Życie z egoistą. Ona wie, że powinna odejść, bo nigdy nie poczuje, że jest dla niego ważna

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
6 sierpnia 2017
Fot. iStock/SrdjanPav
 

Życie z egoistą. Tyle się o tym słyszy, czyta, jest takie trudne. To wyzwanie wręcz.  Ale Milena doskonale wie, co robić, jak z nim postępować, jak reagować. Teoretycznie. O tak, wykuta na blachę. Na szóstkę. Z praktyki jednak by nie zdała. 

Zawsze miała syndrom egoistki, bo przecież była jedynaczką. Robiła więc wszystko, by nikt tak o niej nie myślał nawet. Przychodziło jej to łatwo, po prostu umiała się dzielić. A że była dość zakompleksiona, to nie uważała, że świat kręci się wokół niej. Rodzice też nie rozpieszczali. Nie chwalili, częsta raczej była krytyka. Nie taka miażdżąca, ale zwykła. Że nie ta sukienka, że nie te koleżanki, że inaczej ma się czesać. Normalna krytyka nierównoważona pochwałą czasem jednak była przykra. Milena była więc skromna, na zewnątrz otwarta, ale wewnątrz skulona w sobie i bardzo niepewna.

A przecież nie musiała. Świetne stopnie, uroda w okresie dojrzewania może niebijąca po oczach, ale gdy zęby jej wyprostowano, a włosy, gdy była w liceum same zaczęły się kręcić, stała się naprawdę ładna. Dbała o figurę. Sport, zdrowe odżywianie. Nie paliła. Alkoholu mało. Niektórzy uważali, że jest sztywna i zarozumiała. A ona myślała, że jest tak nudna i beznadziejna, że żaden chłopak jej na randkę nie zaprosi.

Gdy poznała Miłosza myślała, że złapała Pana Boga za nogi. Był przystojny, zdawał niedługo maturę i plany na przyszłość. Dziewczyny wcześniej nie miał, wolał piłkę nożną. Teraz się zakochał. Ona też. Pierwszy raz na poważnie.

Dużo czasu spędzali razem. Dla niego czas na mecz był jednak zawsze. Nie przeszkadzało jej to, przecież trzeba mieć pasję. Ona lubiła basen, pływała często. Nie wiedziała, jak bardzo będzie o tę piłkę zazdrosna.

Wspólne studia i sielanka się skończyła. Byli zgodni. Owszem. Było poprawnie, ale bez szału już. Ona coś czuła, uciskało ją, ale nie umiała powiedzieć co. Czasu nie spędzali tyle, bo przecież razem mieszkali. Wyjść mało, spacerów, roweru, basenu, kawiarni jemu się już odechciało. Było nudno, choć mieli po 20 lat. On dla kolegów czas miał, na piłkę też. Z nią mieszkał, więc była obok. Nic nie trzeba robić. Chłodna kalkulacja. Ale przecież miał rację. Czego ona się czepia.

Ślub wzięli po 7 latach. Chyba z obowiązku, bo już wypada, bo rodzina pyta. Po co się angażować w nowy związek, tyle się znają, idealnie nie jest nigdzie. Byli zgranym teamem. Kupili mieszkanie, wzięli kredyt, który on ogarnął. Znał się na tym, czuła się bezpiecznie. Mieszkanie w większości urządził też on, bo przecież ona się nie zna.

Najpierw się stawiała. Potem, będąc w ciąży, odpuszczała. Ciąża trudna, nie chciała się denerwować. To przecież tylko płytki, podłoga, fotele. A że czasu nie spędzali wiele, że nie interesował się jej pracą, krytykował drugi kierunek studiów, jakoś przełykała. I to, że w tej ciąży była sama. Raz był z nią u lekarza. Raz. Na usg połówkowym. Na innych nie, choć ciąża zagrożona.

