Kobieca intuicja – szósty zmysł czy prosty mechanizm psychologiczny?

Magdalena Jóźwik
24 listopada 2015
Kobieca intuicja - szósty zmysł czy prosty mechanizm psychologiczny?
Fot. iStock / knape

– Skąd wiedziałaś? – pytają koledzy, gdy po raz kolejny twój pomysł na rozwiązanie problemu w pracy okazuje się najtrafniejszy. – Kobieca intuicja – odpowiadasz, bo w rzeczywistości sama nie wiesz skąd przeczucie, by postąpić właśnie tak. Nie rozpisywałaś tabelki plusów i minusów każdej z możliwych opcji, nie rozważałaś setek proponowanych rozwiązań, po prostu podjęłaś szybką decyzję, która wydawała ci się słuszna. Zaufałaś swojej intuicji. I, jak zwykle, dobrze na tym wyszłaś.

Rozsądna podświadomość

Intuicja ostatnimi czasy zyskała złą sławę. W powszechnym mniemaniu przyjmuje się, że decyzje racjonalne, podejmowane po namyśle i skrupulatnie rozważone są najtrafniejsze. Okazuje się jednak, że w praktyce nie jest to wcale tak oczywiste. Kiedy musimy zdecydować, jaki kierunek studiów wybierzemy, jaką uczelnie, pracę czy nowe mieszkanie zazwyczaj angażujemy nasz umysł świadomy. Sprawdzamy różne opcje, kalkulujemy zyski i straty, a następnie dokonujemy wyboru tego, co dla nas obiektywnie najlepsze. Metoda ta bardzo dobrze się sprawdza, gdy musimy podjąć decyzję dużego kalibru, która ma niebagatelny wpływ na nasze dalsze losy. Na jakiej podstawie dokonujemy jednak osądów w sytuacjach codziennych? Gdy kupujemy nową sukienkę, albo musimy wybrać drogę dojazdu do pracy tak, by nie spóźnić się na spotkanie? Wówczas do głosu bardzo często dopuszczamy właśnie intuicję, czyli nieuświadomione procesy decyzyjne, które zachodzą w naszym mózgu.

Wbrew pozorom przeczucia, których doświadczamy, są nieświadomie podejmowanymi decyzjami. Różnica polega na tym, że umysł potrafi bez naszej wiedzy czerpać z poprzednich doświadczeń i wybierać rozwiązania najbardziej dla nas korzystne, a nawet przewidywać to, co może nam się przytrafić. W ten sposób, „przeczucie”, że w danym dniu spotka nas nieprzyjemna reprymenda ze strony szefa, może być w istocie kumulacją wiedzy o serii zdarzeń z przeszłości, które doprowadziły do otrzymania takiego komunikatu. Na poziomie świadomości wydaje nam się, że po prostu wyczuliśmy gorszy humor przełożonego, tymczasem prawda jest taka, że nasz umysł dokonał analizy wielu sytuacji wstecz i dał nam subtelnie znać, że wezwanie na dywanik do szefa jest nieuniknione.

Z problemem do łóżka

Z pewnością nie raz znalazłaś się w sytuacji, której rozwiązanie wydawało ci się niemożliwe. Zawiodło wszystko – chłodne kalkulacje jak i zazwyczaj bezkonkurencyjna intuicja. W takich chwilach z pomocą często przychodzą nam bliskie osoby. Ich rada niejednokrotnie brzmi: „prześpij się z tym”. Mogłoby wydawać się, że przesuwanie decyzji na kolejny dzień, to niepotrzebne odwlekanie tego co nieuniknione. Okazuje się jednak, że propozycja pójścia z problemem do łóżka ma więcej mądrości niż najlepiej skalkulowane rozwiązania. Dzieje się tak dlatego, że nasz mózg działa trochę jak komputer (choć w istocie jest od niego o wiele sprawniejszy). Wystarczy, że wprowadzimy do systemu zadanie, a odpowiednio skonstruowany program rozwiąże je bez naszego udziału. Umysł od samego momentu zetknięcia się z problemem rozpoczyna proces jego przetwarzania i podświadomej obróbki danych. Możemy zajmować się czymś zupełnie innym, a w naszej głowie nadal trwa ciężka praca nad wyzwaniem, z którym przyszło nam się zmierzyć.

