Emocjonalne nowotwory. Czy też jesteś zawieszony w drodze donikąd?

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
21 stycznia 2018
Fot. iStock / miljko
 

Bywa, że w naszych ciałach gromadzą się toksyny. Cera szarzeje, dopada nas bezsenność, żołądek odmawia posłuszeństwa. Leczymy, zwalniamy, głaszczemy nasze umęczone ciała. A co, gdy to nie ciało jest zatrute? Emocjonalny detoks – kto dziś ma czas na takie głupoty? A jednak trudne dla nas emocje zatruwają tak samo – i ciało i umysł. Tak samo męczą, odbierają energię i sen, zawieszają się  nas po cichutku i rosną w siłę. Tak wielu z nas nosi w sobie emocjonalne nowotwory.

Tykające bomby, które znacznie trudniej nazwać, zdiagnozować, a wreszcie wyleczyć. Nie wykryje ich badanie krwi i rutynowe USG. Często sami udajemy przed sobą, że to nie guzy rosną na naszych duszach, tylko dzień był wyjątkowo kiepski. Chorujące ciało wzbudza w nas ogromny lęk przed śmiercią i cierpieniem, to najczęściej motywuje nas do zmian i kontroli. Chorująca dusza, to wciąż przykry skutek uboczny zwykłego życia. Tak to sobie tłumaczymy i… nie robimy nic…

Nie. – krótkie, zwięzłe „nie”, zanim jeszcze skończyłam zadawać pytanie.

– Czy zwróciłaś kiedyś uwagę na to, że każde zdanie zaczynasz od nie? – zapytałam ostatnio moją bliską znajomą. – Zobacz, przecież to, co właśnie mi powiedziałaś, wcale nie wymagało użycia przeczenia, to nawet trochę bez sensu, nie uważasz? – dodałam. Nie chciałam być złośliwa, zwyczajnie ciut zirytowało mnie zaprzeczanie „z zasady”, bo strasznie utrudniało nam rozmawianie, choćby o pogodzie.

– Nie… (konsternacja, cisza, oddech). A wiesz, że chyba coś w tym jest. Dziwne w sumie. Jakaś ostatnio jestem nie w formie – dodała.

„Nie-forma” okazała się dość przewlekła. Nie tak od razu, dopiero po chwili zastanowienia. Analizujemy i odkrywamy, że „nie” zaczęło zjadać ją nawet podczas radości.

– Lubisz ciastka? – „NIE, lubię tylko czekoladowe” – no to lubisz, kurka wodna!

– Wychodzimy o 16-tej? – „NIE, musimy wyjść wcześniej, żeby zdążyć”. – No tak, o 16-tej powinno być OK, to pół godziny wcześniej. -„NIE no tak”. – Nawet nie wiadomo kiedy i gdzie, „NIE” wlazło do jej życia i zaczęło krzyczeć, gryźć i niepostrzeżenie zamieniać absolutnie wszystko w negatywny komunikat, nawet te cholerne ciastka.

Oj sporo mamy w swoich życiach takich ukrytych bomb. Każdy swoją, każdy z innego powodu i w innym celu. Więc zanim pewnego dnia poczujemy, że nie możemy już nic, tylko usiąść i płakać, dajmy sobie prawo do chorowania na zmęczoną duszę. A gdy tylko sami przed sobą przyznamy, że bywa i tak, że bywa po prostu źle – będziemy mogli się tą duszą zająć. Zrobić sobie emocjonalny detoks i spróbować znów CZUĆ się zdrowo.

10 znaków, że twoja dusza potrzebuje detoksu. Zaopiekuj się nią

Instynktownie szukasz „złych” wiadomości

„Nędza kocha towarzystwo” – słyszeliście kiedyś to powiedzenie? Włączasz telewizor, komputer i zaczynasz poszukiwać nieszczęśliwych wiadomości… Jeśli wiesz i czujesz, że po przejrzeniu takich wiadomości, ucieknie z ciebie połowa energii i sens życia – nie rób tego! Pora przerwać zamknięte koło. Nie dokładaj sobie na głowę więcej niż możesz unieść. Bywa, że czyjeś towarzystwo działa na nas jak kamień u szyi topielca, ciągnie nas na dno, pogrąża w negatywnych myślach.

