W życiu są dwie strategie. Napotykając trudności można się załamać lub wyciągnąć z tego doświadczenia niesamowitą siłę

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
26 grudnia 2017
Fot. Bart Kozłowski
Fot. Bart Kozłowski
 

Wyobraźcie sobie młodą dziewczynę, pełną energii, wiary w życie, w to, że wszystko, co najlepsze jest właśnie przed nią.

Skazana na sukces

Kończy studia na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, jednocześnie pracuje już w Warszawie. Głodna doświadczeń, ludzi, niesamowicie kreatywna. To właśnie ta kreatywność kształtuję ją zawodowo, zdobywa jedną z pierwszych nagród reklamowych w Polsce. Zdolna, ambitna. Właściwie współtworzy raczkujący wówczas świat reklamy w naszym kraju. Chłonie to wszystko, dużo pracuje, ale praca daje jej satysfakcję, jest jej pasją. Ale jest coś jeszcze – malarstwo, z tego nie rezygnuje, maluje kobiece akty. Z jednej strony ma niezależność finansową, z drugiej sztuka daje jej niesamowite poczucie wolności. Kolejne wystawy jej prac dostają znakomite recenzje. – Czułam, że cały świat trzymam w swoich rękach – mówi Malina Wieczorek, bo to o niej mowa.

Skazana na sukces. Tak by można było o niej powiedzieć. Na sukces, nad który sama pracuje. Niewiele osób tak doskonale wie, czego w życiu chce, definiuje siebie tak bardzo wprost i… cieszy się wszystkim, co życie im podsuwa. Malina wie, jest świadoma celów, które sobie stawia. Przecież wszechświat jej sprzyja.

– Zaczęło boleć mnie oko. „Co do cholery” – myślałam, ale zrzuciłam to na karb zmęczenia. Tempo mojego życia było naprawdę ogromne.

Nie zraża się, jeździ autem na spotkania patrząc jednym okiem. Przecież przejdzie, trzeba tylko na chwilkę zwolnić i wszystko wróci do normy.

Dlaczego ja

Nie przechodzi. Ból staje się coraz silniejszy, zacierają się kolory, świat wygląda jak zasypany śniegiem. Nie ma wyjścia, musi iść do lekarza. Jednego, kolejnego, nawet uznany profesor rozkłada bezradnie ręce. Tymczasem ona na na jedno oko przestaje widzieć.

– Szukam w internecie, co może być przyczyną pozagałkowego zapalenia nerwu wzrokowego… Doktor Google jest bezlitosny. Na wizycie u kolejnej okulistki mówi: „Czytałam dużo na ten temat…”. To chyba daje lekarce odwagę, żeby głośno potwierdzić to, o czym Malina już wiedziała. SM – stwardnienie rozsiane. – 16 lat temu to było, jak wyrok, choroba autoimmunologiczna, o której nikt nie miał pojęcia, jak ją leczyć. Chorzy spychani na margines, bo nie było wiadomo, jak im pomóc. Jedyne, o czym się mówiło, to o ciężkiej niepełnosprawności. Myślałam: „Jak to, nie będę chodzić, nie będę widzieć, będę miała sparaliżowane pół ciała?”.

Pomyślcie przez chwilę, że jesteście tą dziewczyną. Dziewczyną, która osiąga zawodowe sukcesy, dla której malarstwo jest częścią życia, która gdzieś w głowie buduje sobie wizję rodziny, dzieci… Przecież wszystko się układało. Teraz, jedyna wizja, jaka się przed nią rozpościera, to wizja jej samej przykutej do łóżka i zdanej na innych.

Tak, można usiąść, załamać się, poddać temu, czym doświadcza nas życie zupełnie niespodziewanie, kiedy jest w nas ogromne poczucie niesprawiedliwości i niezgoda na to, co się dzieje…

– Płakałam i miałam nadzieję, że to pomyłka, że przecież czuję się dobrze, że nic się nie dzieje… – wspomina Malina. – Ale ból oka wracał, raz jednego, raz drugiego. Przez miesiąc siedziałam jak zahipnotyzowana w swoim cudownym mieszkaniu i patrzyłam w okno nieustannie sprawdzając, czy oczy działają, czy nie, a w tym czasie mój świat oddalał się ode mnie z szybkością rakiety. Miałam wrażenie, że wszystko, co miałam, tracę bezpowrotnie. I to brzęczące w głowie pytanie: „Dlaczego ja”.

Nie będę ofiarą

I koniec? To już? Przecież nie to było w jej naturze. Musiała działać, coś zrobić, a przede wszystkim NIE PODDAĆ SIĘ. Tak, to stało się jej celem. Będzie walczyć, przecież ma jeszcze tyle do zaoferowania światu. Wszystko dzieje się po coś – w to tak bardzo chciała uwierzyć.

