Wyszłam z toksycznego związku i postanowiłam zawalczyć o własne szczęście. Dzisiaj spełnia się jedno z moich marzeń

Listy do redakcji
Listy do redakcji
17 czerwca 2017
Fot. iStock/South_agency
Fot. iStock/South_agency

Myślisz dzisiaj, że twoje życie jest do niczego? Że jesteś w potrzasku i nic, ale to kompletnie nic nie jesteś w stanie zrobić, żeby to zmienić? Jesteś przed 40-tką, może tuż po i masz wrażenie, że to już koniec, że zmarnowałaś wszystkie okazje, zaprzepaściłaś swoje szanse.

Tkwisz w nieudanym związku i wstydzisz się przyznać, że na towarzysza swojego życia wybrałaś faceta, którego już nie kochasz? Ale co zrobić, skoro może za zakrętem nic na ciebie nie czeka?

Opowiem ci coś, opowiem ci moją historię wierząc, że odnajdziesz nadzieję, która da ci siłę i odwagę do zmian.

Nie spodziewaj się fajerwerków, zwrotów akcji. Jestem kobietą, którą mijasz na przystanku autobusowym, w drodze do pracy. Blondynką, która niespecjalnie rzuca się w oczy. Zapracowaną, ale zawsze uśmiechniętą.

Byłam dyrektorem regionalnym sprzedaży z olbrzymią i nieustannie rosnącą liczbą obowiązków. Odpowiedzialną za wyniki czterech dużych województw. Zarządzałam ludźmi i nigdy nie zastanawiałam się, czy mi się to podoba czy nie. Dzisiaj, kiedy o tym myślę, mam poczucie, że byłam jak taki koń, co to idzie z klapkami na oczach ciągnąc swój wózek, do którego ludzie co chwilę coś dorzucają. Ale on idzie, krok po kroku, choć coraz mu trudniej. I śmieje się, tak jak zawsze. Z tym swoim przyklejonym do twarzy uśmiechem.

Pozwoliłam sobie wejść na głowę innym ludziom. Wejść na głowę i za przeproszeniem nasrać mi na nią. Każdy robił, co chciał. Wypełnić za kogoś papiery? Nie ma problemu. Zastąpić? Żaden kłopot? Dzień wolny, bo dziecko chore? Okej, ja zostanę dłużej, w końcu nie mam dzieci.

Nie mam dzieci i nie chcę wracać zbyt wcześnie do domu, bo do czego? Do faceta, z którym byłam już kilka lat i który pomimo moich nacisków nie chciał brać ślubu? A ja tego potrzebowałam. Chciałam się zdefiniować, chciałam móc mówić: „To jest mój mąż”, „jestem jego żoną”. On tego nie rozumiał, wyśmiewał te moje  – jak je nazywał fanaberie, i coraz częściej zaglądał do kieliszka. Uśmiechałam się i mówiłam, że to nic takiego. Że przecież każdy pije drinka, żeby odstresować się po pracy, po ciężkim tygodniu. Oddalaliśmy się od siebie. Mi przestało zależeć na małżeństwie, a on wyczuwając to pewnego dnia poprosił mnie o rękę. To wtedy w jednej sekundzie dotarło do mnie, że nie chcę z nim być, że nie chcę z tym człowiekiem spędzić reszty mojego życia. Daliśmy sobie szansę, zbagatelizowałam to, co podpowiadała mi intuicja. Może to chwilowy kryzys, może za chwilę ta miłość, którą zgubiliśmy, wróci?

On nadzieję na zmianę topił coraz częściej w kieliszku, ja uciekałam do pracy, nie chciałam widzieć ciągów, w które wpadał. Byłam w toksycznym związku, w którym dałam sobie wmówić, że nic nie jestem warta i że to, jak wygląda nasze życie, jest tylko i wyłącznie moją winą… Zmiana, to nigdy nie jest decyzja podjęta z dnia na dzień, z godziny na godzinę, choć chciałybyśmy tak myśleć. Potrzebny jest czas, który minuta po minucie, godzina po godzinie pokazuje ci, w jakim piekle żyjesz, który każdego dnia odkrywa tylko jedną kartę, żebyś się nie przestraszyła, żebyś zebrała w sobie odwagę i siłę, by odejść.

