Męskie podrywy, czyli co myślą faceci, gdy nie dzwonią

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
11 kwietnia 2016
Męskie podrywy, czyli co myślą faceci, gdy nie dzwonią
Fot. Picjumbo / Victor Hanacek / CC0 Public Domain
 

Moja babcia zawsze powtarzała: jeśli mężczyzna chce, to cię znajdzie. Nawet na końcu świata. Babcia (zresztą nie jedna taka babcia to powtarzała) żyła w dobrym związku przez iks lat, dziadek za nią szalał. On za nią – zaznaczę (ona po prostu kochała).

Nieraz zdarzyło mi się łamać zasadę babci – nigdy dobrze nie kończyłam.

Nie oszukujmy się, zawsze gdy ją łamałam – kończyłam tragicznie (miłośnie tragicznie, rzecz jasna).

Wiadomo, czasy się zmieniły. Jak on ma nas znaleźć na końcu świata, gdy po drodze do końca świata jest tyle pięknych i mądrych kobiet?

Jednak z rozpaczą patrzę na kobiety, które starają się bardziej niż powinny (to mi też przypomina moją nie chlubną przeszłość, przyznaję się bez bicia). Męczą, dręczą, wyjaśniają. Żołądek mnie boli ze stresu niemal, bo skoro on nie odpowiada na wiadomości (na fejsbuku, tinderze, w telefonie) przez dwa dni, a nie umarł, bo jest aktywny na portalach społecznościowych – to po co pisać do niego jeszcze?

Przyjaciółka (zgodziła się, bym o niej napisała) poznała ostatnio faceta. Flow było szalone, wybierałyśmy już niemal dla niej suknię ślubną, choć to poważna pani fizyk. I raczej nie ulega emocjom. Dobra, koloryzuję, ale było magicznie.

Facet (czyt. Książę na białym koniu, o my głupie)  zaczepił ją na fejsie (mieli wspólną koleżankę). Pisali do siebie niemal 24 godziny na dobę przez 16 dni. Tak, dla statecznej żony i matki (ja) 16 dni to nic. Ale przypomnijmy sobie, ile może zdarzyć się przez ponad dwa tygodnie, gdy życie nabiera tempa. Można umrzeć (przepraszam), urodzić dziecko, dowiedzieć się o zdradzie, zmienić pracę. 16 dni to wieczność na życiowe rewolucje. No więc przyjaciółka przeżyła życiową rewolucję. Przez 16 dni była non stop podłączona do sieci. Jej „wybranek” również. Opowiedzieli sobie życie, przeszłość, pili ze sobą poranną kawę i herbatę. Wiedziała czego się boi, znała jego godziny pracy, snu i wk*rwu. Śmieszne? Hmm, być może – ale przecież mnóstwo ludzi się tak poznaje i zdarzają się szczęśliwe zakończenia.

Był poważnym architektem. Widniał w spisie architektów, znamy biuro, w którym pracował, wspólna koleżanka powiedziała, że to świetny gość, tylko po przejściach (o czym zresztą powiedział przyjaciółce).

Ostatnia wiadomość od pana X. przyszła popołudniu w pewien piątek: „Zadzwonię jutro, chcę porwać cię w końcu na kolację”. W sobotę o 15.00 przyjaciółka napisała: „żyjesz?” – odpowiedzi brak. Myślałyśmy, że może pan zabalował.

– Oj, pamiętasz, Mąż MŻK (czyli mój) też zabalował na początku znajomości,  nie dzwonił dwa dni, umierałam. Pamiętasz?

– No pamiętam – jęknęła ona.

– To luz– rzuciłam ja.

W niedzielę rano argument przestał mieć sens, szczególnie, że Książę (czyt. gad) zaczął być aktywny na fesbuku. „Nie do wiary” zamruczałam. Przyjaciółka znów napisała do niego: Hej, co się dzieje?

Obudziła się już we mnie moja babcia, więc tłumaczyłam: nic nie pisz, rozumiesz?

Oczywiście, oczywiście.

Oczywiście, jedno mówimy przyjaciółce, drugie robimy. Napisała. AAAAA, ratunku. Nie odpisał, choć wyświetlił. Więc ona znów, że nie rozumie i dlaczego. „Przestań, do diabła, pisać” wrzasnęłam. A ona, że nie pojmuje i chciała, by wiedzieć, że najgorsza prawda lepsza i tak dalej. Z jednej strony rozumiem, z drugiej….

Mam kumpla. Łamacz serc, pan znikający. Pyta czasem: czy jeśli ja nie piszę dwa dni to nie jest dowód, że powiedziałem już wszystko? Złoszczę się, wkurzam. Może i dowód, ale słaby. Brak klasy, szacunku i tak dalej. Ale jedno, to ocenić faceta znikającego, drugie zrozumieć, że my, baby, czasem naprawdę nie rozumiemy.

