Często mówimy, że one są daleko od domu po to, żeby do tego domu mogły wrócić

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
8 czerwca 2016
Fot. iStock / Todor Tsvetkov
Fot. iStock / Todor Tsvetkov
 

– Nie wiem, gdzie bym była, gdybym tutaj nie trafiła – mówi Karolina. Kiedy miała dziewięć lat, jej mam zginęła w wypadku. Ojciec ją bił, a ona sama, kiedy odważyła się o tym powiedzieć, trafiła do domu dziecka. – Piłam. Nie chodziłam do szkoły. Uciekałam z placówki. Miałam problemy z prawem. Znajomi byli dla mnie najważniejsi.

Rodzice Oli się rozwiedli. Kiedy jej brat miał rok, mama musiała iść do pracy. Wcześniej żyli jak pączek w maśle dzięki pomocy zamożnych dziadków. Wszystko jednak się skończyło. Ola jako 11-latka wstawała rano, zajmowała się bratem, zaprowadzała do babci i sama szła do szkoły. – Ojciec zdradzał matkę. Była załamana. Czasami nie mieliśmy w ogóle pieniądze. Dziewczyna zaczęła ćpać. Przestała chodzić do szkoły.

Ogromna brama. Otwarta. To pierwsze zaskoczenie, bo przygotowałam się na domofon, pana, który przyjdzie sprawdzić mi dokumenty i dopiero wpuści do środka. Tymczasem miejsce swoją otwartością zaprasza. Piękny park, stare drzewa. A między nimi trochę schowany Młodzieżowy Ośrodek Socjoterapii dla dziewcząt. – Nigdy nam nie zależało na izolowaniu dziewczyn. One tu przychodzą i muszą wiedzieć, że tu nikt ich siłą trzymać nie będzie. Żebyśmy mogli im pomóc, one muszą najpierw zrozumieć, że nikt im źle nie życzy, nikt nie chce zrobić im na złość. I że nie są tutaj za karę – mówi dyrektor ośrodka Sławomir Milczarek.

Wiele lat temu była tu szkoła dla niemieckich dziewczyn, bo ten obszar Polski przed wojną należał do Niemiec. Wieś Biała, koło Piły. W starym pałacu teraz już zamkniętym na cztery spusty, rozsypującym się, nadal w piwnicach znajdują się kuchenne urządzenia dawnej szkoły.

Trochę jakby czas zatoczył koło. Wtedy uczyły się tu dziewczęta i teraz również. Tyle, że obecnie nikt nie trafia tu dobrowolnie. 84 wychowanki ośrodka znalazły się w tym miejscu w wyniku orzeczenia poradni pedagogiczno-psychologicznej i na wniosek ich rodziców lub opiekunów prawnych.

Każda z tych dziewczyn to inna historia. Każda niesie inny bagaż. Są te z tak zwanych „normalnych” domów, nawet z rodzin nauczycielskich. Ale są też dziewczyny z rodzin głęboko dysfunkcyjnych, z placówek opiekuńczo-wychowawczych.

Tak zwane „trudne”. Bo nie chodziły do szkoły, bo piły, bo ćpały, bo nie mają żadnych autorytetów, bo z nikim się nie liczą, bo rodziców mają za nic, bo wpadły w złe towarzystwo, nierzadko mają problem z prawem.

„Trudne”, bo nikt nie miał już pomysłu, jak sobie z nimi radzić. – Mamy dziewczynę, którą odrzuciły cztery rodziny zastępcze. Dla innej nasz ośrodek to ósma placówka, do której została skierowana – mówi terapeuta uzależnień pracująca w ośrodku Anna Sawicka.

Typowa szkoła. Niczym nie różni się od wielu innych. Na wejściu fotografia Ireny Sendlerowej – patronki szkoły. Jednak jej słowa w tym miejscu nabierają wyjątkowego znaczenia: „Każdy może się zmienić. Każdy może okazać odwagę. Moc jednej osoby może zmienić świat. Nie ma sytuacji bez wyjścia”.

