Nie każdy musi być żoną. Choć wydaje to nam się nieprawdopodobne, jeden „papierek” zmienia wszystko

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
17 lutego 2017
Fot. iStock / prostooleh
Fot. iStock / prostooleh

Blisko cztery lata mojego małżeństwa nauczyły mnie w zasadzie tylko jednej, ważnej rzeczy: choć wydaje to nam się nieprawdopodobne, jeden „papierek” zmienia wszystko. Choćby nie wiem jak nagle jego obecność zaczęła cię drażnić, choćby nie wiem jak ten związek uwierał, nie można już tak po prostu wyjść i zamknąć za sobą drzwi. Nie można odejść nagle, w dwie, różne strony i rzucić tego wszystko „w cholerę.”

Małżeństwo jest jakimś rodzajem układu, o który (o ile nie dzieje ci się realna krzywda) zawsze warto zawalczyć. Brzmi mało romantycznie? Może. Ale tu chodzi o coś więcej niż miłość. Chodzi o osobiste wybory, które rzutują na całe nasz życie. Bo kiedy dzieje się źle, oczywiście, można się rozwieść, choć nie jest to takie proste, zwłaszcza, gdy mamy dzieci, można podjąć wyzwanie i szukać kompromisów, ale można też zdecydować się na „bylejakość” i powoli tracić dla siebie resztki szacunku. Pewnie wszystko jest sprawą bardzo indywidualną.

Mam wśród swoich znajomych dwie pary z dość dużym (8 i 9 lat) stażem związku. Pierwsi zdecydowali się na ślub po roku znajomości, spontanicznie, przepełnieni poczuciem, że „to jest to”, że znaleźli się, jak te dwie połówki jabłka. Rozczarowanie małżeńskim życiem przyszło dość szybko, zaledwie po kilku miesiącach od składanej uroczyście, przed ołtarzem, w obecności i tych najbliższych i tych prawie nieznajomych, przysięgi. Przekonanie, że będzie cudownie, już zawsze, a miłość pomoże im rozwiązać wszystkie problemy, ulotniło się nieodwracalnie. Pół roku po ślubie, spotkałam się z NIĄ, rozczarowaną i pełną wątpliwości o wspólną przyszłość swojego związku. A przede wszystkim przekonaną, że małżeństwo zabija miłość. Dlaczego? Bo daje pewność, a pewność to (jej zdaniem) samobój dla miłosnej relacji. Jak to możliwe – zastanawiałam się głośno podczas tej rozmowy, bo zawsze wydawało mi się, że dla dobrej, pozytywnej miłości nie ma nic lepszego niż poczucie, że cokolwiek się stanie, będziemy razem i możemy na siebie liczyć.

A jednak, dla niej, sprawy przedstawiały się zupełnie inaczej. Ona w miłości chciała nie wiedzieć „na pewno”, bo to sprawiało, że przestawała widzieć w swoim mężu atrakcyjnego partnera, godnego pożądania i zdobywania. Ona chciała zdobywać cały czas i czuć się cały czas tak samo wyjątkowo.

Bo niby „nic się nie zmieniło”, ale dotarło do niej, bardziej niż zwykle, że to na niego będzie teraz patrzeć zaraz po przebudzeniu i chwilę zanim zapadnie w sen. Że, zgodnie z tym co obiecała, nigdy nie pozna dotyku żadnego innego mężczyzny. Że, czy będzie między nimi dobrze, czy źle, ma przy nim trwać (tak jak on przy niej) i zrobić wszystko, żeby było między dobrze.

„Są tacy, co nic sobie z tego nie robią, zdradzają się na prawo i lewo, z czasem stają się obojętni” – powiedziała mi dopijając swoje latte. I tak właśnie z nimi się stało. Przez kilka lat oszukiwali się jeszcze, coraz bardziej obrażeni na siebie i na tę swoją miłość, że nie podołała ich oczekiwaniom. Bo biorąc ślub, nie przemyśleli, że to jednak bardziej „na zawsze” niż „na chwilę”. Teraz, żyjąc wciąż jako mąż i żona (o rozwodzie nie ma mowy, u niej nigdy nie było rozwodów), oboje mają „kogoś na boku”, ale Wigilię spędzają razem i razem wychowują pięcioletniego synka. Małżeńska schizofrenia.