Po siedmiu latach związku spakowałam się w dwa samochody. W jednym swoje książki, w drugim rzeczy, ubrania. I pojechałam do mojej mamy, z pochyloną głową, ze łzami w oczach i poczuciem wstydu mówiąc, że zmarnowałam swoje życie, że on pije, jest alkoholikiem i że gdybym z nim została straciłabym nadzieję, że jeszcze coś może się zmienić. A ja tylko dzięki tej nadziei żyłam, tylko ona mnie niosła i wskrzeszała resztki energii do działania.

Zmiana to proces, we mnie zachodził długo. Najpierw zaczęłam być ciekawa siebie, swoich emocji. Zewsząd otaczały mnie hasła: postaw na siebie, pomyśl o sobie, bądź dla siebie dobra. Tylko, co znaczy być dobrą dla siebie, skoro ja całe życie byłam dobra tylko dla innych? Skoro nie znałam siebie, kompletnie nic o sobie nie wiedziałam…

Jeśli chcesz zmian w swoim życiu, musisz wyjść im naprzeciw, nie czekaj, bo one same nigdy do ciebie nie przyjdą, to ty musisz wykonać pierwszy krok. Ja zaczęłam czytać, dużo czytać. Zapisałam się na warsztaty z budowania pewności siebie, odkrywałam siebie kawałek po kawałku pytając, czego naprawdę chcę. Nagle zauważyłam, że wokół mnie jest wiele kobiet poszukujących, stojących gdzieś na rozstaju, tyle, że ja nadal nie wiedziałam, w którą stronę iść.

I zatrzymałam się. A raczej moje ciało mnie zatrzymało. Powiedziało „dość” pewnego dnia nie pozwalając wstać mi z łóżka. To ono zbuntowało się, nie chciało dłużej nieść tego wszystkiego, co sobie na plecy powkładałam i co inni nieustannie dokładali. Trzy tygodnie zwolnienia. Trzy tygodnie w łóżku, bez pośpiechu, bez gonitwy, z czasem, który zwolnił nieprzyzwoicie. Leżałam i myślałam. Układałam sobie w głowie wszystko od początku. Szkoła, praca, związek. Miał być ślub, jakieś dzieci. Jakby tory ktoś ułożył mi dawno temu, a ja jak taka bezwolna maszyna się po nich poruszałam. Wzięłam kolejne zwolnienie. Na miesiąc. Nie chciałam wracać do tamtego życia, panicznie się bałam, że znowu wciągną mnie na jakąś stację i każą jechać utartym torem. A tego już bym nie zniosła. Coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że to nie jest moje życie, że jak tak nie chce, że brak w nim radości, szczerego uśmiechu i szczęścia. Brak energii i miłości do siebie samej. To był przełom. To wtedy rozumiesz, że choć spadałaś głową w dół, to nie pozwolisz się sobie rozbić.

Wyrastają ci skrzydła odwagi i nagle robisz rzeczy, o których nie przypuszczałaś, że cię na nie stać, jednocześnie zastanawiając się, czemu ich nie zrobiłaś wcześniej.

Szukałam źródeł mojej frustracji i nieszczęścia. W pracy czułam się niedoceniana, używana… Poszłam na rozmowę do konkurencji i okazało się, że tak, że mają dla mnie pracę, ale… na Mazurach. Poczułam znane mrowienie w brzuchu, podniecenie, które wzburzyło moją krew, tych znaków już nie ignorowałam, wiedziałam, że niosą prawdziwą odpowiedź, nie tę kierowaną jedynie rozumem, ale tę wypływającą ze środka mnie. Kiedy wsiadałam do windy – byłam już zdecydowana.