To właśnie w ten sposób, podczas kąpieli, w głowie Archimedesa pojawiło się rozwiązanie problemu, nad którym pracował od wielu miesięcy – zrozumiał działanie siły wyporu i zachwycony nagłym olśnieniem wybiegł na ulicę krzycząc „Eureka!”. Taką eurekę mamy szansę przeżyć zwłaszcza po przebudzeniu, ponieważ podczas snu utrwalają się połączenia synaptyczne w mózgu, które powstały za dnia. Inaczej mówiąc nasz niezwykły umysł konsoliduje wiedzę, którą zdobyliśmy za dnia, porządkuje ją i rano daje nam klarowny obraz faktycznie posiadanych wiadomości. Przespanie się z problemem to często najlepszy sposób na znalezienie odpowiedzi na nurtujące nas pytania.

Mózg sprawniejszy niż komputer

Bez względu na to czy jesteś zwolenniczką zdroworozsądkowego czy intuicyjnego podejścia do życia, możesz wiele zyskać oddelegowując swojej podświadomości niektóre analizy pojawiających się problemów. Jeśli nie przekonuje cię wizja opierania decyzji na przeczuciu, spróbuj zauważyć, że twój umysł jest jak najsprawniej na świecie działający komputer. Możesz otworzyć jedno okno, powiedzmy Word-a i pisać artykuł, a w tym samym czasie w tle działa program antywirusowy, instalują się aktualizacje i pobierają nowe programy. Choć tak wiele procesów zachodzi jednocześnie, ty świadomie kontrolujesz tylko jeden, wspomnianego wcześniej Word-a. To samo potrafi twój mózg. Bez względu na to, czym zajmiesz się w danej chwili, on będzie nieustannie pracował nad rozwiązaniem wszystkich problemów z którymi się zetknęłaś, by pewnego dnia móc krzyknąć „Eureka!”.


Wielki balon oczekiwań

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
24 listopada 2015
Fot. iStock / PeopleImages
Fot. iStock / PeopleImages

Oczekiwania.  Wszyscy je mamy, a jakże! Oczekujemy od ludzi, od życia, oczekujemy nieustannie. Inni też oczekują. Od nas zwłaszcza, jak się okazuje. I też nieustannie, na nasze nieszczęście. Jest trochę tak, jakby całe życie na oczekiwaniach polegało. Jakby bez oczekiwań, nie dało się żyć. I poniekąd to prawda, bo żyjemy wśród ludzi, często dla ludzi, a nawet jeśli tylko dla siebie żyjemy to od siebie też… non stop oczekujemy.

Antycypacja, nadzieja, czekanie. Przypuszczenie, pragnienie, przewidywanie. Oto czym są oczekiwania. Mentalnym wybiegiem w przyszłość. Precyzyjnie utkaną, energetyczną wibracją, wiodącą wyimaginowany żywot w człowieczej głowie. Pryzmatem, przez który postrzegamy ludzi i zdarzenia. Narzędziem, które rzekomo pomaga nam żyć. I nic to nowego dla nas, ludzi XXI wieku. Tak przecież cała ludzkość żyje od zarania dziejów. Zorganizowana w gatunek wielu oczekiwań.

I niby czemu to ma być jakiś problem? Czyż Gotthold Lessing nie powiedział : „Oczekiwać przyjemności jest też przyjemnością”? No bo jest i nawet brzmi to całkiem rozsądnie. Do czasu kiedy Herman Hesse nie powie: „[…] zawsze oczekuję nadzwyczajności, spodziewam się nie wiedzieć czego; zaledwie kogoś poznam i znajdę go sympatycznym, już przypisuję mu wszystko, co najlepsze, ba – żądam tego, i jestem rozczarowany i zasmucony, gdy się to nie zgadza z rzeczywistością.”

Bo w rzeczy samej. Oczekiwania z reguły mają ten nadpozytywny wydźwięk. Kiedy w wyobraźni nieograniczonej widzimy wszystko piękniejszym, zachwycającym, pociągającym, satysfakcję gwarantującym.  Są jak te słodkie tęsknoty, owe małe marzenia. Pokładamy je w bliskich, bo chcemy zapewne by piękni byli. Na miarę marzeń, naszych marzeń rzecz jasna. Pokładamy je też w obcych, bo mamy standardy, których  byśmy sobie i u nich życzyli. Pokładamy je w życiu, bo przecież tyle nam się od życia należy!

Oto oczekiwania. Koncepty dokładnie przez ego przefiltrowane. Nic więc dziwnego, że potem jest huk, że świat się wali, kiedy pragnienie starannie wypielęgnowane rodzi się i nagle o zgrozo! …. nie jest już łabędziem.