A te dziewczyny myślały, że wyjścia nie ma. – Jestem tu od września, a dopiero dwa miesiące temu zrozumiałam wszystko. Dotarło do mnie, ile moja mam wycierpiała, jaką jest dzielną kobietą, ile ja jej przykrości sprawiłam… – mówi Ola, chciałaby iść do technikum leśnego, ale w jej okolicy nie ma. Będzie się uczyć na fryzjerkę, jak już wyjdzie z ośrodka.

– Oni w nas tutaj wierzą. Pokazują nam, że wszystko zależy od nas samych. Że my same mamy wpływ na nasze życie i na to jak nim pokierujemy. Przecież, gdyby nie to miejsce, nawet szkoły bym nie skończyła. Nie wiem, co by ze mną było. A tak? Mogę iść do liceum policyjnego. Chcę odciąć się od starego towarzystwa, zacząć swoje życie od nowa i pomagać innym, tak jak tutaj mi pomogli – tłumaczy Karolina.

Ola dodaje: – Ale trzeba chcieć. Są dziewczyny, które nie chcą się zmieniać, które to miejsce traktują jak karę, jak przymus. Ale kiedy zrozumiesz, że tu nikt nie chce dla ciebie źle, że każdy chce ci pomóc, pokazać, że masz prawo wyboru, że to ty masz prawo decydowania o sobie, bo jeśli nie zadecydujesz, zrobią to za ciebie inni, a to już może ci się nie spodobać – dodaje Ola.

Mają po 17 lat. Za chwilę kończą gimnazjum i opuszczą ośrodek. Ola: – Tak bardzo się boję. Tutaj jesteśmy bezpieczne, zawsze mamy z kim porozmawiać. A tam? Boję się, że nie dam sobie rady…

Akcja ciąża

Ośrodek istnieje od pięciu lat. Zespół nauczycieli, wychowawców, terapeutów liczy ponad 30 osób. Co roku zostaje powołana grupa, który sprawdza losy absolwentek ośrodka. Po co? Mają wyłapać, w jakim obszarze mają braki, gdzie położyć większy nacisk w pracy z dziewczynami. – Nasze wychowanki po opuszczeniu ośrodka w 80% realizowały swoje edukacyjne założenia. Problemem, który wyłapaliśmy na samym początku, stawała się ciąża. Uczyły się, zachodziły w ciążę i wszystko brało w łeb. Do szkoły najczęściej nie wracały – tłumaczy dyrektor MOS. Szukając rozwiązania tego problemu, ośrodek nawiązał współpracę z warszawską fundacją „Po drugie”, dzięki czemu w szkole znalazły się lalki imitujące zachowanie niemowląt. Na przerwie można zobaczyć dziewczyny ze swoimi „dziećmi”. Ośrodek współpracuje z trzcianeckim szpitalem, dzięki czemu prowadzone są zajęcia z pielęgnacji niemowlęcia – nauka kąpania, przewijania, zajmowania się nim. – Ośrodek mieści się na terenie małej wsi. Chcąc uniknąć nieprzyjemnych dla dziewczyn sytuacji, w końcu one z wózkami po wsi chodziły, poszedłem do miejscowego proboszcza. Na niedzielnej mszy mogłem mieszkańcom Białej wytłumaczyć, skąd nagle u nas wzięło się tyle „dzieci” i poprosić o wyrozumiałość. Eksperyment spotkał się z pełną akceptacją miejscowego społeczeństwa. A te nasze dziewczyny uczą się, jak to jest być mamą. I proszę sobie wyobrazić, jak są trzy dziewczyny w pokoju, każda ma swoje „niemowlę” i wszystkie trzy zaczynają płakać w nocy… – opowiada dyrektor Milczarek.

Dyroskrzynka

Dyrektor: – Dla nas najważniejsze jest na początku znalezienie problemu, z którym dziewczyna do nas trafia. Musimy wiedzieć, co się takiego stało, że ona u nas jest. Do każdej podchodzimy indywidualnie, zresztą inaczej się nie da. Chyba inaczej nie umiemy – śmieje się.

Ania, terapeutka: – Każda przychodzi z czymś na plecach. A my musimy zobaczyć, co ona tam niesie. Czy jest to problem rodziny alkoholowej, wysoko dysfunkcyjnej, placówki opiekuńczo-wychowawczej, w której się znalazła, a może gdzieś posypało się w relacjach rodzinnych, może tych relacji nigdy nie było.

