Lifestyle

Botoks, kwas, powiększenie ust? Jak mądrze korzystać z medycyny estetycznej opowiada dr Wasiluk

Redakcja
Redakcja
24 stycznia 2021
Fot. iStock/ASIFE
 

– Dla mnie prawdziwa medycyna estetyczna to po pierwsze nie tworzenie klonów, po drugie nie uleganie modom, po trzecie zabiegi jak najbardziej regenerujące, a nie mające jedynie coś kamuflować. Z dr. Markiem Wasilukiem z warszawskiego Centrum Medycyny Nowoczesnej Triclinium rozmawiamy o tym, czym się charakteryzuje współczesna medycyna estetyczna i jak powinno wyglądać właściwe podejście do zabiegów z jej zakresu.

Panie doktorze odnoszę wrażenie, że pomimo wielu informacji pojawiających się na temat medycyny estetycznej, my nie do końca rozumiemy, czym ona jest i czym faktycznie się zajmuje. 

Zgadzam się, ale żeby to wytłumaczyć, musimy cofnąć się o kilka dekad. Na początku mieliśmy chirurgię plastyczną, gdzieś po drodze powstała kosmetologia, a później medycyna estetyczna.

Pierwsze preparaty jak botoks pojawiły się już 25, a nawet 30 lat temu. Pamiętam, że w latach 90-tych, istniały punkty, które były nawet na Dworcu Centralnym, gdzie oferowano wstrzyknięcie botoksu. Jednak okazało się, że firma, która to rozpowszechniała, używała bardzo mocno rozcieńczonego botoksu, co nie przynosiło oczekiwanych efektów, ale wówczas rynek dostrzegł potencjał w tych zabiegach i na szczęście zaczęły powstawać bardziej profesjonalne miejsca.

Na przełomie XXI wieku oprócz botoksu dostępne były różnego rodzaju peelingi, których działanie  polegało na zdzieraniu skóry, czym wówczas zajmowali się chirurdzy plastyczni, a także implanty na bazie akrylu i silikonu. W ciągu kilku kolejnych lat w ofercie zaczęły pojawiać się zabiegi mezoterapii, czyli ostrzykiwanie najpierw kolagenem, a później kwasem hialuronowym. Do tego doszły preparaty z witaminami, pojawiły się pierwsze lasery, ale na początku używane jedynie do depilacji, która było bardzo droga. Pamiętam, że cykl zabiegów depilacji nóg kosztował około sześciu tysięcy złotych.

Problem polegał na tym, że chcieliśmy szybko osiągnąć efekt odmłodzenia, ale nie rozumieliśmy, jak starzeje się skóra i twarz.

Kiedy w 2009 roku zacząłem interesować się zawodowo medycyną estetyczną, rzadko kto używał laserów, odmładzanie skóry opierało się na peelingach, botoksie i wypełniaczach. Jednak filozofia dotycząca medycyny estetycznej zaczęła się zmieniać. I tu warto zaznaczyć, że to, co jest kosmetologią, nie jest medycyną. Należy odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki efekt chcemy osiągnąć, czy jedynie upiększający, czy chcemy działać przeciwstarzeniowo i jakie metody w związku z tym stosujemy. Pozostaje jeszcze kwestia gustu i wyczucia, bo to wszystko jest bardzo subiektywne.

W ciągu ostatnich trzech lat nie zadziała się żadna rewolucja w zakresie wiedzy i technologii, jeśli chodzi o medycynę estetyczną.

Ale chyba nasza świadomość zaczęła się w końcu, choć powoli, ale jednak zmieniać. 

Tak, w końcu dociera do nas, że starzenie się jest procesem złożonym i nie dotyczy samej skóry, ale całej twarzy. Nasza twarz jest jak kanapka, nie składa się jedynie z pieczywa, ale tego wszystkiego, co jest pomiędzy.

Działając przeciwstarzeniowo musimy pamiętać o pięciu elementach: skórze, mięśniach, tkance tłuszczowej, kościach i powięziach, na nie wszystkie powinno się zwracać uwagę. Jeśli ktoś tego nie rozumie, nie może mówić, że zajmuje się medycyną estetyczną.

