Gdzie mieszka miłość? Czy szukać jej w zapachu kawy, czy śpi w sypialni pod naszą pościelą?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
14 czerwca 2017
Fot. iStock/domoyega
Fot. iStock/domoyega
 

Czasami zastanawiam się, gdzie mieszka miłość. Gdzie chowa się przed tymi, którzy jej szukają. Gdzie gubimy ją w w naszej codzienności. Może niepostrzeżenie odwieszamy ją na wieszak w przedpokoju, a może chowamy w przepastnej szafie, gdzieś na górze upchniętą w pościeli, którą wyciągamy tylko dla gości?

Mój syn myśli, że miłość mieszka w kuchni, bo jeśli ktoś kocha, to gotuje. Gotuje najwspanialsze rzeczy dla tych, na którym jej zależy. Mojej przyjaciółce ktoś ostatnio powiedział, że jej dom jest pełen miłości. Gdy spytała, dlaczego tak myśli, odpowiedział: „Bo pachnie w nim domowym ciastem”. Więc może miłość naprawdę mieszka w kuchni? Chowa się w nieumytych naczyniach, w kieliszkach wina, które pozostają wspomnieniem cudownego wieczoru, do których uśmiechamy się rano. A może w pachnącej rano kawie, którą robimy sobie i temu, kogo kochamy? Która jest dla nas spełnieniem. Jest dowodem na to, że – tak – że kochamy, że jesteśmy kochani, bo mamy z kim wypić poranną kawę, usiąść na chwilę i wspólnie zaplanować dzień. Może zapach kawy jest zapachem miłości? A może jest nim zapach domowego obiadu?

Znałam cudownego mężczyznę, który powiedział mi kiedyś: byłbym szczęśliwy w domu, w którym pachnie obiadem. U niego nie pachniało. Szukał miłości w sypialniach innych kobiet, nie w swojej własnej.

A może miłość mieszka w salonie. Rozsiada się wygodnie na kanapie i czeka, kiedy ktoś zwróci na nią uwagę. Czasami siedzi tak cały dzień, bo wszyscy krążą zabiegani w swoich obowiązkach. Nie mają czasu przysiąść, przytulić. Ale ona cierpliwie czeka, bo wie, że w ciągu dnia przyjdzie ta chwila, kiedy zmęczeni opadną na nią. Bywa, że ogląda z nimi telewizję, zaśmiewa się do rozpuku przy komediach i płacze na dramatach. Czasami zasypia z głową na kolanach ukochanego. Albo z radością patrzy na biegające dzieci, gra z nimi na podłodze w gry, które uwielbiają. Są dni, kiedy sięga po książkę, niby się zamyka, ale jednak czeka. Czeka aż on przyjdzie. Bywa, że czeka długo, do późnego wieczoru zostaje na kanapie zasypiając w końcu. I przykrywa kocem zmarznięte stopy, albo całuje delikatnie w polik, żeby nie wystraszyć, żeby móc powiedzieć: „Hej, wróciłem, przepraszam, że tak późno, choć już spać”.

Niektórzy myślą, że miłość mieszka w sypialni. Są wręcz o tym przekonani. Uważają, że miłość najlepiej czuje się przez cały dzień w łóżku i czeka do wieczora, aż ci, którzy jej potrzebują, przyjdą do niej wieczorem. Zauważą ją i poczują, że przy nich jest, choć nie było jej przez cały dzień, to jednak zjawia się pod jego koniec, żeby przypomnieć, jak jest ważna, żeby pokazać, że tworzy ją namiętność i pożądanie, bez których czasami usycha. A gdy jest tylko tym? Gdy okazuje się, że miłość nie wychyla nosa z naszej sypialni czując, że tylko tam jest jej miejsce? Ale jest. Karmi się pożądaniem, a potem snem spokojnym. Czasami zostaje porzucona o świcie, w pośpiechu, żeby ktoś nie zauważył jej obecności. Bywa też samotna, kiedy nikt nie odpowiada na jej SMS-y, gdy nikt nie dzwoni, wtedy późno w nocy ociera łzy tęsknocie, która kładzie się obok niej. Wzdryga się czując zimne prześcieradło na swojej skórze. I marzy, żeby znalazł się, ktoś, kto będzie jej pragnął. Będzie spędzał z nią upojne noce i nie zniknie nad ranem. A wtedy kto wie, może ona przeprowadzi się wówczas do kuchni, a tylko wieczorami mieszkać będzie w sypialni?

