Gotowanie Przepisy Zupy

Siostry od kuchni polecają: Zupa tajska z kurczakiem

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
19 lipca 2017
Zupa tajska z kurczakiem
Fot. Siostry od kuchni – Zupa tajska z kurczakiem
 

Zupa tajska z kurczakiem to jedna z najbardziej popularnych i pysznych zup w kuchni azjatyckiej. Choć sama potrawa jest egzotyczna, jej przygotowanie nie powinno nikomu sprawić trudności. Potrzebne składniki również nie przysparzają zakupowych trudności – praktycznie wszystko znajdziecie w dużym supermarkecie lub sklepie typu kuchnie świata. Jest milion powodów, żeby ją wypróbować. A potem zacząć szaleć z własnymi wersjami tego przepisu.

Zupa tajska z kurczakiem – przepis

Czas przygotowania: 60 min

Składniki:

  • 1,5l bulionu drobiowego (najlepiej przygotować dzień wcześniej)
  • 1 saszetka pasty curry (ja użyłam zielonej, poniżej zdjęcie. Można kupić np. tu )
  • 400 ml mleka kokosowego
  • 1 łyżka oleju kokosowego (ewentualnie masła)
  • 1 pojedyncza pierś z kurczaka
  • 1 czerwona papryka
  • 1 mała cukinia (lub pół dużej)
  • 5-6 świeżych pieczarek
  • 1 mała cebula
  • natka pietruszki do dekoracji
  • do podania: ryż jaśminowy lub makaron ryżowy (gotowanie według przepisu na opakowaniu).
Zupa tajska z kurczakiem

Fot. Siostry od kuchni

Zupa tajska z kurczakiem – jak ją zrobić?

  1. Bulion podgrzewamy.
  2. Pierś myjemy i kroimy w małą kostkę.
  3. Cebulę obieramy i kroimy w drobną kostkę.
  4. Paprykę i cukinię myjemy, usuwamy gniazda nasienne. Obie kroimy w drobne paseczki.
  5. W garnku rozgrzewamy olej z pastą curry, smażymy przez 1-2minuty. Dodajemy kurczaka i smażymy przez kolejne 2-3 minuty.
  6. Do garnka dorzucamy pokrojone: cebulę, paprykę i cukinię, smażymy przez 3 minuty. Całość zalewamy bulionem i czekamy do zagotowania.
  7. W międzyczasie pieczarki myjemy, przekrajamy na pół wzdłuż i kroimy w drobne paseczki. Dorzucamy do zupy. Gotujemy przez kolejne 4-5 minut.
  8. Na koniec dolewamy mleko kokosowe, mieszamy i gotujemy na średnim ogniu przez kolejne 5 minut.
  9. Podajemy z pokrojoną natką pietruszki i makaronem ryżowym.

Zajrzyjcie koniecznie na bloga „Siostry od kuchni” i śledźcie na bieżąco ich poczynania na Facebooku!

18492427_10209141583683180_1950963320_n (1)


SIOSTRY OD KUCHNI, CZYLI

siostryKRZYSIA – na co dzień pracująca zawodowo, zabiegana mama dwójki dzieci. Mimo braku czasu odnajduje czas na swoją największą pasję, jaką jest gotowanie. Pewnie dlatego, że kocha dobre jedzenie. Zodiakalny Koziorożec, a więc konsekwentna w działaniach oraz bardzo ambitna i wnikliwa. Każde danie, które tworzy jest w 100% przemyślane, ale jej artystyczna wyobraźnia dokłada odrobiny szaleństwa i kulinarnej spontaniczności… Uwielbia kawę…ale tylko parzoną w kawiarce, a dobre ciacho to raj dla jej podniebienia. Lubi testować nowe przepisy i nie boi się eksperymentować.

EWKA – Można powiedzieć, że to człowiek orkiestra – znajdzie pasję w każdym zajęciu. Twardo stąpa po ziemi, mówiąc że nie ma rzeczy niemożliwych i z powodzeniem realizuje założone cele. W swojej pracy zajmuje się prowadzeniem projektów informatycznych, gdzie wykorzystuje i rozwija swoje menadżerskie zdolności. Uwielbia podróżować i odkrywać smaki lokalnych kuchni. Kocha kuchnię włoską i w tej dziedzinie chce się rozwijać, ale z sentymentem wraca rownież do polskich smaków znanych z dzieciństwa. Gotowanie i wypieki sprawiają jej ogromną przyjemność. Dzięki jej zdolnościom organizacyjnych każdy ruch w kuchni jest zawsze przemyślany, dzięki czemu przygotowanie dań trwa chwilę.