Dla mnie prawdziwa medycyna estetyczna to po pierwsze nie tworzenie klonów, po drugie nie uleganie modom, po trzecie zabiegi jak najbardziej regenerujące, a nie mające jedynie coś kamuflować. Te działania muszą być oparte o wiedzę na temat starzenia się skóry, fizjologii i anatomii. Niestety medycyna estetyczna zabrała trochę przestrzeni zarówno chirurgom plastycznym, jak i kosmetologom – im najbardziej, więc każdy agresywnie walczy o swój rynek, stąd wynika wiele niejasności, nieporozumień i niezrozumienia.

Na co powinniśmy zwrócić uwagę decydując się na zabieg z zakresu medycyny estetycznej?

Przede wszystkim, czym zajmuje się osoba, która ma nam go wykonać. Choć wiedza na temat medycyny estetycznej ewoluowała, to jednak nadal “złą robotę” robią nam choćby social media, w szczególności Instagram. Pojawia się nam zdjęcie, na którym ktoś ma zrobione usta i my bez refleksji stwierdzamy, że są one piękne i do tego specjalisty chcielibyśmy pójść. Tymczasem często się zdarza, że taki ktoś tylko robi usta, czy kamufluje bruzdy nosowo-wargowe. Jest bardziej rzemieślnikiem, a nie lekarzem, który jednak ma inne doświadczenie, wiele widział i zadaje sobie sprawę z konsekwencji różnego rodzaju zabiegów i realizacji życzeń pacjentki, która na przykład chce mieć wielkie usta, ale nie myśli o tym, że one mogą nie pasować do jej twarzy i co stanie się później z jej skórą.

Medycyna estetyczna to zabiegi inwazyjne, ingerujemy w ciało mnie lub bardziej, dlatego warto być pod opieką lekarza. Pamiętam pacjentkę, której koleżanka wstrzyknęła w czoło kwas hialuronowy. Bolało, piekło ją, ale niby tak miało być. Kiedy po tygodniu do mnie trafiła, rozwijała się jej martwica, ale ona zupełnie nie zdawała sobie z tego sprawy i żartowała jeszcze z ową koleżanką z tego, jak wygląda. Dlatego tak ważne jest, aby sprawdzić, do kogo udajemy się na zabieg, choćby się nam wydawało, że najbardziej banalny, zwłaszcza w kontekście powikłań i estetycznym.

Przyszła do mnie kiedyś pacjentka pytając, czy można jej trochę medycyna estetyczną skorygować nos, bo jej się nie podobał i faktycznie nie wyglądał on dobrze. Okazało się, że miała trzy operacje nosa.

Gdy pokazała zdjęcia, faktycznie po każdej operacji nos był ładny, ale kompletnie nie pasował do jej twarzy. Tak naprawdę najlepiej wyglądała ze swoim pierwotnym nosem przed operacjami. Ja nie mówię, że nos był ładny, ale patrząc na całość, był dla niej najlepszy.

I tu pokolenie dwudziestolatków jest najtrudniejsze, bo oni wychowali się na Instagramie, oglądają zdjęcia i nie mają refleksji, że usta, które im się podobają, zupełnie nie będą do nich pasować. Nie przyjmują do wiadomości, że nie powinni tego robić, dla nich nie istnieje sformułowanie, że się nie da. To jest efekt tej przekolorowanej medycyny estetycznej w social mediach, która wcale nią nie jest.

My nadal chcemy efektu na tu i teraz nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. 

I z tego, że nie zawsze później da się jeszcze coś z tym zrobić. Miałem pacjentkę, która chciała mieć bardzo duże usta, tłumaczyłem jej, że nie zrobię jej zabiegu, bo za kilka lat będzie płakać z tego powodu. Dzisiaj gwiazdy, o których mówimy, że sztucznie wyglądają, a które mają więcej niż  35-45 lat często żałują zabiegów, na które się kiedyś zdecydowały, bo ich efekty często pozostawiają trwały ślad i korygowanie tego jest bardzo trudne, czasem wręcz niemożliwe, tyle, że nikt głośno  tym nie mówi.

To nie znaczy, że nie można tak wykonywać zabiegów, żeby utrzymać naturalność. Uważam, że właściwe podejście i pacjenta i lekarza do medycyny estetycznej ma polegać na tym, że będziemy wyglądać świeżo, estetycznie i na kilka lub kilkanaście lat mniej niż mamy. Ale pamiętajmy, że nie jesteśmy w stanie sprawić, żeby ktoś wyglądał identycznie przez cały czas zarówno w wieku 30. i 50. lat, bo proces starzenia jest skomplikowany i wielopłaszczyznowy.