Tak rozpoczyna się faza druga, ta faza w trakcie której oczekiwanie transformuje w rozczarowanie. Kolejny koncept człowiekowi właściwy, będący energetyczną wibracją zamieszkującą zakamarki tegoż samego umysłu. Pamiętajmy bowiem, że wszystko nadal dzieje się w głowie. Całe wielkie życie toczy się tam właśnie. Te wszystkie dramaty, pogmatwane historie, włosów rwanie na potęgę i rzeki, oceany łez wypłakanych. Wszystko w głowie. Z rozczarowania zrodzone i tak intensywne, że prawie namacalne. Zaczynamy wierzyć więc, że realne, że w świecie zewnętrznym, od głowy oderwanym istnieje, i że zamachem jest na nas i na nasze marzenia.

Kuriozalne to zjawisko. Z umysłu wylazło. Nie jest górą, która tkwi, nie jest kamieniem, drzewem czy ptakiem. Nie jest materią żadną. Ciała nie ma, krew w nim nie płynie, w fizycznym świecie nie istnieje, ale uderza z mocą meteorytu w centrum samej duszy. Tak właśnie żyje większość ludzkości. Na wiecznym roller-coasterze. Wznosi się w nadziei i opada w nieszczęście.

Wyolbrzymiam, rzecz jasna. Ale zabieg to celowy. Sama oczekiwań w życiu miałam wiele i równie wiele rozczarowań.  Dopóki nie dotarło do mnie, że to mechanizm jak każdy inny. Powiesz A, musi stać się B. Problem z oczekiwaniami polega na owej przyjemności, wzmocnionej ekscytującą niepewnością i uskrzydlającą nadzieją. To jest to, na co łapie się każdy z nas. Z reguły bowiem nie oczekujemy przecież rzeczy negatywnych, nieprzyjemnych, brzydkich i niechcianych. Oczekujemy dobroci wszelakiej, najczęściej wyolbrzymionej, wielkiej jak nadmuchany do białości balon. Huk! Bam! Trach! No i pękł. Już po balonie. W powietrzu unosi się dramat trójwymiarowy, a my lądujemy w krainie rozczarowań.

Tymczasem….

„Dzień zaczynam, jakbym nic od niego nie chciał, co przyniesie, to przyniesie”.[1]

Oto może i rozwiązanie. Proste, nieskomplikowane a przy tym wyposażone w zaskakującą moc. Moc jaką dają nieograniczone możliwości, biorące się z braku jakichkolwiek limitujących oczekiwań i nierealnych przekonań, że coś nam się należy, że ktoś coś jest nam winien, że córka powinna być sławnym chirurgiem, a syn samym prezydentem, mąż zaś z kolei winien czytać w moich myślach, podczas gdy szef już dawno winien był dać mi podwyżkę, a pies Burek nauczyłby się z toalety korzystać wreszcie, bo kolejny z nim spacer mnie wykończy jak nic. Obciążające, prawda? Aż boli, takie życie!

Tymczasem….

Kiedy człowiek podchodzi do sytuacji z sercem i umysłem szeroko otwartym wtedy cuda się dzieją największe. Wtedy właśnie człowiek dostaje. Od życia i od ludzi. Cały wachlarz podarunków. Kiedy człowiek nie filtruje obsesyjnie każdej sytuacji, nie naciska, nie wymusza, kiedy nie zakłada na oczy ograniczających widzenie klapek budzących w nim instynkt emocjonalnego szantażysty, wtedy widzi jakże więcej. I jeżeli życie mimo wszystko go rani, to jest w tym najczęściej jakiś głęboki sens. Lekcja na drodze duchowego rozwoju. Taka z serii tych, które przenoszą nas na wyższy poziom i dają życiową mądrość. Bezcenna znaczy się.

Zaczynajmy zatem dni bez oczekiwań. Wychodźmy z łóżka czujni i uważni, ale także nieuprzedzeni i bez nastawienia na to czy na owo. Pozwólmy dniu by sam się rozwinął, dajmy mu szansę na akt samonarodzin. Dajmy życiu żyć. Dajmy innym żyć. I nade wszystko podarujmy życie sobie. Niech się dla nas rozwija, niech dzieje się na naszych oczach, niech nas zaskoczy, zachwyci, odurzy. Wyzbądźmy się mózgodramatów, przewietrzmy umysły, wyrzućmy wszystko co nas ogranicza. A potem wchodźmy w życiowe sytuacje otwarci jak księga, gotowi na doświadczenie, na naukę, na rozwój. Niech samo życie kreuje dla nas los, bo nikt lepiej jak ono tego nie potrafi. Niech nam pokaże, którą drogą mamy iść i które wrota mamy pchnąć by znaleźć odpowiedzi. Życie jest bowiem najlepszym rzeźbiarzem, a człowiek inspirującym je kamieniem. I jeśli w upartym przeświadczeniu, że wiemy lepiej, nie pozwolimy życiu tchnąć w nas Życie, to jako ten kamien będziemy tkwić.


