Najsmutniejsza prawda o związkach to ta, że miłość jest działaniem, a nie pustymi słowami

Listy do redakcji
Listy do redakcji
1 grudnia 2018
Fot. iStock / Wavebreak
 

Kiedy zauroczenie, sympatia flirt przeradza się w poważne uczucie, związek staje na rozdrożu. Co będzie dalej, zależy jedynie od nas. Czy starczy nam siły i miłości, by stworzyć coś prawdziwego, trwałego, dobrego? Przetrwamy, czy potrwamy tak jeszcze chwilę i rozstaniemy się, bo jedno z nas (lub oboje) nie odważy się podjąć ryzyka. Bo postawi swoje poczucie bezpieczeństwa na pierwszym miejscu, nie zważając na uczucia i emocje drugiej osoby.

Jasne, miłość jest ryzykiem. Bo można zostać zranionym, oszukanym, bo można się rozczarować. Bo codzienność może okazać się o wiele trudniejsza niż spotkania w weekendy, wspólne wakacje. Bo kiedy mówimy:  „Pa Kochanie, do zobaczenia za tydzień, za dwa tygodnie, za miesiąc”, dopiero w tym momencie i przez ten następny tydzień, dwa tygodnie, miesiąc zaczyna się praca nad związkiem.  Piękne słowa miłości są miłe, potrafią nas przekonać, pozwalają uwierzyć w siłę uczucia drugiej osoby, ale tylko na chwilę. Tak już jest, że naprawdę liczą się tylko czyny. To, co realnie jesteśmy w stanie dla ukochanej osoby zrobić. To, co dla niej robimy.

Ona i on, od dwóch lat razem. Niby razem, bo wciąż osobno. On czterysta kilometrów od niej w innym mieście. Tam ma karierę, życie. Dodatkowo ciągle w delegacjach, miesiąc w Stanach, tydzień w Brukseli. Taka praca. Czasem nie widzą się przez kilka tygodni, choć mieszkają w tym samym kraju. Choć są parą. Choć jest miłość. I jest dobrze między nimi, kiedy są razem. Tylko, że to łatwo mówić o miłości, kiedy codzienność nas nie dotyczy. Kiedy naprawdę jesteśmy razem przez kilka dni i staramy się jak najlepiej ten czas wykorzystać. Żadnych kłótni, dużo seksu, książki, kino. Radość z tego, że mamy siebie tak blisko, w końcu. To daje adrenalinę. Daje moc. Tylko czy starczy je na następne, samotne tygodnie, które przyjdą?

On mówi, że kocha, bardzo. Że mu zależy.

Przyjeżdża do niej przecież. „Zobacz – mówi – jestem, już od dwóch lat”. I kładzie pudełko jej ulubionych czekoladek pod poduszką. Tylko, że jej to nie starcza. Ona chce być „naprawdę” razem. Wtedy, gdy człowiek jest chory i nie taki ładny, jak w weekend, kiedy się spotykają. Wtedy, gdy ma gorszy dzień, gdy pojawiają się problemy. Prawdziwe życie. Nie jakieś bajki, jak z telewizji. Ona chce wspólnego domu.

To ona inicjuje rozmowę o przyszłości wiele razy. Że trzeba zrobić jakiś krok do przodu, podjąć jakieś decyzje, coś zmienić. Bo kiedy są obok siebie, jest wspaniale. Ale kiedy go nie ma, tęsknota boli, fizycznie. Tak, jakby co chwila zrywali i do siebie zrywali.

Czas mija. Ona cierpi za każdym razem, gdy całuje go na pożegnanie. Jemu chyba też nie jest lekko, ale ma do tego jakby inne podejście. Zaakceptował taki stan rzeczy, choć bez problemu mógłby zmienić trochę swoje życie, by być z nią.  Tam, gdzie mieszka, nie ma zobowiązań – dzieci, byłej żony, chorych rodziców. Pracę w jej mieście znalazłby bez problemu, nawet w obrębie korporacji, w której pracuje. Ale nie umie podjąć ostatecznej decyzji, nie umie zrobić tego najważniejszego kroku. To jej byłoby trudniej dostosować swoje życie tu i zacząć nowe tam, u niego dla tej miłości. Więc rozmawiają teoretycznie, że on przyjedzie. Że ma taką możliwość, że to się w końcu wydarzy. I nic się nie dzieje.