Dziewczyny się buntują, jasne, że tak. To ich prawo. – Wolimy jak się buntują i wrzucają  z siebie wszystkie bóle, lęki, żale i pretensje. Niż jak milczą, bo wtedy są jak bomba z opóźnionym zapłonem, którą możemy przeładować – tłumaczy dyrektor.

Każda z dziewczyn, która pojawia się w ośrodku po raz pierwszy, siada naprzeciwko dyrektora. Z każdą z nich prowadzi rozmowę. Mówi, jakie są zasady, daje do podpisania regulamin.

On sam codziennie na długiej przerwie o 10:05 wychodzi na korytarz, by wychowanki mogły do niego podejść, porozmawiać. Na ścianie, gdzie nie sięga kamera, w miejscu, którego nie obejmuje monitoring wisi tak zwana „dyroskrzynka”, do której każda z dziewczyn może wrzucić swoje żale. – Ale nie są to tylko donosy. Zdarza się, że dostaję list, że ta i ta dziewczyna ma urodziny i żeby coś jej zorganizować. Proszę zobaczyć, są listy podpisane. Chociaż nie muszą tego robić.

Czy dyrektor ma dzieci? –  Tak, córkę. Tu w ośrodku mam 84 córki i 85-tą w domu…

Rodzina

– Wie Pani, my jesteśmy jak rodzina – mówi Ola, wychowanka. – Wiele z nas nie ma tak bliskich relacji w domu, jak ma tutaj.

Hanna Sotek, socjoterapeutka pracująca w ośrodku: – Bywa, że dziewczyny nie chcą jechać do domu na święta, bo tam nie ma żadnej relacji, żadnej więzi – tu czują się lepiej. Bo nagle okazuje się, że podczas Wigilii w domu nie siadają wspólnie przy stole. Każdy jest w swoim pokoju, a mama tylko donosi potrawy wigilijne.

Ania, terapeutka: – Czemu dziewczyny tu trafiają? Przyczyny są różne. Nie radzą sobie z problemami rodzinnymi. Nie radzą sobie same ze sobą, Coraz trudniej jest im żyć z tym, co cywilizacja przynosi. Wydaje mi się, że nie mają umiejętności, które pozwolą im dobrze żyć. Czegoś im brakuje, potrzebują czegoś, czego dom nie może im dać. I czasami wystarczy korekta. Często mówimy, że one są daleko od domu po to, żeby do tego domu mogły wrócić.

To nie są złe dziewczyny, one nie są trudne. One są pogubione w tym, co wokół się dzieje, co dzieje się z nimi samymi. Ta ich trudność to też „przywilej” wieku. Ta trudność to często brak kompetencji rodziców. – Problemem naszych dziewczyn są rodzice – albo ich brak, albo brak wsparcia z ich strony. My to widzimy – gdyby rodzic wcześniej zareagował, zauważył problem, to te dziewczyny by do nas nie trafiły.

Podczas pierwszej wywiadówki w ośrodku, pięć lat temu, to dyrektor ze swoim zespołem jedli wystawione na spotkanie paluszki. Nie było żadnego z rodziców. – Są rodzice, którzy zostawiają swoje dzieci z ulgą, że pozbywają się problemu. Ale są tacy, którzy płaczą – mówi Hania, socjoterapeutka.

Warunkiem zostawienia dziewczyny w ośrodku są co dwutygodniowe wizyty w domu.

Urlopowanie

Dziewczyny dwa razy w miesiącu muszą weekend spędzić w domu. To dla nich jak egzamin. Każda dostaje zeszyt wymiany informacji, w którym wspólnie z rodzicami, czy opiekunami zapisuje, co podczas tego wolnego czasu robili. – Zdarza się, ze dziewczyna u nas w ośrodku jest idealna, że można by było myśleć: „po co ona u nas jest?”. Ale kiedy wychodzi, wszystko pęka i wtedy widzimy, gdzie co szwankuje, wiemy nad czym musimy pracować – tłumaczy dyrektor. Dziennik informacji to też sprawdzian dla rodziców, którzy nie potrafią przebywać ze swoim dzieckiem, nie potrafią spędzić z nią czasu. – Czasami trzeba im taki weekend zaplanować, kiedy widzimy, że tam nie ma żadnej relacji. Piszemy: do południa idziecie razem na zakupy, robicie wspólnie obiad… Takie rzeczy musimy zaszczepić.