Zaczęła szukać, czytać. Za granicą próbowano nowych metod leczenia, szukano leków, za granicą – w Stanach, nie w Polsce. Leki kosztowały tyle, co jej niemała miesięczna pensja. Jak żyć? Skąd wziąć pieniądze, jak spróbować? – Działając sama nie miałam szans, dzisiaj wiem, że życie stawia nam na drodze anioły i ja takie anioły spotkałam – ludzi, którzy mnie wsparli, którzy uruchomili ze mną koło zamachowe, dzięki któremu mogłam działać.

Jest mistrzynią kreacji, także autokreacji. Jak sprawić, by inni chcieli pomóc? Miała swoje obrazy, podziwiane, chętnie kupowane. Z przyjaciółmi zorganizowała kilka wystaw pod hasłem pomocy dla malarki, która może oślepnąć. Zadziałało. Obrazami zainteresował się duży bank, który kupił całe kolekcje do wystroju swoich siedzib. – Nagle miałam zapas leków na dwa lata i ogromną satysfakcję – osobistą, bo autorską – mówi.

Fot. Bart Kozłowski

Fot. Bart Kozłowski

Dobra energia do ciebie wraca, zawsze. Do Maliny też wróciła. Nie można było przejść obojętnie obok jej wcześniejszego zaangażowania w pracę. Dostaje nowe stanowisko, ma zajmować się promocją sztuki i kampanii społecznych. Kolejny raczkujący wówczas w Polsce projekt. I ona znowu w to wpada, daje z siebie dużo, bardzo dużo, przecież się nie podda. Sukces. Kolejne nagrody. – Wierzyłam, że moje doświadczenie, doświadczenie choroby mogę przekuć na sensowne działania. Żeby robić kampanie społeczne, trzeba otrzeć się o te problemy, poczuć na własnej skórze ten obezwładniający strach.

Skok do gwiazd

Tworzy kolejne kampanie społeczne, po stu nagrodzonych, ktoś jej mówi: „Szewc bez butów chodzi, pomagasz innym, pomóż nam, samej sobie”. Tak zaczyna działać na rzecz osób z SM. – To było szaleństwo, szukałam pieniędzy na sfinansowanie kampanii, przekonałam szefa jednej z firm farmaceutycznych, że warto, on mi dał kontakty do kolejnych. Już żadna siła nie była w stanie mnie zatrzymać.

Malina do stworzenia kampania zaangażowała ludzi żyjących z SM, żadnych aktorów, bała się, bo stres i wysiłek to nie jest coś, co służy doświadczonych SM. To były początki.

Dzisiaj od tej pierwszej kampanii minęło sześć lat. – To co zrobiliśmy przez ten czas jest skokiem do gwiazd. O SM zaczęto mówić głośno, interesować się żyjącymi z SM, a także różnymi metodami leczenia.

SM – walcz o siebie

Kiedy 16 lat temu usłyszała „stwardnienie rozsiane”, świat się jej rozsypał. Dzisiaj, dzięki działaniom Maliny i ludziom, którzy jej uwierzyli, wsparli ją i poszli za nią, wizja SM już nie przeraża. Refundowane są najnowsze leki, do SM podchodzi się indywidualnie, ludzie nie boją się pytać, a lekarze wiedzą coraz więcej. – Tu liczy się człowiek, z jego zdolnościami, aspiracjami, marzeniami i pragnieniami – tłumaczy Malina.

Założyła fundację SM – walcz o siebie, żeby móc działać szerzej, rozmawiać ze specjalistami i decydentami o kolejnych terapiach, organizować konferencje, sympozja. Wszystko po to, by SM było słyszalne, by nikt dotknięty tą chorobą nie czuł się już zepchnięty na margines. Kolejny krok? Szkoła Motywacji – portal, który powstał, żeby wspierać, nie odpowiadać na pytanie „Skąd wziąć dodatkową energię”, ale realnie pomagać, dawać narzędzia do działania także w zwykłych codziennych sprawach. To tutaj zamieszczone są informacje, jak rozmawiać z lekarzem, z pracodawcą, a także z samym sobą, na co można liczyć, co zrobić.

Drobna blondynka

SMS: „Jeszcze parkuję, zaraz jestem”. Wchodzi drobna blondynka z uśmiechem od ucha do ucha i po pół minucie mam wrażenie, że znamy się od lat, choć widzimy po raz pierwszy. Opowiada o sobie, o innych, o tym, co robi, co kocha. Ma męża, syna. I SM. Ale nigdy nie została ofiarą tego, czym doświadczył ją los. – W życiu są dwie strategie. Napotykając trudności można się załamać lub wyciągnąć z tego doświadczenia niesamowitą siłę. Siłę, która będzie nas niosła, która stanie się drogowskazem i autentyczną motywacją do tego, żeby robić rzeczy wspaniałe dla innych, ale też dla siebie. Ja swoje doświadczenie przekułam na coś sensownego. I dzisiaj jestem szczęśliwa.

