Witaminy dla każdego dziecka. Czy wiesz kiedy należy je podawać?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
25 stycznia 2016
Fot. Pixabay / condesign / CC0 Public Domain
 

Rodzice często martwią się o to, czy ich dzieciom nie brakuje witamin. Wbrew pozorom, nawet w miesiącach ciepłych, obfitujących w świeże warzywa i owoce, niedobór witamin może zagrażać każdemu dziecku. Zbilansowana dieta doskonale wpływa na utrzymanie organizmu w zdrowiu i sprawności, dopilnowanie jej jednak nie wszystkim wchodzi jednakowo dobrze, warto więc wspomóc się dodatkowymi sposobami.

Czym są witaminy?

Pierwsza witamina B1 odkryta została przed ponad stoma laty, przez Polaka, Kazimierza Funka. Od tej pory, wiedza dotycząca tych specyficznych organicznych związków chemicznych, znacznie się rozwinęła. Wiadomo, że witaminy muszą być dostarczane do ludzkiego organizmu z zewnątrz, ponieważ on sam ich nie jest w stanie wyprodukować. I mimo iż pełnią one funkcję regulacyjną, organizm boleśnie odczuwa zarówno ich niedobór jak i nadmiar. Ważne aby podawać je z rozwagą, zarówno u dzieci jak i u osób dorosłych i w podeszłym wieku.

Jakich witamin potrzebuje organizm dziecka?

Noworodek i niemowlę nie potrzebuje pełnej suplementacji witamin. Jeśli mama karmiąca piersią przyjmuje preparaty uzupełniające dla matek, docierają one do malca wraz z jej mlekiem. Mleko modyfikowane tworzone jest pod kątem jak najlepszego zbilansowania wszystkich niezbędnych składników, więc problem uzupełnienia dotyczy tylko dwóch witamin – D3, K. Pierwsza z nich odgrywa ważną rolę w prawidłowym rozwoju mocnego szkieletu, a druga jest niezbędna do prawidłowego krzepnięcia krwi, więc należy je podawać zgodnie z zaleceniami pediatrów.

Podstawowym źródłem witamin i składników mineralnych dla starszych dzieci jest urozmaicona dieta. Często pojawiają się jednak ich niedobory np. podczas choroby lub przy złym sposobie odżywiania, wtedy należy je uzupełnić poprzez odpowiednie suplementy.

Oto najważniejsze witaminy:

Witamina B12. Zalecana jest dzieciom, gdy te mają kłopot z anemią. Ale nie tylko, ponieważ jest odpowiedzialna za prawidłowe funkcjonowanie układu nerwowego, układu krwionośnego

przeciwdziała osłabieniu i zmęczeniu zwiększa również możliwość koncentracji. B12 należy do witamin rozpuszczalnych w wodzie i nie jest gromadzona w organizmie, tylko wydalana wraz z moczem i potem. Znajduje się głównie w produktach pochodzenia zwierzęcego a także w drożdżach spożywczych.

Witamina C. Kojarzymy ją z walką z przeziębieniem oraz podnoszeniem odporności dziecka. Dzięki tej witaminie siniaki szybciej się wchłaniają, jest ona także antyutleniaczem,   mającym działanie przeciwnowotworowe, zapobiega uszkodzeniom mózgu. Można ją dostarczyć w pożywieniu przede wszystkim poprzez spożywanie czarnych porzeczek, czerwonej papryki  i natki pietruszki. Cytrusy wcale nie są jej najważniejszymi nośnikami.

Witamina D. Dla starszaka a nawet osoby dorosłej “słoneczna” witamina jest niezbędna. Różni się ona od innych witamin, bo człowiek jest wstanie sam ją wytworzyć. By powstała właściwa ilość witaminy D, wystarczy 20-minutowy spacer po słońcu, jednak zbyt krótkie dnie czasie jesienno-zimowym i stosowanie filtrów utrudniają to zadanie, trzeba więc dostarczyć ją poprzez suplementy. A co zawdzięczamy tej witaminie? Przede wszystkim chroni ona przez krzywicą, oraz przed szeregiem chorób cywilizacyjnych, nie sposób jest więc jej przecenić.