Właśnie się pakuję. Są tacy, którzy pytają, czy nie mam załamania nerwowego, bo tak się zmieniłam. Śmieję im się w nos. Robię porządki w domu, sprzątam szuflady z dokumentami nieruszanymi od długiego czasu. Przerzucam papiery i wśród nich znajduję kartkę z zapisanym na niej pytaniem: „Czego tak naprawdę chcę?”. Odpowiedź mnie zmroziła: „Spokoju i domu na Mazurach”. To ja. To prawdziwa ja ze skrywanymi głęboko marzeniami, o których zapomniałam, które traktowałam za nieważne i niemożliwe do spełnienia. A dzisiaj? Dzisiaj słuchając siebie, wiedząc coraz lepiej, czego chcę, pakuję się, bo wyjeżdżam na Mazury. Zostawiam wszystko, co miałam tutaj – dom, przyjaciół, rodzinę i otwieram się na nowe życie, na moje życie, na życie, którym już tylko ja będę zawiadywać. I tak, boję się jak cholera, boję się tak, jak ty teraz, ale co może być lepszego od zawalczenia o własne szczęście? Nic. Na to pytanie nie znam innej odpowiedzi.


Pięć oznak dojrzałości, których wymaga każda miłość. A ty? Kochasz dojrzale?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
17 czerwca 2017
Fot. iStock/Grandfailure
Fot. iStock/Grandfailure

Lubię sobie wyobrażać, że w naszym życiu wszystko płynie, że nigdy drugi raz nie staniemy tacy sami w identycznym miejscu, że to, co już było jest za nami i nie da się tego cofnąć, ani zmienić, trzeba zaakceptować i pociągnąć za sobą każde nowe doświadczenie.

Jesteśmy jak rzeka – zaczynamy od małego strumyka, żeby na koniec stać się rozległą rzeką, rzeką bogatą we wszystko, czego po drodze doświadczyła. Rzeką dojrzałą, płynącą wolniej, rozglądającą się wokół.

Taką rzeką jest też nasza miłość, na początku płynąca wartko, pełna zakrętów i zwrotów, czasami spadająca wodospadem prosto w dół. Ale z czasem się uspokaja, dorasta, dojrzewa, daje nam spokój, ukojenie, przestaje być powodem skrajnych emocji – wręcz przeciwnie, niesie nas lekko w swoich ramionach.

Jaka jest miłość dojrzała?

Dojrzała miłość nie potrzebuje kontroli

Miłość niedojrzała to miłość kontrolująca, kiedy nieustannie potrzebujemy wiedzieć, co robi osoba, którą kochamy. Znacie to? Wychodzi do pracy, ale jednak dzwonimy, niby w trosce, a sprawdzając, czy aby na pewno idzie do biura? Spotyka się z przyjaciółkami – a ty kontrolujesz, z kim jest, kiedy wróci. Wychodzi na mecz z kolegami, dzwonisz, piszesz, że już tęsknisz w obawie, że o tobie zapomni. Z tą kontrolą jest trochę tak, jak z pozostawionym na ulicy rowerem, który nieustannie obserwujemy z okna.

Ten, kto kocha dojrzale, wie, że kontrola jest zupełnie bezproduktywnym źródłem niepokoju. Bo przecież jeśli ktoś będzie chciał nas zostawić, zakończyć związek to i tak to zrobi. A jeśli będzie chciał zostać, to na pewno nie ze strachu, że jest kontrolowanym.

Dojrzała miłość rozumie, że każdy z nas potrzebuje własnej przestrzeni, ale też wie, że obecność jednej i drugiej strony wzbogaca związek.

Komunikacja to powietrze, którym miłość lubi oddychać

Nie wiem, ile razy już napisałam: komunikacja ważna jak miłość. Niedojrzała osoba nadal jednak nie zrozumie, jak istotną rolę pełni komunikacja w ich związku. Każe się domyślać, nie komunikuje wprost, używa filtrów, które rozumie tylko ona. Tymczasem dojrzała miłość wie, że komunikacja wymaga cierpliwości i inteligencji. Rozumie, że czasami krytyka wywoła tylko złość i niechęć, a pozytywny komunikat przyniesie rozwiązania i skłoni do uważności. Dojrzała miłość nie rzuca słów na wiatr i nie wojuje słowem, nie rani nim. Dzięki wyważonej i mądrej komunikacji czyni związek zdecydowanie głębszym.

