina powie, że wtedy zrozumiała, że jej prawdziwy dom jest w Europie.

Przebudzenie

Co wspólnego ma z tym miłość? Czyli jak Tina Turner została "Po prostu najlepsza"

Fot. Wikimedia / InSapphoWeTrust / CC BY-SA

Lata 70 przyniosły pełny sukces duetu w Stanach Zjednoczonych. Ike i Tina przeprowadzili się do pięknego domu w bogatej dzielnicy Los Angeles. Olbrzymia kuchnia, wodospad w salonie, stolik do kawy w kształcie gitary… Złota klatka Tiny.  Ike przejął całkowicie inicjatywę, ona nie protestowała. Zastraszona, obawiając się jego niespodziewanych napadów złości, starała się jedynie jak najlepiej zajmować chłopcami i nie denerwować męża. Gdy wybudował własne studio nagrań, była zachwycona, że wreszcie pozbędzie się go z domu. Ale wtedy zaczęło się prawdziwe piekło. Wydzwaniał do niej nocą, że ma natychmiast przyjechać. Spędzał tam coraz więcej uzależniając się od kokainy: potrzebował czegoś, co pozwoli mu tworzyć bez przerwy. Czasem pracował pięć dni bez odpoczynku. Miał obsesję na punkcie list przebojów. Kiedy jednak piosenka „Proud Mary” zawojowała amerykańskie notowania, wszyscy zwrócili uwagę na Tinę, nie na niego. Ike wpadł w szał.

Następne dwa lata przyniosły duetowi kolejne sukcesy i olbrzymie pieniądze. A także jeszcze więcej przemocy ze strony Ike’a. Bił ją dosłownie za wszystko.  Ale czara goryczy przelała się. Tina zaczęła odczuwać gniew. Napięcie i strach, które skrywała przez lata teraz zaczęła przekuwać w swoją siłę. To był okres, w którym kobiety w Stanach głośno żądały niezależności i szacunku. Inspiracją dla Tiny było także rozstanie Cher  z mężem Sonny w 1974 roku. Cher zawodowo poradziła sobie po rozwodzie świetnie. Dlaczego więc ona miałaby sobie nie poradzić? Tina Zaczęła mówić mężowi, że potrzebuje więcej swobody. Ale nie słuchał. Muzycznie i życiowo tkwił ciagle w latach 50, podczas gdy ona wybiegała na spotkanie  z przyszłością.  Przełomem był rok 1974 roku, kiedy Ike pozwolił Tinie ( ze względu na olbrzymią gażę) wystąpić w rockowym musicalu. Wyleciała do Londynu na zdjęcia i wystąpiła u boku Erica Claptona, Eltona Johna, Jacka Nicholsona oraz Ann-Margret,  z która serdecznie się zaprzyjaźniła.  Do domu wróciła już całkiem odmieniona.

Koniec koszmaru

Byli w drodze do Dallas, kiedy zaproponował jej czekoladkę. Odmówiła, wymierzył jej policzek. Wtedy, pierwszy raz w życiu, oddała. „To koniec” – pomyślała. Bili się całą drogę na lotnisko, a  nawet w samolocie. W drodze z lotniska do hotelu wykrzyczała, co o nim myśli. Obnażyła wszystkie skrywane żale i krzywdy.  Nie mógł w to uwierzyć. – Nigdy tak do mnie nie mówiłaś – powtarzał.  W hotelu powiedział , że krew na ich ubraniach to ślady po wypadku.

Ten moment pozostanie w jej pamięci na zawsze. Opowiedziała o nim wiele razy. Jest późna noc. W milczeniu kładą się obok siebie w ogromnym łóżku. Tina czeka, aż mąż zaśnie. Potem po cichutku wstaje, jej ręce drżą, kiedy otwiera drzwi łazienki. Patrzy na swoje odbicie w lustrze i zakrwawioną twarz. Musi działać szybko. Myje się, zakłada ciemne okulary. Serce bije jej szybciutko. W kieszeni narzuconego na siebie na prędce płaszcza ma tylko 36 centów. Odchodzi. Ucieka z hotelu w Dallas, dokąd przyjechali, by zagrać wspólnie koncert. – Uciekłam od męża – mówi menadżerowi innego hotelu. – Teraz nie mam pieniędzy, ale na pewno wkrótce zapłacę za pokój – obiecuje pokazując posiniaczone ciało. Jeszcze przez kilka miesięcy ukrywa się przed mężem. Mieszka u przyjaciół, w zamian za dach nad głową pomaga im sprzątać dom. Kupuje broń. Gdy pewnego dnia Ike zjawia się pod jej drzwiami, Tina dzwoni na policję i mówi: Jestem Tina Turner. To jest Ike. Odeszłam od niego i już nie wrócę.

