Kariera

Dlaczego słoń boi się myszy? Biurowi donosiciele, czyli „dajcie człowieka, a coś się na niego znajdzie”

Pracujaca Dziewczyna
Pracujaca Dziewczyna
19 lipca 2021
fot. skynesher/iStock
 

Czy zdarzyło Wam się, że w pracy ktoś nagle zaczyna was spychać ze stanowiska lub wręcz wyrzucać z pracy? Kiedy nagle wokół Was robi się burza, jeśli nie tornado, a Wy nie wiecie o co chodzi? Jesteście zalewani falą pomówień, jakiś „krzywych” argumentów, zaczepek? Pojawia się skierowane na Was jakieś skumulowane oko Saurona, że aż brakuje tchu?


To „parcie” to kontrola tego, co robicie, jakie macie wyniki, sukcesy, z kim współpracujecie i po co tutaj jesteście? Taka szybka weryfikacja, która czasem może się okazać podstawą do rozwoju i awansu, a czasem do zwolnienia. Jeśli pierwszy wariant, to wspaniale i gratulacje, trzeba wierzyć w dobrą stronę medalu i sobie, że to będzie właśnie to. Jeśli jednak jest to drugi wariant, to nagle czujemy, że ktoś chce nas wpuścić w maliny. Zaczyna się oskarżanie, szukanie haków, zaczepek, pretekstów – od nieumytego widelca we wspólnej kuchni lub zapomnianego, spleśniałego jedzenia w lodówce, po tłumaczenie się z anonimowych donosów.

To dzisiaj właśnie o tym.

Skąd się bierze tak głęboka wiedza przełożonego o nas, kto za nami chodzi i czemu to służy? Czyli o kontroli, zawiści w pracy, zazdrości i mechanizmach eliminowania pracownika. Często bardzo dobrego. Generalnie i na zdrowy rozum ludzi, którzy „ciągną” firmę, są jej frontmenami, przynoszą sukcesy, należy chronić, dbać i chuchać, dmuchać, aby nie odeszli. Jednak są takie firmy, a może nie od firmy to zależy, co od ludzi którzy nią kierują, że zarządzanie odbywa się przez zastraszanie, plotkę, donosy i haki. Każdy ma coś na kogoś. „Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”.

Na świecie ceni się talenty i w nie inwestuje. Pozwala się wzrastać i rozwijać. Dobry pracownik, zdolny i kreatywny to chluba firmy. Niestety są i takie firmy, gdzie menadżerami, czy to wyższego czy niższego szczebla, są ludzie, którzy dostali się na te stanowiska dzięki znajomościom i nieuczciwym gierkom. Ich styl życia i pracy w firmie zaczyna się wtedy przekładać na pracowników. Brak zaufania do siebie przechodzi na pracowników i otoczenie. Poczucie życia w zagrożeniu sprawia, że to samo serwuje się innym. Nikt przy nich nie może czuć się pewnie.

Opowiem o pewnym prezesie, pracowałam dla niego. Typ macho, co to kobiety drżą przed jego męskością – przynajmniej tak mówił – niezwykle szarmancki, bardzo mądry i nie liczący się z nikim. Nie było dla niego świętości, nie było autorytetów. Był ON. Bardzo go początkowo podziwiałam, jego odwagę. Zawsze mówił, że nikogo i niczego się nie boi. Ale zastanawiający byli jego ludzie, ci, którymi się otaczał. Donosiciele. Siedzieli w sekretariacie godzinami i czekali na audiencję. Czy w sprawach ważnych? Może. Interesy i interesiki. Jedno było pewne. Po tych wizytach karuzela plotek i pomówień w firmie huczała. Prezes osobiście wzywał do siebie i przepytywał, a jeśli komuś było to nie w smak, do zarządu trafiał donos, najczęściej od strony związkowej lub innego „życzliwie donoszącego”. Nie było to przyjemne. Czy ludzie byli zwalniani? Nie. To był taki straszak, aby trzymać wszystkich w garści, a pan PREZES z politowaniem, wyrozumiałością tłumaczył, że tak postępować się nie powinno i … wybaczał. Firma pracowała i działała dalej, a delikwent raczej już nie był taki pewny siebie i co chwilę spoglądał za siebie, czy kogoś nie ma za plecami. Następca PREZESA próbował robić to samo, natomiast mniej subtelnie. Imponowały mu podsłuchy i monitoring wizyjny. Gdyby mógł, to w pokoju każdego pracownika coś by zamontował.