Od 25 roku życia tracimy rocznie dwa procent objętości twarzy, więc to koło 30-tki powinniśmy zacząć o nią dbać i to bardzo mądrze robić. Warto wówczas być pod opieką lekarza, który wie, jak się starzejemy, co się zmienia, bo ten proces jest złożony, jeśli mówimy o działaniach, które pozwolą zachować nam naturalność.

Tymczasem zazwyczaj my chcemy na już zlikwidować bruzdy, zmarszczki, a powinniśmy posłuchać kogoś, kto się na tym zna i rozumie, przyjrzy się procesowi starzenia i podpowie, jakie rozwiązanie dla nas byłoby najlepsze. Uświadomi nam to,  zrobi plan.

Tak, bo medycyna estetyczna to bardzo szeroki wachlarz możliwości, metod i urządzeń. Ludzie znają powszechnie właściwie trzy: botoks, kwas hialuronowy i mezoterapię, bo to się promuje.

Dlaczego?

Bo to szybkie zabiegi, na których można łatwo zarobić. Nie  trzeba technicznie się za dużo uczyć i inwestować w sprzęt. Jeśli jakiś lekarz np. kardiolog stwierdzi, że dwa razy w tygodniu będzie się zajmować medycyną estetyczną, to raczej nie zainwestuje w sprzęt zbyt dużo, który będzie mu się zwracał przez lata. Więc jak przyjdzie do niego pacjent, to zaoferuje jedynie to, co ma w swoich usługach nie mając nawet świadomości, co mógłby mu więcej zaproponować.

Ja na przykład nie jestem wielkim fanem kwasu hialuronowego, nie dlatego, że nie jest on bezpieczny, choć też nie do końca.

Mówi się, że kwas hialuronowy jest zgodny z kwasem znajdującym się w naszym organizmie. Ale gdybyśmy wstrzykiwali czysty kwas, to po tygodniu nie byłoby efektu.

Dlatego do kwasu dodawane są różne związki go żelujące, żeby się tak szybko nie rozpuszczał. To już jest chemia. Żadna firma nie powie, że kwasu hialuronowego w mililitrze preparatu jest zaledwie dwa procent, reszta to woda i do 10 procent innych związków chemicznych. I oczywiście po wstrzyknięciu kwas się rozpuści, woda się wchłonie, ale nikt nie mówi, co się dzieje z tymi związkami.

Miewam pacjentki, które przychodzą po trzech latach od podania kwasu i mają jakieś dziwne alergiczne problemy. W teorii oczywiście kwasu hialuronowego w ich organizmie nie powinno być i pewnie nie ma, ale pozostałości zostają, które po zaburzeniu immunologicznym zostaną zaatakowane przez nasz układ odpornościowy.

Dlatego uważam, że najsensowniejsza medycyna estetyczna, to medycyna małych kroczków, mądrze prowadzona, mając wiedzę o starzeniu się, o oczekiwaniach pacjenta, opierająca się na estetyce twarzy, proporcji. Prawdziwym zadaniem medycyny estetycznej jest wyglądać ładniej, naturalniej i osiągnąć ten efekt w sposób bezpieczny.

 

dr Marek Wasiluk z warszawskiego Centrum Medycyny Nowoczesnej Triclinium (www.triclinium.pl), autor bloga www.marekwasiluk.pl i książki „Medycyna estetyczna bez tajemnic”, jedyny Polak, który ukończył studia MSC in Aesthetic Medicine (studia magisterskie, Medycyna Estetyczna) w szkole Barts and The London School of Medicine and Dentistry na prestiżowym uniwersytecie Queen Mary University of London.

 


Lifestyle

Dieta bananowa 3,7 i 30-dniowa. Czy warto po nią sięgnąć?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
25 stycznia 2021
Dieta bananowa - 3,7 i 30-dniowa, zasady, zalety
Fot. iStock/Dieta bananowa
 

Dieta bananowa to jedna z diet, których podstawą są owoce. W tym przypadku prym wiodą banany, a im krótsza dieta, tym bardziej restrykcyjne zasady. Dieta bananowa dostępna jest w trzech wariantach  – 3, 7 i 10 dni, dzięki którym można uzyskać różne efekty. Na czym dokładnie polega dieta bananowa, jakie ma wady i zalety?

Dieta bananowa — skąd wziął się ten pomysł?

