„Wczoraj odeszła nasza przyjaciółka, jutro możecie być zmuszeni walczyć o swoją. Nie czekajcie, aż będzie za późno”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
4 listopada 2015
Fot. Screen z Youtube
Fot. Screen z Youtube
 

– Kiedy szłam oddać szpik, widziałam dziewczyny na oddziale hematologii wyniszczone chemią i te ich oczy pełne łez i nadziei, kiedy pytały mnie, czy to prawda, że jestem dobrowolnym dawcą. Mówiły: „Wow, ty jesteś dawcą? To może i my mamy szansę, go znaleźć”  – opowiada Daria, dawczyni szpiku.

Życie pisze scenariusz

Tytuł tego tekstu jeszcze dziś rano miał grzmieć: „Pomóżmy Ani, która walczy z białaczką”. Niestety tytuł napisało życie i przyjaciele Ani. Bo jej nie można już pomóc. Piszę więc: „Pomóżmy innym!”, bo warto, bo trzeba, bo wypada, bo może to jedna z niewielu dobrych rzeczy, które zrobimy w życiu.

O Ani usłyszałam przedwczoraj. Obejrzałam film, który nakręcili dla niej przyjaciele szukając dawcy. Bardzo wymowny film, udostępniany na Facebooku przez setki osób. Ania, niedużo młodsza ode mnie, mama 3,5-rocznej Marianny… O swojej chorobie dowiedziała się 3,5 miesiąca temu. Białaczka– bardzo rzadka i agresywna jej odmiana. Pomóc mógł jedynie przeszczep. Przeszukano polską i światową bazę dawców szpiku i komórek macierzystych. Wśród nie było dawcy dla Ani. Zaczęła się walka z czasem. Znalezienie dawcy jest jak wygrana w totolotka. Jedynie w 25% przypadków zostaje nim ktoś z rodziny. Przyjaciele Ani wierzyli, że dla niej dawca znajdzie się gdzieś wśród nas. #600tysbohaterow – to akcja zorganizowana przez przyjaciół, która zachęcała mieszkańców Wrocławia, skąd Ania pochodziła, do zarejestrowania się jako dawcy. Wszyscy mieli nadzieję, że sąsiad, pani ze sklepu, mama spotkana w przedszkolu może okazać się genetycznym bliźniakiem Ani.

Co godzinę w Polsce ktoś zapada na białaczkę, a co 35 sekund na świecie ktoś dowiaduje się, że choruje na jedną z chorób nowotworowych krwi. Najczęstszym ratunkiem dla tych osób jest znalezienie zgodnego dawcy krwiotwórczych komórek macierzystych krwi lub szpiku. Pomimo 25 milionów zarejestrowanych na świecie dawców, nadal co 5 pacjent pozostaje bez swego bliźniaka genetycznego.

Dajmy innym nadzieję na życie

Jaka jest szansa na zostanie dawcą? Pięciu na stu w ciągu dziesięciu lat od zarejestrowania się dostaje telefon, że ktoś czeka na ich pomoc. – Pięć ze stu to może niewiele, ale pomyśl, że już z tysiąca to pięćdziesiąt osób. Pięćdziesiąt zgodnych dawców to 50 uratowanych żyć. Bo przeszczep daje wielką szansę wyzdrowienia i często bywa jedynym sposobem leczenia – mówi Wojtek z Fundacji DKMS, któremu energii, wiary i zapału nie można odmówić. Sam jest po przeszczepie. Jest dowodem na to, że zostając dawcą można uratować życie drugiemu człowiekowi.

Ania, dla której dzisiaj we Wrocławiu zaczęła się akcja szukania dawcy, zmarła. W nocy. Nie zdążyłam o niej napisać, prosić was o pomoc. – Wiem, Ani już nie pomożemy, ale jest tyle ludzi. Matek, kobiet, dzieci. Białaczka to choroba, która niespodziewanie może dotknąć każdego z nas – mówił Wojtek.

Na świecie co 10 minut ktoś umiera na raka krwi.