Dzisiaj podkreślają, że najważniejsza jest współpraca z rodzicami, że gdyby nie rodzice, nie ich chęć pomocy swoim córkom, to oni w ośrodku byliby jedynie nadzorcami. Wiele się zmieniło. Teraz wywiadówki organizowane są z okazji różnych szkolnych uroczystości, trzeba dostawiać krzesła. – Kiedy słyszę: „Proszę pani, ja mówię do tej mojej mamy, a ona mnie nie rozumie”, zastanawiam się z kim powinniśmy pracować z tymi dziewczynami czy z ich rodzicami – mówi socjoterapeutka.

Bezpieczeństwo

Zaczynają od buntu.

– Chodź usiądź.

– Nie.

– Pożegnaj się z rodzicami.

– Nie.

– Wyciągnij kolczyk.

– Nie.

W ośrodku to „nie” jest wyzwaniem, bo je trzeba zamienić na końcu na „tak”. Ta praca to orka. Na jedno malutkie szczęście składa się  30 niepowodzeń. Dyrektor: – To jest praca na niepowodzeniu i na problemie, w tym wszystkim trzeba wyłuskiwać dobre rzeczy. Trzeba szukać pozytywów, czegoś, co tę dziewczynę zainteresuje, za co można ją złapać, wyciągnąć, pociągnąć za sobą. Kiedy dostaję CV w sprawie pracy, wie pani na co patrzę? Na ostatnią stronę , na zainteresowania, bo wtedy wiem, czy ten człowiek będzie mógł coś tym dziewczynom dać oprócz rozmowy, oprócz zastosowania wyuczonych metod resocjalizacyjnych.

Co jest najważniejsze? Bezpieczeństwo.

Dziewczyny zamykane są w ramy. Zostają przywożone do ośrodka i zostają na coś przygotowane. Na pewne zasady, na regulamin i na konsekwencje swojego postępowania. Bo tu nikt nie mówi o karaniu. Tu mówi się o przywilejach i konsekwencjach.

– Wie pani, tu jest bezpiecznie. Tu wiemy, co nas czeka, czego możemy się spodziewać – mówi Karolina. – Tu nic nie jest zamiatane pod dywan. Każda, nawet najtrudniejsza sytuacja jest głośno omawiana, możemy rozmawiać o wszystkim, nikt nas nie lekceważy, nikt nie mówi: „później”, „nie teraz”, „nieważne, daj spokój”, „nie interesuj się”.

Hania, socjoterapeutka: – One tutaj nauczyły się jednej ważnej rzeczy. Nauczyły się prosić o pomoc. O co proszą? O rozmowę. One chcą po prostu porozmawiać. Chcą się wygadać. Tylko i aż tyle…

I poczucie sprawczości. Bo to nie jest tak, że nagle wsadzane są w jakieś tryby, w których muszą funkcjonować. Dyrektor: – Zawsze powtarzam: „Nie podoba ci się? Świetnie, zmień to”. Jest samorząd uczniowski, można złożyć wniosek, można przedstawić swoje propozycje zmian. Uczymy dziewczyny, że one mają realny wpływ na to, co się w ośrodku dzieje, mając nadzieję, że będą o tym pamiętać w samodzielnym życiu.

Tutaj wszystko jest terapią

Myślisz: „ośrodek dla dziewczyn”, widzisz: wyzywająco ubrane młode dziewczyny, z papierosem w zębach, z flaszką schowaną pod poduszką. Które tylko myślą, jak się wyrwać, jak uciec i się zabawić. A to zagubione dzieci, kompletnie pogubione. Które nagle muszą zmierzyć się same ze sobą ze swoim życiem, ze swoimi problemami. Muszą dokonać bardzo głębokiego wglądu w siebie. Robią coś, na co rzadko któremu dorosłemu starcza odwagi i siły.