Inną metodą jest przekupstwo. Czyli oferowanie stanowisk, premii za usłużne donoszenie na temat danego delikwenta. Ma to być dowód na okazanie lojalności i złożenie hołdów lennych. O co chodzi? A na przykład szefa interesują jakieś smaczki z czyjegoś życia prywatnego, albo czy jest powiązany w jakikolwiek sposób z byłymi zarządzającymi, z czego żyje, z kim jeździ na wakacje, czy ma jakieś zobowiązania? Jesteście zdziwieni? Nie. To powszechna praktyka.

Niektórzy odmówią takim usługom, ale inni wykorzystają to jako trampolinę do odbicia się wyżej, a już na pewno w bliższą relację z przełożonym. Zasłużą się. Tyle, że obietnice „złotych gór”, składane przez przełożonego nie zawsze zostaną spełnione. Lub, jeśli już się tak stanie, to w perspektywie czasowej i tak można TO stracić, bo „pryncypał” będzie chciał się pozbyć swojego „życzliwego” bo za dużo wie. No cóż. Ciężki jest los posłańców „dobrych wiadomości”😉. Donosić doniesie, ale zostaje niesmak w ustach i brak moralnego kręgosłupa, a na dodatek może nic z tego nie mieć. Pytanie, komu taki człowiek służy – sobie czy innym?

Dlaczego nasi przełożeni to robią? Po co im te informacje? Najczęściej takie praktyki wynikają ze strachu. Strachu o swoją posadę, że ktoś może być lepszy, sprawniejszy, bardziej lubiany. Z lęku, że ktoś może im w czymś zagrozić, a nie że my coś robimy źle. Takie manipulacje przełożonych wzbudzają w nas strach i niepewność, i to jest dla nich najlepsza pożywka, że jesteśmy od nich uzależnieni i zrobimy wszystko czego od nas chcą. Wpuszczanie w poczucie winy jest świetną rozrywką i biczykiem na pracowników.

Ze strachu i niepewności o swoje jutro, posadę i byt ludzie są w stanie posunąć się do wszystkiego i zgodzić się na najbardziej upokarzające warunki. Są w stanie utopić innych, aby tylko utrzymać się na powierzchni. Raz służą jednym i nie odstępują ich na krok, mówią im same ciepłe, miłe słówka, aby być nadal w kręgu najbliższych współpracowników. Jeśli jednak patron się zmienia, to potrafią sobie odrąbać przysłowiową rękę i zmienić chorągiew. W imię pozostania na stanowisku wyrzekną się wszystkiego i wszystkich. Zaprzeczą słowom, które powiedzieli, złamią moralny kręgosłup, aby tylko zdobyć przychylność nowego patrona. Ma to coś wspólnego z syndromem niewolnika i usługiwania na wszelkich warunkach. Jedni nie zgodzą się na takie postępowanie i odejdą, inni będą uważać, że tak trzeba i wykorzystają wszystkie znane im narzędzia i ścieżki aby utrzymać się na powierzchni. Zaprzedadzą samych siebie i pogrążą innych.  Nie ma ceny, której nie zapłacą za wejście w orbitę przełożonych.

Menadżerowie, którzy znają te mechanizmy i wiedzą, jak grać na ludzkich emocjach, chętnie to wykorzystują. Doskonale wiedzą, że na ich „dworze” są donosiciele, którzy dopuszczą się każdego świństwa. Czy ich cenią? Nie. Takie osoby są zawsze na „czarnej liście”. W korpo grupa „swoich ludzi” jest bardzo istotna. Jednak to osoby, które od lat są w zaufanym teamie. To fachowcy i doradcy. To oni dostarczają sukcesy, pocieszają w chwilach zwątpienia, są jak satelity przynoszące informacje z zewnątrz.