Istnieje 5 powodów dla których on nie odpisuje

– umarł (bardzo rzadko)

– zabalował (zdarza się, patrz Mój Mąż – po pierwszej randce, zamilkł na weekend. Milczałam dzielnie. W niedzielę rano napisał, że zabalował. Może kłamał, ale jednak ożenił się ze mną:) )

– musi sobie przemyśleć (tym bardziej milcz)

– przestraszył się (tym bardziej milcz)

– olał (i ty chcesz pisać?!)

– Coś się stało poważnego (słowo, wyjaśni to w końcu – patrz Mój Mąż)

Mój przyjaciel Pan Znikający wciąż podrywa laski na Tinderze. Uwodzi, bajeruje, ulatnia się. Mówi: Rany, to sport. Z większością wcale nie chce się spotkać, sprawdzam się. Jeśli chcę – piszę.

Napisz jedną wiadomość: wszystko ok? Żeby nie było, że on umiera, a ty jesteś księżniczką. Ale poza tym– MILCZ.

PS. Zdarzają się gorsze przypadki niż ten przyjaciółki. Facet potrafi zniknąć po czterech miesiącach. Tak było w przypadku A.

Tłumaczyłyśmy go (durne te wspierające koleżanki). Mówmy lepiej prawdę, a nie mydlmy oczy.

– zachorował (rak, zawał – nie chce cię ograniczać)

– zachorował na duszę (ciężka depresja, nie ma siły wstać)

– miał wypadek (akurat)

– dużo pracy (Boże, powiedziałam to, sucz nie przyjaciółka)

– szuka sensu ( aućććć)

Po kilku latach Uciekinier powiedział A. dlaczego nie pisał. Prawda bolała nas wszystkie: „Pisała do mnie była, poznałem nową, i jeszcze jakąś. W pewnym momencie zacząłem się gubić. Uciąłem więc wszystkie”. Dżizaaaaaaas.

Mąż MZK mówi: Jak naprawdę chce w końcu zadzwoni. To napisz.

Po chwili: No chyba, że ona złamała mu serce.

Po dłuższej chwili: Rany, napisz, że jak kocha zawsze zawalczy. Jak ja o ciebie.

Dajmy facetom czas, kochane.


Dobra żona nie flirtuje? Co za bzdura. Każda dobra flirtuje…

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
13 kwietnia 2016
Fot. iStock / demaerre
 

Moja przyjaciółka jest szczęśliwą żoną. Bardzo szczęśliwą. „Ja go tak kocham” mruczy. Potakujemy. „Jest nam tak dobrze”. Potakujemy (my jej przyjaciółki).

W naszym (ludzkim? mieszczańskim?) pojęciu żona szczęśliwa to żona przyklejona do ramienia męża, żona oddana, żona z zupą i miotłą. Żona kochanka idealna, służąca czasem, wsparcie, oparcie i tak dalej. Żona, która nie zauważa innych mężczyzn, a już na pewno się do nich nie uśmiecha.

Pierwszy raz zobaczyłam A. (tak ją nazwijmy) w akcji kilka miesięcy temu. Zresztą dlaczego ja w ogóle piszę „w akcji”? A. wyglądała jak milion dolarów (sucz), chuda, seksowna (że niby to nie idzie w parze? Tak to się pocieszają tylko grubaski) dyskutowała z pewnym mężczyzną. Uśmiech, przygryzienie warg, odgarnięcie włosów z czoła, śmiech. Boże, nie wierzyłam własnym oczom. Pan po prostu wił się i pląsał. To było co najmniej żenujące. Nie, nie ona. On.

„Co ty wyrabiasz? Uwodzisz go?” spytałam chwilę później zdruzgotana. Spojrzała na mnie oniemiała. „Uwodzę?” odrzekła zadziwiona. „Ja po prostu flirtuję” stwierdziła. „Kobieta, która flirtuje ma świat u stóp, właśnie załatwiłam kontrakt” mruknęła.

Po czym dodała ostro: spójrz ty na siebie. Wylądowałam pięć metrów pod ziemią. Bo spojrzałam.  Włos zmierzwiony, makijaż niedoskonały, trampki i szara sukienka. „Powinnam z kimś poflirtować, od razu wypiękniejesz. Pamiętasz, byłaś KIEDYŚ ładna. Bardzo ładna nawet”.