Ważny jest sposób podania

Witaminy poprzez swoje działanie są niezbędne dla funkcjonowania organizmu. Nie można ich jednak podawać dowolnie, w nieokreślonych ilościach, bezpieczniej jest sięgać po sprawdzone suplementy, które zagwarantują odpowiednie zbilansowanie witamin. Podawanie dzieciom takich preparatów jest uzasadnione, ale nie wolno stosować w jednym czasie więcej niż jednego suplementu diety. Należy pamiętać także o tym, że żywność, szczególnie przeznaczona dla dzieci, wzbogacana jest dodatkowo witaminami.

Oczywiście tak jak dorośli łykają bez kłopotu powlekane pastylki, tak przedszkolaki mogą sobie z takim zadaniem nie poradzić. Zamiast tego sięgając po witaminy, zaproponujcie dziecku powyżej 3 r.ż. musujące pastylki rozpuszczane w ustach, Plusssz Zizzz. Dostępne w czterech smakach, zawierają kompleks witamin, wapń oraz cynk jako uzupełnienie diety dziecka w okresie intensywnego rozwoju. 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

A jeśli to nie przekona dziecka taka forma podania, dzieci w wieku przedszkolnym mogą zjeść je pod postacią lizaków Plusssz Zizzz, które zawierają kompleks ośmiu witamin. 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Dla dzieciaków lubiących rzuć rozpuszczalne gumy, zadedykowano gumy Plusssz Zizzz o smaku truskawkowym. Zawierają one sok owocowy, kompleks witamin, w tym witaminy B6, B12, C, które pomagają w prawidłowym funkcjonowaniu układu nerwowego oraz układu odpornościowego. Nie zawierają sztucznych barwników, a barwa gum pochodzi z soku z czarnej marchwi.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 

Kolejną alternatywą dla powyższych sposobów, są witaminowe żelki, które wzbudzają u dzieci wyjątkowy entuzjazm. Dla dzieci w wieku przedszkolnym, aktywnych, znajdujących się w fazie intensywnego wzrostu, pomyślano o żelkach Plusssz Zizzz.  To owocowe żelki w kształtach postaci bajki Disney’a , zawierające między innymi kompleks witamin B6, B12, C, które pomagają w prawidłowym funkcjonowaniu układu nerwowego oraz odpornościowego.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Jak widać sposobów na podanie niezbędnych witamin dziecku  jest wiele. Ważne by rodzice mieli pewność, że stosując sprawdzone i bezpieczne suplementy, dostarczą pociechom nie tylko zdrowie, ale smak i formę, która dzieciakom długo się nie znudzi.


Artykuł powstał we współpracy z firmą Maspex

 


„Słyszę czasem: Natalia, daj mi kopa w tyłek, żebym się zmobilizowała. Na niektórych trzeba huknąć, żeby coś ze sobą zrobili”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 stycznia 2016
Fot. Daniel Koper/Natalia Gacka
 

„Rusz swoje cztery litery z kanapy” – tak swoje podopieczne motywuje Natalia Gacka. Choć nie głaszcze po głowie, to ma szerzę fanów. Jest przykładem, że ciężką pracą można osiągnąć bardzo dużo. Wielokrotna mistrzyni Polski w fitnessie gimnastycznym, mistrzyni świata w fitnessie sylwetkowym, dziś chętnie dzieli się swoim doświadczeniem i zdobytą wiedzą.

POCZĄTKI SPORTOWE

Jej kariera sportowa potoczyła się błyskawicznie, ale co się dziwić – była niepokornym dzieckiem, wszędzie było jej pełno. Nadmiar energii pożytkowała w sporcie. Dziś motywuje innych do pracy nad sylwetką. Jest dietetykiem klinicznym, który uważa, że dietę zawsze powinno się łączyć z fizyczną aktywnością.

Ewa Raczyńska: Sport od zawsze był ważny w twoim życiu?

Natalia Gacka: Byłam dzieckiem nie do ogarnięcia przez moich rodziców. Wiecznie chodziłam w dziurawych spodniach, poszarpanych bluzach, całą posiniaczona. Więc rodzice próbowali mnie okiełznać wysyłając na różnego rodzaju zajęcia. I tak miałam możliwość sprawdzenia się w różnych dyscyplinach – tańcu, gimnastyce, pływaniu, lekkiej atletyce. Całe życie coś uprawiałam. Poza tym chodziłam do szkoły plastycznej. Kocham rysować, malować, ale nie mam dziś na to czasu, na starość na pewno do tego wrócę.