Miłość dojrzała przebacza i wolna jest od chęci zemsty

Niedojrzałe osoby przebaczają, ale nie zapominają. Mają nieustannie gotową listę przestępstw, której, gdy tylko trafi się okazja nie zawahają się użyć. Z drugiej strony ta lista nigdy się nie kończy, ponieważ takie osoby są niezwykle wrażliwe na zachowania drugiej strony i każde najmniejsza rzecz skierowana przeciwko nim powoduje wielki i emocjonalny ból.

Dojrzała miłość rozwiązuje konflikty, rozumie, że rany potrzebują czasu, aby się zagoić. Nie kolekcjonują przestępstw przeciw miłości, bo wiedzą, że jedyną tego konsekwencją będzie ból i zniszczenie związku.

Czas i uważność w miłości dojrzałej nie może się zgubić

W niedojrzałym związku dajesz prezent, aby też go otrzymać. To ciągła wymiana coś za coś. Potrzebujesz nieustannej uwagi, bo tylko tak czujesz się bezpiecznie i naiwnie wierzysz, że ktoś, kto kocha naprawdę powinien umieć czytać w twoich myślach.

Wiesz, czym różni się miłość dojrzała? Te, kto tak kocha dając prezent chce zobaczyć twarz ukochanej, czy ukochanego. Chce sprawiać radość i przyjemność bezinteresownie, chce się zatrzymać i wysłuchać, co słychać, bo kocha.

W dojrzałej miłości intymność jest czymś więcej, niż tylko pragnieniem

Dla kochających niedojrzale seks jest tym, gdzie wszystko się zaczyna i kończy. Kiedy tylko w ich związku zaczyna być mniej seksu, uważają to za poważny kryzys, większy od tego, gdy nie rozmawiają ze sobą przez tydzień.

Kochający dojrzale rozumieją, że pożądanie jest tylko kolejną składową ich związku, jeśli ta czasami zawodzi, uzupełniają wspólne szczęście innymi jej aspektami. Dla dojrzałej miłość raczej wszystko zaczyna się i kończy na intymności, w której mieszka seks, zaufanie i wrażliwość.

A twoja miłość? Jaka jest?


źródło: exploringyourminde.com

 


Córeczki są do kochania, synowie do tego, by być z nich dumnym. Dr Aleksandra Piotrowska o tym, jak ojcowie mówią do swoich dzieci

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
16 czerwca 2017
Fot. iStock / evgenyatamanenko
Fot. iStock / evgenyatamanenko

Współcześni mężczyźni spędzają ze swoimi dziećmi więcej czasu i są bardziej świadomymi rodzicami niż ich ojcowie. Jednak wciąż nie potrafią ze swoimi pociechami rozmawiać. A jeśli już rozmawiają, to zdecydowanie inaczej mówią do swoich córek, a inaczej – do synów. O to, dlaczego tak się dzieje i jak to wpływa na późniejsze, dorosłe życie dzieci, zapytałam dr Aleksandrę Piotrowską, psychologa dziecięcego.

Anna Frydrychewicz: Dlaczego to, co i w jaki sposób mówimy do naszych dzieci, jest takie ważne?

Aleksadra Piotrowska: Bo w oparciu o to, co te dzieci od nas usłyszą – jakie treści, jakim tonem wypowiadane, z jaką mimiką, gestami– one tworzą sobie określony obraz samego siebie. Zaczynają wartościować siebie jako coś bardzo cennego i niepowtarzalnego, albo ignorować jako nikomu niepotrzebną i mało cenną rzecz. Po drugie, w oparciu o to, co od nas słyszą, tworzą sobie także obraz innych ludzi, przekonania na temat tego, czego się mogą od nich spodziewać – czy ci inni ludzie będą im pomagać, czy zagrażać. To są dwa główne składniki naszych przekonań na temat świata, podstawa kształtującej się osobowości: opinie na swój temat i opinie na temat innych.