Zostałam dawcą

Daria zdecydowała się zostać dawcą, gdy dowiedziała się, że kolega jej brata ma białaczkę
i czeka na przeszczep. – Zarejestrowałam się w grudniu 2013 roku, a w styczniu dostałam telefon z Fundacji DKMS. Był ktoś, kto czekał na mnie. Na mój szpik. Wszystko, co stało się później zmieniło mnie. Przestawiło priorytety. Kiedy masz świadomość, jak życie jest kruche, jak życie kogoś obcego może zależeć od ciebie, to małe problemy tracą na  znaczeniu. Daria chętnie i kiedy tylko ma okazję, mówi o tym, jak wygląda pobranie szpiku. – Ludzie się boją, myślą o igłach w kręgosłupie, a to wcale tak nie wygląda. To mit. Dawca, kiedy dowiaduje się, że ktoś czeka na jego szpik, dostaje przede wszystkim fantastyczną opiekę medyczną. Jest poddawany wszelkim niezbędnym badaniom wykluczającym jakiekolwiek ryzyko powikłań. Ma swojego koordynatora, który jest do jego dyspozycji przez całą dobę, w razie jakichkolwiek wątpliwości, pytań. Kiedy zostaje wyznaczona data pobrania szpiku stawiasz się w szpitalu dzień wcześniej. Zabieg wykonywany jest w pełnej narkozie. Szpik pobierany jest z kości talerza biodrowego. Zero ryzyka uszkodzenia. Budzisz się i myślisz: „I to wszystko? Już? Koniec?”. Wychodzisz następnego dnia i czekasz na sygnał, czy u twojego biorcy szpik się przyjął. Daria wie jedynie, że jej brat bliźniak, to kobieta, pochodzi z Dani, ma 32 lata.

Boję się igieł

Dawcy mogą spotkać się ze swoimi biorcami po dwóch latach od przeszczepu, jeśli oboje wyrażą na to chęć. Wyklucza to zaangażowanie się w przypadku, gdy pobranie trzeba było powtórzyć. – Domyślam się, że swoje komórki oddałem Polakowi. Jedyną informację, jaką dostałem, że to mężczyzna, lat 62 – opowiada Piotrek, lat 31. – Wierzę, że spotkamy się za dwa lata. Teraz czekam, przed Świętami mam dostać informację, czy przeszczep się udał.

Piotrek oddawał krwiotwórcze komórki macierzyste. – Siadasz na fotelu, to są zaledwie cztery ukłucia igły, podłączane są maszyny i tyle. Żadnego bólu stresu. Poświęcenia. Po wszystkim wstajesz i wychodzisz. Ze mną problem polegał na tym, że panicznie boję się igieł i krwi. Zarejestrowałem się w listopadzie, zupełnie spontanicznie, na koncercie z okazji Święta Niepodległości z taką myślą: „Tyle ludzie się rejestruje, a tak rzadko chorzy trafiają”. W lipcu zadzwoniono do mnie z informacją, że ktoś potrzebuje mojej pomocy. Pamiętam, że odbyłem wtedy długa rozmowa telefoniczną z Fundacją, ale zupełnie nie wiem, co do mnie mówili. To były takie emocje. Budzi się w tobie poczucie wyjątkowości. W głowie brzmi, że możesz komuś uratować życie. Kolejny etap to potwierdzenie pełnej zgodność. Wykonano mi wszystkie niezbędne badania, które wykluczały jakiekolwiek ryzyko związane z dawstwem. Termin oddania komórek wyznaczono na wrzesień. Myślałem: „Czemu tak długo?”. Wtedy tak naprawdę w głowie masz niewiele więcej poza myślą o tym drugim człowieku. Podporządkowujesz życie komuś zupełnie obcemu. Bo musisz przyjmować zastrzyki, które najpierw wydały mi się straszne, a później same je sobie robiłem – ja, który mdleję na widok igły – śmieje się Piotrek. – Musisz o siebie dbać bardziej niż zwykle, nie przeziębić się. A do tego wszyscy przyjmują to w tak pozytywny sposób. To jest naprawdę mega rzecz.