Moi drodzy znajomi, znają się tak długo, że nazywamy ich „starym małżeństwem”, a przyjaciele pytają ich: „po co wam właściwie ten ślub, przecież od lat żyjecie jak mąż i żona”. Powody decyzji o zawarciu małżeństwa są w ich wypadku dwa. Po pierwsze, rodzice od dawna mówią o wnukach, a ona nie wyobraża sobie, że jej dzieci miałyby się urodzić w związku pozamałżeńskim. Nawet jeśli przez lata żyła z nim „na kocią łapę”, na dzieci zgodzi się tylko jako żona. Po drugie, lata lecą, kredyt trzeba w końcu wziąć i „wszystko to” jakoś łatwiej załatwić, kiedy jest się w formalnym związku.

Im bliżej do wyznaczonej daty ślubu, tym bardziej się od siebie oddalają. Ona tłumaczy to stresem związanym z przygotowaniami, on nie przyznaje otwarcie, że tak naprawdę to się boi i nie chce. Ale wszystko już załatwione, zaproszenia wysłane, rodzice i dziadkowie nie mogą się już doczekać. Więc oni wezmą ten ślub, zostaną mężem i żoną.

Każdy z nas, w miłości szuka dla siebie czegoś innego. Jedni pewności, inni możliwości troszczenia się o ukochaną osobę, jeszcze inni chcą być po prostu blisko i cieszyć się tą bliskością, wspólnymi chwilami, świadomością, że tak wiele ich łączy. Ale małżeństwo nie jest dla wszystkich.


Kiedy odchodzisz, musisz mieć plan. Wybierz dobry, słoneczny dzień, nie odchodź w deszczu

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
22 lutego 2017
Fot. iStock/Oleh_Slobodeniuk
Fot. iStock/Oleh_Slobodeniuk

Moja znajoma odeszła od męża. Po siedmiu, długich latach, podczas których dawała sobie wmawiać, że jest emocjonalnie, intelektualnie i fizycznie (tam i ówdzie) niedorozwinięta, kiedy czuła się poniżana przez ukochanego mężczyznę w obecności swoich przyjaciół i znajomych. Po latach przekonywania, że „bez niego”, to ona sobie w życiu nie poradzi, bo jest do niczego i nic o niczym nie wie, ale przecież droga wolna, proszę bardzo, tylko klucze zostaw, bo to ja zarobiłem na ten dom. Gadał i gadał, ale nie wierzył, że ona go w końcu zostawi. Pan mąż nie docenił chyba jednak swojej żony, która po prostu, pewnego dnia „wzięła i wyszła”, tak jak stała, z jedną walizką. Po resztę rzeczy przysłała swojego ojca. Byle nie wracać tam, gdzie ją tak zraniono.

Najpierw zamieszkała u swoich rodziców, potem wynajęła mikroskopijną kawalerkę z dala od dawnego mieszkania. Z dala od niego i wszystkiego, co nie kojarzyło jej się z dobrym, spokojnym życiem we dwoje. Po roku była już szczęśliwie rozwiedzioną, wolną osobą, odzyskującą wiarę we własne możliwości i w swoją wartość. Nie sądziłam, że były mąż tak łatwo odpuści i zgodzi się na rozwód, ale chyba jej spokojna postawa okazała się na tyle skuteczna, że zaskoczyła go kompletnie i rozłożyła na łopatki. Nie miał pomysłu jak „walczyć”, bo ona nie zadawała ciosów. Więc on, macho i samiec alfa, niekwestionowana głowa rodziny, musiał się poddać.

Kiedy jakiś czas później, przy winie, spytałam ją w jaki sposób znalazła w sobie siłę na całe to rozstanie, wiedząc, że przez całe długie 7 lat małżeństwa, ukochany partner robił jej z mózgu sieczkę, wprawiając w niczym nieuzasadnione kompleksy i „wychowując ją sobie” na posłuszną żonę i ofiarę losu, powiedziała mi skromnie, że po prostu działała zgodnie z planem. Od dłuższego czasu wiedziała, że odejdzie, więc ta świadomość wpływała na nią uspokajająco.

„Wyglądało to mniej więcej tak – opowiadała mi – że on stał i gadał, jaka jestem nieporadna, beznadziejna i że, mam szczęście, że się ze mną ożenił, a ja w myślach powtarzałam sobie: „spokojnie, szkoda twoich nerwów, za trzy tygodnie będziesz wolna”. I to działało świetnie. A poza tym trzymałam się schematu.