Czyli to, co mówimy, znajduje bezpośrednie odzwierciedlenie w zachowaniu dzieci i w tym, co one myślą o sobie i o innych?

Dokładnie. To, co mówimy to podstawowe cegiełki, takie z których dziecko buduje sobie obraz świata. No bo w oparciu o co innego miałoby te opinie budować? Doświadczenia zbiera początkowo tylko w swoim najbliższym otoczeniu. Oczywiście, to się zmienia w miarę, jak dziecko rośnie. Ale dziecko – szczególnie małe – jest całkowicie bezbronne wobec tego, co my do niego mówimy.

A czy mamy mówią inaczej niż tatusiowie?

Mamy mówią bardziej emocjonalnie. Nie tylko jako nadawcy w komunikacji bardziej różnicują ton głosu i dodają takie elementy do swojej wypowiedzi, które są przejawem działających emocji, ale także odbierając od swoich dzieci komunikaty, zwracają uwagę na przekaz emocjonalny. Zmrużone oczy, delikatnie zmieniony ton, to wszystko rozgrywa się na nieświadomym poziomie. Są za to odpowiedzialne czynniki biologiczne, ale również sposób, w jaki wychowywano nas, kobiety. Kiedy już jesteśmy dorosłe i dojrzałe, przywiązujemy większą wagę do tych aspektów emocjonalnych w porównaniu z mężczyznami, wyrażającymi się lakonicznie, co nie znaczy, że bardziej precyzyjnie.

A  czy to prawda, że ojcowie rozmawiają rzadziej ze swoim dziećmi?

Tatusiowie jako mężczyźni, statystycznie są bardziej obciążeni pracą, zatem mniej obecni w domu. Niestety, znam również badania, z których wynika, że jeśli w rodzinie jest niepracujący tata, a pracuje tylko kobieta, to ciągle ona, a nie mężczyzna, pomaga dzieciom w lekcjach, zauważa, że coś jest nie tak, że dziecko ma problem, że trzeba z nim porozmawiać. Z różnych względów w większości rodzin jest tak, że tatusiowie rzadko prowadzą z dziećmi rozmowy. W nowym modelu ojcostwa to się na szczęście zmienia.

I ten nowy model ojcostwa czym jeszcze się różni od tradycyjnego?

Podstawowa różnica to jest odrzucenie przekonania, że dziecko jest „sprawą kobiety”. Na szczęście rośnie liczba mężczyzn, którzy reagują zdziwieniem na taką konstatację i akceptują oczywistość, że dziecko ma matkę i ojca. Że to są dwie osoby ważne w życiu dziecka.

Kiedy ojcowie zaczynają nawiązywać bliższy kontakt z córkami?

W tym nowym modelu ojcostwa kontakt jest nawiązany jeszcze w życiu prenatalnym: tata mówi do rosnącego brzucha, głaszcze go, po porodzie jest często pierwszą osobą, która dotyka dziecko. W takim bardzo tradycyjnym modelu rodziny, wychodzi się z założenia, że kobieta rodzi się z umiejętnością zmiany pieluchy, przebrania dziecka – a mężczyzna nie. Mężczyzna ma za duże, niezgrabne ręce, jeszcze uszkodzi dziecko. A w ogóle to nie są „męskie sprawy”, mężczyzna tego nie rozumie, on nie ma cierpliwości. I tego typu „bzdury”, zaczęły być powtarzane w XX wieku. Wcześniej nikomu nie przyszło do głowy, żeby łączyć mężczyznę, ojca z samą ideą zajmowania się dziećmi. Pętało się po domu coś uciążliwego, a kobieta zajmowała się głównie tym, że to usuwać spod nóg mężczyźnie – panu i władcy. A potem następował magiczny moment, w którym mężczyzna dostrzega dziecko i następowało przechodzenie dziecka spod władzy kobiet pod władzę mężczyzn. Postrzyżyny to był moment, od którego dziecko przestawało być traktowane jako niezauważalne „coś” i zaczynało być człowiekiem. A jak zaczynało się być człowiekiem, to zaczynało się również uczyć męskich czynności.