„Plankton” plotkowy jest na chwilę, po to, aby poznać pewne mechanizmy, których na początku się nie zna, lub chce się mieć „oko” na szczególnie wrażliwy obszar. Jeśli intencje są dobre i służy to współpracy i rozwojowi ludzi i organizacji, to dobrze. Gorzej, jeśli jest to wykorzystywane przeciwko pracownikom, w celu grożenia im, zastraszania i trzymania w szachu.

Znam takich menadżerów, którzy specjalnie poszli na studia psychologiczne lub kursy, które pomogą im w „zarzadzaniu duszami”. Szukali wiedzy i inspiracji, do tego, aby być ponad innymi, móc manipulować i nadal trzymać władzę. Jeśli jesteśmy nieświadomi takich mechanizmów i intencji, możemy sobie zrobić sporo krzywdy. Jeśli się temu poddamy, to jesteśmy doskonałym pokarmem, który i tak kiedyś się znudzi zostanie z czasem „wyrzygany”. Praca i lojalność dla innych, zamiast sobie, nigdy się dobrze nie kończy.


Kariera

Firmowa pieczarkarnia, czyli siedź cicho i ciesz się z tego, co masz, bo możesz mieć gorzej

Pracujaca Dziewczyna
Pracujaca Dziewczyna
28 lipca 2021
fot. VioletaStoimenova/iStock
 

Znajomy opowiadał mi historię, jak to pewnego dnia przyszedł menadżer do menadżera. Czyli ktoś z zewnątrz do jego przełożonego i złożył propozycję przejścia mojego znajomego do nowej spółki w grupie. Oczywiście poza przejściem padła też propozycja podwyżki, ciekawych zadań, lepszego i szybszego rozwoju w ramach struktury organizacyjnej, itd. Po tym spotkaniu przełożony zawołał mojego znajomego i poinformował o odbytej wcześniej rozmowie, informując że ta propozycja według niego nie jest dla mojego znajomego dobra, i że jego zdaniem nic nie wniesie w jego pracę. A i żeby się tym więcej nie interesować.


Czyli? Nasz przełożony wie lepiej, co jest dla nas najlepsze? Bardziej właściwe i przyszłościowe? Gdyby po takiej rozmowie padła propozycja podwyżki po to, aby zatrzymać pracownika, czy awansu, to byłoby to chyba fair. A tak? Komunikat jest prosty: siedź cicho i nie myśl, że ktoś ciebie chce. Ciesz się z tego co masz, bo możesz mieć gorzej.

Jest w zarządzaniu takie określenie jak „pieczarkarnia” czyli trzymanie pracowników w ciemnościach, ograniczanie dostępu do informacji i dodatków. Podlewanie byle czym, czyli raz na jakiś czas bon na zakupy lub karta Multisport, no… może drobna premia czy podwyżka? Jednak gdy któryś wychyli łepek ponad innych, czyli pieczarka wyrośnie wyżej i chce więcej światła, to… się ją ścina.

Sposób zarządzania wiele mówi o przełożonych. Czyli jeśli nie boją się przychodzić do swojego zespołu, rozmawiać, dzielić się swoimi propozycjami, aby usprawnić pracę, interesują się sprawami codziennymi, potrafią powiedzieć, przyznać się, że czegoś nie wiedzą, są otwarci na pomysły innych, lubią niestandardowe podejścia, to właśnie to jest SZEF,  światło i przestrzeń w organizacji. Osoba, która nie ma kompleksu niższości, potrzeby poniżania innych lub usługiwania i służalczości wobec swoich przełożonych, która będzie w stanie patrzeć na swoich pracowników jak na ludzi. Mieć swoje zasady i czuć odpowiedzialność za nich, a jednocześnie odpowiedzialność za zadania i posiadać umiejętność przyznawania się do błędu i obrony swojego zespołu. Rzadkość? Wcale nie.

Dostałam kiedyś szefa, który był Jordańczykiem. Ogromnie się bałam, bo miałam swoje fobie związane z islamem i mieszkańcami Bliskiego Wschodu. Nie było to moje pierwsze doświadczenie, ponieważ trochę czasu spędziłam na Bliskim Wschodzie i to nie na leżaku w kurorcie 😊. Jednak to doświadczenie nauczyło mnie nie oceniać ludzi po narodowości.