A skąd fitness?

Właściwie przez przypadek. Nauczycielka wychowania fizycznego zauważyła, że jestem lekkim czubem – zamiast stać w szeregu na zbiórce, to biegałam z chłopakami za piłką. Zaproponowała mi udział w międzyszkolnych zawodach fitness. Tyle, że ja wolałam popołudniami ganiać za piłką, niż ćwiczyć jakieś układy. Dzień przed zawodami zwróciłam uwagę na dziewczyny, które ćwiczyły na sali jakieś układy, robiły przewroty, szpagaty. Przypomniałam sobie o zawodach, o których mówiła mi nauczycielka. I stwierdziłam, że wystartuję. Oczywiście wszyscy pukali się w głowę, że mogłam o tym pomyśleć trzy miesiące wcześniej, kiedy mnie na udział namawiano, a nie dzień przed. Ale ja się uparłam, to był fitness połączony z gimnastyką, porozciągałam się, rozgrzałam, ułożyłam układ w trzy godziny i na drugi dzień zajęłam drugie miejsce w tych zawodach.

Fot. Daniel Koper/Natalia Gacka

Fot. Daniel Koper/Natalia Gacka

To się nazywa talent.

Pomyślałam wtedy: „Kurczę, jak tak dobrze mi poszło, to co dopiero będzie, gdy poćwiczę tydzień”. I tak związałam się z fitnessem gimnastycznym na kilka lat. Zdobyłam kilka mistrzostw Polski (sześć złotych medali – przypis red.)na juniorskim etapie.

Skąd zatem pomysł na fitness sylwetkowy?

Czułam niedosyt. To był czas, kiedy zaczęły pojawiać się czasopisma o kulturystyce, fitnessie. Były w nich zamieszczane relacje z zawodów. Pomyślałam, ze chciałabym kiedyś z tymi dziewczynami stanąć na jednej scenie. Poszłam do profesjonalnego klubu i spytałam, czy się w ogóle nadaję.

Usłyszałam wtedy, że mam dać sobie spokój z fitnessem gimnastycznym, bo moje proporcje ciała idealnie nadają się do uprawiania fitnessu sylwetkowego. Po dwóch tygodniach spędzonych na siłowni pojechałam na mistrzostwa Europy. Wszystko na wariackich papierach. Nie byłam w ogóle emocjonalnie przygotowana na reprezentowanie kraju na tak prestiżowych zawodach. Zajęłam szóste miejsce. Pół roku później na mistrzostwach świata stanęłam na najniższym stopniu podium. Trzecie miejsce bardzo cieszyło. To było niesamowite.

Jednak moja kariera nie toczyła się cały czas gładko. Po odniesieniu pierwszych sukcesów, postanowiłam, że dalej będę sięgać wyżej. Nigdy nie interesowały mnie mistrzostwa Europy, a na kolejnych mistrzostwach świata zajęłam czwarte miejsce. Nie chciałam złota, chciałam pokazać się jak najlepiej. Jednak kolejne czwarte miejsce na kolejnych mistrzostwach świata, bardzo mnie zdołowało.

To tak, jakby nie było postępów.

Tak, jakbym się wręcz cofała. Ale już na następnych zdobyłam srebro, a w 2012 roku – złoto. I wtedy postanowiłam zakończyć swoją karierę.

W najlepszym momencie?

Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. Osiągnęłam to, co chciałam, ale też wiedziałam, jak wymagający jest to sport i jak bywa niebezpieczny dla młodych ludzi… Choć czasami marzę, żeby wrócić jeszcze raz.

JAK SIĘ MOTYWOWAĆ?

Natalia dzisiaj motywuje inne kobiety. Zachęca do aktywności. Jej funpage na Facebooku ma ponad 80 tysięcy fanów. Nie jest typem motywatora, który głaska po głowie. Wręcz przeciwnie – potrafi ostro powiedzieć, co sądzi o braku chęci do zmiany, do niechęci aktywności. Swoją energię skierowała na pomaganie i motywowanie innych. Doradza nie tylko, jak ćwiczyć, by świetnie wyglądać, ale też jak się odżywiać i jak prowadzić zdrowy tryb życia.