Popołudnia i wieczory spędzała sama, bo piłka przecież. A było lato, więc treningi na powietrzu do zachodu słońca. Gdy zachorowała poważnie nie interesował się zbytnio. Przełykała, choć już nie tak łatwo. Chciała odejść, ale jak? Kredyt wzięty, dziecko w drodze. Bolało coraz bardziej – gdy zamiast być z nią i dzieckiem wybierał piłkę. Gdy chciała wychodzić do ludzi, bo będąc ciągle, potrzebowała z nimi kontaktu. Gdy jej rodzicom nie pozwalał zbliżać się do dziecka, bo je źle trzymają, za głośno mówią. Gdy swoim obcesowym zachowaniem spowodował, że nie czuli się komfortowo, że woleli by ona ich odwiedzała.

Była bierna? Nie. Rozmawiała z teściową, która problemu nie widziała. Uwagi przyjęła za atak. I atakowała równie wściekle.

Rozwodu się bała. W przedszkolu zarabiała grosze, nowe osiedle, nikogo nie znała Była sama. Tkwiła więc mając nadzieję, że się opamięta. Miłosz. Albo ona. Miesiące mijają. Nic się nie zmienia. On robi, co chce. Gdy ona też chce, okazuje się, że tak dobre matki nie robią.

Jest obrażony, gdy ona idzie na kurs i Miłosz raz w tygodniu ma z zostać z dzieckiem.
Gdy Milena chce iść na rodzinny spacer. On nie. Przecież jest zmęczony. Ona idzie sama.
Gdy Milena chce iść na podyplomówkę. On niechętnie się zgadza. Jak to, co drugi weekend ma jej nie być w domu? Całe dnie sam i on ma ogarnąć życie? Przecież dzieckiem się zajmuje. Na nic innego czasu nie ma.

Miłosz zarabia więcej. To on decyduje o poważnych wydatkach. Przychodzi do domu z telewizorem. Z tabletem. Nie rozumie Mileny, gdy ta ma żal, że nie skonsultował. Że może by inaczej wydać te pieniądze. No przecież on chce dobrze. To dla nich przecież. Czego się czepia ta Milena?

A ona czuje, jakby była w wodzie. I ta woda sięga jej już do ust. Że ma już dość. Albo się utopi, albo resztkami sił odbije od dna i wypłynie. Sama.

Wakacje wybiera on. Bo za nie płaci. Gdy jednego roku ona bierze pożyczkę, bo jest tak dumna, że też chce zapłacić, decyzję o kierunku podejmują wspólnie.
Żłobek, przedszkole, szkołę dla dziecka ogarnia Milena. Ani razu nie słyszy, że to fajnie. W pracy robi projekty. Tu też nie słyszy wsparcia, tylko że niepotrzebnie się zaharowuje. Naokoło wszyscy uważają, że fajna z niej dziewczyna. On nie. Zapytany mówi, że to oczywiste, że jest fajna. A Milena potrzebuje tak bardzo jego ciepłego słowa. I seksu nie zawsze szybkiego, gdzie dochodzi on, a ona jest daleko w lesie. Głupio jej. Chyba z nią coś nie tak.  Dlatego się nie czepia.

I tak mijają dni. Co robić z egoistą, który widzi swoje potrzeby tylko? Milena teoretycznie wie. Kopnąć w zad, jeśli nie zwraca uwagi na to, co ona mu mówi. A komunikuje to jasno. Nie jest typem kobiety „sam się domyśl”.

Bierze rozbieg. Od kilku lat. Jeśli się odważy, to kop będzie bolesny i mocny. A ona w odpowiedzi i tak usłyszy: „czego się czepiasz”. Wtedy będzie mieć siłę, by powiedzieć: „ nie czepiam się”.