Czekaliśmy, kiedy przyjedzie, ponieważ relokowano go z innego oddziału. Z Azji do Polski. Przyjechał. Niby miły i uśmiechnięty, ale czuć było, że żarty się skończyły.

Zapraszał nas po kolei do swojego pokoju i rozmawiał z nami. Wprowadził sporo zmian w firmie, ale także zaczął inwestować w nas: szkolenia z najlepszymi trenerami, wyrównanie płac, ustalenie celów rocznych. Następnie zaprosił z innych krajów zespoły i serwisy, po to, aby w dać na rynku kompleksowe usługi, a jednocześnie nas odciążyć z pracą. Poukładał nas w zespoły, dał krótko- i długoterminowe cele oraz krótki, aczkolwiek bardzo konkretny regulamin pracy: zero wymówek, zrzucania odpowiedzialności na innych, donosicielstwo surowo zabronione, zadania na czas i efektywność.

Było trochę jak w wojsku. Lubił mieć to, co chciał. Tu i teraz. Cokolwiek miało się zadziać czy dobrego czy złego chciał wiedzieć pierwszy. Nie po to aby karać, a aby zapobiec katastrofie na czas. Z nikim się nie bawił w przyjaźnie, gierki, manipulacje. Do każdego miał taki sam stosunek. Zależało mu na najlepszych wynikach firmy, a jednocześnie i na bardzo dobrej atmosferze. Kiedy dołączyła do niego żona, pracowała na innym kontrakcie, oboje zaprosili na kolację do ich domu wszystkich pracowników. Chciał, aby każdy był.

Mimo, że był bardzo momentami oschły i niedostępny, to jednak miał swoje emocje. Pamiętam, jak był wypadek kolejowy w Szczekocinach. Myślał, że wracam tym pociągiem. Jakoś nie mogłam wtedy odebrać telefonu i się nagrał. Głos, którego do końca życia nie zapomnę. Głos, choć obcego mi mężczyzny, a jednak niezwykle bliskiego. Głos umierający ze strachu o mnie, czy nic mi się nie stało?

Był bardzo surowy wobec nas i wymagający, trochę taki OJCIEC. Mimo że młodszy od wielu z nas, to jednak najwięcej się nauczyliśmy przy nim. Ustabilizował i zorganizował firmę. Umiał też nagrodzić i zadbać o nasze awanse i karierę. Potrafił niekiedy mieć z nami spore scysje i nie zgadzał się z naszymi opiniami, jednak nigdy się na nie nie zamykał. Zawsze przemyślał i wracał do tematu. Nie raz potrafił nas zdrowo opieprzyć za coś. Ale to też musiało być COŚ😊. To jednak zawsze stał za nami.

Mieliśmy kiedyś bardzo poważny przetarg. To był najważniejszy cel do osiągnięcia w danym roku. Cel roczny. Długo się do niego przygotowywaliśmy i robiliśmy wszystko, aby wygrać. Jednak przegraliśmy. Szef wył jak zranione zwierzę i sam do siebie, i na nas wszystkich. Kazał wszystko sprawdzić, zaczął krzyczeć o konsekwencjach. Odkręcać, unieważniać przetarg itd. To był dla nas ciężki czas. I na dodatek przyjechała do nas sama GÓRA z centrali. Chcieli zobaczyć firmę, wyniki no i co z tym przetargiem? Zamarliśmy. Liczyliśmy, czyje głowy polecą. Czułam, że moja też.

Szef przy wszystkich, kiedy został wywołany przez swoich przełożonych, stanął za nami. Powiedział, że nam ufa i wierzy w nas i nie mogła to być nasza wina. Zrzucił wszystko na niejasne przepisy i procedury klienta, i że gwarantuje sobą, że znajdzie inne źródło, które pokryje tę stratę.

