8 błędów, które warto, a nawet trzeba popełnić w związku

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 lutego 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic
Fot. iStock/AleksandarNakic
 

Kiedy człowiek się uczy? Kiedy popełnia błędy i wyciąga z nich wnioski. Sami przyznajcie, że na nic zdadzą się tłumaczenia, perswazje, przykłady z życia innych. Dopóki nie przekonamy się na własnej skórze, że pewne rzeczy nie działają – nijak nie zrozumiemy – to po pierwsze. A po drugie – nie staniemy się lepszą wersją siebie. I nie mówię to o dążeniu do ideału, a raczej o samoświadomości i refleksji nad tym co robimy i jak się zachowujemy.

I można by pisać elaboraty na temat tego, jak być szczęśliwym w związku, ale prawda jest taka, że nie popełniając błędów nie ruszymy z miejsca, nie zbudujemy głębokiej i pełnej akceptacji relacji.

Więc może zamiast się miotać, pozwól sobie na błędy, nazwij je i… wyciągnij z nich lekcję dla siebie, dla was.

Oczekuj, żeby on się domyślił

Każda z nas chyba przeszła ten etap, ale też wiele kobiet nadal w tym tkwi, mając nadzieję, że jednak coś się zmieni i on w końcu domyśli się, że na urodziny chciałaby dostać bukiet róż, i żeby zabrał ją chociaż raz w miesiącu na romantyczną kolację.

WNIOSEK: facet się nie domyśli, jeśli mu nie podpowiesz, a nawet nie powiesz wprost – warto przekonać się na własnej skórze, by to zrozumieć.

Spróbuj go zmienić

Idealizujemy naszych partnerów, wyobrażamy sobie, jacy być powinni, a później zderzamy się z rzeczywistością. Jeśli on nie lubi sportu – nie zmusisz go do uprawiania, jeśli nie jest zbyt rozmowy w towarzystwie – nie sprawisz, że stanie się gadułą, jeśli nie jest czuły w naturalny dla siebie sposób, nie zrobisz z niego pluszowego misia do przytulania. Ale żeby się o tym przekonać – trzeba próbować i to pewnie nie jeden raz.

Uwieś się na tej miłości

Każda kobieta musi choć raz utonąć w miłości, bo tylko tak przekona się, że to nie jest dobra droga. Że zatracanie się dla tej drugiej osoby, bycie od niej zależną choćby emocjonalnie to zła decyzja. W każdym związku musimy odnaleźć przestrzeń dla samej siebie, dla swoich pasji, zainteresowań, by nieustannie pozostawać atrakcyjną także w swoich oczach. Ale, żeby to zrozumieć musimy przejść przez etap cierpienia, porzucenia i oddania siebie całkowicie, by zobaczyć, że miłość kompletnie na tym nie polega.

Udawaj, że wszystko jest dobrze

Jak często na pytanie: „Wszystko w porządku”, odpowiadałaś: „Tak, jasne”? A może nadal odpowiadasz, choć targają tobą różne emocje? Jeśli nie powiemy, co nas męczy, co nam przeszkadza, co nas rani to skąd partner ma to wiedzieć? Kto już ten błąd popełnił wie, że pretensje i żale narastają, by w końcu wybuchnąć… A tego wybuchu druga strona zwyczajnie nie rozumie, bo przecież było wszystko dobrze.

Uwierz, że to związek na zawsze

Bo przecież skoro zdecydowaliśmy się na wspólne życie, to już nic się nie może wydarzyć. Na zawsze, do końca życia – tego musisz być choć raz pewna, by zrozumieć, że tej pewności nie mamy nigdy, że wydarzyć się może tyle sytuacji, które kompletnie zmieniać twój tok myślenia. Popełniając ten błąd przestajemy pracować nad związkiem, bo on jest nam dany. A że bez wspólnej pracy trudno o wspólną szczęśliwą przyszłość? Przekonałaś się już kiedyś?