Nie jesteś uważny, gdy mówisz

Zwracasz uwagę na to, co i  jaki sposób komunikujesz? Czy do twojego życia nie wkradło się owo „nie”, a może wszechobecny sarkazm? Czy dbasz o to, by nie ranić, czy lekceważyć swojego rozmówcy? Zaobserwuj siebie samego – jeśli pochłaniają cię negatywne emocje, trudno jest to dostrzec.

Czujesz obojętność

Trudno ci znaleźć w życiu miejsce na odczuwanie – złego i dobrego. Masz wrażenie, że wszystko, co odbierasz jest neutralne, „odrętwiałe”.

Drażni cię cudza radość

Fajnie, że ktoś ma powód do radości, ale ty naprawdę nie masz ani siły, ani ochoty tego w kółko wysłuchiwać. Ileż można się cieszyć z tego, że akurat dziś nie pada. Albo, że kanapka była dobra? Cóż, niektórzy to chyba  ogóle nie maja zmartwień, prawda?

A czy życie szczęśliwe nie składa się właśnie z takich małych radości? Umiejętności docenienia tego, co mamy tu i teraz? Spróbuj choć raz też tak przeżywać najmniejsze pozytywne emocje.

Cieszą cię cudze niepowodzenia

Wiem, to brzmi okropnie. Jak można cieszyć się z cudzego nieszczęścia. A jednak potrafimy to sobie tak doskonale zmiękczyć…

  • złego spotkała kara
  • dobrze, że to nie mi się zdarzyło
  • należało mu się, bo…

Masz wrażenie, że ludzie się od ciebie odsuwają

Tak to działa, jeśli zalewają nas negatywne emocje, bardzo szybko zaczynają się przelewać i obarczać innych. Ludzie instynktownie od nich uciekają.

Źle sypiasz

Nie wiesz właściwie dlaczego tak się dzieje. Myślisz, że jesteś przemęczony, zestresowany. Po urlopie na pewno wszystko się zmieni – ale się nie zmienia, albo wraca do ciebie jak bumerang. Brzmi znajomo?

Czujesz się ofiarą

Oddalasz od siebie odpowiedzialność za własne życie i wybory. Czekasz aż zdarzy się to „coś”, co wszystko odmieni. Byłoby przecież zupełnie inaczej, gdyby…

  • gdyby nie ON(a)
  • gdyby nie pech
  • gdyby pogoda była inna
  • gdybyś był(a) chudszy(a), wyższy(a), pracował(a) w innym miejscu, kraju…

… gdyby, gdyby, gdyby… a gdyby tak wziąć wszystko w swoje ręce? Z dobrym i złym, ale po swojemu. Czy paraliżuje cię taka możliwość?

Jesteś znudzony

Czasem cyniczny. Tyle już wiesz, znasz, że chyba nie warto nawet zachwycać się na zapas i próbować. Bo przecież, co by się nie zdarzyło, życie to nie bajka.

Nie odbieraj sobie nadziei, wpuść ją z powrotem do swojego życia.

Nie potrafisz/nie chcesz mierzyć się z „duchowością”

To nie musi być religia, ale chociażby chwila ciszy i samotności. Czas na przemyślenie sobie kilku spraw, rozmowę czy medytację. Uciekasz od tego, wypełniasz zadaniami każdy ułamek swojego czasu – żeby tylko nie myśleć.

Emocjonalne nowotwory rosną  w nas każdego dnia. Jedne zwalczamy, zanim staną się „wykrywalne”, inne, zostawione bez kontroli, zamieniają się bestie. Najgroźniejsza z nich, śmiertelnie niebezpieczna to… depresja.