Powiem tak, szczęki nam opadły. Było to powiedziane tak wprost i dobitnie, że nie było żadnej wątpliwości. Krył nas, a jednocześnie bardzo zadbał, aby żaden cień na nas nie padł. Powiedział potem, że każdemu zdarzają się pomyłki, ale najważniejsze to trzymać się razem i ufać sobie. Bo jesteśmy jednym zespołem i jeden za wszystkich, a wszyscy za jednego.

Po jakimś czasie, SZEF dostał propozycję awansu i relokacji do innego kraju. Przyjął ją. Ja poznałam nowego przełożonego i już wiedziałam, że to nie ta sama chemia. Odeszłam.

SZEF mimo, że był bardzo wymagający, to dał nam wielkie wsparcie, poczucie zaufania i bezpieczeństwa, jednocześnie docenienie naszej pracy. Bardzo dużo się przy nim nauczyłam i wiele osiągnęłam, choć nie raz klęłam pod nosem cicho (bo już poznał parę ważnych słów po polsku 😊). Nie byliśmy także anonimowi w organizacji, która liczyła ileś set tysięcy pracowników. Mówił o nas i chwalił się nami. Chciał abyśmy poznawali innych szefów i naszych odpowiedników na świecie i wzajemnie się od siebie uczyli. Fajna przygoda.

„Zarzadzanie ludźmi” – okropny termin, trochę jak poganianie bydła. Przepraszam, ale takie mam skojarzenie. Chcę powiedzieć, że branie odpowiedzialności za ludzi, za zespół to sztuka. Sztuka widzenia drugiego człowieka, zrozumienia go i otwarcia się na niego i jego talenty. Praca nad emocjami, zapobieganie zazdrości i zawiści, że ktoś może być lepszy. Tak może być i trzeba dać mu skrzydeł, aby mógł fruwać. To jak w miłości. Największym aktem miłości jest wolność.

Cieszę się, że przybywa firm, gdzie zamiast kart Multisportu, kupuje się szkolenia oraz sesje dla pracowników, które pokazują ich naturalne talenty, cechy, które pomogą im się rozwijać w firmie, czuć się szczęśliwszym i spełnionymi w pracy. Gdzie robią to, co lubią, a szefa uważają nie za kogoś ważniejszego od siebie, a mentora w karierze zawodowej. Przełożeni zaczynają inwestować w sesje coachingowe, na których dobiera się ludzi do zespołu według ich emocji, charakterów, cech i umiejętności, gdzie mogą siebie wzajemnie uzupełniać, a nie konkurować. Gdzie szef nie jest wszystkowiedzącym, a tym co umie uszanować słowa i opinie innych i stworzyć przestrzeń na wprowadzenie głosu pracowników. Gdzie firmy są jak piękne naturalne, kwieciste łąki pełne szczęśliwych motyli i pszczół, a nie pieczarkarnią podlewaną gównem.


Kariera

Pieniądze i władza to duet, który potrafi zakręcić w głowie i chociaż raz daje poczucie bycia Bogiem

Pracujaca Dziewczyna
Pracujaca Dziewczyna
14 lipca 2021

Czy mieliście już takie sytuacje, że wasz szef robi sobie osobiste wycieczki na wasz temat? Co o was myśli? Co wam doradza? Albo pozwala sobie na różne dowcipy i dosrywajki na forum pracowniczym, że niby jest taki zabawny?

Zapraszamy na kolejny odcinek cyklu #PracującaDziewczyna!

Szefowanie daje poczucie władzy i nieomylności. Stawiania siebie ponad innymi. Poczucia bycia lepszym. Pieniądze i władza to duet, który potrafi zakręcić w głowie i chociaż raz daje poczucie bycia Bogiem. Choć, pamiętajmy, każdy szef ma też swojego szefa i tutaj jest zawsze jakieś podporządkowanie i hierarchia.

Szczęście, jeśli szef jest naprawdę szefem. Czyli mądrym mentorem, który umie nauczyć i poprowadzić, motywować i wesprzeć, kiedy tego potrzebujemy. Gorzej, jeśli trafiamy na osobę, która odbija sobie na nas swoje niedostatki.

Na szczęście większość moich przełożonych, to byli ludzie tacy, jak jasne światła na mojej ścieżce kariery. Jak prawdziwe skarby.