A nasza miłość? Rozglądam się uważnie, ale nie mogę jej znaleźć. Wysprzątałam kuchnię, pomyłam szafki i naczynia, ale jej tam nie ma. Może niechcący spakowałeś ją ostatnio do walizki i wywiozłeś, a ona teraz zagubiona pyta o drogę do swojego domu. Tylko gdzie jej szukać?

Zmieniłam pościel w sypialni, umyłam okna, żeby widziała z daleka, że to tu, u nas, i że na nią czekamy. Upiekłam ciasto, może zapach znajomej szarlotki ją skusi i wróci. A ty kupiłeś nową kanapę i tak bardzo się boję, że to przez jej nie ma. Że może wciśnięta między poduszki mieszka teraz w innym domu, może u kogoś kto przygarnął kanapę razem z nią nie wiedząc, jak wielkie ma szczęście.

Patrzę, jak wieszasz kurtkę wchodząc do domu. Ściągasz buty i wzdychasz głośno. Taki jesteś zmęczony. Ja też jestem, tymi porządkami, które próbuję zrobić, a które nie dają mi ukojenia. Sprawdzam jeszcze, czy nasza miłość nie wisi na wieszaku w przedpokoju. Może przestraszyła się ostatniej kłótni i schowała w kieszeń płaszcza? Może siedzi gdzieś w kącie skulona bojąc się wyjrzeć, by znowu nie zostać świadkiem przykrych słów, które sobie nawzajem mówimy.

Na naszym osiedlu nie ma trzepaków, by móc, tak jak kiedyś iść, powiesić dywan i pozbyć się tego wszystkiego, co pod niego zostało zamiecione. Gdzie mieszka nasza miłość? Wyszła na spacer, bo miała nas dość? Ale wróci? Prawda, kochana? Wrócisz, żeby nasz dom znów pachniał obiadem, byś miała komu zasnąć na kolanach i z kim pośmiać się z głupot, które wspólnie oglądamy? By pościel, w której zasypiasz nie ziębiła, a ogrzewała. Żebym mogła umyć ci ubrudzone spacerem stopy, ukołysać do snu i powiedzieć: już kochanie, już wszystko jest dobrze. Jesteś u siebie.


Mój były mąż ideałem? Biedna kobieta nie wiedziała, co ją czeka. Jak bardzo się myliłam…

Z życia kobiety
Z życia kobiety
28 czerwca 2017
Fot. iStock/JenAphotographer
Fot. iStock/JenAphotographer
 

Znamy się ze szkoły, nasze dzieci chodzą do tej samej klasy. Kilka razy zastanawiałam się, jak to się stało, że taka atrakcyjna, przebojowa kobieta może być sama. Ona zawsze uśmiechnięta, nie wyglądająca na swoje lata – w dżinsach i koszulce, co dodaje jej dziewczęcości.