Na podstawie: powerofpositivity


Jak chronić skórę przed smogiem – rozmowa z dr Moniką Bujanowską – ekspertem marki Mincer Pharma

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
22 stycznia 2018
Fot. iStock/Voyagerix
 

Sucha, szorstka i podrażniona skóra to problem wielu z nas. Szczególnie zimą, gdy na dworze panuje mróz, a w powietrzu unosi się smog. Zanieczyszczone powietrze ma wyjątkowo niekorzystny wpływ nie tylko na nasze płuca, ale także na skórę, która każdego dnia wystawiona jest na działanie szkodliwych substancji. Dr Monika Bujanowska – ekspert marki Mincer Pharma – wyjaśnia, co dzieje się z naszą cerą w okresie jesienno-zimowym i jak możemy ją chronić przed szkodliwym działaniem smogu.

Ewelina Celejewska: Specjaliści ostrzegają, że wdychanie zanieczyszczonego powietrza ma bardzo niekorzystny wpływ na zdrowie. Mowa przede wszystkim o chorobach układu oddechowego. A co smog robi z naszą skórą?

Dr Monika Bujanowska: Cząsteczki zanieczyszczeń po prostu przyklejają się do skóry i powodują, że ona nie funkcjonuje prawidłowo, nie regeneruje się i nie złuszcza się tak, jak powinna. Jeżeli my odpowiednio nie zabezpieczymy skóry i na koniec dnia nie oczyścimy prawidłowo, będziemy mieć te wszystkie zanieczyszczenia przyklejone do skóry. Nie widać ich gołym okiem, ale on są i szkodzą.

Jak szybko widać zmiany na skórze?

Wszystko jest kwestią indywidualną. Zależy od tego, w jakim jesteśmy wieku i jaka jest kondyncja naszej skóry. Nie bez znaczenia jest także to, jaką mamy cerę. Jeżeli ktoś ma suchą i wrażliwą skórę, to już po jednym dniu odczuje nieprzyjemne skutki działania smogu.

Co powinno nas zaniepokoić?

Gdy skóra zrobi się sucha i podrażniona. Może się wydawać, że to zaczerwienienie jest wynikiem alergii, ale tak właśnie nasza cera reaguje na kontakt z zanieczyszczeniami. Do tego dochodzi jeszcze szorstkość, spowodowana podrażnieniem. Mogą pojawić się wypryski. Smog składa się z wielu niebezpiecznych cząsteczek przeróżnych substancji drażniących, na przykład: węglowodorów aromatycznych, substancji smolistych.

To można zobaczyć w lustrze. A co dzieje się głęboko w skórze?

Dochodzi do nasilonego stresu oksydacyjnego, więc skóra nie regeneruje się prawidłowo. Zaburzeniu ulega zatem naturalny proces wzrostu nowych komórek skóry. W efekcie skóra szybciej się starzeje, jest szara i ziemista, a my wyglądamy na zmęczone. Im jest ktoś bardziej wrażliwy na działanie niekorzystnych czynników zewnętrznych, tym objawy będą bardziej nasilone. Jeśli ktoś ma tłustą cerę, tak szybko nie zobaczy tych zmian, ale to nie oznacza, smog nie wpływa na kondycję jego skóry. To wszystko wyjdzie po kilku tygodniach, miesiącach lub latach.

Jeżeli nie będziemy chronić skóry przed smogiem, jakie skutki czekają nas w dalszej perspektywie?

Wszyscy już wiemy, że promienie UV szkodzą skórze i coraz chętniej sięgamy po kremy ochronne i kosmetyki z filtrem przeciwsłonecznym. Smog działa na skórę podobnie jak promienie słoneczne, choć nie aż tak intensywnie, ponieważ nie powoduje tak szybkiego rozpadu włókien elastyny, ale niewątpliwie stres oksydacyjny, wywołany kontaktem ze smogiem, zaburza procesy regeneracyjne i znacznie przyspiesza procesy starzenia się skóry.

Nasz codzienny makijaż może pełnić taką funkcję ochronną?