Takim skarbem i krynicą mądrości był Toni. Brytyjczyk polskiego pochodzenia. Człowiek, który co innego studiował, a jakimś palcem przeznaczenia trafił do branży naftowej. Poznaliśmy się lata temu. Na pierwszy rzut oka niedostępy i zarozumiały. Wyniosły, doskonale ubrany, wyrafinowany, mówiący biegle ośmioma językami. Jednak kiedy się otworzył, był jak najlepszy przyjaciel i opiekun.

Kiedyś jedna z uczelni zorganizowała wykład z jego udziałem, aby opowiedział studentom o swojej ścieżce kariery. Od stanowiska zwykłego pracownika do wiceprezesa największego międzynarodowego koncernu. Na sali byli studenci z całego świata, a Toni opowiadał o swoim życiu w języku każdego z krajów, w którym pracował. O ludziach, o tym, czego go nauczyli, kulturach, o doświadczeniach. A przede wszystkim o szacunku do drugiego człowieka. Zrobił wrażenie i otrzymał owacje na stojąco.

Na koniec wstała Hinduska i zapytała Toniego, czego najbardziej żałuje w życiu? Odpowiedział, że najbardziej żałuje czasu, którego nie mógł poświęcić dzieciom, a szczególnie swojej najmłodszej córce. Po czym łzy popłynęły mu po twarzy. Był bardzo autentyczny. Zwierzył mi się potem, że nikt go tak „nie załatwił”😊. Człowiek, który miał wszystko, co materialne, nie miał czasu na swoje życie prywatne, w tym także dla siebie.

Był tak wspaniałym przewodnikiem i nauczycielem, że ludzie z całego świata chcieli być w jego zespole, pracować i uczyć się przy nim. Toni „wychował” nas dziesiątki. Czuliśmy się jak wybrańcy. Najwięcej dobrego o pracy i to w zespole multikulturowym, poznania własnej wartości, ale i sprytnej oraz efektywnej pracy nauczyłam się właśnie od niego. Ci z nas, którzy byli w jego teamie, byli od razu rozchwytywani przez inne firmy. Opinia Toniego była najlepszą rekomendacją i gwarancją naszych umiejętności.

Gdy umierał, aby go ratować, firma postawiła dosłownie na nagi najsłynniejszą klinikę onkologiczną w USA. Tam nie było słowa, że za drogo, czy też nie jest to w interesie firmy. Miał żyć. Jego ostatnim życzeniem było zobaczyć jego ukochane kraje i miejsca. Firma wynajęła samolot z lekarzem na pokładzie i zaprosiła jego rodzinę. Lot nad Alaską gdzie łowił łososie, Kanada, Islandia ukochana, no i oczywiście Jego Ojczyzna – Polska. Gdy doleciał do Londynu … odszedł.

To był mój najlepszy szef, który zawsze we mnie wierzył i bezgranicznie ufał swoim ludziom. Z którym można było robić rzeczy, przekraczające słowo „nie da się”. Człowiek pełen pasji, zrozumienia, miłości do ludzi i świata.

Gdy odkupiła mnie inna firma, przyjechał zobaczyć nową szefową. Umówił się z nią na spotkanie. Chciał wiedzieć, kto będzie teraz moim przełożonym. Po jego wyjściu długo siedziała zamknięta sama w pokoju i nie mogła dojść do siebie. Jak powiedziała, nie wiedziała, że tacy ludzie istnieją. Z kolei do mnie Toni powiedział „Długo tu nie będziesz. Nie zrozumiecie się”. Choć początkowo nie wierzyłam w to co powiedział, to jego słowa były prorocze.

Młoda, energiczna szefowa z wizją firmy, otwarta, z dowcipem. Początki w firmie są zawsze jak „szklany klosz” aby się zaaklimatyzować. Jest miło, czas na wprowadzenie. Potem zaczyna się rzeźnia. Jeśli są sukcesy i wyniki stajemy się pupilkami szefów. Okraszani jesteśmy uśmiechami, komplementami, premiami, poklepywaniem po ramieniu. Nawet z czasem zapraszani do domu, stajemy się powiernikami prywatnych historii, baaa nawet doradcami. Lecz czasem wystarczy, że gdzieś noga nam się podwinie i nagle widzimy i słyszymy, jak pryncypał, staje się właśnie „pałą” drąc się na nas, używając epitetów i robiąc osobiste wycieczki, co na nasz temat myśli. W imię sukcesów i wyników, każe nam przekraczać swoje granice moralne. Bo ma być sukces!