Ale przecież ten rytuał dotyczył chłopców…

Tak, chodziło o syna, bo dziewczynka tak naprawdę nigdy nie stawała się człowiekiem. Świat dzielił się kiedyś na ludzi i na kobiety. Powoli, począwszy od rewolucji francuskiej, zmiany stawały się bardziej widoczne. Zaczęliśmy, głównie dzięki Rousseau, dostrzegać, że dzieciństwo jest bardzo ważnym okresem w rozwoju człowieka. Że to nie jest stadium utajenia, oczekiwania, aż się pojawi człowiek. Tylko, że to już jest człowiek. Cały czas przekształcający się i zmieniający. I powoli ojcowie zaczęli uczestniczyć w życiu dzieci młodszych. Zmianą było również zauważenie, że wśród dzieci są córki. I że także ojciec powinien się nimi zajmować.

A obecnie jak wyglądają relacje ojców z córkami? Córeczki do kochana, synowie do wypraw męskich?

Gdybym miała porównać stosunek ojców do córek i do synów, to muszę powiedzieć, że ciągle obserwuję różnicę. Często widzę model relacji, w której dziewczynka jest królewną tatusia, a wszyscy wkoło wiedzą, że tatuś jej będzie we wszystkim ustępował, że będzie ją traktował z atencją jak koronowaną głowę, podczas gdy ani śladu takich zachowań nie można zaobserwować w jego stosunku wobec syna. Myślę, że w tej drugiej relacji ciągle można doszukać się normalnej, męskiej rywalizacji. To przedziwnie wygląda, kiedy dojrzały facet traktuje jako konkurenta siedmiolatka. Z drugiej strony wielu badaczy mówi, że to samo zjawisko występuje w relacji matek i córek. Na pewno zmienia się także macierzyństwo, nie tylko ojcostwo. Ale nie zmieniło się na tyle, żeby dziecko niezależnie od płci, było traktowane w taki sam sposób. Tak niezależni od stereotypów jeszcze nie jesteśmy.

Rozumiem, że ten język „ojcowski” jest również inny w stosunku do syna, a inny w stosunku do córki? Do dziewczynki tata kieruje mnóstwo pieszczotliwych określeń…

A przynajmniej są one zauważalne. Podczas kiedy w rozmowie z synem, więcej jest ewentualnie ciepłej rubaszności, ale nie można nazwać tego serdecznością, czy czułością. Często też u ojców, takich współczesnych, obserwuję wyraźną dumę związaną z osiągnięciami syna, szczególnie gdy dotyczą one pola, które jest wysoko cenione przez ojca. Myślę jednak, że częściej widzę te przejawy dumy w stosunkach z synem, a serdeczności, ciepła i uwielbienia w stosunkach z córką.

Z czego to wynika?

Nie jesteśmy w stanie odrzucić dziedzictwa kulturowego. Nawet jeśli na poziomie świadomym jesteśmy przekonani, że stereotypy się nas nie imają, że myślimy w sposób całkowicie egalitarny, jednak nie do końca jest to prawdą. Poza tym, nie da się wykluczyć dziedzictwa biologicznego regulującego ten aspekt naszego zachowania.

Córki wzbudzają uczucia opiekuńcze?

Tak, uczucia opiekuńcze, oraz tendencję do chronienia ich przed światem, z którego mogą pochodzić jakieś zagrożenia. Na przykład, jeśli 12-latek zaczyna się rozglądać za dziewczynkami, ojca rozpiera duma. Córeczka w tym samym wieku, która zaczyna randkować, wywołuje gniew i chęć zapobieżenia wszystkim „fatalnym w skutkach” konsekwencjom.

Jest jakiś okres w życiu dziewczynki, w którym ona bardziej potrzebuje obecności ojca?