Dobrze zrobiony makijaż, z wykorzystaniem kosmetyków z filtrem, może stanowić pewną ochronę przed czynnikami zewnętrznymi, ale wszystko zależy od tego, w jaki sposób później go zmywamy. Jeżeli nie oczyścimy skóry bardzo dokładnie, a jedynie nieumiejętnie rozmażemy makijaż, zanieczyszczenia i tak będą miały kontakt ze skórą. Makijaż to jedno, ale i tak nie możemy zapomnieć o tym, by przygotować oczyszczoną skórę do nałożenia make-upu.  Teraz zimą, gdy powietrze jest wyjątkowo zanieczyszczone, powinnyśmy zacząć od nałożenia serum ze składnikami wytwarzającymi na skórze tarczę ochronną przed szkodliwymi czynnikami. W następnej kolejności nakładamy krem nawilżający lub natłuszczający, który będzie uzupełniał płaszcz hydrolipidowy i tworzył barierę ochronną na skórze. Idealnie, aby ten krem posiadał filtr przeciwsłoneczny, SPF 20 wystarczy w mieście.

A co z demakijażem?

To bardzo ważny etap. Większość z nas stosuje zwykłe płyny micelarne. Przemywamy nimi skórę, często byle jak, a tak naprawdę najlepiej byłoby, gdybyśmy oczyszczały skórę wieloetapowo, jak Azjatki. Musi chyba jednak minąć jeszcze trochę czasu, zanim zrozumiemy, jak istotne jest oczyszczanie skóry. Etapy, których absolutnie nie możemy pominąć, to: zmywanie makijażu, przemywanie twarzy odpowiednio dobranym preparatem przy użyciu szczoteczki i tonizowanie. Do codziennego mycia mogę szczerze polecić carbo-gel oczyszczający marki Mincer z serii Oxygen Detox z węglem i ziemią okrzemkową, ponieważ bardzo dobrze oczyszcza skórę i usuwa cząsteczki zanieczyszczeń. Niemalże przyciąga je do siebie jak magnes.

Oczyściliśmy skórę. Co dalej?

Teraz czas na kosmetyk, które będzie odżywiał, regenerował i jednocześnie naprawiał ewentualne szkody, wywołane działaniem smogu. Tego typu kosmetyki do stosowania na noc zwiększają oddychanie komórkowe, stymulują odnowę komórkową, minimalizują działanie wolnych rodników i redukują podrażnienia, które już się pojawiły.

Jak Pani ocenia, czy świadomość szkodliwego działania smogu na skórę rośnie wśród kobiet?

Niestety nie. Choć bardzo dużo mówi się o tym, jak smog wpływa na zdrowie człowieka, wciąż obawiamy się przede wszystkich chorób układu oddechowego. Na szczęście coraz więcej mówi się o tym, co zanieczyszczone powietrze robi z naszą skórą. Mamy też na rynku produkty, które odpowiadają na nasze potrzeby i działają jak tarcza antysmogowa.


 

Artykuł powstał we współpracy z marką Mincer


„Kiedy w końcu ogarnęłam się w tym swoim trudnym macierzyństwie, to pierwsza myśl była taka, żeby inne kobiety nie musiały przeżywać tego, co ja”

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
21 stycznia 2018
Fot. iStock / Saso Novoselic

W noc po rozmowie z Agatą-doulą, przyśnił mi się mój poród.

Ja rodziłam ale też mnie rodzono. To był ciężki poród. Odarty z intymności. Byłam bardzo daleko od swojego ciała. Wczesna lata siedemdziesiąte. Migające światło jarzeniówki i blade lamperie na ścianach. Ból. Zimne i ostre narzędzia.  Obudziłam się nagle cała zlana potem. (Bo jest we mnie mała dziewczynka urodzona w taki właśnie sposób. Dla kobiet w mojej rodzinie poród był traumą. Takie to były czasy.)

Wiele lat potem urodziłam dwoje dzieci i noszę w sobie obraz tego czasu jako najszczęśliwszego w moim życiu.

Kiedyś wydawała mi się, że poród dotyczy tylko dzieci, które przychodzą wtedy na świat, ale po latach zrozumiałam, że dotyczy też nas kobiet. I może być źródłem naszej siły.

– Bycie mamą pochłonęło mnie bez reszty. Macierzyństwo pokazało mi drogę, której wcześniej nie widziałam i nie miałam pojęcia, że chcę się na nią wspinać. To mój życiowy projekt. – mówi Agata na samym początku naszej rozmowy.

Agata-doula. Mama Janka i Jagienki. Doula z zamiłowania i z zawodu. Zaczynamy więc tę nasza rozmowę od początku. Czyli od porodu.