Olbrzymia presja, stres nie złamały Tiny. Przez następne kilka lat ciężko pracuje na swój sukces. Nadszedł w 1983 roku. A wraz z nim, zupełnie inny, nowy rozdział w życiu Anny Mae.


Lifestyle

„Pisałam o facecie, który dostał kulkę w głowę, chciałam to zobaczyć. Musiałam, żeby poczuć, co czuje moja bohaterka. Nie tworzę bajek dla dorosłych, ale historie, które mogłyby wydarzyć się naprawdę”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
6 marca 2016
Joanna Opiat-Bojarska
Fot. Beata Cichecka/Joanna Opiat-Bojarska
 

Nagle organizm odmówił jej posłuszeństwa. Paraliż całego ciała. A przecież miała spotkania, plany. Gdyby ktoś wtedy jej powiedział, że będzie pisać książki, co więcej – że będzie jej to sprawiać przyjemność, to roześmiałaby się w głos. Ona – ekonomistka, która myślała, że z biznesem związała się na całe życie. Dziś pisze kryminały.

Ewa Raczyńska: Świat ci się zawalił?

Joanna Opiat-Bojarska: Zawalił. Długo nie mogłam znaleźć odpowiedzi – dlaczego mnie to spotkało. Przecież dbałam o siebie, może nie jakoś przesadnie, ale jednak. Moje życie było dobre. Skończyłam ekonomię, wyszłam za mąż, urodziłam dziecko, otworzyłam swoją firmę. Wszystko się układało do momentu, kiedy poczułam pierwsze objawy choroby. Oczywiście je zlekceważyłam. Bo jak pracujesz, masz małe dziecko, to jesteś mądrzejszym od wszystkich. I kiedy mama mówi: „Odpocznij w ciągu dnia, jak dziecko śpi”, to ty wiesz lepiej i zawsze masz coś do zrobienia.

Co się właściwie stało?

Zespół Guillaina-Barrégo. Skutek niedoleczonej infekcji. Najpierw czułam ból w plecach, a kilka dni później nie mogłam sama założyć butów. Mąż zawiózł mnie do lekarza, zostałam w szpitalu. Dzwoniłam do przyjaciółki: „Nie mogę tu zostać, mam spotkania, jest poumawiana z klientami, nie wiem, ile tu mam być, pewnie trzy, może cztery dni” – panikowałam. Przyjaciółka stwierdziła, że mam to potraktować jak chwilowe wakacje. „Poczytasz książki, przywieziemy ci komputer, filmy pooglądasz”. Wieczorem miałam już problemy z chodzeniem, do toalety szłam w asyście pielęgniarki. Usiadłam na sedesie, a po chwili nie byłam w stanie ani z niego wstać, ani podciągnąć spodni od piżamy.

To było pierwsze uderzenie w twarz. Próbowałam się podnieść siłą woli. Wtedy, w tej toalecie zrozumiałam, że z organizmem nie da się negocjować. Trzeba słuchać tego, co mówi i nie przeginać. Trochę tam posiedziałam, nim zebrałam się, by zadzwonić po pomoc.

Jak długo chorowałaś?

okladka-newU mnie choroba trwała dość krótko. Pięć tygodni byłam sparaliżowana, później pojechałam na rehabilitację, która miała trwać cztery tygodnie. Wyszłam po trzech, bo moja przyjaciółka miała ślub.

Wróciłam do życia. I nie zmądrzałam. Prosto z ośrodka rehabilitacyjnego pojechałam do firmy. Na drugi dzień na zakupy, bo czułam wielką potrzebę poprzebywania wśród żywych ludzi. Po kilku tygodniach znowu źle się poczułam, była obawa, że choroba nawraca. Najtrudniej było mi pogodzić się z tym, że musiałam zacząć żyć wolniej.

Wtedy przyszedł pomysł na pierwszą książkę?

Jeszcze nie. Najpierw wymieniałam się mailami z dziewczyną, która chorowała. Wyśmiewałyśmy tę naszą chorobę, która czyniła z nas zmęczone staruszki. Zaczęłam prowadzić bloga, by spisać wszystkie swoje myśli, także te motywacyjne, które pozwoliły mi wyjść z paraliżu, a które chciałam mieć pod ręką, gdyby nastąpił nawrót choroby. Okazało się, że mój blog był czytany, a ja odkryłam, że potrafię pisać i że sprawia mi to przyjemność. Zazwyczaj emocje trzymam w sobie, a na blogu mogłam je wypuścić. Przyjaciółka powiedziała: „A weź napisz książkę, Kalicińska napisała i zobacz jest pisarką”. Śmiałam się:  „Ja i książka – proszę cię”.

To kiedy ta myśl zakiełkowała?