Zostałem biorcą

Jarek białaczkę dostał w prezencie na Boże Narodzenie. – Jeszcze w połowie grudnia biegłem półmaraton. Źle się czułem. Zrobiłem kontrolnie badania krwi. Wyrok brzmiał: białaczka. Dziś myślę, że do końca nie byłem świadomy, co się dzieje. Poszedłem na chemię, pojawiła się choroba resztkowa. Lekarze podjęli decyzje, że jedynym sposobem leczenia jest przeszczep. Sprawdzano, czy mój brat może być dawcą. Niestety, nie mieliśmy zgodności. Szukano dalej w bazach dawców. Bardzo szybko dostałem informację, że w Polsce znaleziono ponad 50 potencjalnych dawców, w Europie 300, a w Stanach 500. Wszyscy mówili, ze na pewno znajdzie się ktoś najbardziej zgodny. 26 czerwca miałem przeszczep poprzedzony ciężką chemioterapią wyniszczającą moją odporność. Nadal czekam, czy zwalczyłem chore komórki do końca. Dawcą był chłopak. ’89 rocznik. Bardzo chciałbym go poznać za dwa lata, podziękować, że podarował mi życie. Z pewnością podziękować będzie chciała także moja najbliższa rodzina.

Jarek nie wrócił jeszcze do pracy. Musi dbać o to, by się nie przeziębić, nie złapać żadnej infekcji. Kiedy pytam o plany biegowe mówi: – Lekarz, który się mną zajmował powiedział, że jak wszystko pójdzie dobrze, to za rok pobiegniemy wspólnie maraton. Nie wiem, czy świadomie, ale zmotywował mnie wtedy bardzo. Przedwczoraj wyszedłem pierwszy raz potruchtać.

O tym, co cieszy, kiedy dostajesz drugie życie, mówi Piotrek: –Pamiętam, kiedy siedziałem w poczekalni do lekarza transplantologa. Obok mnie siedzieli ludzie po przeszczepie. Rozmawiali ze sobą. Ktoś się cieszył, że już raz w tygodniu może iść do pracy, inny, że może sam wyjść na spacer. Siedzisz tam i słuchasz ich i już wiesz, że twoje życie nigdy nie będzie takie samo. Że to, co dla ciebie normalne, dla ludzi po przeszczepie nabiera innej wartości. To w tobie zostaje.

W hołdzie Ani

Piotrek i Daria, jak i wielu innych dawców, mówią głośno o tym, jak można pomóc drugiej osobie. – Jeśli się zarejestrowałeś jako dawca i nikt do ciebie nie dzwoni, to ciesz się. To znaczy, ze twój bliźniak genetyczny jest zdrowy! – tłumaczy Piotr dodając: – Cieszy, kiedy widzisz, że znajomi patrząc na ciebie też się rejestrują, że chcą pomóc. I być może jest w tym trochę egoizmu. Poczucia, że mogę się pochwalić, że uratowałem komuś życie, choć przecież nic wielkiego nie zrobiłem. – Nie wbiegłam do płonącego domu i nie wyniosłam z pożaru dziecka – mówi Daria. Dawcy jednak zostają bohaterami. I do bycia bohaterem zachęcają innych.

Jarek angażując się w sprawę Ani zachęcał swoich biegowych kolegów do rejestracji. Pisał:

„Moi drodzy uwierzcie mi, iż nie ma wspanialszej informacji jak fakt, iż w momencie oczekiwania dowiadujesz się, że gdzieś tam jest twój genetyczny bliźniak gotowy podarować ci drugie życie. Chce się podzielić tak niby niczym wielkim, a jednak czymś wspaniałym. Mając w świadomości, że poświęca ze swego życia 2-4 dni tyle zajmuje przygotowanie do separacji komórek krwiotwórczych, szpik, a daje komuś najprawdopodobniej pełnie zdrowia i wiele, wiele lat normalnego życia. Znam to uczucie, bo sam je doświadczyłem wiosną tego roku. Ja miałem ogromne szczęście, ponieważ ten genetyczny bliźniak już na mnie gdzieś tam w Polsce czekał. Miałem ten szczęśliwy traf (…)” Więcej