Nie ma pytania i miejsca na to, co się stało i jak mogą nas wesprzeć w gorszym czasie. Sami żyją w strachu, że coś może być niezgodnie z planem, który raportowali do góry. Z drugiej strony nie przyznają się, że mają problem ze swoimi emocjami. Często to, co się u nas zadzieje jest zapalnikiem do uwolnienia ich nagromadzonych emocji, z którymi nie dają sobie rady.

U mnie i szefowej właśnie pojawił się jeden wątek, który stał początkiem kolejnego wątku, czyli zwolnienia mnie. Gdy jeden „deal” nie wyszedł, stał się zapalnikiem do pogorszenia się naszych relacji. Myślałam, że tylko o te wyniki chodzi, ale prawda była inna. Zatrudniła do mojego zespołu przystojnego chłopaka, który miał także wysokie ambicje, a jeszcze szersze „plecy”, które mu patronowały w karierze. Tak więc moje potknięcie było świetnym pretekstem do zrobienia zmiany i realizacji oczekiwań patrona.

Czy żałuję? Nie. Gdy odeszłam naprawdę odetchnęłam od toksycznej atmosfery. Dopiero potem ludzie zaczęli mówić, że ze stresu w relacji z SZEFOWĄ kobiety miały zanik miesiączek lub niekończące się problemy gastryczne. Opowiadali, jak kombinowali i oszukiwali, byle tylko nie znaleźć się na jej celowniku. Jeden kolega nawet się przyznał, że jego żona przyjaźni się z SZEFOWĄ, więc nic mu nie grozi. Z czasem dowiedziałam się, że Centrala planowała mnie na jej miejsce, no więc… Ratowała samą siebie😊

Jest czasem też i tak, że nie chce się już prowadzić danych zadań i potrzebuje się zmiany otoczenia i pracy. Trafiłam i na taki moment. Po długiej rozmowie szef zgodził się, żebym odeszła, ale warunkiem było znalezienie odpowiedniej osoby na moje miejsce. Takiej, która wszystko „ogarnie”. Długo się zastanawiałam. Chciałam, aby był to ktoś, kto będzie kontynuował już obrany kierunek, zaakceptuje i uszanuje wcześniejszą pracę, a przede wszystkim będzie dobrym i wspierającym szefem dla zespołu.

Już od jakiegoś czasu kręcił się obok jeden chłopak, który chętnie, czy to pytany czy nie, udzielał różnych rad. Najczęściej mojemu głównemu szefowi, na temat tego, jak widziałby pracę mojego działu i co trzeba robić. Taki samozwańczy doradca z dużym parciem na sukces i szkło. Nie był też kimś przypadkowym. Miał swojego patrona, który blisko kolegował się z moim szefem. Informacja dla mnie była jasna – tak czy owak zrobi wszystko, aby zająć moje miejsce. Traktowałam to dosyć lekko i starałam się nie rozkręcać piekielnych wizji przejęcia działu. Moich pracowników, z którymi byłam także blisko mentalnie, przygotowywałam na tę zmianę długo. Widziałam, że tego nie chcą, ale z drugiej strony szanowali mój wybór. Wybór wolności.

W dniu mojej wyprowadzki z biura, następca pojawił się u mnie. Rozglądał się po gabinecie, zagadywał i w końcu zapytał o coś, co początkowo mnie rozbawiło, a z czasem dało mi wiele do myślenia. Że też wtedy nie zapaliły mi się czerwone lampki?!!! Otrzymałam kiedyś w prezencie z Watykanu obraz z błogosławieństwem imiennym od Papieża Franciszka. To było podziękowanie za pomoc bezdomnym. Nigdy się tym specjalnie nie szczyciłam i też nie wiedziałam, co zrobić z takim dowodem uznania. Więc postawiłam obraz gdzieś w rogu biura. Okazało się, że mój następca był bardzo tą pamiątką zainteresowany. – „Słuchaj czy ten OBRAZ też zabierasz?” – „Tak, a o co chodzi?” – „Chciałbym żebyś mi go zostawiła”, – No ale tam jest moje nazwisko” – Nic nie szkodzi. Ja sobie je wymażę i wpiszę swoje”.