Dieta bananowa opracowana została w Japonii, a z czasem zyskała popularność także poza jej granicami. Należy przy tym zaznaczyć, że dieta bananowa dedykowana jest osobom zdrowym, które chciałyby pozbyć się niewielu kilogramów w krótkim czasie. Ponieważ oczekiwania bywają różne, opracowano plan diety bananowej na 3, 7 i 30 dni stosowania.

Fot. iStock/Dieta bananowa

Warto przy tym wiedzieć, że banany są dobrym źródłem witamin A, C, E, K oraz witamin z grupy B. Dostarczają również składniki mineralne takie jak: potas, magnez, fosfor, wapń, a także błonnik i beta-karotenu. Są kalorycznymi owocami, ale wysoka zawartość białka roślinnego hamuje uczucie głodu, co jest ważne dla pokonania chęci podjadania.

Mimo że banany są zdrowymi owocami, długotrwała dieta oparta wyłącznie lub przede wszystkim na nich, może okazać się szkodliwa dla zdrowia. Najlepiej przed podjęciem diety skonsultować taką konieczność z lekarzem.

Dieta bananowa 3,7 i 30-dniowa — zasady

Najważniejsze jest ograniczenie kaloryczności posiłków. Dieta bananowa zakłada, że dzienna kaloryczność posiłków nie może dostarczać więcej, niż 1000 kcal.

Dieta bananowa - 3,7 i 30-dniowa, zasady, zalety

Fot. iStock/Dieta bananowa

Dieta bananowa 3-dniowa

Jest najbardziej rygorystyczną wersją diety opartej na bananach. Jadłospis jest bardzo okrojony, ponieważ każdego dnia można zjeść tylko 3 banany i wypić 3 szklanki mleka, w międzyczasie popijając 2-3 litry niegazowanej wody mineralnej. Dzięki tak rygorystycznemu podejściu można zauważyć po 3 dniach 3 kg mniej na wadze. Planując przeprowadzenie 3-dniowej diety bananowej warto wziąć pod uwagę to, że niska kaloryczność diety może wpływać na brak energii. Dobrze więc przeprowadzić ją w trakcie weekendu, gdy nie ma zaplanowanych aktywności, wymagających zastrzyku energii.

Dieta bananowa 7-dniowa

Wersja 7-dniowa jest znacznie mniej restrykcyjna, w porównaniu do jej krótszej wersji. Przez 7 dni trzy razy dziennie należy zjeść koktajl z banana, jogurtu lub maślanki. Przepis na niego jest bardzo prosty: 1/2 banana, szklanka jogurtu naturalnego (maślanki), do tego łyżeczka naturalnego miodu. Dozwolona jest przekąska między posiłkami — jabłko. Konieczne jest także wypijanie 1,5-2 l wody dziennie.

Dieta bananowa 30-dniowa

Jest ona najmniej rygorystyczną i najdłużej trwającą formą diety bananowej. Na śniadanie należy zjeść wyłącznie banana, popijając go szklanką wody mineralnej. Kolejne posiłki mogą być dowolne, jednak dietetyczne. Kolacja powinna być zjedzona najpóźniej o godzinie 20.00. Należy wykluczyć cukier pod różnymi postaciami, l i alkohol z diety. Sięganie po banany i kontynuowanie niezdrowej, tłustej diety nie da żadnego efektu.

Efekty diety bananowej

Banany są zdrowymi owocami, które pozytywnie wpływają na organizm. Dostarczają energię, poprawiają humor i łagodzą napięcie nerwowe. Dzięki zawartości błonnika poprawiają pracę układu pokarmowego, wspierają dobrą florę bakteryjną w jelitach, co sprzyja utrzymaniu szczupłej sylwetki. Chronią także serce, ze względu na zawartość potasu, a dzięki wapniowi i magnezowi wspierają zdrowie zębów i kości.