Gotowanie Przepisy Zupy

Mąż kilka lat temu usiadł w fotelu i powiedział „właśnie zwolnili mnie z pracy”. I tak siedzi do tej pory, a wszystko jest na mojej głowie

Listy do redakcji
Listy do redakcji
19 lipca 2017
fot. iStock/ dcdp
 

Wracam do domu z pracy, dźwigam zakupy i planuję, co szybkiego zrobić na obiad, jakie pranie nastawić, białe czy kolorowe, może w końcu zabiorę się za tę stertę prasowania. Otwieram drzwi i od progu słyszę odgłos włączonego telewizora – leci chyba jakiś programu motoryzacyjny, jeden z jego ulubionych. Odkładam siatki, wieszam torebkę i zaglądam do pokoju – mąż siedzi przed telewizorem, dokładnie w tej samej pozycji, jaką zajmował, gdy wychodziłam do pracy. „O już jesteś. Zrobisz herbaty?” pyta wskazując na pusty kubek stojący na stoliku obok. Zaciskam zęby i czując jak opuszczają mnie siły i resztki motywacji, idę nastawić czajnik – od kilku lat nie robię nic innego, tylko zaciskam zęby, połykam łzy i obsługuję mojego bezrobotnego męża.

Kiedy go poznałam był zupełnie innym człowiekiem – inteligentny, oczytany, zabawny, dusza towarzystwa. Pracował jako przedstawiciel handlowy, więc dobrze wiedział jak oczarować ludzi i zjednać sobie ich sympatię. Moją zdobył w jeden wieczór, a po tygodniu byłam już zakochana po uszy i przekonana, że albo on, albo żaden inny. Byłam świeżo po studiach, zaczynałam nową pracę, a w dodatku znalazłam miłość życia – wydawało mi się, że świat stoi przede mną otworem i mam licencję na szczęście. Ale nic nie może przecież wiecznie trwać, prawda?

Pobraliśmy się po roku, po dwóch latach zostaliśmy rodzicami. Nieskromnie powiem, że wiele osób nam zazdrościło – Darek przeżywał wtedy zawodową passę i odnosił sukces za sukcesem, życie rodzinne układało nam się bez większych problemów, jednym słowem: sielanka. Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy syn poszedł do pierwszej klasy – firma męża popadła w kłopoty finansowe z powodu jednego ze wspólników, zaszły zmiany w spółce i przez kilka miesięcy trwała walka o ich być albo nie być.  Aż w końcu ogłosili koniec biznesu i wręczyli pracownikom wypowiedzenia. Mąż wrócił wtedy do domu załamany, usiadł w fotelu i powiedział „właśnie zwolnili mnie z pracy”. I tak siedzi do tej pory, a wszystko jest na mojej głowie.

Na początku wszyscy dookoła powtarzali, że na pewno szybko znajdzie pracę, że z jego doświadczeniem przyjmą go z pocałowaniem ręki, nie ma co się przejmować. Obiecywali też pomóc, pytać, dawać znać, jeśli usłyszą o wolnym etacie. Przez pierwsze tygodnie Darek intensywnie szukał, dzwonił, chodził na rozmowy, zagadywał znajomych z branży, ale niestety, bez efektu – albo szukali młodszych (mąż był wówczas po czterdziestce), albo z wyższym wykształceniem i znajomością dwóch języków, a często to Darek kręcił nosem na ofertę i mówił, że stać go na więcej – dziesięć lat pracy z dobrymi zarobkami i na samodzielnym stanowisku trochę go rozpuściły i nie zamierzał zaczynać znowu od zera. Teraz myślę, że właśnie to go zgubiło, ta duma, ta cholerna duma i wielkie ego.

Po dwóch miesiącach poszukiwań widziałam jak dopada go spadek motywacji, zupełnie, jakby ktoś spuścił z niego powietrze i wyssał energię. Dalej przeglądał ogłoszenia i dzwonił, ale już bez większej wiary w powodzenie i bez entuzjazmu. Zrobił się niecierpliwy, drażliwy, pomiędzy nami zaczęły się coraz częstsze kłótnie i spięcia. Kilka razy wyczułam od niego alkohol, ale gdy pytałam o to, zmieniał temat, wykręcał się albo zarzucał mi, że próbuję zrobić z niego alkoholika, nazywał siebie nierobem, nieudacznikiem, mówił, że powinnam znaleźć sobie kogoś, kto potrafi utrzymać rodzinę. Nie miałam siły na awantury, więc odpuszczałam, powtarzałam sobie, że to tylko chwilowy kryzys, że jak znajdzie pracę to wszystko wróci do normy i samo się ułoży. Ta naiwność (a może raczej słabość?) była z kolei moją największa winą.