Zło, zło. Przyjaciółki to zło. Byłam kiedyś ładna. To pewne. Byłam może niechuda, ale seksowna. Szczebiotałam, uśmiechałam się, odgarniałam włosy z czoła. I zachowywałam się jak jakaś idiotka. Ale:

– pan na stacji benzynowej dawał mi rabat

– nigdy nie płaciłam mandatu

– straż miejska nie chciała mi zabrać mi samochodu (choć stawałam w miejscu same zło)

– pan w którego samochód wjechałam mówił: nie szkodzi (Boże, on naprawdę to mówił)

– potrzebowałam pięciu minut (najwyżej), żeby zainteresować kogoś tym co mam do powiedzenia

– dostawałam każdą pracę, którą chciałam

– potrafiłam poderwać każdego chłopaka, który mi się podobał

Myślałam, że to wszystko dlatego, że jestem TAKA mądra i TAKA fajna. A nie TAKA ładna

Świat kobiety flirtującej jest prosty. I w dupie mam, że to po prostu nie wypada, bo równouprawnienie i tylko debilki się szczerzą i chichoczą. Tak, ja wiem, faceci nie lubią idiotek. Flirt to jest żenada. Jesteśmy poważni. Bardzo poważni. Ale naprawdę:

W sekundę zapisywałam dziecko na kolonie,  i umawiałam się wywiad, docierałam do najbardziej trudnego nauczyciela, potrafiłam okiełznać najbardziej demonicznego szefa ( pozdrawiam ciepło).

Nie, i to żaden żart. Uśmiech blondynki potrafi zdziałać cuda. Najtwardszy facet mięknie, najbardziej groźny profesor godzi się na nową datę egzaminu.

„Nie będę zachowywać się jak idiotka” orzekłam jakiś czas temu. „Mam w końcu męża, poważne życie i kłopoty”

Założyłam szarą sukienkę, rozczochrałam się trochę, zjadłam co nieco (mniam), wywaliłam podkład i tusz, na błyszczyk nie miałam  zdrowia. „Teraz po prostu będę dojrzała” orzekłam.

I co się dzieje, moi państwo? Ależ jak to, co się dzieje?

– nie mam rabatu na stacji

– płacę mandaty

– ostatnio straż miejska chciała mi „odprowadzić” samochód,

– a pan w którego samochód wjechał powiedział: „Babo, Ty, co wyczyniasz.”. Ja???? Że to niby do mnie? Przecież ja jestem laską w przebraniu Kopciucha.

Wciąż tak samo bystra, inteligentna, tak samo dobra w łóżku i w rozmowach świetna. Czuła, wrażliwa, boska po prostu. Co tam, że w worku – sukience. Przecież jestem mężatką, a nie panną na wydaniu. Jak to? Jak to? Jak to?

A tak to, miła pani.

Weź się ogarnij. I nie walcz z całym światem. Zrzuć kilka kilogramów, załóż kieckę kolorową, kup błyszczyk. Uśmiechaj się, żartuj i odgarniaj włosy z czoła. Co kogo obchodzi, że jesteś żoną, ten pan co się uśmiecha to czyjś mąż. Dzisiejszy sposób komunikacji jest jasny. Bądź urocza, zadbana, czarująca. A świat będzie ci dany.

Dana praca, brak mandatu i uroczy sąsiad, który nie zrobi afery o źle wyrzucone śmieci.

Urodo moja, gdzie jesteś? Wyglądam cię tęsknie.


„Proś, walcz, a potem żyj!”, czyli jak rozstać się dobrze. Wyznanie porzuconej

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
7 kwietnia 2016
„Proś, walcz, a potem żyj!", czyli jak rozstać się dobrze. Wyznanie porzuconej
Fot. Unsplash / dahiana candelo / CC0 Public Domain

Gdzieś w internecie przeczytałam list pewnej dziewczyny. Kilka lat temu porzucił ją mężczyzna. List był smutny, utrzymany w duchu rezygnacji, pełen wstydu. Wstyd dotyczył „upokorzenia” przed mężczyzną. Dziewczyna, tuż po rozstaniu, prosiła byłego partnera, żeby został, błagała nawet, pisała SMS-y, dzwoniła. Do tej pory (auć) pamięta to jak zachowała się bez klasy. Pod listem słowa wsparcia od innych kobiet. One też cierpiały, też błagały, też nie mogą się podnieść. Jedna napisała: minęło 10 lat. Jestem w tym samym punkcie co ty.

Nie mogłam oderwać oczu od ekranu monitora. Dziesięć lat?????? Dziesięć lat pamiętać o jakimś dupku, który zapakował się bez słowa i ożenił z inną. Dziesięć lat pięknego życia, gdy można podróżować, pracować, zasypiać i budzić się lekko? Nie–do–wiary.

Jeśli jesteś tuż przed rozstaniem (on wygląda na średnio zaangażowanego i po prostu widzisz jak się wycofuje), tuż po rozstaniu, albo sporo po rozstaniu i bliskie są ci słowa tamtej dziewczyny, błagam, natychmiast się ogarnij. To jest po prostu niemożliwe, żeby piękna i młoda osoba (starsza to już tym bardziej, bo serio szkoda sekundy) rozpaczała i każdą sekundę poświęcała mężczyźnie, który jej złamał serce. Na miłość boską!