Wiedziałam, że oprócz 11-letniego syna ma jeszcze 20-letnią już córkę, która wyjechała studiować za granicę. Zdolna bestia – tak o niej mawiała. Po nieformalnym zakończeniu roku szkolnego – czytaj ognisku klasowym, wracałyśmy razem z naszymi dziećmi do domu. Na pieszo, spacerkiem, nigdzie się nie spiesząc. „Dlaczego jesteś sama” – spytałam, bo mam taką przypadłość pytania wprost, najwyżej ktoś odpowie, że nie chce o tym rozmawiać. Ale ona chciała, nie było to dla niej problemem. „Nie umiałam iść na kompromisy” – odpowiedziała zaskakując mnie. Wyobrażałam sobie usłyszeć jakąś drastyczną historię, że on pił lub bił. Że uwolniła się od kata i na nowo szczęśliwie zbudowała swoje życie. A tu było prozaicznie. Poznali się na studiach. Szybko zaszła w pierwszą ciążę. – To takie banalne. Miłość ze studiów, kiedy wydawaliśmy się sobie tacy dorośli. Później on do pracy, ja z córką w domu nabierając rozpędu i chęci do wejścia w zawodowe życie. Kiedy Ola skończyła półtora roku poszłam do pracy. Duża firma, zostałam jednym z jej biurowych trybików. Ale było to dla mnie coś nowego. Zachłysnęłam się pracą, ludźmi, atmosferą takiej niezależności. Miałam 26 lat, ostatni rok spędziłam gugając do maleństwa, nie mając okazji porozmawiać z dorosłymi ludźmi, pożartować, pośmiać się i też ponarzekać. Do domu wracałam poirytowana tym, że czeka na mnie sprzątanie, pranie, gotowanie. Mój mąż? Tak naprawdę już wtedy byliśmy daleko od siebie. On robiący karierę w międzynarodowej korporacji, siedział po godzinach, pracował w weekendy. Oficjalna wersja była taka, że to wszystko dla nas. Na wakacje, na prywatne przedszkole dla Oli. Jak długo tak można? Okazuje się, że bardzo długo.

Bardzo długo jesteśmy w stanie oszukiwać siebie, że to jak wygląda nasze życie jest w porządku. Że właśnie tak być powinno. Dziecko – śliczne, mądre, niesprawiające żadnych kłopotów, dom, praca, seks raz w tygodniu, wakacje, obiady w niedziele na zamianę to u teściów, to u rodziców. Przecież wszyscy żyją według tego schematu, więc nie może być w nim nic złego. – Zasypiałam z książką na kanapie, albo u córki w pokoju. On do późna oglądał filmy, albo mecze, które wcześniej nagrywał. Zawsze mnie dziwiło, co jest interesującego w oglądaniu meczu, którego wynik dawno znasz. Dzisiaj wiem, że niczego nie robiliśmy wspólnie. Kiedy Ola poszła do szkoły, właściwie mijaliśmy się w drzwiach. Ja coraz bardziej zacietrzewiona w swoje złości i buncie, przeciwko jego ignorancji. Kłóciliśmy się, że on za mało okazuje mi czułości i że ja jestem zbyt wymagająca i trudno mi dogodzić. Tyle, że ja byłam święcie przekonana o tym, że wszystko robię najlepiej. Jak oddać przestrzeń komuś, kogo nie jest się pewnym? Kto z pewnością zapomni odebrać córkę, nie zauważy, że cukier w domu się skończył i że rachunek za energię jest do opłacenia.

Ostatnio kilka razy na pytanie: „Dlaczego wam nie wyszło” usłyszałam od różnych kobiet: „Bo myślałam, że wszystko zrobię lepiej sama”. A zrobisz? Większość odpowiadała, że pewnie tak, ale gdzie to je doprowadziło? Najczęściej są same ciągnąc wózek z pracą, dziećmi i domem, a mąż odszedł do wcale nie młodszej, ale takiej, która pozwala się sobą zaopiekować. – Ja nie pozwalałam. Nieustannie chciałam mu udowodniać, że jestem lepsza. Od niego? Od siebie samej? Sama nie wiem. Wpadłam w jakiś kołowrotek do tego stopnia, że zaczęłam myśleć: „Do czego on mi jest właściwie potrzebny, skoro wszystko ogarniam sama”. Przestraszyłam się tej myśli, bo przecież nie chciałam być sama, a tylko jego miałam. To wtedy podjęliśmy decyzję o drugim dziecku. Moja pozycja w pracy była ustabilizowana. Mogłam trochę odpuścić, iść na macierzyński. Dzisiaj dziękuję za to, że mam Maksa, ale patrząc z drugiej strony – ratowanie małżeństwa kolejnym dzieckiem, to nigdy nie jest dobry pomysł. Nie znam nikogo, komu by się to udało. Nie da się z pojawieniem nowego życia zakopać wszystkiego złego, które już się wydarzyło.