Zaangażowałam się w pomoc ludziom chorującym na zespół Guillaina-Barrégo. Pisali do mnie, a ja, jak mogłam, odwiedzałam ich w szpitalu, bo dla mnie ten czas w szpitalu był właśnie najgorszy. Myślisz, że umierasz. Lekarze ci mówią: „Proszę czekać, wszystko zależy od siły organizmu”, a przecież tak mówi się osobom chorym na raka, umierającym.

Więc szłam do tego szpitala i mówiłam: „Zobacz, ja stoję, a nie tak dawno leżałam, jak ty. Dasz radę”. W pewnym momencie poczułam jednak, że w mojej historii powtarzanej kilkadziesiąt razy zostały już tylko słowa, a emocje gdzieś zginęły. Chciałam zatrzymać emocje – i tak właśnie zrodził się we mnie pomysł na książkę „Kto wyłączy mój mózg?”.

Kolejne były naturalnym następstwem?

Coś ty. „Kto wyłączy mój mózg?” pisałam pół roku. Co drugi dzień, wieczorem, siadałam do pisania. Po pół roku książka została wydana. A ja byłam pewna, że to koniec. Opowiedziałam swoją historię i nic więcej nie miałam do powiedzenia.

Minął miesiąc, odpoczęłam i… tego pisania zaczęło mi brakować. Stwierdziłam, że napiszę teraz o toksycznych związkach. Miałam znajomą, która trwała w takim związku. Później był „Klub wrednych matek” – najbardziej pozytywna z moich książek, jedyna z optymistycznym zakończeniem.

Skończyłam i pomyślałam: „To teraz czas na coś konkretnego”.

Czyli kryminał?

Przyjaciółka mi powiedziała: „Obyczajówkę to może napisać każdy, ale żeby napisać kryminał, to trzeba mieć talent”. Więc postanowiłam sprawdzić, czy ten talent mam. Poza tym sama uwielbiałam lico_72dpiczytać kryminały, zwłaszcza te Joanny Chmielewskiej. Cóż, okazało się, że większą frajdę sprawi mi ich pisanie, niż czytanie.

Jak zaczynasz pisać, to wiesz, jak się twoja powieść skończy?

Tak, zawsze. W moich książkach każdy wątek czy bohater pojawia się w odpowiednim momencie. Ale wiem, że różni autorzy mają różnie, a ja potrafię czytając wskazać, kto zaczynając pisać miał w głowie zakończenie swojego kryminału.

Bohaterowie mają swoje pierwowzory w realnym świecie?

Moje postaci zawsze są fikcyjne. Nie lubię pisać o prawdziwych ludziach. Najpierw tworzę kartotekę swoich bohaterów. Ustalam szczegóły – co lubią jeść, jakiej muzyki słuchają, jakim jeżdżą samochodem, jak wyglądają i jakie mają wykształcenie – żeby wiedzieć, jak w danej sytuacji się zachowają. I kiedy już tak ich stworzę, to przyklejam im łatki publicznych osób. Na przykład Młody z „Gdzie jesteś Leno” przypomina mi trochę Justina Timberlake’a i, gdy pisałam sceny z Młodym, to słuchałam właśnie Justina.

A gdzie szukasz inspiracji do wydarzeń?

W realnym świecie. Nie tworzę bajek dla dorosłych, ale historie, które mogłyby wydarzyć się naprawdę. To nie jest tak, że siedzę w fotelu, patrzę przez okno i czekam aż mnie oświeci. „Gra pozorów” powstała w mojej głowie, kiedy zobaczyłam nagłówek w gazecie: „Porwano mężczyznę w Poznaniu”. Zaczęłam się zastanawiać kto to był, dlaczego go porwano, doczytałam, że miał firmę informatyczną i wyobraźnia mi się uruchomiła. Na tej podstawie zbudowałam postać Gabriela.

W „Słodkich snów, Anno” morderca wyszukuje swoje ofiary w pociągach. Pisząc tę powieść w internecie wpisywałam na przykład: „zamordowany w pociągu”, a z wyników wyszukiwania wybrałam trzy najciekawsze sposoby zakończenia życia w pociągu.

Dobrze, że policja nie zapukała do twoich drzwi…

Na szczęście mnie znają. Współpracuję z policjantami i prokuratorem. Jak mój bohater nie wie, co zrobić z bronią, której użył, dzwonię do swojego policyjnego konsultanta.

I oni tak chętnie ci pomagają?

Teraz już tak. Choć na początku było trudno. Kobieta, do tego blondynka, która mówi, że chce napisać pierwszy kryminał, nie jest zbyt wiarygodna. Prokurator chciał najpierw przeczytać mój kryminał, by ocenić czy warto zaprosić mnie na rozmowę. Dziś mam bazę swoich konsultantów, niektórzy sami do mnie piszą z chęcią pomocy.

okładka2Oglądasz akta, zdjęcia, jeździsz na wizje?