Dieta bananowa - 3,7 i 30-dniowa, zasady, zalety

Fot. iStock

Dieta bananowa ma także pewne minusy. Banany są dobrym źródłem energii, ale powinny na nie uważać osoby chorujące na cukrzycę. Owoce te mają wysoki indeks glikemiczny (>60, a bardzo dojrzałe owce nawet > 70), i z tego powodu gwałtownie podnoszą poziom cukru we krwi. Mimo że banany pozwalają zredukować masę ciała, trudno oczekiwać, by restrykcyjna dieta, w dodatku obliczona na kilka dni, dała trwałe efekty. Ubytek masy ciała, który można zauważyć podczas stosowania diety bananowej, wynika z utraty wody w organizmie i nie jest to spowodowane „spalaniem” tkanki tłuszczowej. W ten sposób można uzyskać nieco smuklejszą sylwetkę np. przed ważną uroczystością. Powrót do dawnej, kalorycznej diety po zakończeniu diety bananowej, będzie skutkował powrotem utraconej wagi. Dieta bananowa, jak każda monodieta, może skutkować przy dłuższym stosowaniu niedoborem składników odżywczych.

Jeśli ktoś chce schudnąć więcej kilogramów i na stałe, powinien wybrać inny rodzaj diety i kontrolować stopniową utratę masy ciała. Umiarkowane tempo chudnięcia i utrwalenie zdrowych nawyków żywieniowych pozwolą uniknąć efektu jojo. Warto także wspomnieć, że diety o niskiej kaloryczności (1000 kcal) mogą powodować niedostatek energii do funkcjonowania, w dodatku w dłuższej perspektywie może spowalniać metabolizm i wpływać na powstanie niedoborów żywieniowych.

Banany, mimo że są smacznymi i zdrowymi owocami, nie mogą stanowić podstawy diety przez dłuższy czas.


źródło:  zdrowie.wprost.pl ,fitness.wp.pl

Lifestyle

Krótka rozmowa o miłości. Czy ona naprawdę istnieje?

Redakcja
Redakcja
24 stycznia 2021
Fot. iStock/ Cytaty z Biblii – Cytaty z Biblii — o miłości, rodzinie, przyjaźni i życiu

Krótka rozmowa o miłości… Czy  istnieje, czy jst jedynie iluzją, którą karmi się nas w dzieciństwie, a w którą tak bardzo chcemy wierzyć. To pierwsza z takich rozmów, wyglądajcie następnych.

Ja: – Wierzysz w miłość?

Ty:  – Skąd to pytanie?

– Bo zastanawiam się, czy istnieje naprawdę, czy nie jest jedynie sumą naszych naszych oczekiwań i potrzeb, efektem wpajanych nam od dzieciństwa baśni i historii o tym, jak żyli długo i szczęśliwie. Nazywamy to miłością, żeby nie wyjść na egoistów, że do życia potrzebujemy drugiego człowieka, że potrzebujemy go dla naszego szczęścia. 

– Miłości nie da się zdefiniować, tak sądzę. Nie jesteśmy w stanie nad wszystkim zapanować rozumem, wytłumaczyć sobie, zracjonalizować. Potrzebujemy porywów serca.

– A może to tylko chemia naszego mózgu, może splątanie hormonów ich wyrzut w odpowiednim momencie i danej chwili powoduje, że się zauroczamy. Przecież zakochanie się jest tak naprawdę podłym uczuciem. 

– Naprawdę tak myślisz? A te wszystkie motyle w brzuchu, stan ekscytacji, poczucia, jakbyśmy unosili się pół metra nad ziemią?

– … a lęk i niepewność, czy się odezwie, czy dobrze wypadłam, czy na pewno mu się podobam, czy nie ma lepszej ode mnie, czy on mnie czasem nie zostawi? 

– Wiadomo, że targają nami różne emocje, ale chyba w efekcie te pozytywne wygrywają.

– A może to właśnie jest błędem. Zauroczeni, w różowych okularach, po kilku niesamowitych orgazmach, decydujemy się na życie z kimś, kogo tak naprawdę nie znamy, o kim mało co wiemy. Zagłuszamy wszystkie niepokojące sygnały, bo tak bardzo chcemy czuć się kochane i wyjątkowe. Mówi się, że miłość jest ślepa – wiadomo, zawsze lepiej na coś lub na kogoś zrzucić odpowiedzialność za swoje decyzje i wybory. Zawsze można się wykręcić, że wszystko przez tę głupią miłość. 

– To co uważasz? Nie powinniśmy do siebie dopuszczać emocji, wszystko racjonalizować, być nieustannie ostrożnym i przegapiać szanse na bycie z kimś, przy kim moglibyśmy czuć się szczęśliwi i spełnieni.