I nie ma żadnego znaczenia, że przez chwilę go prosiłaś. Pokaż mi kobietę, która nigdy nie walczyła o związek. Jeśli ją znasz albo sama nią jesteś– szacun. Ale ile z nas takich jest? Ja znam jedną. Dobra. Partner powiedział: „odchodzę”, ta powiedziała: „dobrze”. Zachowała klasę, to pewne. Tyle, że potem przez kolejne lata zastanawiała się czy na pewno wszystko zrobiła? A może mogłaby zareagować inaczej? A zawalczyć? A postarać się? A może to by wszystko zmieniło?  Czy to czasy „Ani z Zielonego Wzgórza?”. Nie, to nie te czasy. Zawalcz jeśli ci zależy, ale jeśli widać, że to nie działa – weź klocki i do widzenia z tej piaskownicy i nawet nie patrz w tamtą stronę, bo po co?

I nie wyrzucaj sobie, że tak się upokorzyłaś. Świetnie zrobiłaś. To naprawdę lepsze niż wzdychanie i czekanie aż on zrozumie (na pewno się pomylił, zrozumie, zatęskni i inne srutututu).  Już lepiej usłyszeć jasno: „nie” i „nie” i „nie” niż czekać i tworzyć setki scenariuszy.

Ale zapamiętaj jedno – żaden mężczyzna, który cię nie chciał, nie jest wart myślenia o nim ileś lat. Życie jest zbyt piękne i to mówi doświadczona kobieta dobijająca czterdziestki (koszmar, zło;-) ).

W ramach witania wiosny urządziłyśmy sobie z przyjaciółkami wieczór wspomnień. Płakałyśmy… ze śmiechu. Każda była przynajmniej raz w życiu porzucona, wyrabiałyśmy naprawdę dziwne rzeczy, żeby kogoś odzyskać. Nie spałyśmy, rozpaczałyśmy, wydzwaniałyśmy do siebie co pięć minut. Żeby tylko do siebie. Do tych potworów (eks) też.

Oto lista rzeczy, którą potrafią zrobić zrozpaczone byłe kobiety

– pisać epistoły o treści: „Daj nam szansę, wciąż wierzę, że możemy być razem, myślę o tobie wciąż, nie ma rzeczy, której nie moglibyśmy zrobić razem”( mam mdłości na samą myśl. No pewnie, że zdarzyło mi się coś takiego napisać. Zachowałam nawet.

– pisać listy w stylu: „Szanuję twoją potrzebę odejścia, ale nigdy nie zapomnę” (hit mojej przyjaciółki)

– wystawać pod blokiem w środku nocy (no ja jednak nie, ale moja przyjaciółka spędziła pięć godzin, w mrozie, przed blokiem eks, bo chciała sprawdzić o której wróci – hmm, nie wrócił ). Ja tylko biegłam za narzeczonym boso po śniegu. 😉

– przejeżdżać po jego oknami w ciągu dnia (robiłam to i myślałam. Chlip, chlip, ale było cudownie – jasne, akurat, jakby było nie poszedłby w diabły)

– podglądać go na Facebooku, pisać posty specjalnie dla niego. Przecież to nie przypadek, że kobiety stają się po rozstaniach bardziej aktywne na portalach społecznościowych ( tak, te powyżej dwudziestki też)

– chodzić w miejsca gdzie on chodzi, żeby wyglądać świetnie i żeby zrozumiał co stracił

– wymyślać historie jak ci jest świetnie i opowiadać wspólnym znajomym

– niszczyć jego mienie. To akurat uważam za niedopuszczalne, chyba że…. Gdy moją znajomą mąż porzucił po tym jak dowiedział się, że ma raka i będzie musiała przejść  mastektomię – przyjaciółki porysowały mu samochód. Przepraszam, wsparłam całym sercem. O zła ja.

– życzyć jego nowej kobiecie najgorzej (prawie najgorzej), no dobra, nie tak dobrze jej życzyć.

– uważać, że on jest i tak twój i żadnej tak nie pokocha (co najgorsze mówić to wspólnym znajomym)

Uff. Odetchnij. Nie martw się, że nie masz godności, jesteś nikim, upokorzyłaś się, zniszczyłaś. Jesteś świetną dziewczyną, która zakochała się w kimś kto w niej się odkochał (albo nie kochał nigdy).

To się zdarza. Zdarza, gdy masz lat 20 i 40. Trudno. Takie życie. Płacz, płacz, rozpaczaj, a potem zajrzysz w przyszłość. Tam jest naprawdę świetnie i wiele kobiet porzuconych ci to powie.

Ja mówię też :).

Porzucić cię musi ktoś, by właściwy mógł pokochać cię :).