Na wizje nie. Ale na przykład, jak pisałam o facecie, który dostał kulkę w głowę, to chciałam to zobaczyć. Nie dlatego, że lubię oglądać makabryczne rzeczy. Musiałam zobaczyć, żeby poczuć. Poczuć, by opisać to, co czuje moja bohaterka.  

Pamiętam pierwsze spotkanie z antropolog sądową. Z pasją opowiadała o swojej pracy, o kościach i ciekawych przypadkach. Wokół nas były eksponaty, zmumifikowane ciała, ale ja nie widziałam w tym nic makabrycznego. Każda czaszka, wątroba czy ręka to fragment człowieka, którego ktoś kochał lub nienawidził. Wyszłam zauroczona, choć mój mąż stwierdził, że to lekko dziwne, jak jeszcze wieczorem w łóżku opowiadałam mu o tym spotkaniu i o tym, co tam zobaczyłam.


Nadal prowadzisz swoją firmę?

Jestem umysłem ścisłym. Muszę realnie oceniać szanse i zagrożenia. Na początku prowadziłam firmę i pisałam wieczorami. Tworzenie kryminałów wymaga jednak większego skupienia, dlatego coraz trudniej było mi to godzić z aktywnością zawodową. Kiedy uznałam, że pisanie zapewnia mi bezpieczeństwo finansowe a pomysły na historie kryminalne nigdy się nie skończą zamknęłam firmę i zostałam pisarzem. Teraz piszę codziennie.

Odpowiedziałaś sobie w końcu na pytanie, dlaczego choroba dotknęła wtedy akurat ciebie?

Czasami człowiek marzy o czymś, co nawet nie jest dla niego dobre, bo zwyczajnie nie ma świadomości, co jest dobre. W takich krytycznych momentach jak choroba dowiadujesz się czegoś o sobie. Stajesz się bardziej uważna. Gdyby nie choroba, pewnie nigdy nie zaczęłabym pisać. Zgadzam się z tym, że jesteśmy kowalami własnego losu, ale pewne rzeczy się nam po prostu przydarzają, trzeba je zaakceptować.

Pisanie nadało sens mojej chorobie, pokazało, że ona wydarzyła się po coś. Dzisiaj wskutek choroby nie nadaję się np. do długich marszów, przy wysiłku fizycznym męczę się jak staruszka. Przy pisaniu nie czuję jednak żadnych ograniczeń, siedzę w fotelu i biegam po fikcyjnym świecie.


Fot. Beata Cichecka/Joanna Opiat Bojarska

Fot. Beata Cichecka/Joanna Opiat Bojarska

Joanna Opiat-Bojarska z wykształcenia ekonomistka, od kilku lat autorka kryminałów, w których łamie tabu, m.in. dotyczące handlu organami („Koneser”), dopalaczy („Zaufaj mi, Anno”) czy zaginięć („Gdzie jesteś, Leno”).

 


Lifestyle

Zatrzymaj się na chwilę

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
5 marca 2016
Fot. Facebook/Alon Gabby
Pędzimy gdzieś w ciągu dnia i często brakuje nam czasu na chwilę refleksji. Żeby usiąść, zastanowić się w jakim miejscu jestem i gdzie dążę.
Kiedy spotykamy takie rysunki opisujące rzeczywistość, musimy się zatrzymać. Choćby na chwilę. Czasami ta chwila może okazać się dla nas bezcenna, bo pozwoli nam dostrzec, gdzie właśnie jesteśmy i dokąd chcemy dojść.
Polecamy – chwilę refleksji dla was i dla innych.

Posted by Alon Gabbay on 28 luty 2016

Posted by Alon Gabbay on 28 luty 2016

Posted by Alon Gabbay on 28 luty 2016

Posted by Alon Gabbay on 28 luty 2016

Posted by Alon Gabbay on 28 luty 2016

Posted by Alon Gabbay on 28 luty 2016

Posted by Alon Gabbay on 28 luty 2016

Posted by Alon Gabbay on 28 luty 2016

Posted by Alon Gabbay on 28 luty 2016

Posted by Alon Gabbay on 28 luty 2016

Posted by Alon Gabbay on 28 luty 2016


źrodło: Facebook


Zobacz także

„Muszę wcześnie wstać. Zaciągnę się zapachem kawy, obudzę dzieci i pójdę w swój dzień”. Czasami boję się, że upadnie. Zostanie tam ze swoim zamyśleniem i jakimś nieuchwytnym smutkiem.

Spokojnie, to tylko awaria! 5 sytuacji, w których można i warto odpuścić

Dlaczego ci, których kochamy najbardziej, najmocniej ranią nasze uczucia. Nie zakładaj, że on czuje tak samo jak ty