– Początek mojego macierzyństwa był bardzo trudny.  Nie od razu zakochałam się w swoim synu i nie było porywającej fali miłości.

– Teraz jak na to patrzę, to widzę, że ten mój pierwszy poród nie poszedł po prostu  tak jak chciałam. Hmm a może nie do końca się do niego przygotowałam? Owszem, przeczytałam kilka książek ale czy to wystarczy? (zastanawiamy się obie)

– Same złe wspomnienia w głowie, tak? – dopytuję.

– No wiesz, bo zaczęło się od tego, że lekarz anastezjolog prychał, że jestem za gruba (rzeczywiście niezły początek – myślę sobie).

– Ale najgorsze było to, że nie miałam przy sobie Janka przez te pierwsze i bardzo ważne kilkanaście godzin.  Ciało nie miało okazji zadziałać tak, jak powinno,  nie wytworzyła się od razu więź, bo na to trzeba więcej czasu. Dotyku. Bycia razem.

– A kiedy w końcu mi tego Janka przywieźli – kontynuuje Agata –  to zobaczyłam jego krzywe nogi (Janek urodził się z chorobą Stopy Końsko-Szpotawe), a ja wpadłam w panikę. Bo skąd niby miałam wiedzieć co robić?

Agata opowiada o tym czasie spokojnym i mocnym głosem. Nie słychać w nim żalu i roztkliwiania się nad sytuacją.

– Przyjechała do mnie moja przyjaciółka. Pełna euforii. Patrzy na Janka, który leży obok w tym szpitalnym łóżeczku-mydelniczce, potem zerka na mnie i pyta: co Ty nie bierzesz go na ręce? A ja sobie myślę – no przewijam, próbuję karmić, ale nie czuję tego co wszyscy nazywali szumnie miłością od pierwszego wejrzenia.

(A ja myślę sobie po cichutku, że wiele kobiet pewnie czuje się na początku podobnie…)

– A co z tą magiczną więzią? Działa? – pytam przekornie.

I wtedy Agata spokojnie wyjaśnia mi czym jest więź. I jak bardzo ważny jest pierwszy kontakt. I że wszyscy jesteśmy noszakami (uśmiecham się do tego słowa). Bo jesteśmy stworzeni tak, żeby nie rozstawać się z ciałem matki przez pierwsze miesiące swojego życia. Pierwszy kontakt nie ze szpitalną wagą czy narzędziami, ale z ciepłym i znajomym ciałem matki!

Więź. Ludziom wydaje się, że w tym słowie tkwi jakaś magia. A to czysta biologia przecież jest.

A potem przyszły zmagania z chorobą Janka…

Od początku widać było, że z nóżkami Janka jest jakiś problem.

Agata opowiada o jeżdżeniu z małym Jankiem po całej Polsce. O bezradności lekarzy.  Złych diagnozach. Zbieraniu pieniędzy na leczenie w Wiedniu i potem żmudnych operacjach i różnych bolesnych zabiegach.

– Kiedyś myślałam, że można pewne rzeczy zrozumieć nie mając doświadczenia, ale dopiero kiedy zachorowało moje dziecko dotarło do mnie, że to jest szczególna sytuacja. Wyobraź sobie, że musisz swojemu dziecko codziennie założyć cholernie niewygodne ortopedyczne obuwie lecznicze. Jesteś matką, zakładasz mu te buty, on ma już trzy i pół roku i  prosi cię – „mamusiu nie zakładaj mi tych butów” (Agata ma łzy w oczach).

–  On tego nie ogarnia, że jak będzie miał 16 lat to będzie miał proste stopy. Ty wiesz, po co to robisz. Ale on przecież nie wie…– dodaje Agata.

Agata opowiada mi jak Janek się kiedyś ich zapytał, dlaczego oni – rodzice nie kochają jego krzywych nóżek. Jak tu odpowiedzieć na tak postawione pytanie?

Kocham Cię synku najbardziej na świecie i każdy milimetr Twojego ciała kocham równie mocno!