To, że Darek był w domu wcale nie oznaczało, że wziął na siebie więcej obowiązków – sprzątanie, gotowanie, zakupy, wychowanie syna, wszystko było na mojej głowie! Wiem, sama go do tego przyzwyczaiłam, chciałam być idealną panią domu, żoną i matką, przez lata pracowałam na dwa etaty – taki też obraz wyniosłam z domu rodzinnego, powtarzałam zakorzenione we mnie nawyki, dziś już tak niemodne i rzadziej spotykane. Wracałam z pracy i musiałam nakarmić, oprać i obsłużyć moich dwóch mężczyzn.  Kiedy po pół roku Darek nadal był bezrobotnym, postawiłam się i zażądałam, by w końcu coś zrobił i ruszył się z domu. Obraził się i nie rozmawialiśmy przez kilka dni, ale znalazł pracę. Długo jednak nie zgrzał w niej miejsca, bo pokłócił się z przełożonym i po dwóch tygodniach znowu był bez zatrudnienia. Potem miał jeszcze trzy takie epizody, ale zawsze coś było nie tak – a to umowa „śmieciówka”, a to warunki oburzające i niehumanitarne, a to za daleko i więcej na dojazdy wyda niż zarobi, nie opłaca się. Była próba własnej działalności, spółka ze szwagrem, podobno interes życia i niesamowita okazja – skończyło się na długach, które spłacałam potem przez dwa lata i urażonej ambicji Darka. Mąż wrócił do siedzenia w fotelu przed telewizorem i udawania, że szuka zajęcia, a ja wróciłam do zaciskania zębów i udawania, że wciąż mu wierzę.

Moja urzędnicza pensja wystarczała na opłacenie rachunków i utrzymanie bez zbędnych szaleństw, ale syn co chwilę wyrastał ze swoich rzeczy, w szkole zawsze było coś ekstra do zapłaty, niespodziewanie wyskoczyła wizyta u dentysty, naprawa samochodu – normalnie, jak to w życiu bywa. Mąż nie zmienił też swoich przyzwyczajeń i nie widział konieczności zaciskania pasa, żył tak jak do tej pory zupełnie nie przejmując się tym, że nasze dochody są znacznie mniejsze. Coraz ciężej przychodziło nam (a raczej mi) dopięcie budżetu, teściowie zaproponowali nam finansowe wsparcie, ale Darek odmówił kategorycznie i uniósł się honorem. Do tej pory nie wie, że co miesiąc jego mama przysyła mi pieniądze – bez tego tonęlibyśmy w długach po uszy.

Od siedmiu lat utrzymuję swojego męża i nasz wspólny dom. Czuję złość i ogromne rozczarowanie, jestem wręcz wściekła. Przestałam spotykać się ze znajomymi i przyjaciółkami, bo nie mam już siły odpowiadać na ich pytania o Darka, znosić ich pobłażliwych spojrzeń i wstydzić się za własnego męża. Bo tak, wstydzę się za niego i za siebie – wiem, jak to wygląda z boku, wiem, co myślą sobie inni i że zastanawiają się, dlaczego się na to zgadzam. Szczerze mówiąc, ja sama też tego nie wiem… Jedna z koleżanek powiedziała mi wprost, że ona już by dawno wyrzuciła dziada z domu i nie pozwoliła się wyzyskiwać – cóż, kiedyś też byłam taka harda, łatwo oceniać i gdybać, jeśli zna się coś tylko teoretycznie. A przecież mimo wszystko to jest mój mąż, ojciec mojego syna, człowiek, którego kochałam i z którym spędziłam wiele lat!

Czy gdybym bardziej naciskała byłoby inaczej? Czy to moja wina, czy byłam zbyt wyrozumiała, naiwna i łatwowierna? Najbardziej przeraża mnie to, że mój syn dorasta patrząc na to wszystko i mając za autorytet człowieka, dla którego głównym celem życiowym stało się przełączanie kanałów telewizyjnych, komentowanie wiadomości i wydawanie poleceń „zrób mi herbaty, podaj to, przynieś tamto”. Niedawno teściowa powiedziała mi ze łzami w oczach, że podziwia mnie za to, że jeszcze utrzymuję ten dom, że daję radę i… przeprosiła za swojego syna! Rozpłakałam się wtedy i poczułam ogromną wściekłość na Darka – inni za niego pracują, inni się martwią, inni nawet zamiast niego się wstydzą. Nie wiem już, kim jest, patrzę na niego bez uczucia, z niechęcią i wielkim żalem i modlę się o cud – bo chyba tylko cud może sprawić, że coś się zmieni.