Brzmiał on bardzo zwyczajnie:

1. Odejdź na wiosnę. Wybierz dobry, słoneczny dzień, nie odchodź w deszczu

Będzie ci łatwiej. Zawsze przecież lubiłaś łagodne, wiosenne dni, z delikatnymi promieniami słońca, tymi, które dają nadzieję i przekonanie, że wszystko się ułoży. Pierwsze, ciepłe podmuchy wiatru i ten zapach w powietrzu, uniosą cię daleko stąd.

2. Nie pakuj wszystkiego

Wcale cię to „wszystko” nie uszczęśliwiło, w niczym ci nie pomogło. Weź jedną walizkę, tak, jakbyś miała wyjechać na chwilę.

3. Nie mieszaj w to miłości (do niego)

Wiemy obie, że nadal go kochasz. Ale tu chodzi o miłość do Ciebie, a tej w waszym związku brakuje.

4. Zostaw wyrzuty sumienia

Nie masz z nim dzieci, ani nawet kota czy psa. Rodzice? Wiesz, że zależy im na tym, żebyś była szczęśliwa. Teraz już możesz się przed sobą przyznać: w głębi serca, oni wiedzą. Lojalność? Obowiązuje obie strony.

5. Nie lituj się nad nim, lituj się nad sobą

Znasz ten mechanizm od lat, wiesz dobrze, kiedy on czuje, że doprowadza cię do tej niebezpiecznej granicy. Tak zręcznie odgrywa wtedy rolę ofiary i pokrzywdzonego. Twoją rolę. Od dawna wiesz, że jego „chciałem dobrze”, oznacza jedynie „chciałem dobrze dla siebie”. Łzy? Ile razy już je wiedziałaś? Obietnice? W kłamstwa nie wierzysz.

6. Kiedy już odejdziesz, nie wracaj

Postanowiłaś, jesteś silna, nie rzucasz słów na wiatr. Obdarowałaś GO milionami szans. Teraz pora zrobić coś dla siebie.

7. Nie umawiaj się z facetami, tylko dlatego, że czujesz się samotna

Z tym „jedynym” byłaś przecież bardziej samotna niż Ciocia Kazia, której mąż zginął jeszcze w Powstaniu.

8. Kiedy spotkasz miłość, pozwól, by się o ciebie zatroszczyła

Jeśli potrafi to zrobić tak, byś poczuła się szczęśliwa (musisz jeszcze tylko sobie przypomnieć jak to jest), okaż jej wzajemność.

Od rozwodu mojej przyjaciółki minęły cztery lata. Ona sama ma za sobą dwa, krótkie związki, które zakończyły się „po koleżeńsku”. Mikroskopijną kawalerkę zamieniła właśnie na dwupokojowe mieszkanie, ma też kota i żółty rower. Jasnożółty, jak wiosenne promienie słońca. Jak nadzieja na to, że pewnego dnia spotka kogoś, z kim zechce zacząć wszystko od nowa.

 

 


Na litość boską, nie mówcie nam: chciałaś, to masz, nie narzekaj teraz, bo nie wypada. Wypada, jak cholera

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
6 lutego 2017
Fot. iStock/Geber86
Fot. iStock/Geber86

Umówiłyśmy się na kawę, gdzieś w centrum miasta, bo tak jej wygodniej. Ja jestem „wolna”, wiadomo, zawsze podjadę. Wyskoczyła z biura na 40 minut, w przerwie na lunch. Dwa razy zmieniała godzinę naszego spotkania, bo „coś” jej wyskoczyło. Ale to przecież nie szkodzi, bo ja i tak pracuję w domu, łatwiej mi się dostosować, prawda? Prawda, więc od ponad dwóch lat, to ja dostosowuję się do innych, przekładam swoje plany na później i myślę tylko o tym, jak zorganizować swój dzień, by zdążyć, ale tylko z tym, co najważniejsze. Pracuje na dwa etaty: domowo-opiekuńczy i domowo-zawodowy.

„A co ty taka wkurzona?” – zapytała mnie z uśmiechem, kiedy mocno spóźniona usiadła zamawiając latte. I co tu tłumaczyć? Że umówiłam się z rodzicami, że Młodego odbiorę o konkretnej godzinie, że do szkoły po córkę muszę być punktualnie, bo i tak późno dziś kończy i wieczorem będzie tak zmęczona, że skończy się łzami i buntem? Że mój czas, też należy szanować?