Bycie mamą otworzyło mi głowę…

– Kiedy w końcu ogarnęłam się w tym swoim trudnym macierzyństwie, to pierwsza myśl była taka, żeby inne kobiety nie musiały przeżywać tego, co ja – mówi stanowczym głosem Agata.

I ja też pomyślałam o młodych mamach pozamykanych z malutkimi dziećmi w tych swoich M3 albo nawet w wypasionych willach, ale spędzających całe dnie samotnie. I że tak bardzo brakuje kobietom bycia razem. Towarzyszenia. Nie oceniania. Dawania wsparcia sobie wzajemnie.

– A może poszłabym na jakieś szkolenie albo kurs, żeby dowiedzieć  się czegoś więcej i móc się tym dzielić?  Tak wtedy pomyślałam – opowiada Agata.

– Bo doulowanie to właśnie takie towarzyszenie jest, wiedziałaś o tym? – pyta mnie Agata (tak naprawdę to mało do tej pory wiedziałam o doulowaniu…).

– Położna puszcza w końcu rękę rodzącej kobiety, ale doula jest cały czas obok. Dyskretnie, ale jest. To głos, który pokazuje różne drogi, ale nie ocenia wyborów – wyjaśnia Agata.

– Ale zdarza się, że para klientka-doula się nie uda? – dopytuję się .

– Pewnie, że tak! Dlatego trzeba się najpierw poznać. Być blisko. Bo to jest przecież szczególna relacja –  odpowiada Agata.

A mnie interesują początki. Bo w moich czasach,  kiedy staraliśmy się o dziecko nikt nie słyszał o doulowaniu. Agata opowiada więc, jak dawno temu, jeszcze w czasach licealnych przeczytała w Wysokich Obcasach artykuł o douli.

– Wow! Jaka ciekawa rzecz, pomyślałam sobie – mówi Agata.

Na świecie to wcale nie był nowy temat. Bo jak się ogląda jakieś stare ryciny to widać dwie kobiety przy rodzącej. Położna i ktoś jeszcze, kto daje bezwarunkowe wsparcie.  Ach, bo poród to przecież mocna kobieca energia, której mężczyźni nie powinni zaburzać (teraz już trochę wiem na temat doulowania).

– Czy ty wiesz Kasia, że kiedyś mężczyźni-lekarze czekali za drzwiami podczas porodów? – pyta mnie z uśmiechem Agata.

– Agato, Ty masz wielką robotę do zrobienia. Uświadamiać i iść z tym w świat  – wyrywa mi się.

– Ale ja tego tak nie traktuję. Myślę o tym bardziej jednostkowo. Dam wsparcie kobietom, które będą go potrzebowały – spokojnie tłumaczy mi Agata (i właśnie ten jej spokój w połączeniu z mocnym i stanowczym głosem sprawia, że ufam w to co mówi.)

I autentyczność Agaty wynikająca z tego, że szczerze opowiada o swoich przeżyciach.

– Bo wiesz, wszystko po kolei mi nie wychodziło. Tak wtedy myślałam. Poród. Dziecko. A potem jeszcze karmienie piersią. Karmienie, bo ma duży biust i płaskie brodawki. W szpitalu nie dostałam żadnego wsparcia, ale pomogła mi przyjaciółka, która była certyfikowanym doradcą laktacyjnym. Kiedy wyszłam ze szpitala to ona od razu przyjechała do mnie.  A ja zaparłam się choć bliska mi osoba powiedziała, że nie wierzyła, że mi się uda – opowiada Agata.

–  Miałam świadomość, co daje mleko mamy i jakim cudem jest karmienie piersią – kontynuuje.

– Kasia, a czy Ty wiesz, że karmienie piersią jest też zdrowe dla matki, bo na przykład zmniejsza ryzyko raka sutka?  (nie widziałam)

Agata po urodzeniu Janka skończyła kurs promotorki karmienia piersią.

Moja siła jest w moich słabościach…

I kiedy wydawało się, ze wszystko w życiu Agaty zaczyna się powoli normować, to okazało się, że jest w kolejnej ciąży.

– To było dla mnie koszmarnie trudne – mówi szczerze Agata – poczułam się jakby ktoś zabrał odrobinę mnie (ach, te stereotypy – drugi pasek na teście ciążowym a my powinnyśmy od razu  czuć wielką i niczym niezmąconą radość – myślę sobie).