Ona jest już tym wszystkim rozczarowana, zmęczona. I kocha, ale przestaje wierzyć. Nie widzi już tej ich przyszłości, widzi tylko piękną bajkę, bez dobrego zakończenia.  Zaczyna rozumieć, że jego słowa są puste. A na pustych słowach związku nie zbudują.


Chorujesz na bruksizm? Chorujemy nieświadomie, bo nasz organizm rozładowuje napięcie w trakcie snu!

Redakcja
Redakcja
1 grudnia 2018
bruksizm
Fot. iStock / mihailomilovanovic
 

Nawykowe zgrzytanie zębami, o którym zazwyczaj nie mamy pojęcia to sposób na rozładowanie emocji, które kumulują się w organizmie. Chorujemy nieświadomie, bo nasz organizm rozładowuje napięcie w trakcie snu!

Bruksizm

Bruksizm to fachowa nazwa na mimowolne zaciskanie oraz zgrzytanie zębami. Choroba, która jest obecnie prawdziwą plagą społeczną. Cierpią już nie tylko osoby ambitne, zabiegane czy ludzie sukcesu. Z powodu nadmiernego obciążenia obowiązkami coraz częściej dotyka ona każdego. Chorują nawet dzieci i młodzież, zestresowani szkołą czy konfliktami z rówieśnikami. Według niektórych badań bruksizm dotyka już ponad połowę populacji! Co najgorsze o bruksizmie często nie mamy pojęcia albo go bagatelizujemy!

Przede wszystkim stres – to główna przyczyna bruksizmu. Zaciskając zęby czy zgrzytając nimi odreagowujemy codzienne napięcie, którego dziś mamy zdecydowanie za dużo. To schorzenie psychogenne, o podłożu stresowym. Często nawet nie są z nim kojarzone żadne inne objawy somatyczne.

Niekontrolowane zgrzytanie zębami, podczas którego dochodzi do znacznie silniejszego zaciskania szczęki niż w trakcie jedzenia może mieć poważne konsekwencje. Ponieważ organizm człowieka składa się z różnych części połączonych w jedną całość, dysfunkcja jakiegoś organu ma bezpośredni wpływ na inne układy. Nieleczony bruksizm jest przyczyną silnych bólów głowy, problemów z kręgosłupem, słuchem oraz wzrokiem. Dodatkowo zachodzą zmiany w jamie ustnej takie jak ścieranie koron zębowych, pękanie i ścieraniem szkliwa oraz pewnego rodzaju rozchwianie zębów.

Osoba, która cierpi na bruksizm zaciska szczękę nawet do 10 razy mocniej niż podczas np. jedzenia. Powoduje to uszkodzenia i ścieranie zębów. Występują też ubytki oraz żółte plamki, także świadczące o erozji szkliwa. Odsłonięta zębina nie ma szans w kontakcie z bakteriami próchnicotwórczymi. Odczuwamy także przeszywający ból podczas kontaktu z bodźcami takimi jak ciepłe, zimne czy kwaśne posiłki. Mogą również zacząć pojawiać się trzaski w stawach skroniowo-żuchwowych na przykład podczas ziewania, a kształt twarzy może stać się bardziej kwadratowy z powodu rozbudowanych mięśni żwaczy. – mówi lek. dent. Kamila Gądek z Kliniki Implantologii i Stomatologii Estetycznej borczyk.pl

Bruksizm jest bowiem główną przyczyną deformacji twarzy  oraz pojawiania się zmarszczek na policzkach.Osoby cierpiące na bruksizm często zauważają, że ich szczęki są bardziej kwadratowe niż przed zaistnieniem choroby. Spowodowane jest to tym, że kiedy zgrzyta się zębami lub je zaciska, napina żwacze, które są głównymi mięśniami odpowiedzialnymi za żucie.

Ze względu na charakterystykę jest to schorzenie dość łatwe do zdiagnozowania, jednak leczenie bruksizmu jest wieloetapowe i wielospecjalistyczne.