Fot. Bart Kozłowski

Fot. Bart Kozłowski


Nie bądźcie tacy święci, nie oceniajcie innych. Spałam z szefem, nie widzę problemu

Listy do redakcji
Listy do redakcji
27 grudnia 2017
Fot. iStock / Jasmina007
Fot. iStock / Jasmina007
 

Owszem, to mi się zdarzyło. Byliśmy na służbowej kolacji, było miło, rozluźniłam się. Zaproponował, że odwiezie mnie do domu, ja poprosiłam, żeby wszedł. Zgodził się, czułam, że nie ma ochoty się ze mną rozstawać. Pierwszy raz rozmawialiśmy o czymś innym niż praca. Zobaczyłam go z innej strony jako faceta, nie kolegę z pracy. No i stało się, przespałam się z moim szefem. A to, że potem postanowił mi to „wynagrodzić”, traktuję jedynie jako dodatkową korzyść.

Od razu wiedział, jak to się skończy. Myślę, że podobałam mu się od dawna. Najpierw delikatny pocałunek, potem większa bliskość i seks. Całkiem dobry seks, muszę przyznać. Na moment zapomniałam, że on jest moim szefem, był po prostu świetnym kochankiem. Po wszystkim był nieco zawstydzony, czym mnie ujął. Udawałam, że też się wstydzę, że nie wiem jak „to” się stało, bo to zawsze świetnie działa na facetów. Myślą wtedy, że są tak atrakcyjni, że nie mogłaś się im oprzeć. To taki „ukryty” komplement. Trafia prosto w męskie ego. Tak się stało i tym razem.

Przyznaję, następnego dnia było dziwnie. Ta granica intymności – jeśli ją już przekroczysz – zmienia wszystko w relacji z drugim człowiekiem. Siedzisz na spotkaniu, wokół inni ludzie, a ty myślisz o tym, że poprzedniego wieczora kochałaś się z nim w twoim łóżku. I zastanawiasz się, czy on myśli tak samo, kiedy zerka na ciebie nieco speszony, ale z tą iskrą w oku.

To może wszystko skomplikować, ale może też wiele ułatwić. W moim przypadku ułatwiło. Mój szef poczuł się winny, uznał, że postąpiliśmy nieetycznie. W korporacyjnym kodeksie tak bliskie relacje są po prostu zakazane. A poza tym, miał wyrzuty sumienia wobec swojej partnerki. Myślę, że przeraził się, że mogę wykorzystać fakt, że spaliśmy ze sobą i spróbować go szantażować. Więc postanowił mnie ubiec. Pod koniec tygodnia przydzielił mi ważny projekt, którego pewnie nie dostałabym, gdybym się z nim nie przespała. Projekt, którego doprowadzenie do końca wiązało się z gratyfikacją finansową.

Z nim to był jeden, jedyny raz. Ale dzięki temu jednemu razowi zrozumiałam, że mam w garści poważny argument: ciało.

Pracuję w bardzo dużej firmie, często chodzę na spotkania od których wiele zależy (w tym, przede wszystkim, moja prowizja). Flirt z naszymi partnerami czy klientami traktuje właściwie jako część mojej pracy. Wiedza wiedzą, ale umówmy się, to dobry wygląd kruszy lody i sprawia, że udaje mi się finalizować umowy. W 90 przypadkach na 100 po drugiej stronie stołu siedzi mężczyzna. Więc staram się wyglądać naprawdę dobrze. Oczywiście, nigdy nie jestem wyzywająca, pilnuje obowiązującego dress code’u. Ale to co i jak mówię, jak patrzę, jakie wtrącam uwagi, to tajemnica całego sukcesu.

Jasne, że nie chodzę z nimi do łóżka. Flirt kończy się w momencie, gdy osiągam swój cel. A co właściwie robię? Powiedzmy, że daję obietnicę, sugeruję, że mi się podobają, wykazuje zainteresowanie czymś więcej niż relacje służbowe, ale w delikatny sposób. Staram się być jak najbardziej profesjonalna i onieśmielona jednocześnie. To taka psychologiczna gra. Mam to szczęście, że świetnie „wyczuwam” mężczyzn. Wiem, co się komu podoba. Można powiedzieć, że obserwuję określone typy facetów tym biznesowym świecie i wiem, jak z każdym z nich postępować.

Ci po trzydziestce, z narzeczoną na plecach i planami na przyszłość są najbardziej otwarci na bliższy kontakt. Lubią jasne komunikaty, lubią czuć, że się podobają, że jesteś nimi zainteresowana.