Przed chwilą dostałam oficjalną informację od Fundacji DKMS o śmierci Ani. Przywołano jej słowa sprzed kilku dni:

„Jest we mnie ogromna wdzięczność dla wszystkich, którzy zaangażowali się w przeprowadzenie Dni Dawcy (we Wrocławiu – przypis red.) Dla Fundacji DKMS Polska, dla rodziny, przyjaciół i wielu osób, których nawet nie miałam okazji poznać, porozmawiać. Im pragnę podziękować jeszcze bardziej i zapewnić, że na zawsze pozostaną w moim sercu. Dzięki Wam wiem, że nie jestem sama. Walczę dla Was każdego dnia.”

Dziś dotarła do nas smutna wiadomość od przyjaciół Ani z Wrocławia. Ania odeszła od nas wczoraj wieczorem. Aniu śpij…

Posted by Fundacja DKMS Polska (Baza Dawców Komórek Macierzystych) on 4 listopada 2015

 

Wierzę, że wszystko dzieje się po coś. Łatwiej mi wtedy zrozumieć historie podobne do Ani. Jej śmierć nie przerwała wielkiej akcji zorganizowanej przez jej przyjaciół we Wrocławiu. Wolą Ani było, by została dokończona. Trwa rejestracja dawców, którzy jej już nie pomogą, ale ktoś inny czeka na pomoc. Tak jak czekał Jarek, jak ktoś czekał na Darię i Piotrka. 8. listopada odbędzie się bieg, finał akcji #600tysbohaterow „Wrocław walczy o Anię”. Możesz w nim pobiec. Możesz też zostać bohaterem rejestrując się jako dawca na stronie Fundacji. I możesz pomóc podając dalej tę informację, Tak niewiele trzeba zrobić, by uratować komuś życie!

Niech ta śmierć ma sens.

P.S. Więcej o akcji, która odbywa się w hołdzie dla Ani dowiecie się na „Wrocław walczy o Anię”


Mój mąż wyjechał. Nie wiem, jak długo to jeszcze wytrzymamy. Mój też, ale jest mi wszystko jedno, czy jest w domu, czy nie

Dominika Bagińska
Dominika Bagińska
5 listopada 2015
Fot. iStock
Fot. iStock
 

– Mój mąż pracuje za granicą. Sama wychowuję dzieci i zajmuję się naszym polskim życiem. Nie wiem, jak długo to jeszcze wytrzymamy. Wiem natomiast jedno – nasza relacja się zmieniła. Czasem myślę, że chyba na lepsze.

Tak przedstawia się Weronika, 38 lat, z dużego miasta na północy Polski, dwoje dzieci – chłopiec 6 lat, dziewczynka 4. Jej mąż Michał ma solidną specjalizację w branży budowlanej. Ona jest korektorką i redaktorką książkową – pieniądze z tego są niewielkie. Dlatego po urodzeniu dzieci została w domu, czasem brała nieduże zlecenia. Ale pracy było coraz mniej, za coraz śmieszniejsze pieniądze. W tym samym czasie w firmie męża zrobiono restrukturyzację i pensje spadły o połowę. Jak zresztą w większości takich firm. Młodzi stracili płynność finansową, bo wypłata Michała kończyła się 10 każdego miesiąca po zapłaceniu rachunków i raty kredytu na mieszkanie. Pomagali im teściowie, ale ile można żyć na garnuszku rodziców? Michał dostał propozycję pracy w Szwecji. Wyjechał.