W leczeniu bruksizmu należy skoncentrować się na holistycznym podejściu do pacjenta, czyli nie tylko opanowaniem odruchu niszczącego zęby, ale przede wszystkim powinno szukać się przyczyny zgrzytania. Stan naszego zdrowia zależy w dużej mierze od tego jak żyjemy.Informacje uzyskane z wywiadu lekarskiego dotyczące stylu życia, pracy, stanu psychicznego pacjenta oraz przebytych chorób i urazów pozwalają na łatwiejsze postawienie prawidłowej diagnozy. Przyczyn pojawienia się bruksizmu może być bardzo wiele. Jeśli zauważalne są niepokojące syndromy należy skierować pacjenta również do innych specjalistów. W przypadku holistycznej terapii niezbędne jest współdziałanie lekarzy dentystów z lekarzami innych specjalności. – wyjaśnia lek. dent. Kamila Gądek z Kliniki Implantologii i Stomatologii Estetycznej borczyk.pl

Uświadamianie pacjenta podczas wizyty o związkach pomiędzy trybem życia, nawykami, zdrowiem jamy ustnej i zębów, a resztą układów i narządów w organizmie pozwala zaplanować odpowiednią opiekę dentystyczną i zastosować efektywne leczenie. Często lekarze polecają także zakładanie na noc specjalnej nakładki wykonanej z termoplastycznego materiału, która uniemożliwia ścieranie.

W przypadku bruksizmu nie tylko powinno zlikwidować się uszkodzenia szkliwa, ale dokładnie zdiagnozować zgryz. Człowiek codziennie przełyka ślinę ok. 2 tys. razy. Przez struktury kostne czaszki nieprawidłowe siły przenoszą się na strukturę zwaną sierpem mózgu. Jest ona odpowiedzialna za produkcję i metabolizm płynu mózgowo-rdzeniowego, a co za tym idzie na odżywianie mózgu i rdzenia kręgowego. Wiele objawów jak migreny, bóle głowy, zniechęcenie, zmęczenie, bóle kręgosłupa szyjnego mogą być konsekwencją wadliwego zgryzu.  – dodaje lek. dent. Kamila Gądek z Kliniki Implantologii i Stomatologii Estetycznej borczyk.pl

Na rozwój nawykowego zgrzytania zębami wpływają także niedobory w gospodarce mineralnej. Najczęściej bruksizm ma związek z niedoborami magnezu. Podczas leczenia stomatolog zaleca również badanie krwi. Pacjenci zjadający z nerwów własne zęby powinni uzupełnić niedobór magnezu i minerały wzmacniające układ nerwowy.

Zdrowe zęby to również zdrowy człowiek. Choroby zębów mają wpływ na cały nasz organizm, nieleczone mogą powodować poważne dolegliwości. Nadmierny stres i kumulowanie się emocji, z czym boryka się dzisiejsza cywilizacja, w efekcie prowadzi do poważnych problemów zdrowotnych. Dlatego tak ważna w terapii bruksizmu jest zmiana przyzwyczajeń oraz znalezienie własnego sposobu na rozładowanie emocji. Stosuje się również ćwiczenia, prowadzące do rozluźnienia mięśni twarzy i szyi jak masaż policzków. Najważniejsza jest jednak redukcja poziomu stresu, a do tego dobrą okazją jest uprawianie sportu lub znalezienie hobby.

lek. dent. Kamila Gądek z Kliniki Implantologii i Stomatologii Estetycznej borczyk.pl / Fot. Materiały prasowe


Artykuł powstał we współpracy z Kliniką Implantologii i Stomatologii Estetycznej borczyk.pl

 


Magdalena Boczarska: „Moje życie stało się pełne kompromisów”

Redakcja
Redakcja
1 grudnia 2018
Mat. prasowe

Niedawno została mamą, a my doskonale pamiętamy ją w roli Michaliny Wisłockiej. Przez ostatnie tygodnie co niedzielę wieczorem gości w naszych domach, grając Martę w serialu „Pod powierzchnią”. 

Kim jest grana przez Ciebie bohaterka serialu „Pod powierzchnią”, Marta?