Jasne, że byliśmy szczęśliwi. Miałam wrażenie, ze fruwam nad ziemią. I on z taką miłością na mnie patrzył, głaskał po brzuchu, powtarzał: „Teraz już wszystko będzie inaczej”. Ale nie było. Biegałam z wózkiem do Oli do szkoły, na jej występy, zebrania, on nigdy nie miał czasu, a nawet jak miał, to mówiłam złośliwie, że nie ma po co przychodzić. „Chcesz pokazać, jakim dobrym ojcem jesteś?” – wbijałam jedną szpilkę za drugą. Skupiłam się całkowicie na dzieciach. W świecie, którym miejsca miało starczyć dla nas wszystkich, zbudowałam swój własny – dla mnie i dla dzieci. Uważałam, że jestem lepsza od niego, bo on nigdy nie sprostałby tym wszystkim obowiązkom, które ja mam na głowie.

Kwestią czasu było, żeby sobie kogoś znalazł. Kogoś, kto patrzył na niego z podziwem, kto słuchał uważnie. Była w moim wieku. Z jednym dzieckiem. Wdowa – jej mąż zmarł na raka kilka lat wcześniej. Dla niej mój mąż okazał się ideałem, z którym chciała spędzić resztę życia. Wmurowało mnie. Mój już wtedy niemal były mąż ideałem? Było we mnie mnóstwo złości, nienawiści, myślałam: „Biedna kobieta, nie wie, co robi”. Tymczasem są do dzisiaj razem. A to już prawie 10 lat. Mój były mąż szczęśliwy, czuje się kochany. Rozmawialiśmy kilka lat temu, kiedy byłam w trakcie terapii. Musiałam zrozumieć, co się właściwie stało. To nie było łatwe usłyszeć o sobie – pani perfekcyjna, nie dopuszczająca jakiejkolwiek rysy na jej wyobrażeniu dobrego i szczęśliwego życia. On czuł się tą rysą, za mało doskonały, zbyt lekko podchodzący do życia. Ja nie miałam luzu, nie rozumiałam, jak można odpuścić, odłożyć, zapomnieć. U mnie wszystko musiało być doprowadzone od A do Z, choćby się waliło i paliło, choćbym sama padała na twarz, to zawsze w każdej sytuacji musiałam mieć pełną kontrolę nad tym, co się dzieje. On uciekł od tej kontroli. Nie mógł tak żyć. Dzisiaj zastanawiam się, jak ja mogłam.

Kiedy pytam, jak jest dzisiaj, odpowiada, że jest szczęśliwa. – Zadbałam o siebie, zrozumiałam, że nie mogę wszystkiego za każdą cenę osiągać. Wykonałam ogromną pracę nad sobą, wyciągnęłam z szafy trupy i się z nimi zmierzyłam. Zrozumiałam, że to, jak wygląda moje życie i moje relacje z najbliższymi zależy tylko i wyłącznie ode mnie. To ja decyduję, ale co najważniejsze – dokonuję wyboru, w którą stronę chcę iść.

Zrobiło się ciemno, chłopcy podbiegają do nas z prośbą o to, żeby mogli wspólnie spać – u jednego albo drugiego. Uśmiecham się. Biorę chłopaków do siebie. A jej dziękuję za to, co mi opowiedziała. Czasami podczas zwykłego spaceru możemy od drugiego człowieka nauczyć się więcej, niż poszukując samej odpowiedzi.


Dobrze widzi się tylko sercem? Bzdura. To, co najważniejsze, powinno być widoczne dla oczu!