Weronika: Ja tego nie chciałam. Wtedy czułam, że on tak wybrał, bo w gruncie rzeczy najbardziej na świecie kocha swoją robotę i nowe wyzwania. Przecież kiedy pracował w Polsce, wracał do domu bardzo późno, miał dyżury w soboty, żył na adrenalinie. Kłóciliśmy się. On mówił, że w jego branży tak się właśnie pracuje. Wątpił też, czy ja kiedykolwiek wrócę do pracy. Uwierzyłam mu, nie miałam siły się sprzeciwiać.

Ciemne strony

Weronika: Najgorsze były weekendy. W tygodniu przy dwójce maluchów kręcisz się jeszcze w naturalnym rytmie szkoły i przedszkola. W dni wolne czas się robi jak z gumy. Dzieci szybko się nudzą i zaczynają się kłótnie. Bywało, że cierpliwość kończyła mi się już przed 11 rano. Potem puszczały mi nerwy. Dzieci nie mogły zrozumieć, że tata wyjechał na dłużej. Kiedy odbieraliśmy męża z lotniska na pierwszy weekendowy urlop, syn koniecznie chciał usłyszeć moje zapewnienie, że tata wraca już na zawsze. Starałam się trzymać twarz, żeby nie zobaczył mojej rozpaczy. Trudne były także wieczory. Po pierwsze, musisz mieć energię do końca dnia, żeby jeszcze wykąpać dzieci, położyć je spać, poczytać. A po drugie, kiedy już to zrobisz, nie masz siły i ochoty na samotne spędzanie wieczoru. Wtedy obsiadają cię wszystkie kumy troski. Dlatego pierwszych miesięcy dobrze nie pamiętam. Żeby nie oszaleć, po prostu szłam spać zaraz po dzieciach. Dobijały mnie też nasze rozmowy przez telefon. Michał był smutny i zmęczony. Okropne były też chwile przed wyjazdem, gdy kończył mu się urlop. Atmosfera gęstniała i Michał zaczynał podtruwać mnie uwagami, że to przeze mnie musi teraz nas zostawić i jechać na koniec świata, żeby zarabiać.

Przełom

Weronika: Czy nie myśleliśmy o wyjeździe do niego? Tak, nawet zaczęłam uczyć się szwedzkiego. Jednak zauważyłam, że z Michałem jest coraz gorzej. Zaczął intensywnie liczyć kalorie, choć zawsze był łasuchem, jak ja. W ciągu dwóch miesięcy doprowadził się do chorobliwej chudości. Kiedy przyjechał na Boże Narodzenie, nie spał w ogóle w nocy. Zapadał w letargi w ciągu dnia. W końcu stało się jasne, że to depresja. Zaczęliśmy całą rodziną działać, żeby go z niej wyciągnąć. Na szczęście dał sobie pomóc. Psychiatra, leki, dłuższy urlop w Polsce przyniosły efekty. Ja też poszłam na kilka spotkań do terapeuty. Powoli zaczęliśmy na nowo wychodzić na prostą. Pojawiło się pole do rozważań, czy moglibyśmy znowu razem zamieszkać. Czy mogłabym znaleźć pracę w Polsce. Co zaskakujące, to on teraz zaczął mnie wspierać. Pokazywał mi, jak wiele zrobiłam dla naszej rodziny, zostając w domu. Mówił, jak dumny jest z naszych dobrze wychowanych dzieci. Do mnie z kolei dotarło, że jego heroiczna decyzja o wyjeździe nie była tylko szalonym pomysłem przerośniętych ambicji. Co tu dużo mówić, pieniądze, które się w naszym domu pojawiły, ułatwiły nam wiele. Uniezależniliśmy się od jego rodziców. Mogliśmy wreszcie pozwolić sobie na rodzinne wyjazdy z nocowaniem, wypad do restauracji, dodatkowe zajęcia dla dzieci. A ja pierwszy raz od kilku lat zaczęłam chodzić po sklepach z ciuchami.