Magdalena Boczarska: Łatwiej chyba byłoby odpowiedzieć, kim nie jest! Skrywa w sobie absolutnie fascynujące skrajności. Jest polonistką z mądrym podejściem do młodych ludzi, przyjaciółką, która pozwala sobie zwątpić w wieloletnią relację, żoną, która nie potrafi być nikim innym poza matką, która straciła dziecko… No właśnie. Była matką, czas przeszły ma tu o tyle znaczenie, że chociaż Max utonął, ona ciągle nie straciła nadziei…

Mamą zostałaś kilka miesięcy temu. Na ile ta nowa życiowa rola pomogła Ci stworzyć tę postać? Czy dzięki temu było łatwiej?

Na pewno. Odkąd sama jestem mamą zyskałam zupełnie inną wrażliwość jako kobieta i aktorka. Rola Marty nie była łatwa, bo to między innymi historia o stracie dziecka, więc zmierzenie się z takimi emocjami było dla mnie sporym wyzwaniem. Głównie z powodu tej życiowej, nieserialowej roli. Ale chyba dałam radę, mam nadzieję!

Cytując Martę… Czy wierzysz w to, że matki rzeczywiście “czują takie rzeczy”? Że coś złego się stanie albo że nie można tracić wiary?

To jest nieprawdopodobna więź i zdążyłam już odczuć jej istnienie. To tak zwana intuicja matki. Nie jest nieomylna, czasem można pomylić ją pewnie z przewrażliwieniem, bo nie ma nic gorszego, niż strach o własne dziecko. Ale na pewno istnieje. Stanęłam na planie, gdy mój Henryk skończył 6 miesięcy wcielając się w rolę kobiety, która straciła dziecko. Do tego moje chroniczne niewyspanie, dużo zdjęć nocnych, wyjazdy do Płocka. W kategorii bycia zmęczoną osiągnęłam poziom mistrzowski. Śmieję się, że ta rola przyszła w idealnym momencie, bo nie trzeba było mnie do niej jakoś specjalnie zewnętrznie ani “wewnętrznie” charakteryzować. Z marszu spełniałam wszystkie warunki.

A jednak udało Ci się pogodzić nowe obowiązki prywatne z zawodowymi. Na kogo mogłaś liczyć?

Postawiłam sobie za cel, że pierwsze 6. miesięcy Henryka jestem z nim w domu i szczęśliwie mi się to udało. Bo kolejne ponad trzy na planie “Pod Powierzchnią” były dosłownie… szalone. Mój syn jest bardzo towarzyski, więc zdarzało się, że był ze mną na planie w Warszawie lub w Płocku, jako najmłodszy członek ekipy (śmiech).

Nie ukrywam, że była to momentami zagadka logistyczna przy małym dziecku, jak to wszystko poukładać, ale na szczęście był pod najlepszą opieką mojej mamy i swojego taty, więc jakoś daliśmy radę.

Jak zmieniło Cię macierzyństwo?

Uwaga, bo to jest temat rzeka! (śmiech). Oszalałam na punkcie własnego syna i bardzo mi      z tym dobrze! To jest kompletna zmiana, zupełne wywrócenie życia do góry nogami i odnalezienie w sobie pokładów miłości, empatii, o których człowiek istnieniu nawet nie miał pojęcia. Jestem przekonana, że to moja najważniejsza “rola” i mam wielką nadzieję, że będę w niej naprawdę dobra.

Widzowie bardzo polubili Martę. Myślisz, że głównym powodem jest współczucie?

Nie. Myślę, że jest po prostu ludzka. Każdy może odnaleźć w niej coś tożsamego sobie. Nikogo nie udaje, nie jest na siłę jakaś. Zamknęła się w sobie, ale nie na wszystkie spusty. Każdy, komu jest bardzo źle w życiu, nawet, gdy jest wycofany, gdzieś tam głęboko chce być uratowany. Tak samo jak Marta. Poza tym jest empatyczna, wrażliwa, przenikliwa. Ma charakter dziewczyna.

Mat. prasowe

W Michalinie Wisłockiej ze “Sztuki Kochania” czuć było Twój charakter. Dużo jest Boczarskiej w Marcie Gajewskiej?