Skąd pomysł na pomaganie innym?

Namawiano mnie, bym założyła swój funpage i swoją wiedzą dzieliła się z innymi kobietami.

Namawiano?

Tak, ja jestem jednak sceptycznie nastawiona do takich rzeczy. Tak naprawdę moja podopieczna założyła mi profil na Facebooku, ale po miesiącu powiedziała: „Natalia to już jest odpowiednia pora, żebyś to przejęła, bo ty masz wiedzę, by odpowiadać na pytania, a ja nie mogę wstawiać tylko twoich zdjęć”. Wciągnęło mnie, taka interakcja z ludźmi daje mi wiele satysfakcji. Jestem zaskoczona, że takie profile, jak mój, potrafią tak bardzo motywować innych ludzi. To jest niesamowite.

O co pytają cię najczęściej?

Pytają o wszystko. Od najprostszych rzeczy: czy jedzenie śniadania jest istotne, ile naprawdę wody powinno się pić dziennie. Po pytania kobiet, które chcą schudnąć, jak to mają zrobić, jak układać jadłospis ćwicząc, na co zwrócić uwagę. Pytania dotyczą też samego treningu. Co robić w domu, gdy nie chodzę na siłownię, jak dobrać ćwiczenia do sylwetki, jak często, jak długo, z jaką intensywnością ćwiczyć. Jak dobierać posiłki, jak je komponować, czy suplementacja jest istotna. Te pytania się powtarzają, ale ja z chęcią odpowiadam. Piszę to, co wiem, na podstawie zdobytej wiedzy i własnego doświadczenia.

Pracujesz online indywidualnie z kobietami?

Tak, choć ograniczam liczbę takich zajęć. Dla mnie ważne jest, by o każdym ze swoich podopiecznych pamiętać. Gdybym miała ich za dużo nie mogłabym każdemu pomóc efektywnie. To takie rozdrabnianie się na drobne. Jeśli dzisiaj ktoś się do mnie zgłasza, informuję, że realny termin to marzec, a nawet kwiecień.

Jestem za tym, żeby każdy kto chce coś zrobić ze sobą, z ciałem, kondycją, sylwetką powinien znaleźć w swojej okolicy trenera, z którym będzie ćwiczyć, który zadba o jego dietę, o trening. Bo to jest najlepsze i najbardziej motywuje.

Oczywiście, że są osoby, które ćwiczą w domu, mają dietę ułożoną online. Ale ja sama należę do osób, które muszą mieć kogoś, kto będzie mnie pilnował, motywował na treningu. Wtedy wiem, że dam z siebie jeszcze więcej.

Kobiety często szukają u ciebie motywacji?

Tak, to jest niesamowite. Dostaję codziennie mnóstwo wiadomości typu: „Natalia daj mi kopa w tyłek, żebym się zmobilizowała”. Jest tego tak dużo, że ja już nawet nie piszę, tylko wysyłam wiadomości głosowe. I cieszy mnie bardzo, gdy po miesiącu te dziewczyny przysyłają mi swoje zdjęcia i piszą: „Dzięki, postawiłaś mnie do pionu i tak dzisiaj wyglądam”.

Nie jesteś osobą, która głaszcze po głowie?

No tak, raczej nie słodzę. Mówię: „Ogarnij się dziewczyno, rusz swoje cztery litery z kanapy. I do roboty, a nie leniuchujesz, trzeba ciężko pracować”.

Każdy ma inny sposób przekazu. I pewnie też każdy potrzebuje innego rodzaju motywacji. Jedni muszą być głaskani po głowie i chwaleni, a na innych trzeba huknąć, żeby coś ze sobą zrobili. Ja należę do tej drugiej grupy. Śmieje się, że jestem Polką z rosyjskiej szkoły. Przeszłam ostry rygor trenując pływanie czy gimnastykę.  Nie było zmiłuj się, raczej: „Jeśli jesteś słaba, to wychodź z sali, na twoje miejsce jest ktoś inny”. I ja mam taki sposób prosty, ale dobitny zwracania uwagi na pewne rzeczy.