Dorośli, którzy im towarzyszą w tym miejscu muszą być wyjątkowi. Dyrektor powtarza, że ten kto nie kocha tej pracy, długo tu nie wytrzyma. Terapeutka Ania dodaje, że ich wychowanki od razu wyczują, że ktoś ich jest tu przez przypadek…

Ania: – Kiedy one zaczynają tu czuć się dobrze, zaczynają coś ze sobą robić.

Wszyscy zgodnie powtarzają za dyrektorem, że to nie jest szkoła izolująca, to szkoła elitarna. Bo w której szkole uczy się dzieci wyrażania swoich uczuć, nazywania emocji, bycia asertywnym, rozwiązywania konfliktów bez przemocy.

Z dziewczynami pracują w 12-osobowych grupach. Mają grupy wsparcia. Codziennie pod koniec dnia omawiają z wychowankami wszystkie problemy, które nie zostały przedyskutowane czy rozwiązane w ciągu dnia. – W zwykłej szkole nauczyciele wychodzą po 15:00, a my właśnie wtedy zaczynamy swoją pracę – mówi dyrektor, który faktycznie nawet w piątek późnym popołudniem odbiera telefon. Gdy mu o tym przypominam, śmieje się: – E to nic takiego, w sobotę o czwartej rano zadzwoniła kiedyś matka jednej z dziewczyn, że jej córkę boli brzuch i co ona ma zrobić.

Nie zawsze jest kolorowo. Są dziewczyny, które przez pół roku (a są takie, które przez cały pobyt) myślą o tym, jak się wydostać z ośrodka, nie chcą zauważyć swojego problemu i nad nim popracować. Karolina z ośrodka uciekała trzy razy. Ostatni to był dla jej przyjaciółki. – Dużo czasu zmarnowałam… Ale dziś jestem w końcu kimś innym. Mój tata podjął terapię, zmienił się, znowu jestem z nim. Przygarnął mojego brata. Już tak nie chcę, nie chcę jak ci moi znajomi, dla których uciekałam. Teraz to wszystko widzę.

Elitarna szkoła

Ania, terapeutka: – Co jest najtrudniejsze? Ta praca wymaga przede wszystkim pracy nad sobą i własnej dojrzałości emocjonalnej. Są rzeczy, których nie jesteśmy w stanie przeskoczyć. Najtrudniejsza jest ta bezsilność i bezradność. Mamy dziewczyny z rodzin alkoholowych. Jedyne co możemy im dać, to pokazać, że są też inne dzieci, że każdy z nas ma rodzinę. A jaką? Nieważne, ważne, że jakąś. Najgorsze, że czasami nie jesteśmy w stanie pomóc, one muszą same wiele rzeczy zrozumieć, a nie wszystkie są na to gotowe. Czasami dziewczyny chcą się spotkać ze swoimi biologicznymi matkami, bo chcą się pogodzić z tym, że ich matka pije. My im powtarzamy, że mama je kocha, kocha tak jak potrafi, ale nie umie niektórych rzeczy jako matka zrealizować.

Hania, socjoterapeutka: – One znają mechanizmy, rozumieją, że to co się dzieje w ich rodzinie, czy to, co ich spotkało nie oznacza, że ich życie też ma tak wyglądać, że mają powielić błędy swoich rodziców. Wręcz przeciwnie.

W ośrodku jest wychowanka, która czeka do 18-tego roku życia, żeby móc odnaleźć swoją biologiczną matkę. Jej tata o tym wie i to akceptuje…

Dziewczyny żyją obok siebie 24 godziny na dobę. Mają niezwykłą umiejętność uczenia się na cudzych błędach. Widzą, kto za co jakie ponosi konsekwencje i decydują czy chcą w to wchodzić. Uważnie słuchają, wiedzą, że niektórzy mają gorzej, ale są też ci, którzy mają lepiej. Masz wybór. Albo naprawisz to, co masz, albo dalej będziesz w tym tkwić. Same dla siebie też są wsparciem.