Chyba nie umiem nie dzielić się sobą. Czasem daję to, co mam najlepsze, a czasem grzebię, grzebię aż wygrzebię jakieś własne trupy z szafy i potajemnie w nocy targam do szafy mojej bohaterki (śmiech). Z Martą Gajewską było podobnie, to dosyć złożona postać, często się zmienia i bywa emocjonalna – jak Boczarska! Dałam jej dużo swojej prywatnej wrażliwości.

Łatwo wychodzi się z tak emocjonalnej roli?

Zdarza się, że przydałby się przycisk ON/OFF, żeby to tyle nie trwało. W przypadku “Sztuki Kochania” z Michaliną Wisłocką spędziłam prawie 1,5 roku. Dostała mi się do krwioobiegu, więc niełatwo było mi się z nią rozstać. W pewnym sensie gdzieś tam ciągle ze mną jest. A jeśli chodzi o Martę z “Pod Powierzchnią” – odkąd jest Henryk łatwiej jest mi wyjść z roli, bo nie mam już czasu, żeby dochodzić do siebie i analizować swoje emocje. Mój mały człowiek potrzebuje mnie bezkompromisowo tu i teraz. To motywuje, żeby raz dwa stać się znowu Magdą.

W serialu właściwie w jednym momencie rozwija się kilka relacji damsko-męskich, a wygląda na to, że widzowie najbardziej kibicują Tobie i Maćkowi, którego gra Łukasz Simlat. Przewrotnie…

Cóż mam ci powiedzieć… Urokowi Maćka, czytaj Simlata, trudno się oprzeć! (śmiech). A tak na serio, to rzeczywiście trochę to przewrotne, ale z drugiej strony pewnie trudno jest polubić mojego serialowego męża za jego różne wybory życiowe. Marta się dopiero budzi, zaczynają docierać do niej pewne rzeczy, sygnały, wyostrzają się jej zmysły. Odzyskuje powoli siebie, co oznacza, że będzie musiała przedefiniować pewne sprawy i zdecydować, co dalej zrobić ze swoim życiem. Atmosfera się zagęszcza, widzowie na pewno nie będą rozczarowani.

Nic dziwnego, w końcu mocna ekipa stoi za całą produkcją. 

Najlepsza! Borys Lankosz, który stworzył właściwie nie serial, a niesamowitą fabularną opowieść, nominowany do Oscara Bogumił Godfriejow odpowiada za zdjęcia, poza tym jest super obsada na czele z Łukaszem Simlatem, Bartkiem Topą i debiutującą, zjawiskową Marysią Kowalską. Daliśmy z siebie 100%, dlatego te wszystkie pochlebne recenzje niesamowicie nas cieszą i budują.

Czy to, co “pod powierzchnią”, ujrzy światło dzienne?

Okaże się w finałowym odcinku, który widzowie będą mogli zobaczyć 2 grudnia o godzinie 21:30 na antenie TVN! Śledzę z zapałem zaangażowanie widzów, czytam komentarze na swoim instagramie, z odcinka na odcinek ludzie się coraz bardziej “wkręceni” a ja razem z nimi. Mogę powiedzieć zupełnie szczerze, jako że wiem, co się wydarzy w serialu, że warto go śledzić. Kto jeszcze nie oglądał niech lepiej nadrobi na Playerze, żeby później nie żałował!

Mat. prasowe

Masz poczucie, że Twoje wybory dzisiaj, jeśli chodzi o propozycje zawodowe, są dużo trudniejsze z uwagi na synka? Wymagają kompromisu?

Moje życie wygląda teraz zupełnie inaczej, jest przepełnione kompromisami. Kiedyś mogłam spędzić na planie zdjęciowym kilka miesięcy prawie wyłączona ze świata zewnętrznego i w pełni skupić się na roli. Teraz stanęłam przed wyzwaniem połączenia tych dwóch rzeczywistości – rodzinnej i zawodowej. Ale jestem na dobrej drodze i wiem, że da się to zrobić. Mam dużo ciekawych, intrygujących planów zawodowych na kolejny rok, więc wchodzę w 2019 rok bardzo ciekawa tego, co będzie się działo.


Zobacz także

Rozwiązanie konkursu „Eko, to się dziedziczy”

Jutro nie jest obietnicą. 5 powodów, by słuchać głosu swojego serca

Skóra nie lubi zimy