Z życia kobiety
Z życia kobiety
11 czerwca 2017
Fot. iStock/martin-dm
Fot. iStock/martin-dm
 

Jak często patrzymy tak, by nie widzieć? By nie dostrzec tych wszystkich niuansów i szczegółów, które mówią nam, jak jest naprawdę?

Kto z nas choć raz w życiu nie przywołał słów z „Małego Księcia”, że najważniejsze jest niewidoczne dla oczy, bo dobrze widzi się tylko sercem. Dzisiaj myślę, że źle rozumiane są jednym z mitów, którym zostaliśmy nakarmieni, który każe nam przymykać oczy na irytację w głosie, na pogardę w spojrzeniu.

I tak to, co widoczne traktujemy jak iluzję, jak jakiś błąd w odbiorze, jak zafałszowany obraz kogoś, kogo kochamy. Niech wyśmiewa, niech obraża, ale przecież serce powtarza to, co zakodowane zostało – kocha cię. Przecież mówił, zapewniał, że tylko ja i nikt inny, że na zawsze i na dobre i złe. Zatem te zaprzeczające temu gesty i słowa nic mają żadnego znaczenia.

Pamiętam ją, jak zawsze męczyła się z zamkiem przy drzwiach. Siatki z zakupami, a ona szarpała klamką, żeby ten cholerny klucz w końcu się przekręcił. Gdy przechodziłam, uśmiechała się przepraszająco. A przecież nie byłam zła, bardziej zmartwiona, bo słyszałam czasami, jak się kłócą. Jak on krzyczy, a później te drzwi trzaskają z hukiem. Pewnie stąd problem z zamkiem.

Poznali się pod koniec studiów. Ona przywarła do niego szybciutko, jakby kończył się czas na znalezienie miłości, na zdobycie męża. Znałyśmy się jeszcze z tej samej uczelni, choć nie byłyśmy razem na roku. Później nasze drogi się rozeszły, a teraz po kilku latach mieszkałyśmy naprzeciwko siebie. Ona z nim. Pamiętam, jak chodzili za rączkę, jak on jej mówił, żeby szła już do domu, bo on jeszcze z kolegami chce posiedzieć, a ona na wszystko się zgadzała. Byłam zdziwiona, że zdecydowała się na małżeństwo z nim, bo przecież on jej nigdy nie szanował.

„Tym razem chyba już nie dam rady” – powiedziała pewnego dnia, kiedy znowu siłowała się z kluczami przy drzwiach. Zadzwoniła do niego, rozłączył się mówiąc, że nie ma czasu na pierdoły. Zaproponowałam kawę, do czasu aż ślusarz się nie zjawi.

„Jesteś szczęśliwa” – spytałam sama zaskoczona swoimi słowami. Spojrzała na mnie niemniej zdziwiona. „Nie wiem”. O więcej nie musiałam pytać. Słowa wylały się z niej strumieniem, jakby tylko czekały, aż ktoś zabierze kamień, który je blokował.

Było pięknie – tak myślała. Skończyli studia, szybko oboje znaleźli pracę. Ona chciała dla nich jak najlepiej. Sprzątała, gotowała, robiła prezenty. Bo w końcu miłość to bezinteresowne dawanie, to sprawianie przyjemności tej drugiej stronie. No więc ona dogadzała, biegała, starała się. Oczywiście, że zapisała się na jakiś fitness, dbała, by świetnie wyglądać. W końcu to wszystko dla niego, dla nich, żeby im było szczęśliwie, żeby się sobą cieszyli nieustannie.