Siedzą przede mną dwie piękne i młode dziewczyny. Które tak bardzo się boją. Boją się, że za kilkanaście dni opuszczą mury ośrodka już na zawsze. Boją się, że życie ich złamie, że nie podołają. Rozmawiamy o tym, że tutaj poczuły się pewnie, zobaczyły na co je stać. – Jestem ambitna, szybko się uczę – mówi Ola. Za chwilę wrzucone zostaną w paszczę codzienności. Z plecakiem wypełnionym po brzegi wszystkim tym, czego o sobie się w ośrodku dowiedziały, co przepracowały… Jeszcze w siebie nie wierzą do końca, ale jakoś trudno nie uwierzyć, że dadzą sobie radę.

Zaczepia mnie jeszcze przed wyjściem wychowawczyni Karoliny. – Wie pani, czego tak naprawdę tym dziewczynom potrzeba? Tylko miłości i zainteresowania… I aż.


Oczy mam mokre ze wzruszenia. Tak wiele emocji wypełnia me serce. Akcja „List do dziecka”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
8 czerwca 2016
Fotomontaż istock / Pixabay CC0
Fotomontaż istock / Pixabay CC0
 

Kochany synku,

zaczynam pisać list. Oczy mam mokre ze wzruszenia. Tak wiele emocji wypełnia me serce… Jest pierwsza w nocy – Ty już dawno śpisz, Twój Tata niedługo wróci z pracy, a dla mnie dzień nadal trwa. Nie potrafię jeszcze zasnąć. Chcę się z Tobą czymś podzielić… Nie wiem czy będę w stanie ubrać w słowa to co czuję, nie wiem czy będzie to napisane poprawną polszczyzną i logiczne. Nie wiem wielu rzeczy. I pewnie za 5, 10 czy 20 lat nadal nie będę wiedziała. Chcę jednak, abyś wiedział i spróbował poczuć to co ja teraz czuję…

Od zawsze chcieliśmy mieć dzieci – nie wyobrażaliśmy sobie życia tylko we dwoje. Gdy już dojrzeliśmy do tego, aby być rodzicami – los spłatał nam figla. Musieliśmy długo o Ciebie walczyć – nawet w trakcie porodu… Jesteś z nami  już 10 miesięcy, a wszystko jest nadal żywe, nadal budzi emocje… Nie mogliśmy się Ciebie doczekać i oto wtargnąłeś w nasze życie. Życie poukładane, idealne, ze spontanicznymi wyjazdami czy imprezami, odsypianiem do późnych godzin popołudniowych, wypełnione pracą zawodową i aktywnością fizyczną… Twoje pojawienie się na świecie zniszczyło to życie. Skończyło się coś, bo coś innego musiało się zacząć. I było to najlepsze co nas mogło spotkać. Wypełniłeś nasz „sterylny” dom bałaganem, chaosem, płaczem i śmiechem, radością jakiej w nim nigdy nie było. Sprawiłeś, że już nie ma „spontanu” – że teraz wszystko trzeba planować z wyprzedzeniem, każde dłuższe wyjście  z domu to istne wyzwanie logistyczne.