Zapisz


Gotowanie Przepisy Zupy

Można utonąć we własnym łóżku, wiele godzin po wyjściu z wody. Suche i wtórne utonięcia zbierają co roku żniwo

Redakcja
Redakcja
19 lipca 2017
Fot. iStock

Wypoczynek nad wodą może być nie tylko przyjemnością. W przypadku nieszczęśliwego wypadku lub niezachowania bezpieczeństwa nad wodą, może być tragiczne w skutkach. Mamy świadomość, czym skutkuje wejście do wody po alkoholu, przy osłabieniu organizmu lub nadmiernym przegrzaniu na słońcu.

Utonięcia zdarzają się każdego lata, zbierając tragiczne żniwo. Okazuje się, że problemem nie jest tylko wielka woda i brak należytego bezpieczeństwa wśród wczasowiczów. Wbrew pozorom nie trzeba tonąć kilka metrów od morskiego brzegu, czasem wystarczy krótkie zachłyśnięcie się wodą, czego konsekwencje mogą być tragiczne.

Suche i wtórne utonięcia

Istnieje coś takiego jak suche i wtórne utonięcie, które najczęściej dotyczą dzieci, ale nie jest to reguła. Tego typu utonięcia stanowią nawet 15% zgłoszonych utonięć, a mimo to mało kto jest świadomy zagrożenia.  Zarówno suche, jak i wtórne utonięcie ma miejsce w momencie, gdy z wody szczęśliwie wyciągnięte jest poszkodowany i wydaje się, że sytuacja jest już opanowana. Najczęściej dotyczy to dzieci, ponieważ one bawią się z otwartą buzią. Dziecko wyciągnięte z wody odkasłuje wodę i wygląda, jakby potrzebowało jedynie regenerującego odpoczynku. Pozwolenie na sen po takiej sytuacji bywa tragiczne w skutkach, zanotowano przypadki, w których dziecko już się nie obudziło.

Wtórne utonięcie wynika z masywnego obrzęku płuc, które ma miejsce do 72 godzin od próby ratowania tonącego. Szczególnie niebezpieczna jest sytuacja, gdy ktoś zachłysnął się wodą morską. Czasem w drogach oddechowych pozostaje sól z wody morskiej, która drażni płuca, powodując ich obrzęk. Woda morska obecna w płucach prowadzi do wystąpienia zjawiska osmozy, czyli przenikania wody ze środowiska mniej stężonego do wyżej stężonego. Woda z komórek organizmu przenika wtedy do słonej wody w pęcherzykach płucnych, co prowadzi do obrzęku płuc i zaburzenia wymiany tlenu. Następnie dochodzi do zaburzeń równowagi kwasowo-zasadowej, kwasicy metabolicznej i w wyniku zaburzeń wodno-elektrolitowych do zatrzymania krążenia.

Suche utonięcie wynika z obecności niewielkiej ilości wody w nosogardzieli, która pobudza nerw krtaniowy i dochodzi do skurczu głośni, czego konsekwencją jest niedotlenienie i utrata przytomności.

Dlatego tak niebezpieczne jest przyjmowanie, że po udzieleniu pomocy wszystko wraca do normy i nie ma się czym przejmować. W przypadku, gdy pojawiają się nietypowe objawy takie jak:

  • kaszel,
  • problemy z oddychaniem,
  • dezorientacja,
  • uczucie zmęczenia, wręcz wyczerpania,
  • senność czy zmiany w zachowaniu,
  • ból w klatce piersiowej,

należy zgłosić się na pogotowie lub wezwać pomoc. Jeśli nad wodą wydarzy się podtopienie lub zachłyśnięcie dziecka czy dorosłego, bezpiecznie jest obserwować je przynajmniej przez 24 godziny od momentu tonięcia.


 

źródło: wyborcza.pl


Zobacz także

Leniwy Mazurek. Wasze przepisy wielkanocne

Żelazna pasta jajeczna. Wasze przepisy wielkanocne

Azjatycki przepis na szczupłą sylwetkę