Wymagaj od siebie i od niego

I traktuj związek śmiertelnie poważnie – bo w końcu jesteście dorośli, odpowiedzialni. Ty musisz sprzątać, gotować, pracować i zająć się dziećmi, a on musi pracować, być opiekuńczy i cię wspierać, i pomagać. To chyba jeden z najczęstszych błędów w związku – że nie umiemy odpuszczać -ani sobie, ani partnerowi. A gdyby tak zasiąść na kanapie i wspólnie się pośmiać, wyjść na spacer, chociaż podłoga nieumyta, a obiad niedokończony? Wymagania i powaga zabijają miłość, lepiej przekonać się o tym szybko, niż za późno.

Zapomnij o swoich potrzebach

A to błąd, który większość z nas ma na własnym koncie, a co więcej – którego albo nie dostrzega, albo nie potrafi wyciągnąć wniosków. Ustawiamy siebie na samym końcu łańcucha pokarmowego – gdzie wszyscy inni są ważni, ważniejsi od nas samych. To ich potrzeby, pragnienia spełniamy kompletnie zapominając o sobie. Warto ten błąd popełnić, ale też umieć go dostrzec, by zrozumieć – że ja też jestem dla siebie ważna, że to, czego ja chcę, jest ważne. W przeciwnym razie podsumowując swój związek i swoje życie na końcu tego bilansu zawsze będziemy nieszczęśliwe.

A przecież chyba nie o to nam w życiu chodzi. Prawda?


Prosto, zabawnie i dosadnie – jak można definiować rzeczywistość

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 lutego 2017
Fot. iStock/VvoeVale
Fot. iStock/VvoeVale
 

Słownik prawdę ci powie, a jego definicje trafiają często w samo sedno. Na Instagramie jest taki słownik, który dosadnie, ale też zabawnie definiuje zjawiska i rzeczy. Może gdzieś wykorzystacie?

Walentynki – wyjaśnienie dlaczego tak wiele ludzi urodziło się w listopadzie

What is your definition? #HipDict #definition #dict #truestory #word #valentines #9GAG

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika HipDict – Definition By You (@hipdict)

„O świetnie” – oznacza, że tak naprawdę guzik mnie to obchodzi

 

What is your definition? #HipDict #definition #dict #truestory #word #9GAG Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika HipDict – Definition By You (@hipdict)

Jutro – najlepszy czas do zrobienia tego, co zaplanowałeś dzisiaj

 

What is your definition? #HipDict #definition #dict #truestory #word #9GAG

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika HipDict – Definition By You (@hipdict)

Bieda – gdy masz zbyt wiele miesięcy po wydaniu ostatnich pieniędzy

 

What is your definition? #HipDict #definition #dict #truestory #word #9GAG Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika HipDict – Definition By You (@hipdict)

Golf – wymówka dla starych grubych facetów, którzy nadal uważają, że uprawiają sport

What is your definition? #HipDict #definition #dict #truestory #word #9GAG

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika HipDict – Definition By You (@hipdict)

Mózg – coś co wszyscy mamy, ale nie wszyscy potrafimy użyć

 

What’s your definition? #HipDict #definition #word #dictionary Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika HipDict – Definition By You (@hipdict)

Wódka – napój, który sprawia, że jesteś mądry i silny

What’s your definition? #HipDict #definition #word #dictionary

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika HipDict – Definition By You (@hipdict)

Chcesz przeczytać więcej, zajrzyj na Instagram.


„Wiesz, gdy w końcu uwalniasz się z piekła, to zwykła cisza, staje się rajem”

Anika Zadylak
Anika Zadylak
10 lutego 2017
Fot. iStock/Fot. iStock / ArminStautBerlin
Fot. iStock/Fot. iStock / ArminStautBerlin
 

– Ktoś chyba zadzwonił na policję i powiadomił, że siedzimy na przystanku. Był środek nocy, bardzo zimno, miałam 10 lat. Seweryn, mój brat, niespełna pięć. Bardzo się baliśmy, ale wolałam uciec niż znowu oberwać. W pogotowiu opiekuńczym bardzo miła pani nam powiedziała, że teraz już nie musimy się o nic martwić, że zamieszkamy gdzieś, gdzie nikt nas nie będzie krzywdził. Ale, gdy zobaczyłam budynek, do którego nas zawieźli już po sprawie sądowej, poczułam się, jakby nas ktoś oszukał.