„Odczepiam !!!”.


autorka: Poli-Ann

 


5 kilo ‚w dół’ robi wielką różnicę. Sprawdź, co stanie się z twoim ciałem, gdy pozbędziesz się niepotrzebnych kilogramów

Redakcja
Redakcja
7 sierpnia 2017
Fot.iStock / vadimguzhva
 

Temat chudnięcia jest cały czas na topie. Mówimy najczęściej o odchudzaniu w kontekście zgrabniejszej figury, ale musimy pamiętać przede wszystkim o lepszym zdrowiu. Byliśmy świadkami spektakularnych metamorfoz, których bohaterki gubiły nawet kilkadziesiąt kilogramów. W takim kontraście wydaje się, że utrata np. 5 kg nie będzie miała większego znaczenia dla organizmu.

Co prawda 5 kilo mniej na wadze zazwyczaj nie robi wielkiej różnicy dla wyglądu, natomiast dla zdrowia może być bardzo istotna. Oczywiście te rzeczone 5 kg to jedynie przykład, a i nie każda z nas powinna gubić kilogramy, jeśli masa ciała jest prawidłowa.

5 zalet utraty kilku kilogramów 

1. Mniejsze ryzyko udaru i zawału

Jeśli w organizmie odkłada się tkanka tłuszczowa, wraz z nią podnosi się poziom trójglicerydów, których zbyt wysokie stężenie podnosi ryzyko wystąpienia zawału serca lub udaru mózgu. Przy utracie masy ciała obniża się również poziom trójglicerydów, najlepiej do maksymalnej wartości 130 mg/dl. Ponadto osoby szczuplejsze mają niższy poziom złego cholesterolu LDL, za to więcej HDL, czyli dobrego cholesterolu, który zapobiega chorobom układu krążenia.

 2. Obniżysz ryzyko wystąpienia cukrzycy typu II

Utrata wagi pozwala na łatwiejszą kontrolę poziomu cukru we krwi i zmniejsza ryzyko zachorowania. Ponadto u osób otyłych, tłuszcz gromadzący się w okolicy brzucha wpływa na pojawienie się insulinoodporności — trzustka pracuje ciężej, aby uzyskać więcej insuliny, a mimo to poziom cukru może być nadal zbyt wysoki.

3. Odciążysz stawy

Im większa masa ciała do utrzymania, tym cięższe zadanie czeka stawy i cały układ kostny. Większe przeciążenie wpływa na wzrost ryzyka przedwczesnego zużycia chrząstki stawowej i pojawienia się stanów zapalnych i bólu. Pozbycie się nadprogramowych kilogramów pozwoli odciążyć stawy i kręgosłup.

4. Obniżysz ciśnienie krwi

Osoby z nadmierną masą ciała mają problemy ze zbyt wysokim ciśnieniem krwi, ponieważ krew krąży po dodatkowej masie, a tym samym wywiera mocniejszy nacisk na ściany tętnic, uszkadzając je.  To sprawia, że serce wykonuje cięższą pracę. Nadciśnienie tętnicze jest nazywane „cichym zabójcą”, rozwija się powoli i dopiero po wielu latach uszkadza serce, naczynia krwionośne, nerki, mózg oraz inne narządy.

5. Zmniejszysz ryzyko pojawienia się nowotworu

Osoby szczuplejsze mają mniej problemów ze zbyt wysokim poziomem hormonów, takich jak: estrogeny, insulina, czy androgeny. Hormony te w nadmiarze mogą powodować rozwój nowotworu piersi czy jajników i szyjki macicy.

6. Będziesz miała lepszy seks

To już ostatni argument zachęcający do zrzucenia kilku nadprogramowych kilogramów. Osoby z nadwagą rzadziej uprawiają seks, ponieważ często czują się nieatrakcyjne dla partnera lub ich ciało nie jest tak sprawne, jak u szczuplejszych kobiet.


 

źródło: fitness.wp.pl


Jestem Flancowana, czyli małe życie w wielkim mieście. Eh, niełatwe początki

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
6 sierpnia 2017
Fot. iStock/max-kegfire

Jest taki moment, tuż po wejściu do tramwaju w mieście, które nie jest twoim miastem, że nagle zdajesz sobie sprawę, że nie masz pojęcia, jak skasować bilet. Nie dość, że ten bilet różni się znacznie od tych, które kupujesz na co dzień, to w dodatku kasownik zupełnie nie przypomina tego, z którego stale korzystasz.