„Poczułam jakiś taki zgrzyt… Zdałam sobie sprawę, że się mijamy. Praca, dom, obiad do odgrzania, ja czekałam, on wracał późno. Ale zawsze tłumaczyłam: takie życie, taka praca, dorobimy się, będzie inaczej, pojawią się dzieci”. Ale on o dzieciach nie chciał słyszeć. Pierwszy szok. Jednak ona wierzyła, że jej miłość to zmieni, że może on jeszcze potrzebuje czasu, musi dojrzeć do tej decyzji. Wyśmiał ją, gdy zaproponowała wspólny kurs tańca. „Zawsze jest jakieś wytłumaczenie, że mogłam go uprzedzić, że to stres w pracy, że może jednak to nie był najlepszy pomysł”. Opowiadała mi to wszystko patrząc przed siebie, w jeden punkt.

Zawsze żartował z niej przy znajomych. Nazywał swoją „kluseczką”, choć prosiła, by tego nie robił. Nie była kluseczką, ciężko pracowała na to, żeby mu się podobać, a on wiecznie był niezadowolony.

Irytowały go jej pomysły, jej plany na wakacje nigdy nie były trafione i zawsze wzięte z kosmosu. „Co ty sobie znowu wymyśliłaś?” – pytał, a ona coraz bardziej kuliła się w sobie, i kochała coraz mocniej. Bo przecież tylko kochając ze wszystkich swoich sił jesteśmy w stanie wytrwać przy kimś, kto nas nie szanuje, kto nami pomiata, kto gardzi tym, kim jesteśmy.

Bywa, że miłość nas zaślepia. Nie widzimy tego, co wokół nas dzieje się naprawdę. Przecież ten kogo pokochałyśmy i kto nam swoją miłość deklarował, nie może nas źle traktować. To nie jego wina, to pewnie praca, teściowa, to, jak został wychowany, jaki stosunek do kobiet miał jego ojciec. Czasami to też nasza wina, bo kochamy za mało, bo faktycznie nasze pomysły może niekoniecznie są rozsądne, bo kim my właściwie jesteśmy, by liczyć na to, że on nas wysłucha i zechce potraktować chociaż raz poważnie?

Tak, dobrze widzi się sercem, ale sercem wypełnionym miłością do siebie. Jeśli tej najważniejszej, to nie dostrzeżemy tego, co dla innych jest oczywiste. Te krzyki, te kłótnie, te słowa, które bolą, a o których chcemy jak najszybciej zapomnieć i błyskawicznie usprawiedliwić.

„Żyję z człowiekiem, który mnie nie kocha.” – powiedziała. „Z kimś, dla kogo nieważne są moje potrzeby, marzenia. Boże, nawet ten zamek w drzwiach mi mówi – nie wchodź tam, znajdź inne drzwi, inny dom”. Siedziałam nic nie mówiąc… Miałam wrażenie, że mówi do siebie, że głośne powiedzenie, jak wygląda jej miłość, a raczej brak tej miłości otwiera jej coraz szerzej oczy. „Wiesz, że nigdy nie pamiętał o moich urodzinach. Sama sobie kupowałam prezent, pokazywałam mu i wmawiałam sobie, że tak jest okej, że to w porządku. Nigdy nie dostałam od niego kwiatów, sama je przynosiłam do domu i czasami uparcie wierzyłam, że to od niego, w końcu za wspólne pieniądze. A kiedy śmiał się ze mnie, z tego jak wyglądam, co mam na sobie za ciuchy, chciałam wierzyć, że on tylko tak umie wyrażać miłość, tylko tak potrafi okazać zainteresowanie”.

Przyjechał ślusarz. Wymienił zamek. Zapukała do mnie stojąc z dwoma walizkami w drzwiach. „Byłam ślepa, jak mogłam tego wszystkiego nie widzieć i tak długo się oszukiwać? Mogę u ciebie zostawić te nowe klucze, żeby mógł się dostać do domu? Napisałam mu SMS-a, że będą tutaj. Nawet nie spytał, gdzie ja w tym czasie będę”.

Przytuliłam ją. Płakałyśmy we dwie. I poszła. Jak często nie chcemy widzieć tego, co tak bardzo jest widoczne, co kłuje nas w oczy i wbija szpilki w serce…?