–  Byłam potwornie zmęczona. Trudny początek macierzyństwa z Jankiem. Walka o karmienie piersią. Leczenie Janka. Zbliżał się jego roczek a tu nowa ciąża.

Ale  to właśnie  narodziny córki – Jagienki uświadomiły Agacie, że siła jest w jej słabościach. I że pomimo koszmarnego zmęczenia fizycznego, nawrotu choroby Janka, co tygodniowych wyjazdów do Wiednia na leczenie, walki o utrzymanie w tych trudnych warunkach karmienia piersią –  to jednak Agata daje radę.

– Dlaczego tak rzadko my – kobiety mówimy sobie: jesteś zajebista, dałaś radę?

– Bo ja teraz to mówię sobie – śmieje się Agata – i Tobie to mówię, napisz o tym (o tak! śmiejemy się już teraz obie).

– Zresztą siłę dają mi też moje klientki doulowe – kontynuuje Agata – wzmacniają mnie, to jest energia w dwie strony, taka energia przepływająca.  Pomyśl tylko – byłaś przy tym kiedy ona się stawała mamą – to jest niesamowicie ważne!

Agata opowiada o swojej pierwszej klientce Gosi i o tym jak jechały razem do szpitala.

– Byłam spokojna i czułam, że jestem odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu.

A potem przy porodzie, jak rodziła się Gaja to razem z Agatą płakała też położna (położna Kasia zapewnia, że to normalne – matki nie płaczą, ale położne i osoby towarzyszące często.)

Siła kobiet i feminizm

Wysłuchiwanie  i obserwowanie kobiecych historii uświadomiło Agacie, że kobiety nie czują się umocowane w swoim ciele i w swojej cielesności.  Kobiety po różnych przejściach, które chciałyby urodzić kolejne dziecko naturalnie mówią: lekarz mi pozwolił albo lekarz mi nie pozwolił.  (Agata jest mocno zaangażowana w projekt Naturalnie po Cesarce).

– To jest tarcie na płaszczyźnie natury i zaufania sobie – tłumaczy Agata

– Mogę rodzić. Lekarz mi pozwolił. Jak to Ci pozwolił? – denerwuje się Agata –  To nie Ty decydujesz o tym jak chcesz urodzić swoje dziecko? W domu? W wannie? Ze swoim partnerem czy bez?

Jak to się dzieje, że większość kobiet oddaje decyzyjność w tak ważnej sprawie w ręce mężczyznom-lekarzom? – zastanawiamy się obie.

A poród to jest przecież kobieca energia. Od tego zaczęłyśmy naszą rozmowę, a teraz zastanawiamy się skąd zatem taka dominacja mężczyzn w świecie okołoporodowym.

Agata opowiada mi  o tym, jak usłyszała historię o rozwarciu: położna po badaniu stwierdziła, że pacjentka ma 7 cm rozwarcia, ale kiedy przyszedł lekarz to okazało się, że rozwarcie jest na 4 cm i ten ostatni pomiar został  wpisywany do karty.

– A może ta różnica w rozwarciu u kobiety była kwestią stresu związanego z badaniem przez osobę, której nie ufała i której sie bała? – zastanawiamy się obie.

Agata wspominając drugi poród  ze świetną położną Katarzyną opowiada o tym, że też nie obeszło się bez zgrzytów:

– Bo wiesz, wyobraź sobie: jestem w swoim świecie, akcja porodowa w pełni, 7-8 cm rozwarcia i nagle przychodzi lekarz, który żąda ode mnie odpowiedzi na różne, ważne (ale dla niego) pytania. A ja nie chciałam teraz odpowiadać, więc zachowałam się bardzo niemerytorycznie i pokazałam mu fucka. Niewerbalnie, ale stanowczo zadecydowałam o sobie.

(Cała Agata – myślę sobie.)

Siła bliskich mi kobiet

Agata doświadczyła życia w wielopokoleniowym domu. Domu kobiet. Mama, babcia i prababcia, która zmarła niedawno w wieku 104 lat.