Jasne strony

Weronika: Jak na to wszystko reagowały dzieci? Z czasem, to banalne, po prostu się przyzwyczaiły. Pewnie, że towarzyszyła im tęsknota, ale nauczyły się polegać tylko na mnie. Jednak oboje z mężem dbaliśmy o to, by te krótkie chwile spędzane razem były jak najbardziej wartościowe. Kiedy Michał przyjeżdża do domu, jest cały dla nas. Dzieci nie schodzą mu z kolan, bawią się z nim, całują, przytulają. Kiedy go nie ma, staram się, żeby więź była mocna. Rozmawiamy on line, tłumaczę dzieciom, dlaczego tata wyjechał. Pamiętam jeszcze, jak to było, kiedy mąż miał pracę w Polsce. Wracał, kiedy dzieci już spały, wychodził, zanim wstały, a w weekendy nadrabiał braki snu. No i dobijał nas ciągły brak pieniędzy, a to, jak wiadomo, prowadzi do kłótni.

Nie jest oczywiście tak różowo. Długa rozłąka ma swoją cenę. Pomijam ogromną tęsknotę. Widzę, że trudno mi przestawić się na inny rytm dnia, kiedy w domu pojawia się mąż. On mi po prostu przeszkadza. Nagle robi się bałagan, w telewizorze leci boks albo programy o budownictwie. Bez przerwy szykowane jest jakieś jedzenie. Brudne naczynia piętrzą się w zlewie. Czasem gubię się w tym rodzinnym kotle. Kiedy on znowu jedzie do pracy, rokoszuję się spokojem przez dwa dni. A trzeciego dnia zaczyna mi właśnie tego kotła bardzo brakować. Przećwiczyłam to już wielokrotnie. Wiem, że zawsze wybiorę to zamieszanie. A na razie radzę sobie i jestem przygotowana na spleen powyjazdowy. Mam w zapasie tabletki na ból żołądka. Dokucza przez kilka dni po wyjeździe Michała. Poza tym bardzo wspierają mnie rodzice. Wspólnie organizujemy dzieciom czas wolny. A kiedy mam kryzys i dopadają mnie wątpliwości, dokąd zmierza nasze życie – tłumaczą mi, że w ciężkich czasach trzeba podejmować trudne decyzje, ale jesteśmy młodzi i jeszcze zdążymy doświadczyć wszystkiego, czego pragniemy. Oby.

Osobno lżej

Weronika niedawno poznała Gosię – mamę jednej z koleżanek córki w przedszkolu. Ona też ma męża za granicą. I gdy się trochę zaprzyjaźniły, zaczęły się sobie zwierzać, głównie na korytarzu, czekając, aż dziewczynki skończą zajęcia. Gosia ma swoją firmę – sieć luksusowych salonów kosmetycznych – i zwykle mało czasu. Przestrzegła Weronikę, że życie w rozłące grozi zobojętnieniem.

Gosia: Jest mi wszystko jedno, czy mój mąż jest w domu, czy nie. A właściwie to razem z córką wolimy czas, gdy go nie ma. Mamy poukładane życie i obecność Jurka nam po prostu zawadza. Ja żyję dniem dzisiejszym, całą energię poświęcam córce i mojej firmie. Potrafię, i nawet chcę, o wszystko zadbać sama. Mąż jest dziennikarzem biznesowym i ma dobry kontrakt w jednej z europejskich gazet. W Polsce nie zarobiłby tyle, ale przede wszystkim chodzi mu o prestiż. Wiem, że to jego być albo nie być. Córka jest przyzwyczajona, że tata wpada do domu na weekendy, czasem na kilka dni. Doszło do tego, że w łazience nie ma jego rzeczy, bo nie opłaca mu się niczego wyjmować z kosmetyczki. To taki człowiek z walizką.

Czy nie próbowali czegoś zmienić? Tak, ale żadne z nich nie chce zrezygnować ze swojej rangi zawodowej. Gosia wie, że jej plany firmowe wiążą się wyłącznie z polskim rynkiem. Nie wyjedzie do męża. Jurek w Polsce byłby średnio opłacanym dziennikarzem, a przywykł do zachodnioeuropejskich standardów życia.