Ryzykuję. Kiwa głową, niby ze zrozumieniem, ale za chwilę rzuca: „Wróciłabyś do pracy, to by ci się wszystko samo zorganizowało”. Samo – mówi osoba, której życie organizuje mama, wychowująca 14- miesięczne wnuki, przygotowująca obiady na weekend i nieustannie dyżurująca w przypadku ważnych wydarzeń, takich jak wieczór z przyjaciółmi, nowości w kinie, czy… słabszy dzień.

Nie, wcale jej nie żałuję przyjemności. Tak, na trzeźwo oceniam. Szybko przypominam, że moje życie zawodowe nie umarło, ono toczy się w domu, w tak ważnych godzinach „dla siebie”. A zmęczona jestem, bo również PRACUJĘ. Wychowywanie dzieci, prowadzenie domu to PRACA. I to nielimitowana czasem. „No, ale przecież świetnie sobie radzisz, ja daję radę sama, wszystko jakoś da się pogodzić” – słyszę w odpowiedzi frazes wytarty jak dżinsy z liceum.

Szczerze – śmieszą mnie do łez wyznania rodziców, którzy zapewniają, że „wszystko da się pogodzić”: wychowanie dzieci, pracę zawodową, satysfakcjonujące życie małżeńskie i jeszcze rozwój osobisty. Kiedy? Bo o ile się nie mylę, pomimo wszystkich lepszych i gorszych zmian, doba ma nadal 24 godziny. A człowiek, nawet przy najlepszych chęciach, ma swoją wytrzymałość i przy najdoskonalszej organizacji, coś w końcu w tej maszynie przestanie działać tak, jak trzeba. Ktoś powie: „dość”, zrezygnuje z pracy. Zaciśnie zęby i weźmie to, co trzeba na siebie, oczekując uczciwej współpracy podczas weekendów,  od partnera pracującego w tygodniu.

Ktoś zawsze musi choć trochę poświęcić swoje osobiste ambicje, zawodowe plany. Przynajmniej wtedy, kiedy dzieci są naprawdę małe. I najczęściej jest to matka. Z czegoś zawsze trzeba zrezygnować, żeby dać dzieciom prawdziwą, namacalną obecność, a nie tylko nieprzytomny wzrok wpatrujący się w nie tempo, kiedy piąty raz pytają, czy mogą posolić sobie owocową kaszkę. Ktoś musi dać im poczucie bezpieczeństwa i świadomość, że są ważne i wysłuchane. Ktoś musi być z nimi w chorobie, przy pierwszych krokach, pierwszych rysunkach. Jeśli są to wasi rodzice, albo opiekunka, nie mówcie, że sami daliście radę.

„Nie narzekaj, przecież sama chciałaś” – mówi mi jeszcze moja znajoma, dopijając kawę. Nie narzekaj? A właściwie, dlaczego?

Nie mam opiekunki, nieczęsto proszę o pomoc rodziców, ale nie udaję, że jest cudownie. I tak, mój świat jest pełen takich niekomfortowych uczuć, osobistych poświęceń, wyrzeczeń. Owszem, zdecydowanie są momenty, gdy mam dosyć tej sytuacji. Ale i na te momenty, na to uczucie dałam sobie przyzwolenie. Zaakceptowałam w pełni decyzję, którą podjęłam: zostaję z dziećmi i jestem z tego powodu szczęśliwa.

Tak, sama chciałam. Ale to nie znaczy, że nie mogę być: wściekła, przemęczona, załamana, zdenerwowana, rozczarowana? Przecież to są uczucia, które zdarzają się również w życiu zawodowym, kiedy bierzemy na siebie obowiązki ponad nasze siły. A jednak pracę, zawsze możesz zmienić, odpowiedzialności za dzieci – tego psychicznego i emocjonalnego bagażu – już nikomu nie oddasz. Czy praca w domu, przy dzieciach jest tylko pięknym poświęceniem, czy może również czasem stresem powodującym nudności, złością na siebie i innych, negatywnymi myślami? Dlaczego nie można mówić o tym głośno?

Mówmy głośno o tym, że mamy prawo mieć dość. Tak, dokonałyśmy wyboru. A czasem zostałyśmy w domu z dziećmi, bo nie miałyśmy innego wyjścia. Ale, na litość boską, nie mówcie nam: chciałaś, to masz, nie narzekaj teraz, bo nie wypada. Wypada, jak cholera.