– Wychowywaliśmy się wszyscy w jednym domu.  Dlatego mam wpojony szacunek do starszych osób i to żeby się trzymać się zawsze razem.

Agata wspomina zloty czarownic u nich w domu, czyli spontaniczne posiadówki u babci. I opowiada o niezwykłej  siostrzanej  więzi pomiędzy jej mamą a ciocią.

– Jak myślę o sile kobiet to myślę też o sile wynikającej z bycia razem. Tak jak moja mama i jej siostra, czyli moja ciocia. Mają siebie i chociaż są tak różne to jednak zawsze sobie pomagają.

Bo to jest rodzaj rodzinnego kręgu kobiet, z którego czasem się wychodzi ale zawsze się do niego wraca.

Agata opowiada, że mama i ciotka bardzo silnie związane są ze swoją matką. Babcia Agaty była księgową, po wojnie robiła maturę, uczyła się po nocach w łazience (mieszkały w pokoju z kuchnią wiec nie chciała przeszkadzać reszcie rodziny). Wszystko oczywiście ogarniała. Ich dzieciństwo było bardzo wesołe, pełne wybryków. Agata opowiada, jak mama i ciocia zaprosiły do siebie do domu kilkanaście dzieciaków z podwórka  i urządziły konkurs skoków z szafy na łóżko. A ja widzę w uśmiechu Agaty  zawadiackość i sama się uśmiecham do tych jej rodzinnych kobiecych opowieści.

Siła Agaty tkwi jest w jej słabościach, więc cały czas trzeba coś z tymi słabościami robić. Działać. Nie podawać się. Rodzice Agaty byli taternikami jaskiniowymi. Jej mąż też jest związany z górami, jest wspinaczem i górskim biegaczem. Agata w młodości również się wspinała i na pewno do tego wróci. Ale teraz jest mamą, która chce pomagać innym kobietom. Bo bycie mamą to mozolna wspinaczka, a właśnie z potknięć i kryzysów rodzi się siła do zmiany. Agata dobrze to rozumie.

„Bycie w naturze, wyjazdy w skałki, proste biwakowe życie wspinaczy nauczyło mnie czerpać radość taką zwyczajna, codzienną. Z dobrej kawy pitej w zimny poranek na plecaku pod skałami, z promieni słońca, które ogrzewają zmarznięte po nocy w namiocie ciało. Góry dają mi poczucie spokoju, wolności, harmonię i odpoczynek. Tam czerpię, żeby potem rozdawać J Kiedy tylko możemy całą rodziną uciekamy do naszego górskiego domu wybudowanego przez tatę. Kiedy to piszę siedzę właśnie w jego salonie i zerkam na zaśnieżony horyzont. Czasem chciałabym stąd nie wracać, bo tu nie dosięgają mnie żadne życiowe zakręty, ale po kilku dniach ładowania baterii przypominam sobie gdzie prowadzi moja droga i wracam do kobiet, które czekają na wsparcie. Istotne wydaje mi się jednak być to, że moja siła płynie właśnie stąd. I z miłości.

Jestem doulą, właśnie dlatego, że ciągle mam w sercu tą wolność i siłę górskich kobiet.”

Katarzyna Szota-EksnerKatarzyna  Szota – Eksner prowadzi szkołę jogi Yogasana, współtworzy Sunday is Monday oraz gliwicki Klub Książki Kobiecej. Jak Polska długa i szeroka namawia kobiety do szukania (mimo wszystko!) siły w sobie. Dziewczyna ze Śląska, wegetarianka, felietonistka i feministka.


Zobacz także

Czy introwertycy i ekstrawertycy wydają pieniądze inaczej. W której sytuacji ty jesteś?

Hej, nie musisz wszystkich lubić, naprawdę. Jak sobie radzić z ludźmi, których nie darzymy sympatią?

Hej, nie musisz wszystkich lubić, naprawdę. Jak sobie radzić z ludźmi, których nie darzymy sympatią?

5 rzeczy, które dzieją się, gdy spotykasz swoją drugą połówkę

6 pytań, na które warto sobie odpowiedzieć, zanim powiesz „kocham cię”