Gosia: Ja szanuję jego potrzeby. Dlatego nie robię mu problemów, kiedy po przyjeździe do kraju od razu wyjeżdża sam na żagle. On to uwielbia, a córka nie. Wolę z nią spędzić weekend tak, jak obie lubimy – na lekcji tenisa czy u znajomych. Czy czegoś żałuję, czy czuję się inna? Nie, bo dookoła mam wiele zaradnych kobiet, które żyją same. Ich mężowie albo wyjeżdżają, albo pracują po godzinach, w weekendy. To dzisiaj norma.

Płomień nie zgaśnie

Weronika: Często słyszę ostrzeżenia, że młode małżeństwo nie powinno żyć w rozłące. Znalazłam w sieci informację, że rozstanie nie może trwać dłużej niż 3 lata, bo po tym czasie bliskość zanika, a relacje słabną. My niedługo dojdziemy do tej granicznej daty. Ala ja jakoś wierzę, że akurat nam się uda. Szczerze mówiąc, koleżanki nam zazdroszczą tych motyli w brzuchu, kiedy widzimy się po miesiącu rozłąki. Myślę, że kiedy człowiek tak bardzo zatęskni za drugą osobą, to sobie przypomina, dlaczego wybrał właśnie ją. Byłam kiedyś u Michała w Szwecji razem z żonami innych Polaków z jego firmy. Z tego wyjazdu zapamiętałam wybuch uczuć, radości i atmosfery wielkiego romansu. Śmiałam się pod nosem, że nigdy nie wiadomo, gdzie ukryte jest szczęście. Czasem okazuje się, że na kryzysowej emigracji. A w sieci są też i takie zdania: Rozłąka niszczy mierne uczucie, a wzmacnia wielkie. Tak jak wiatr gasi świecę, a rozpala płomień ogniska. Wkleiłam je w mail do Michała. Wzruszył się.

Od kilku tygodni znów przyjmuję małe zlecenia, a dawna koleżanka z redakcji chce mnie wciągnąć do swojej firmy reklamowej, którą właśnie rozkręca. Obiecaliśmy sobie z Michałem, że kiedy zacznę lepiej zarabiać, on poszuka pracy w naszym mieście. To moje marzenie, które sobie przed zaśnięciem wizualizuję. Podobno taka magia działa. Trzymam się myśli, że kiedy rodzina tak się kocha, mimo rozstania, los nie zmarnuje tego uczucia.


Ratunku! Mój facet się odchudza…

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 listopada 2015
Fot. iStock
Fot. iStock
 

Listopadowe zimno. Wystawiasz nogę spod kołdry i bosą stopą trafiasz na coś przeraźliwie metalowego i nieprzyjemnego w dotyku. Ostrożnie wyciągasz rękę i już wiesz: stało się! Nadchodzą ciężkie dni, a może nawet tygodnie?! Oto ten, z kim dzielisz sypialnię (nie, nie kot), postanowił rozpocząć żmudny proces odchudzania. Właśnie wczoraj dojrzał do tej decyzji. Tuż po kolacji pochłonął batonik mleczny waszego dziecka, stanął przed lustrem w łazience i zawył z rozpaczy. Nie szkodzi, że tłumaczyłaś mu od kilku miesięcy, że powinien bardziej zadbać o swoją kondycję i skończyć z tą zabójczą ilością deserów. No cóż, widocznie tu potrzebny był silny wstrząs. Teraz pozostaje ci tylko jedno: wziąć się w garść!