Fot. Daniel Koper/Natalia Gacka

Fot. Daniel Koper/Natalia Gacka

JAK ĆWICZYĆ?

Natalia Gacka doskonale wie, jak ćwiczyć i dbać o siebie, by osiągnąć wymarzone rezultaty. Podpowiada, w jaki sposób planować trening, w jaki sposób się odżywiać i jakie stawiać sobie cele, by nie zrezygnować na początku drogi.

Można odchudzać się bez ćwiczeń, albo schudnąć tylko ćwicząc, nie dbając o dietę?

Nie ma czegoś takiego, jak dieta bez ćwiczeń i ćwiczenia bez diety. Samą dietą nic nie załatwimy, bo nie wyćwiczymy ciała, nie ujędrnimy go, nie zachowamy fajnych proporcji, nie wymodelujemy sylwetki. Poza tym ćwiczenia podkręcają nasz metabolizm, co jest bardzo ważne przy stosowaniu diety. A z drugiej strony, jeśli będziemy tylko ćwiczyć i jeść po wysiłku słodycze i tłuste rzeczy, to owszem będziemy sprawniejsze ruchowo, ale nie zmienimy swoich parametrów – wyników krwi czy tkanki tłuszczowej.

Jakie błędy najczęściej popełniamy?

Najczęściej ludzie odchudzają się stosując rygorystyczne diety, a nawet głodówki. Bywa, że zażynają się po trzy cztery godziny na treningach, a wystarczy tylko godzina. Przemęczamy mięśnie, które nie mają czasu się zregenerować, co też niekorzystnie wpływa na sylwetkę – spalamy mięśnie, a nie tkankę tłuszczową. Ostatecznie rezygnujemy, bo jesteśmy przemęczeni. I kolejny błąd: zaczynanie od suplementacji, dopiero w dalszej konieczności przystępujemy do treningu, a na koniec myślimy o jedzeniu.

Więc, jak często powinniśmy ćwiczyć.

Uważam, że ćwiczenie trzy razy w tygodniu po godzinie to optymalna ilość dla osoby początkującej. Ćwiczmy co drugi dzień, przykładowo w poniedziałek, środę i piątek, a w weekend odpoczywajmy. W czasie odpoczynku warto przyjrzeć się swojemu ciału – jak reaguje na ćwiczenia. Bardzo ważne, by na początku wysiłek był umiarkowany, nie szalejmy.

Umiarkowany, czyli jaki?

Ciężko to określić, każdy powinien sam wyczuć swój organizm. Jeśli przez ostatnie cztery lata ktoś się w ogóle nie ruszał, a aktywność ograniczała się do wyrzucenia śmieci, to powinien zacząć od godzinnych spacerów, w terenie, w tempie szybkiego marszu.

Ten spacer można zastąpić wykonywaniem cardio na bieżni, wtedy ciało fajnie się rozrusza. A kiedy czujemy się już mocniejsi, możemy wejść w trening obwodowy – kiedy ćwiczymy wszystkie partie ciała. Kolejny krokiem jest przejście do ćwiczeń siłowych, tak zwany trening dzielony, kiedy w danym dniu skupiamy się na poszczególnych partiach ciała. Im większy, silniejszy bodziec dostarczymy do ciała, tym ono lepiej zareaguje.

Ja sama wykonuję treningi godzinne. Lepiej zrobić trening intensywny, niż przez dwie lub trzy godziny chodzić na jakieś maratony fitnessowe, czy zumby. Bo lepiej iść i zmęczyć się porządnie niż tracić czas bez większych efektów.

Arch. prywatne/Natalia Gacka

Arch. prywatne/Natalia Gacka

Jak długo trzeba ćwiczyć, by mieć sylwetkę choć zbliżoną do twojej?

Są osoby, które myślą, że z moją pomocą uda im się to w pół roku. Wtedy im mówię: „Jak możesz wymagać, że za pół roku będziesz wyglądać jak ja, skoro u mnie to efekt wielu lat ćwiczeń. Jeśli ci się uda w pół roku, to uwierz będę ci zazdrościła najbardziej na świecie”. A poważnie dodaję, że najpierw trzeba wyznaczyć sobie małe cele. I to nie wagowe. Zwracaj uwagę, jak zmieniają ci się centymetry w obwodach, rób sobie zdjęcia i porównuj, jak wyglądasz. To bardzo motywuje. Często waga jest naszą zgubą, bo gdy trenujemy, to musimy pamiętać, że mięśnie ważą więcej od tłuszczu.