[1] Wiesław Myśliwski „Traktat o łuskaniu fasoli”


Jeśli masz problem – rozwiąż go. Nasza akcja tydzień trzeci, dzień #1

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
24 listopada 2015
Fot. iStock / knape
Fot. iStock / knape

Przyjemność na dziś – mały krok w kierunku rozwoju. Załóżmy, że coś ci w twoim życiu przeszkadza, uwiera, nie pozwala być szczęśliwą. Chciałabyś o tym z kimś porozmawiać (np. ze specjalistą), ale z różnych powodów tego nie robisz. Bo pieniądze, bo brak czasu, bo odkładasz „na jutro” ( czyli na „nigdy”), bo do końca nie chcesz się konfrontować z tym, co się dzieje.

Poświęć dziś sobie choć pięć minut. Napisz na kartce jaki jest twój największy życiowy problem. Kiepska relacja z partnerem, dzieckiem, rodzicami, samotność? Brak awansu w pracy, choć jesteś w niej już długo? Brak dobrej pracy. Zapisz tylko jedną, najważniejszą– twoim zdaniem rzecz.

A potem pomyśl, kto mógłby pomóc ci choć trochę ten problem pokonać. To może być psycholog, psychoterapeuta, dietetyk, mediator, doradca zawodowy, ale też koleżanka czy przyjaciółka, która ma podobne doświadczenia. Nie mów, że przecież to wiesz i że „jutro” coś z tym zrobisz. Zadzwoń teraz i się umów na spotkanie. Jedno spotkanie, jedna rozmowa nie zrobi rewolucji, ale będzie będzie super pierwszym krokiem do zmiany. Dziś. Nie jutro.

Trzymamy kciuki.


Akcja „Bądź dobra dla… siebie”

Dołącz do nas i codziennie zrób coś dobrego dla siebie! To może być drobiazg albo marzenie życia. Godzinna w domowej wannie, 5 minut na wypicie kawy bez pośpiechu, czy zapisanie się na siłownię, a może kupno książki dla siebie na wieczór? To zależy tylko od ciebie.

ZASADY:

  1. Redakcja Oh!me codziennie opublikuje wpis pod hasłem akcji „Bądź dobra dla… siebie”.
  2. Aby wziąć udział w akcji, należy w komentarzu do wpisu opublikowanego na stronie ohme.pl dodać odpowiedź na zadanie konkursowe: „Co dobrego dziś dla siebie zrobiłaś?”
  3. Wśród osób, które będą regularnie zamieszczały komentarze z odpowiedziami, wybierzemy odpowiedzi, które najbardziej się spodobają się Jury i nagrodzimy je!
  4. Akcja będzie odbywała się w cyklach tygodniowych (Drugi trzeci: 24-30.11.2015). Po każdym zakończonym tygodniu, Jury wybierze Laureatki.
  5. Jedna osoba może wygrać jedną nagrodę.
  6. Nagrody – tydzień trzeci:
    2 x  Sesja coachingowa ze specjalistką – Karoliną Cwaliną – przeczytaj więcej na Sexy zaczyna się w głowie.

Każdego dnia należy umieszczać komentarze pod aktualnym wpisem – nie przegap naszej zabawy i śledź nas na Facebooku. Zacznij już dzisiaj i napisz w komentarzu do tego tekstu – co dobrego zrobiłaś dziś dla siebie.

Tydzień trzeci- zobacz wszystkie zadania


Zobacz także

Ratunku, mój związek przeżywa kryzys i nie wiem dlaczego. 7 pytań, które warto sobie zadać w razie związkowej „awarii”

Ratunku, mój związek przeżywa kryzys i nie wiem dlaczego. 7 pytań, które warto sobie zadać w razie związkowej „awarii”

„Nie rozumiesz, że cię kocham i chcę mieć ciebie tylko dla siebie?”. Życie z zazdrością

„Nie rozumiesz, że cię kocham i chcę mieć ciebie tylko dla siebie?”. Życie z zazdrością

Nigdy nie jest za późno by zacząć żyć. Ale jak zostawić kogoś, kto tak kocha i potrzebuje?