– Nie, ale może warto, gdy już kogoś poznajemy, zrobić na moment krok w tył, żeby spojrzeć na budującą się relację choćby z lekkim dystansem. Zapytać się siebie i uczciwie odpowiedzieć: czy wszystko mi pasuje, czy coś mnie nie ugniata? Może on jest zbyt zaborczy, za bardzo kontrolujący. Może zamyka mnie na moją rodzinę i przyjaciół. Może wywołuje we mnie poczucie winy za moje zachowania, może boję się przy nim być sobą, wyrzekam się siebie, żeby mnie nie odrzucił. 

– Lęk przed odrzuceniem niestety często sprawia, że próbujemy być kimś, kim do końca nie jesteśmy, robimy rzeczy wbrew sobie, mówimy, co ukochana przez nas osoba chce usłyszeć.

– Wiesz, każdy z nas nosi w sobie potrzebę bycia akceptowanym. Zmagamy się z tym od dzieciństwa. Próbujemy przypodobać się rodzicom, rówieśnikom, nauczycielom, chcemy być lubiani, chcemy, by dostrzeżono w nas kogoś wyjątkowego, ważnego. To naturalne, ale często prowadzi do rozczarowań i bólu. Bo gdy zaczynamy się czuć pewnie w relacji, siłą rzeczy odkrywamy nasze karty, nie jesteśmy w stanie tłumić wszystkiego, co w sobie nosimy. I nagle słyszymy, że jesteśmy jacyś dziwni, że się zmieniliśmy, że nie na to się umawialiśmy. A my się nie zmieniamy, my zaczynamy dopuszczać do głosu nasze potrzeby i oczekiwania. Chcemy na przykład więcej uwagi, chcemy czuć się potrzebnymi, chcemy mieć namacalne dowody na to, że drugiej stronie na nas zależy. Albo inaczej, odzywa się w nas nasza potrzeba wolności własnej, niechęć do kontrolowania każdego naszego kroku, potrzeba posiadania jakiejś swojej części życia, z której wracamy do naszego związku. Jest jeszcze potrzeba niezależności, poczucia bezpieczeństwa, inspirowania się, samorozwoju. 

– Miłość to wszystko ogranicza?

– Nie wiem, czy  miłość, ale może to robić drugi człowiek, którego wybraliśmy do życia. Miłość często unieszczęśliwia, patrząc z twojej perspektywy. 

– Więc może nie była miłością.

– To znowu pytam, czym jest. Słownik języka polskiego podaje, że miłość to “głębokie uczucie do drugiej osoby, któremu zwykle towarzyszy pożądanie” oraz “silna więź, jaka łączy ludzi sobie bliskich” i “poczucie silnej więzi z czymś, co jest dla kogoś wielką wartością”, to także “głębokie zainteresowanie czymś, znajdowanie w czymś przyjemności”. A przecież choćby ta silna więź może być oparta na manipulacji, na szantażu emocjonalnym, na uzależnieniu, przemocy, wykorzystaniu naszych słabości i umiejętnym nimi zarządzaniu. 

– Moim zdaniem więź powinna być oparta na przekonaniu, że dzięki tej miłości staję się lepszym człowiekiem, że wzrastam w niej, że się rozwijam, że dzięki niej odważam się na branie z życia jeszcze więcej, że ona mnie wzmacnia, daje pewność, że zawsze jest ktoś, od kogo otrzymamy wsparcie, ale też usłyszymy uczciwą krytykę, która nie będzie nas krzywdzić.

– Hmm… Tak, to by można było nazwać miłością. Spotkanie dwojga ludzi, którzy dzięki sobie stają się kimś lepszym, bez nacisków, bez presji, to się dzieje po prostu. Płyną na fali uczucia, które ich złączyło. Znasz taką miłość? 

– Nie.

– Czy więc taka istnieje? 

– Muszę wierzyć, że tak, bo jaki byłby sens spotkań, wymiany doświadczeń, po co byśmy żyli? Dla kogo, z kim? Jasne, zaraz powiesz, że to wszystko jest iluzją. Ale w takim razie ja wolę żyć z iluzją, że prawdziwa miłość gdzieś na mnie czeka, niż pozbawić się nadziei, że w ogóle istnieje…

 


Zobacz także

A gdyby tak przez tydzień mówić, co naprawdę myślę i czuję? Obowiązkowe tematy (nie)wypowiedziane…

Wyznaj, jaki kolor lubisz, a powiem ci, jaki jesteś. Psychologia barw potrafi zaskakiwać

10 zaskakujących sygnałów odwodnienia