Kiedy ja jak zaczynam trenować siłowo, to wagowo idę w górę, ale wizualnie – obwodowo zmieniam się bardzo. I to jest najważniejsze, a nie schudnąć 10 kilogramów i nadal kiepsko wyglądać. Oczywiście w przypadku osób z dużą otyłością te kilogramy są bardzo ważne, ale dochodzimy do momentu, kiedy waga staje, a ciało jednak dalej się zmienia, gdy nie rezygnujemy z ćwiczeń.

A sylwetkę jak moja? Przy właściwym treningu jest to możliwe po roku, dwóch latach.


Zdjęcia Natali Gackiej wykonane przez Daniela Kopera można oglądać w specjalnie przygotowanym kalendarzu. Więcej na  www.nataliagacka.pl


Uważasz, że należy ci się podwyżka albo awans? Sprawdź, jak rozmawiać z szefem

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 stycznia 2016
Fot. iStock / retrorocket

„Haruję jak wół, a nijak przekłada się to na moje wynagrodzenie”, „Szef mnie nie docenia”, „Co z tego, że jestem dobra, skoro i tak płacą mi ciągle tyle samo”. Pojawiają ci się w głowie takie myśli? Wkurzasz się, że dajesz z siebie w pracy tak bardzo dużo, a twoje szefostwo tego nie zauważa? W końcu pracujemy po to, żeby zarabiać. A im więcej z siebie dajemy, tym lepszego wynagrodzenia możemy oczekiwać. Co, jak wiemy, nie zawsze idzie w parze. Frustracja w pracy to chyba jedna z najgorszych rzeczy, jakie się nam mogą trafić, bo przenosi się na inne obszary życia. Czujemy się w pracy niedoceniani i nasze samopoczucie odbija się na atmosferze w pracy, na rodzinie, i najbliższych.

Myślisz: „Pójdę po podwyżkę, w końcu mi się należy”. Ale coś cię hamuje, tak do końca nie wiesz, czego oczekiwać, jak rozmawiać. A to są twarde negocjacje, jeśli się dobrze do nich przygotujemy mamy szansę osiągnąć to, czego oczekiwaliśmy.

Krok pierwszy: analiza zawodowa

Myślisz: „Już dość, jak nie dostanę podwyżki, to szukam innej pracy”. Błąd. Nie ma co działać pod wpływem impulsu. Przecież nikt nie powiedział, że podwyżki nie dostaniesz, ale by ją wynegocjować po pierwsze trzeba się porządnie przygotować. Od czego zacząć? Od analizy swojej pracy.

Weź pod uwagę pewien okres swojej pracy – może to być od ostatniej podwyżki, czy przyznanej premii, czy też czas, kiedy czujesz, że dajesz z siebie więcej niż wcześniej. A jeśli to pierwsza podwyżka, rozważ cały swój czas pracy od momentu zatrudnienia (no chyba, że bez podwyżki pracujesz ostatnie 10 lat). Przystępując do rozmowy o podwyżce czy awansie powinnaś mieć świadomość za co konkretnie oczekujesz zmian w zatrudnieniu czy w swoim wynagrodzeniu.

Dlatego, jeśli już określiłeś ramy czasowe, weź kartkę, długopis i szczerze odpowiedz sobie na następujące pytania.

  • Czy danym czasie przybyło nam obowiązków w firmie?
  • Czy zwiększyła się nasza odpowiedzialność w pracy w ostatnim czasie?
  • Czego przez ten czas nauczyliśmy się nowego, jak poszerzyliśmy naszą wiedzę?
  • Jakie korzyści czerpie firma z naszego zatrudnienia?
  • Jakie cele, założenia w ostatnim czasie dla firmy zrealizowaliśmy?
  • W jaki sposób wpłynęliśmy na zwiększenie profitów firmy – nie tylko bezpośrednio finansowych; warto rozważyć, czy może nawiązaliśmy współpracę z inną firmą, czy osobą, która pomogła w realizacji projektu, celu, pozyskaliśmy środki z zewnątrz, braliśmy udziału w realizacji projektu?
  • Jak rozwinęliśmy się w firmie, i jak nasz rozwój wpływa na osiągnięcie lepszych wyników firmy?
  • Jakie dzisiaj są nasze kompetencje zawodowe, a jakie były wcześniej i jak wpływają na efektywność naszej pracy?