Niektórzy z psychologów wskazują takie etapy rozwoju. Mówią, że na przykład w okresie dojrzewania, kiedy dziewczynka uczy się w jaki sposób być kobietą. Mnie to nigdy nie przekonywało. Myślę, że od urodzenia, od początku życia niezwykle ważne jest to, jak traktują nas najbliżsi nam ludzie, zarówno ojciec i matka.

Czym grozi w dorosłym życiu bycie córeczką tatusia?

Jeśli córeczka w trakcie dorastania i dojrzewania nie zyskała większego dystansu w patrzeniu na siebie i jeśli nie rozstała się całkowicie z dziecięcym egocentryzmem, który każe nam zwracać uwagę tylko na to, co dla nas jest miłe, dobre i korzystne, to jest ryzyko, że bycie córeczką tatusia będzie się wiązało z gorszym funkcjonowaniem w przyszłości. Na przykład z mniejszą gotowością do stawiania czoła trudnościom. Bo córeczka została przyzwyczajona do tego, że to tatuś usuwa niedogodności i przeszkody. Może być też tak, że podświadomie będzie od różnych ludzi, na przykład od swojego partnera życiowego, oczekiwała, że zawsze to ona będzie numerem jeden, że jej potrzeby będą najważniejsze. Ale tak nie musi być. W większości przypadków, po kilku latach życia, prócz opinii rodziców, w tym budowaniu obrazu siebie i innych, zaczynają się mieścić inne cegiełki pochodzące np. od bardziej, niż tatuś obiektywnej pani w szkole czy od dramatycznie chłodnych i niepoddających się urokowi rówieśników, którzy zaczynają pełnić rolę przeciwwagi dla rozkochanego w córeczce tatusia. Muszę jeszcze powiedzieć, że czasami bałwochwalcze uwielbienie córeczki daje przeciwny rezultat. Zamiast nabierać bardzo dużej pewności siebie w relacjach z mężczyznami, córeczka zaczyna się ich bać. Jeśli ojciec, chcąc ją uchronić przed zbyt wczesnym angażowaniem się w związki, kładzie nacisk na zagrożenia płynące z relacji z mężczyzną, jeśli straszy, uprzedza, że im „tylko jedno w głowie”, może ukształtować w dziecku niezłe pokłady lęku.

A powiedziałaby pani, że tata jest pierwszym mężczyzną w życiu córki?

On jest pierwszym mężczyzną, który okazuje (lub nie okazuje) czułość. Okazuje lub nie okazuje uwielbienie. Nie jest prawdą, że to, co przeżywamy w dzieciństwie w sposób jednoznaczny warunkuje nasze dalsze życie. Ale to jednak buduje fundamenty. Zawsze można przeprowadzić remont, lepiej jednak nie przebudowywać fundamentów, bo to ciężka robota, bez gwarancji sukcesów.


Aleksandra Piotrowska – doktor psychologii, wykładowca na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego i Wyższej Szkoły Pedagogicznej ZNP w Warszawie, społeczny doradca Rzecznika Praw Dziecka i Komitetu Ochrony Praw Dziecka. Propaguje wiedzę psychologiczną, współpracując z prasą, stacjami radiowymi i telewizyjnymi. Jest autorką kilkudziesięciu publikacji naukowych i popularyzatorskich rozwiązania i metody postępowania w trudnych sytuacjach. Mama i babcia.


Zobacz także

Seksu chłopaki, seksu Wam życzymy! I sobie też!

Seksu chłopaki, seksu Wam życzymy! I sobie też!

Zobacz, w jakich momentach w swoim życiu powinnaś uprawiać seks, aby poczuć się jeszcze lepiej. Nie szukaj już więcej wymówek! ;)

8 momentów w życiu, w których dobrze uprawiać seks. Dzięki temu łatwiej osiągniesz sukces i będziesz bardziej pewna siebie

Fot. iStock/Sjale

A może zamiast ze sobą walczyć, łatwiej byłoby kilka naprawdę banalnych rzeczy odpuścić?