W twoim życiu nastąpią zmiany, do których trzeba będzie przywyknąć:

1. Dostaniesz nowe wytyczne dotyczące przygotowywania posiłków, ewentualnie zostaniesz zwolniona z obowiązku gotowania, bo „on to zrobi lepiej”

Nie panikuj, tak właściwie diety dla mężczyzn są o wiele mniej restrykcyjne niż te, przeznaczone dla kobiet. Matka natura i tym razem popełniła rażące zaniedbanie: mężczyźni generalnie chudną szybciej i łatwiej niż kobiety. Ale do rzeczy! Jak każdą większą akcję, również odchudzanie, faceci obwarowują zakupem wszystkich dostępnych poradników. Twój pewnie też przeczytał, że im większa jest masa mięśniowa, tym szybciej organizm spala kalorie, nawet podczas snu (cudowna sprawa!). Idealną dla mężczyzny jest dieta wysokobiałkowa. Na stół wjedzie  więc obowiązkowo chude mięso, drób, ryby, owoce morza, białka jajek i … jogurciki. No i jeszcze jedno: tobie też już teraz nie wolno. Czy ty nie masz serca?! W tej chwili odłóż serniczek. On potrzebuje MOTYWACJI, a ty tak bezlitośnie (a raczej bezczelnie) obnosisz się ze swoim deserem…

2. Nowe, niekoniecznie designerskie meble pojawią się w waszej sypialni

Takie, bardziej w stylu przemysłowym. No, ale jak ON już się do czegoś zabiera, to się zabiera porządnie. Rowerek, orbitrek, hantle… Oddychaj. To na pewno da się jakoś wykorzystać. Powieś ręcznik, doniczkę z kwiatami postaw. Czy coś…

Nie denerwuj się jeśli w nocy pędząc na łeb na szyję do pokoju dziecięcego poślizgniesz się na osieroconym ciężarku (ukochany, po skończonym treningu nie miał już siły odstawić go na miejsce). To jest sprzęt, który służy SŁUSZNEJ SPRAWIE. No już, nie rób tyle hałasu w łazience. Rozumiem, zdarłaś skórę na kolanie, ale dezynfekować można po cichu, bez szlochania. Wiesz, gdzie są plastry? No to już, cichutko wracaj do łóżka. On się teraz przecież musi porządnie wysypiać!

3. Kurier o różnych dziwnych porach („dzwoniłem przecież, że już jestem”) będzie ci przynosił białko i inne suplementy …

… które potem przez kilka lat (lub do następnego „zrywu”) będą zalegać w przedpokoju, czekając na TEN moment. Jak to po co to zamówił? A z czego ma tę masę mięśniową budować?! Ok, trochę już jej ma, tkanki tłuszczowej za to dopatrzysz się u niego mniej (jakieś 10-15% masy ciała) niż u siebie. Ale jego najczęstszy problem to nie wąskie ramiona, tylko mało dyskretny brzuch – to tę partię ciała powinien wyćwiczyć…

4. Nie obarczaj go pomocą przy dzieciach i bądź (jeszcze) bardziej wyrozumiała

Nie, nie możesz teraz liczyć na to, że On pójdzie dziećmi na rower. Czy wiesz jak wykańczające jest to poranne bieganie i siłownia? Bez wyrzutów proszę, twój mężczyzna ćwiczy, żeby być zdrowym i w dobrej kondycji! Mogłabyś to docenić, bo to przecież tak naprawdę dla ciebie. No i dla dzieci też. Za dwa tygodnie zebranie w szkole, to czyj ojciec zaprezentuje się najlepiej?! Tak na marginesie, marnie wyglądasz. Te spodnie były kiedyś bardziej obcisłe. Czy ty się przypadkiem nie schudłaś w ciągu tych kilku dni?

Nie przejmuj się. Minął już cały tydzień? To jeszcze tylko jeden. Góra dwa. Potem twój Misiaczek nabawi się jakiejś nieoczekiwanej kontuzji mięśnia, o którego istnieniu nie miałaś pojęcia (on też). Tego samego dnia odkryjesz, poupychane w szafkach puste papierki po czekoladkach. To będzie sygnał, że wszystko wraca do normy. Przynajmniej do następnego razu.


Zobacz także

“Metamorfozy według Ewy Chodakowskiej”

Regulamin konkursu “Metamorfozy według Ewy Chodakowskiej”

Cztery sposoby na infekcję intymną

Cztery sposoby na infekcję intymną

Fot.  Screen z Youtube  /

Pulsowanie w wykroku – sposób na jędrne pośladki