Co wtedy robisz? Proste – czytasz instrukcję: „bilet kasujemy paskiem do dołu”… Gdzieś pomiędzy zastanawianiem się, o który pasek chodzi (bo jak na złość paski są dwa – po jednym z każdej strony), a tym czy na pewno wsiadłaś z przyjaciółką do dobrego tramwaju, wreszcie podejmujesz decyzję i wkładasz bilet paskiem, który uznałaś za odpowiedni – do dołu.

Zapobiegawczo pytasz jedną z pasażerek, czy tramwaj dowiezie cię na ulicę Domaniewską i wtedy zdajesz sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy, że do tramwaju właśnie wchodzą kontrolerzy. Tak właśnie było w moim przypadku i nie muszę dodawać, że nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, przecież miałam bilet i to w dodatku skasowany!

Uśmiechnęłam się życzliwie do Pana Kanara i pytając go, czy na pewno wybrałam dobry tramwaj (jako, że wspomniana Pani Pasażerka nie była tego pewna), podałam mu swój bilet. Wtedy uświadomiłam sobie absurd sytuacji, nikt nie był mi wstanie udzielić odpowiedzi na pytanie, dokąd właściwie jedzie ten tramwaj! Co za komedia pomyślałam, ale już po chwili komedia zamieniła się w dramat, bo Pan Kanar zażądał moich dokumentów!

Okazało się, że wybrałam niewłaściwy pasek. Wszystko skończyło się dobrze, bo o czym przekonuję się codziennie, w tym mieście ludzie są życzliwi i pomocni. Oczywiście musiałam wysiąść z tramwaju i po raz kolejny odkryłam, jaką rolę pełnią szczere kobiece łzy. Pamiętam, że zakładając czarne okulary (kamuflujące widoczne jeszcze ślady słabości) powiedziałam do Magdy: to jest miasto siły i walki, tutaj trzeba być twardym i odważnym. I nie wiem dlaczego, ale właśnie wtedy po raz kolejny dotarło do mnie, że to jest ideale miejsce dla mnie. Tę historię przypomniałam sobie kilka dniu temu, kiedy odwiedził mnie znajomy z Katowic i powiedział, że na miejsce spotkania na Nowym Świecie wolał dotrzeć pieszo, bo za każdym razem ma w Warszawie problem z biletami. Chodzi może o pewien symbol, ale to o czym opowiedziałam świadczy o tym, jak bardzo to miasto jest niepoznane, niezrozumiane i może właśnie dlatego przez tak wielu nielubiane i nieakceptowane? Nie wiem, ale myślę, że z miastem jest jak z człowiekiem. Trzeba je poznać, odkrywać każdego dnia po trochu. Z czasem można je polubić i nagle zdać sobie sprawę z tego, że wpadło się po uszy! Że to jest już miłość. Dwa i pół roku minęły od chwili kiedy tramwaj szczęśliwie dowiózł mnie na rozmowę kwalifikacyjną, trzy dni później zamieszkałam w Warszawie.