Ci po czterdziestce, ze zdjęciami dzieci i żony w portfelu są bardziej nieśmiali i zaskoczeni, upewniają się, że dobrze zrozumieli sygnały, które wysyłam. Dla nich jestem nieco bardziej ciepła, przyjacielska. Tego potrzebują.

A mężczyźni po 50-tce zazwyczaj mają silnie ugruntowaną pozycję zawodową, nastoletnie lub dorosłe dzieci i fajne, mądre żony. Wobec młodszych kobiet są opiekuńczy. Przed nimi najlepiej grać zagubioną, która zobaczyła w nich swojego mentora. Ot i cała filozofia. Dość prosta, właściwie.

Nie uważam, że robię coś złego, absolutnie. To, jakie nawiązuje relacje z mężczyznami znacznie ułatwia mi moją pracę, sprawia, że szybciej osiągam sukcesy, ale nie byłabym tu, gdzie teraz jestem, gdyby nie moja wiedza i zdolności. Nie jest moją winą, że mężczyźni bywają bardzo naiwni.

Myślę, że w naszym kraju jest wiele hipokryzji i obłudy. Tak, spałam z szefem, nie widzę problemu. Może jeszcze kiedyś mi się to przydarzy. Nie bądźcie tacy święci, nie oceniajcie innych. Niech każdy postępuje zgodnie ze swoim sumieniem.


Pijana? Nie, „tylko” niewyspana. Brak snu destrukcyjnie wpływ na mózg

Redakcja
Redakcja
26 grudnia 2017
Fot. iStock/filadendron
Fot. iStock/filadendron

Powiedziano już wiele na temat higieny snu, tego, jak ważny jest on dla naszego zdrowia i samopoczucia. Jednak w dalszym ciągu nie doceniamy jego wpływu na nasze organizmy, powtarzając jak mantrę „wyśpię się po śmierci”. Niestety, dla wielu to powiedzenie może stać się prawdziwym czarnym proroctwem. 

Czy faktycznie niedosypianie może aż tak wpływać na pracę mózgu? Naukowcy i na to pytanie znaleźli konkretną odpowiedź.

Pijana czy niewyspana?

Na pierwszy rzut oka trudno porównać stan upojenia alkoholowego z niedoborem snu. Jednak naukowcy z Los Angeles i Tel Awiwu  udowodnili, że niedobór snu obniża wydajność neuronów płata skroniowego, w którym analizowane są bodźce wizualne oraz dane gromadzone w naszej pamięci. Komórki nerwowe przestają wtedy pracować wydajnie, co można porównać do skutków nadużycia alkoholu. Mózg, który nie otrzymuje odpowiedniej ilości snu koniecznego do regeneracji, odczuwa zaburzenia pracy pomiędzy neuronami. W efekcie fale mózgowe funkcjonują wtedy wolniej, wolniej przychodzi nam przyswojenie nowych informacji i reagujemy z opóźnieniem. Jak po kilku głębszych.

Brak snu może prowadzić do śmierci 

Brak snu powoduje niemożność skupienia się na istotnych detalach, upośledza nasze zdolności do planowania i koordynowania działań. Mózg przestaje szybko reagować, bo oszczędza energię, łatwiej więc podejmujemy ryzykowne decyzje, nie kalkulując możliwych do poniesienia konsekwencji.

Brak snu stosowany był jako narzędzie tortur, które mogło doprowadzić do śmierci. Jego zgubny wpływ udowodnił Amerykanin Randy Gardner, który eksperymentalnie nie spał przez 264.4 godziny (11 dni i 24 minuty). Pobił tym samym rekord, ale cena była wysoka — dotknęły go myśli paranoidalne, halucynacje, wahania nastroju i inne znaczące problemy psychiczne.

Żeby oszczędzić sobie podobnych problemów, należy znaleźć czas na odpoczynek i regenerację podczas nocy. Jedynym skutecznym sposobem, by na trzeźwo nie zachowywać się jak po pijaku, jest wysypianie się.


 

źródło: www.medicalnewstoday.com


Zobacz także

Fot. Screen z YouTube / Christopher Padilla

A gdyby tak rolę Scarlett O’Hara zagrał mężczyzna? Hollywoodzkie gwiazdy odgrywają kultową scenę z „Przeminęło z wiatrem”

Po czym poznać prawdziwą miłość? Przychodzi po cichu. Sprawdź, czy jej właśnie nie spotkałaś

Po czym poznać prawdziwą miłość? Przychodzi po cichu. Sprawdź, czy jej właśnie nie spotkałaś

Fot. iStock / RoBeDeRo

„Jak Europejka, kobieta wykształcona, może zakochać się w Arabie wiedząc, z jakim ryzykiem jest to związane?”