Dom dziecka to takie miejsce, do którego nikt nigdy nie chciałby trafić. To jedna z tych instytucji, o których myślimy, że najlepiej by było, gdyby w ogóle nie musiała istnieć. Niestety, każdego dnia trafiają tam dzieci w różnym wieku i z różnych przyczyn. Nie zawsze jest to alkohol i przemoc, choć niestety w większości przypadków z tego właśnie powodu, wychowuje się i dorasta tu większość podopiecznych. Marta spędziła w domu dziecka długie lata, odebrana wraz z młodszym bratem pewnej zimowej nocy.

– Naiwnym sercem dzieciaka marzyłam, że od razu trafimy do ludzi, którzy nas zaadoptują, pokochają i nie będą nas bić. Kiedyś na podwórku jedna dziewczynka, powiedziała mi, że jej mama tak mówiła, że tak dla nas byłoby najlepiej. A tymczasem my znaleźliśmy się w ogromnym domu z setką takich samych jak my – niechcianych, porzuconych, odebranych. I tak jak wtedy płakałam, bo nie chciałam tam być, tak dziś, myślę tylko jedno: całe szczęście, że wychowałam się w bidulu.

Marta jest dziś dorosłą kobietą i podwójną mamą, choć rodziła tylko raz. – To dlatego, że dostałam zgodę sądu, na zabranie do siebie mojego brata. Był to dla mnie priorytet, że jak tylko stanę na nogi, pierwsze co zrobię, to prawna opieka nad Sewerynem. Ale może po kolei.

Alkohol, wrzaski, obcy ludzie, szarpanie i strach to jedyne, co pamiętam z rodzinnego domu. Oczywiście, sąsiedzi zgłaszali i co jakiś czas panie z opieki zaglądały, ale zawsze kończyło się tak samo. Matka się ogarniała i udawała, że jest po prostu bieda, nic poza tym. Aktorka z niej była pierwszorzędna, płacz, strach o nas, błaganie o szansę. I tak w kółko. Była chwila taka dłuższa i chyba jedyna – około roku względnego spokoju. To wtedy, gdy urodził się Sewerynek. Nie wiem, dlaczego akurat przez te parę miesięcy nie dość, że sama nie piła to jeszcze nie pozwalała robić w domu menelowni. Tak było przez prawie całą jej ciążę, ona też piła rzadko. Czar jednak prysł bardzo szybko i wszystko wróciło ze zdwojoną mocą. Ona jakby chciała odbić sobie te parę miesięcy trzeźwości. Wlewała w siebie ogromne ilości, nie zwracała na nic uwagi, zwłaszcza na nas. Jak piła, lepiej było zejść jej z oczu. Czasem z pokoju nie wychodziliśmy po kilkanaście godzin. Sikałam do słoika, brat w pieluchę albo na dywan. Trzeźwa jeszcze gorzej, bo bardzo nerwowa, teraz wiem, że przez głód alkoholowy. Albo wyła. Nie płakała. Tylko zawodziła tak, że do dziś mnie to budzi w koszmarach. I wtedy ojciec ją tak strasznie bił i krzyczał. A potem nas. Wiesz, o czym marzyłam wtedy najbardziej? Żeby mieć takie ciastko, które wystarczy, że je zjesz i będziesz duża. Na tyle, żeby móc ochronić Sewerynka.

Wtedy zimą uciekliśmy, bo brat sikał w majtki ze strachu, gdy się zaczynały krzyki. Wzięłam go za rękę i poszliśmy, nikt nie zauważył. Nie chciałam siedzieć na klatce schodowej, bo jakby sąsiad zauważył, to by nas zaprowadził do domu. Ojciec by nas połamał. Poszliśmy na przystanek, było zimniej, niż myślałam. Siedzieliśmy tam długo, mały zaczął przysypiać, nie chciał mnie słuchać. Nigdy się tak nie bałam.

Potem chyba policja przyjechała, a za nią karetka. Cieszyłam się, Sewerynka dobudzili, nawet nie myślałam, gdzie nas wiozą. Byle najdalej od rodziców. Te procedury jakoś tak szybko poszły, a może byłam zbyt jednak przejęta, żeby pamiętać. Usłyszałam „dom dziecka” i zamarłam. Jak to – myślałam, przecież miała być rodzina, małżeństwo, które nie podnosi nawet głosu. W końcu upragnieni rodzice, dla których będziemy najważniejsi. A tu niewielki pokój, dzielony z trzema innymi dziewczynami. Brat w innej części budynku. Tak, widywaliśmy się, ale rozumiesz, ja miałam 10 lat. Co ja mogłam czuć? Jeszcze ten strach potęgował uczucie tego, że tam jest bardzo źle, że koleżanki nieprzychylne, a wychowawcy nieludzcy.