Na początku wszystko jest nieznane, obce. Chodzisz po ulicach, które trochę znasz, ale z niczym ci się nie kojarzą, odwiedzasz i zwiedzasz, ale robisz to jak zdezorientowany turysta. A potem jest ten moment, kiedy już przespacerowałeś i posmakowałeś klimat tego miasta, jedynego w swoim rodzaju miasta i już dobrze wiesz! Wiesz, gdzie w twojej okolicy kupić świeży, chrupki chleb, gdzie najlepiej smakuje ci lampka wina białego, a gdzie czerwonego, a gdy przechodzisz ulicą, macha do ciebie ulubiony sprzedawca kwiatów i daje zniżkę na kolejny bukiet gladiolii spod Hali Mirowskiej. A potem nieśpiesznie idziesz przez park do ulubionej kawiarni, żeby poczytać książkę i spotkać się z przyjaciółką. Wtedy nie jesteś już turystą, jesteś mieszkańcem! Wiecie, co znaczy flancowany? Ja dowiedziałam się przypadkiem, od mojej koleżanki, która w trakcie spaceru, gdzieś pomiędzy Placem Konstytucji, a ul. Koszykową powiedziała, że na kogoś takiego jak ja mówi się Warszawiak flancowany -taki, który nie pochodzi stąd, ale kocha to miasto tak bardzo, że staje się jego częścią.

Nie urodziłam się w Warszawie, nie wychowałam, ani nawet tu nie studiowałam, jednak co ciekawe, odkąd pamiętam marzyłam o tym, żeby tu zamieszkać. Marzenie mało racjonalne i pewnie dla wielu mało wybredne – bo przecież na świecie jest niezliczenie dużo ciekawszych i piękniejszych miast – jednak w moim przypadku to pragnienie zawierało logiczny pierwiastek. Przeczytałam niedawno, że więcej dziedziczymy po Dziadkach niż po Rodzicach, właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że dziedziczymy także ich marzenia i wspomnienia… Do dziś pamiętam opowieści mojej Babci, która spędziła w Warszawie swoją młodość. T u poznała i pokochała mojego Dziadka, przeżyła tutaj piękne chwile, do których po latach chętnie wracała i wspominała. Moim Dziadkom życie w Warszawie przerwała wojna, nigdy nie wrócili tu już na stałe. Myślę jednak, że tęsknili za tym miastem, jak za kimś z kim przeżyło się coś pięknego, a kogo utraciło się bezpowrotnie.

Moje marzenie spełniło się dwa lata temu! Moje życie ze Śląska przeniosło się do Warszawy. W moim śródmiejskim mieszkaniu w jednym z okien powiesiłam firanę utkaną ręcznie przez moją Babcię, a na toaletce postawiłam ślubne zdjęcie moich Dziadków zrobione na Placu Trzech Krzyży. Jestem im wdzięczna, że zarazili mnie miłością do miasta, które dzisiaj jest mi bardzo bliskie. Wciąż jednak nieodkryte i niepoznane. Stąd właśnie pomysł na blog, który powstał z miłości do miasta. Mam nadzieję, że stanie się miejskim przewodnikiem dla wszystkich, którzy chcą poznać to miasto z perspektywy spacerowiczki z aparatem w dłoni. Z perspektywy Warszawianki flancowanej!


 

19424769_312653475850961_5641258574848983040_n (1)Zosia Zabrzeska – urodzenia i z charakteru Ślązaczka, z zamiłowania i zamieszkania Warszawianka. Pracuje na Warszawskim Służewcu, a wolny czas wykorzystuje na to, aby cieszyć się życiem w Wielkim Mieście, jej Mieście. Niespełna rok temu założyła blog o Warszawie . Motywacją do stworzenia „Warszawianki Flancowanej” była miłość do Miasta, któremu jest wdzięczna za to, że jest tak bardzo otwarte i gościnne. Warszawa jest jej bliska, trochę jak drugi człowiek, albo raczej jak ukochane miejsce… Lubi ją nazywać swoim miejskim domem, bo tutaj naprawdę czuje się jak u siebie. A pisze o niej dlatego, żeby się jej za to wszystko, co jej daje odwdzięczyć, ale też po to, aby inni mogli doświadczyć jej ciepła i poznać ją lepiej.

 

 


Zobacz także

Gierki miłosne, czyli w co gramy w związku

12 najlepszych modeli butów na nadchodzące lato (i to wszystko w jednym miejscu!)

Niby tak samo, a jednak inaczej. To, co robicie w łóżku, wiele mówi o waszych relacjach