Krok drugi: określenie za co należy mi się podwyżka

Po przeprowadzeniu takiej autoanalizy, mamy czarno na białym, za co podwyżka, czy awans nam się należy. A może się okazać, że jednak patrzeliśmy na swoją pracę przez zbyt różowe okulary? Postawienie sobie powyższych pytań, pozwoli nam zobaczyć, czy faktycznie słusznie chcemy domagać się podwyżki. Nie wystarczy bowiem, powiedzieć, że Kowalski tydzień temu dostał premię „nie wiadomo za co” i dlatego tobie się należy podwyżka. To może być zdecydowanie za mało podczas rozmowy.

Na szefie wrażenie nie musi także robić okres twojego zatrudnienia. Ważne, byś miała w ręce twarde argumenty. Dlatego wypisz sobie dokładnie i konkretnie, dlaczego w ogóle rozmawiasz o podwyżce. Wypisz wszystkie swoje zasługi. Jeśli twoje wyniki w pracy są mierzalne, warto je sobie wynotować. Jest to łatwe, gdy pracuje się w branży handlowej, dziale sprzedaży. Ale być może jesteś w stanie określić zwiększenie ilości zleceń, ruchu, obrotu, efektywności twojego działu, a może zespołu, którym kierujesz.

Odrzuć na bok emocje. Pamiętaj, że rozmowa o podwyżce czy awansie, to typowo biznesowa rozgrywka, emocje nic tu nie pomogą. Żadne prośby, groźby nie wpłyną korzystnie na twoją sytuację

Krok trzeci: określenie oczekiwań

Weź pod uwagę, że nie wystarczy jedynie przygotować listy swoich mocnych stron, argumentów, które będą potwierdzeniem twojego zaangażowania i rozwoju. Równie ważną częścią rozmowy o podwyżce czy awansie jest określenie swoich oczekiwań. Bo co z tego, że pójdziesz i powiesz, jaka jesteś świetna, a wyjdziesz z jakąś marną podwyżką, czy propozycją szefa, która zupełnie ciebie nie zadowoli.

Jeśli znasz już swoją wartość, widzisz, ile dajesz swojej firmie, określ konkretnie czego oczekujesz od swojego szefostwa. Jest to bardzo ważny punkt negocjacji. Nie mów: „A nie wiem”, „A jak pan/pani uważa”. Nie. Zastanów się, co może cię zadowolić. Dać satysfakcję. Daj swojemu szefowi sygnał: „Tak, wiem ile jestem warta, uważam, że moja praca, moje osiągnięcia są ważne i godne wyższego wynagrodzenia”. Boisz się, że powiesz za dużo? Spokojnie. Pamiętaj – to negocjacje dwustronne. Nie oczekuj odpowiedzi na tu i teraz. Być może twój szef będzie potrzebował czasu na rozważenie twojej propozycji, przeanalizowanie wszystkiego, co od ciebie usłyszał. Być może też sprawdzenia, czy faktycznie wszystko to, co powiedziałaś o swojej pracy, jest prawdą. Nie traktuj takich kroków, jak pomniejszania twoich zasług. Poczekaj cierpliwie na kontrpropozycję i rozmawiaj.

W końcu nic nie tracisz, a możesz naprawdę wiele zyskać. Powodzenia 🙂


Pisząc tekst korzystałam z informacji uzyskanych od doradcy kariery Izabeli Łyczko-Reutt


Zobacz także

„Jak przestanie dostawać gotówkę na dziecko, to zaraz przyjdzie z podkulonym ogonem i zacznie doceniać, jakim ojcem jestem”

Jak przygoda, to tylko z przyjacielem. Akcja „Prawdziwa przyjaźń”

Zmiany? Jakie zmiany, w sytuacji kobiet niewiele się zmieniło. Wiem, co mówię