Dzisiaj już wiem, że mój Zespół, z którego już dzisiaj nikt prawie już tam nie pracuje, będzie tę zmianę długo pamiętał. Ci, którzy postanowili zostać pod sterami nowego menadżera, skończyli na psychotropach lub zerwali ze mną kontakty, ponieważ jakikolwiek kontakt ze mną, nawet słowo „dzień dobry” skutkowało utratą zaufania i mobbingiem.

W sprawie zachowania nowego SZEFA interweniowały organizacje związkowe i komisja etyki. I nic. Nie pomogły prośby o zmianę. Ludzie czuli się zaszczuci i zmanipulowani prowadzonymi wiecznie nagonkami. Bali się rozmawiać ze sobą, a już najbardziej ze mną. Wszystko co zrobiłam, bez względu jak było cenione i ile nagród zdobyło, zostało zniszczone i zaorane. A cokolwiek złego się zadziało, to była to moja wina. Stałam się w głowie mojego następcy złem wcielonym😊. Spotkaliśmy się kiedyś i widziałam, jak strach i fobie rządzą tym człowiekiem, kompleksy, niskie poczucie własnej wartości. Wszystko to przekładał na pracowników. Wyżywał się na nich.

***

Uważam, że bycie szefem, to nie tylko ścieżka kariery. To nie tylko cel, do którego dążymy. Bardziej misja w życiu zawodowym. Podzielenie się tym, co mamy najlepszego w sobie, czego chcemy nauczyć i dać z siebie innym. Mentoring i leadreship, to modne dzisiaj słowa i chciałabym, żeby były nie tematem do chwalenia się przynależnością do stowarzyszeń i dyplomem na ścianie, ale życiowym darem i najlepszą intencją wobec ludzi. Niestety z mojego doświadczenia wynika, że aby kwalifikować się na czyjegoś przełożonego, należałoby skończyć szkolenie i mieć zdane testy psychologiczne, które będą kwalifikowały do relacji interpersonalnych. Do wzięcia odpowiedzialności za ludzi i cele. A wszystko po to, aby nie wskakiwać od razu na piedestał Boga i rządzić, dzielić, karać i nagradzać, ale być Człowiekiem dla drugiego Człowieka. Być równym, a nie pod- lub nad-Bogiem.

 

 

Agnieszka W Sioła, Fundacja Projekt Szczęście oraz Inkubator Sukcesu, to autorskie inicjatywy fundatorki Fundacji. Na co dzień pisze na swoim funpage’u Agnieszka W Sioła Fundacja Projekt Szczęście o potrzebach kobiet i ich drodze do odzyskania siebie, prawdzie, autentyczności, kobiecości i miłości. Dla Oh Me o świecie intymnym i delikatności wnętrza kobiecego, a także o życiu i o pracy w korporacjach. O tym jak praca dla innych, często ponad nasze siły, wpływa na nasze ciało i życie. Tworzy projekty, które pomagają ludziom dotrzeć do swojej świadomości, akceptacji aby zrozumieć swój cel życiowej podróży. Tworzy przestrzeń szczególnie dla tych, którzy po wyjściu z korpo chcą odzyskać siebie i żyć na swoich warunkach szczęścia. Jej projekty są szczególnym miejscem dla ludzi, bez względu na wiek, którzy po różnych związkach, relacjach i tych rodzinnych, i z pracą i z domem pragną ponownie doświadczyć szczęścia znaleźć swoje nowe miejsce na Ziemi.

Gromadzi wokół siebie szlachetnych i doświadczonych przez życie ludzi, którzy chcą się dzielić swoją wiedzą i kompetencjami dla dobra innych, dając unikatowe wartości i szczodrość swojego doświadczenia.