Nie ma celebrowania posiłków – często jemy w biegu a Ty nam wyjadasz co lepsze kąski z talerza. Nagle okazało się, że można spać po 4 godziny dziennie, a samo Twoje spojrzenie wyzwala nieziemskie pokłady energii i leczy zmęczenie. Każdy Twój głośniejszy oddech budzi nas ze snu, wstajemy po dziesięć razy – mimo iż śpisz – żeby poprawić Tobie kołderkę, pogłaskać po głowie gdy męczy zły sen czy po prostu dac buziaka… Często jestem bardzo zmęczona – wychowywanie Ciebie i cała ta opieka nad Tobą, do tego dom, obowiązki wobec bliskich – to wszystko bardzo obciąża mój organizm. Nie dojadam, nie dosypiam, idąc na zakupy zamiast kupić sobie spodnie, bo stare już z tyłka zjeżdżają wracam z całą siatką rzeczy dla Ciebie… Czasem gdy bardzo marudzisz i płaczesz bez powodu mam ochotę wyjść – po prostu zamknąć drzwi i uciec od tego. Też bym chciała żeby ktoś się o mnie tak troszczył jak mi źle jak o Ciebie. Ale przecież nie będę symulować ataku histerii, żeby mnie ktoś przytulił 😉 Tak – zdarzają mi się chwile słabości – kto ich w życiu nie ma? Jesteśmy tylko ludźmi. Ale staram się jak mogę, abyś czuł się szczęśliwy i bezpieczny. Wszystko robię z myślą o Tobie. I tak już pozostanie… Mężczyzna może odejść… Mogę być żoną, rozwódką, wdową czy kochanką – ten „status” może się w moim życiu zmieniac wiele razy – mimo iż bym tego nie chciała. Ale matką bedę zawsze – to się nie zmieni. I jest to mój powód do dumy – Ty jesteś moją dumą. Jesteś częścią mnie – mam wrażenie, że tą lepszą. Czasem wydaje mi się nawet, że mogłabym się jeszcze bardziej starać, że może nie do końca jestem dobrą matką… Mimo iż robię wszystko najlepiej jak potrafię…
Po co to wszystko piszę? Bo czas szybko mija. Za jakiś czas mogę tego nie pamiętać – przy Tobie szybko się zapomina o chwilach słabości i pamięta się tylko dobre rzeczy i emocje. Chcę być dla Ciebie dobrą matką i prowadzić Ciebie mądrze przez życie. Mówi się, że rodzic musi nauczyć dziecko wszystkiego. Czasem mam wrażenie, że to Ty nas uczysz, że jesteś mądrzejszy od nas – bo masz w sobie tą dziecięcą ufność wobec świata i radość z rzeczy, na które my w ogóle nie zwracamy uwagi. Dziękuję Bogu każdego dnia za to, że jesteś i proszę go, aby otaczał nas opieką. Zdaję sobie sprawę z tego, że będziesz rosł, się zmieniał, poznawał nowych ludzi, tworzył swój własny światopogląd. Czasem będziesz narzekał na mnie czy moje decyzje. Też narzekałam na to, jak traktują mnie moi rodzice. I to zdanie – „ja w Twoim wieku”… Doprowadzało mnie do szału. Piszę ten list w momencie, gdy nie masz nawet roczku – a wybiegam daleko w przyszłość. Matka nie oszalała – tylko by bardzo chciała, abyś wiedział o tym wszystkim. O tym, że nie zawsze było łatwo, ale zawsze Ty byłeś i będziesz najważniejszy. Chcę, abyś zawsze czuł naszą miłość, abyś zawsze potrafił z nami rozmawiać i zachował to pogodne pełne ufności spojrzenie. Nie oceniaj nas, nie oceniaj naszych decyzji – wszystko robimy z miłości do Ciebie. Bycie rodzicem to najtrudniejsza rola w życiu. Uczymy się jej aż do samego końca. A i tak nie zawsze wiemy czy wszystko dobrze zrobiliśmy. Mam tylko nadzieję, że uda się nam tak Cię wychować i zbudowac taką relację jaka my mamy ze swoimi rodzicami. Kochamy Cię synku – od momentu gdy dowiedzieliśmy się o Twoim istnieniu i już kochać nie przestaniemy. Pamiętaj o tym zawsze…

Kocham Cię.

Mama


„Kochana córeczko, najdroższy synku, chcę ci powiedzieć, że…”.
„List do dziecka” – nasza nowa akcja na Dzień Dziecka z super nagrodami

AKCJA DD BANER DO LISTOW

Co trzeba zrobić?

„Napisz list do swojego dziecka (dzieci) i prześlij go do nas. To może być podziękowanie, dobra rada, a może powiedzenie tego, co nie przechodzi przez gardło ze wzruszenia w ważnych dla was momentach. Wszystko co tylko chcesz i czujesz. Miłość rodzica bywa trudna, a rodzicielstwo to jedno z najbardziej bogatych (i w upadki i wzloty) doświadczeń w życiu. To może być list „na tu i teraz” lub taki, który chciał(a)byś, żeby twoje dziecko przeczytało w przyszłości. Czasem taki list do bliskiej osoby pomoże nie tylko jej, ale też tobie.Wszystkie listy opublikujemy. Wybrane nagrodzimy!”. ♥WEŹ UDZIAŁ W ZABAWIE TUTAJ ♥