Każdy gest odbierasz jako atak. Miałam tak bardzo długo. Chyba to uczucie zawiedzenia, że niby lepiej, bo spokojniej. I jedzenie zawsze na czas, wyprane i książki do szkoły. Ale jednak nie to do czego w końcu odważyłeś się uciec. Dopiero, jak zobaczyłam, że się śmieje, pierwszy raz w życiu mój mały braciszek i gdy okazało się, że nie tylko jedna „ciocia” tam jest fajna i opiekuńcza. Że dzieciaki w większości jak ja. Złamane, ale dobre. Czasami sieroty, gdzie rodzice odeszli w chorobie czy wypadku. Choć nie wiem, co gorsze. Stracić dobrą, ukochaną mamę, to już lepiej, niż mieć taką, przed którą się ucieka. Było nas tam sporo, zdarzały się problemy, jakieś bójki małe nawet, ale zawsze wiedziałam, że nic nam nie grozi.

Mogłam spokojnie się uczyć, planować przyszłość i wierzyć, że mi się uda. Nam się uda, bo Seweryn zawsze był najważniejszy. Ktoś może pomyśleć, że jednak nie do końca jest się z czego cieszyć, bo tyle lat nikt nas nie chciał do adopcji. Wiesz, gdy w końcu uwalniasz się z piekła, to zwykła cisza, staje się rajem. A myśmy to mieli w domu dziecka, upragniony spokój. I wbrew pozorom, ogrom szczerej miłości. I wsparcie, o którym mogłeś tylko pomarzyć. Przestałam się jąkać, zaczęłam coraz lepiej zapamiętywać. Miałam bardzo dobre oceny, chciałam się uczyć. I nareszcie mogłam. Otrzymałam bardzo dużo pomocy na starcie w dorosłe i już samodzielne życie, poza ośrodkiem oraz fachową pomoc, żeby odzyskać brata.

Pewnie, że tęskniłam za tym obrazem. Gdzie mama i tata, ja i mój brat. W normalnym, spokojnym miejscu. Oni pracują i nie piją, my chodzimy do szkoły i mamy kolegów. Możemy ich do siebie zaprosić, nie musimy się wstydzić. Ale to co dostałam i tak było nieporównywalnie lepsze od miejsca, z którego przyszliśmy.

Ojca Amelki, mojej córeczki poznałam rok po opuszczeniu murów bidula. Zwyczajnie, w pracy. Miał takie łagodne oczy, nawet nieśmiały wręcz był. To wzbudzało we mnie, poczucie bezpieczeństwa. Jest najlepszą, nagrodą w życiu. On i nasza córka i Seweryn.

Nie powiem ci, że warto było przejść przez tamto bagno z dzieciństwa, bo żaden dzieciak na to nie zasługuje. Nigdy, nawet najbardziej krnąbrny. Na brak miłości własnych rodziców. Nie chciałabyś wiedzieć, jak to jest być niechcianym dzieckiem.

Ale jeśli już musi, bo los go ot tak, nie polubił, to tylko w takim miejscu, w którym my mogliśmy być. Dom dziecka już zawsze, będzie mi się kojarzył z czymś dobrym. Bo dzięki temu, że tam trafiłam, moja córka będzie go znała tylko z opowieści.


Zobacz także

Fot. Unsplash / CC0 Public Domain

Nie kocham go, ale nie umiem odejść. Może jego miłości starczy za nas dwoje?

iStock/ JayKay57

„Najpierw grała seksbombę, a teraz kładzie się do szpitalnego łóżka”. Wcale, nie twierdzę, że wszystkie teściowe to wredne małpy

Fot. iStock / Martin Dimitrov

Mąż wybaczył mi romans i za to go znienawidziłam. Wolałabym, żeby krzyczał, wyzywał i… puścił mnie wolno