Zobacz wszystkie listy biorące udział w akcji


Witaj, nazywam się strach i od dziś będę rządził twoim życiem, skoro mi na to pozwalasz

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
8 czerwca 2016
Fot. iStock/Elisabetta Stoinich
Fot. iStock/Elisabetta Stoinich

Zaciska mi żołądek i obezwładnia myśli. To stan blisko paraliżowi. Kiedy drętwieją mi ręce, a nogi odmawiają posłuszeństwa. To stan na granicy. Tak. Granica to dobre określenie. Stan na granicy zachowania rozsądku a szaleństwa. Stan, w którym najbardziej skrajne emocje chcą się we mnie rozgościć. A ja zupełnie nie wiem, co z nimi począć.

Zamieszkał we mnie. A przecież go nie zapraszałam. Rozgościł się szukając dla siebie najwygodniejszego miejsca. Zaczaił się, jak do polowania. Ale najpierw uśpił moją czujność. Uśmiechałam się, szłam do przodu, osiągałam cele i nagle poczułam ukłucie. To on gdzieś ze środka dawał mi znak: halo, jestem. Ukłucie. A przecież ja nie lubię się bać. Nie oglądam nawet horrorów czy thrillerów, bo strach, to emocja, której nie chcę w sobie pielęgnować. Nie chcę dać jej wyjść na zewnątrz, nie chcę pozwolić, by uświadomił sobie, jaką może mieć nade mną moc.

Bo strach paraliżuje, zamyka i ogranicza. Strach sprawia, że już nic nie możemy, bo to on przejmuje nad nami kontrolę. To on zawłaszcza sobie prawo do decydowania w naszym imieniu. Jakby to było jego życie.

Więc nie, nie chciałam dać mu prawa do mojego życia. Nie chciałam mu pozwolić na to, by czuł się świetnie w nieswojej skórze. Bezwładna masa, bez kształtu, bez empatii. Egoistyczna. Bo myśli tylko i wyłącznie o sobie, o tym, że musi się karmić mną. Moim lękiem, moją bezsilnością i bezradnością. I moimi myślami.

Nie chciałam się bać. Strach to ta emocja, o której nie chciałam wiedzieć, której nie chciałam poznać. „Niemal wszystko zło na świecie ma źródło w tym, że ktoś się czegoś boi”*, więc ja postanowiłam się nie bać.

Widziałam, jak boją się inni, jak zamykają się na siebie ze strachu. Jak lęk ogranicza ich działania, niweczy wszystko co potrafili osiągnąć, tylko dlatego,  że w pewnym momencie pozwolili, by strach kompletnie nimi zawładnął. A on tak lubi. Czeka na swoją okazję. Im bardziej atrakcyjny kąsek, tym dłużej czeka. Dozuje lęki. Takie niby nic. Nazywa to analizą, refleksją, daniem sobie czasu. O tak, bo strach kocha czas. Im dłużej może się w nim poprzeciągać, tym dla niego lepiej. Jest łowcą wytrawnym. On nigdy nie atakuje znienacka, nigdy nagle i tylko na chwilę. On sobie przygotowuje pole do żerowania na długi czas. Obezwładnia krok po kroku, centymetr ciała po centymetrze. Zaciska pętlę na żołądku. Najpierw niepostrzeżenie budzisz się z dziwnym niepokojem. Kompletnie tobie nieznanym.

Ten niepokój wybija cię z codziennego rytmu, starsza się go ignorować nazywasz wytworem wyobraźni, czasami próbujesz sobie przypomnieć sen, który mógł taki stan wywołać. „A to nic takiego”, myślisz, choć trudno ci o tym zapomnieć.

Uciekam przed strachem, najszybciej jak potrafię. Nie chcę, by dotknął mnie swoimi lepiącymi mackami, by mnie zatrzymał, postawił twardą granicę mojego działania. Założył kaganiec na moje myśli.

Boisz się czasem? Boisz się tego, że nic nie jesteś warta? Że to co robisz jest kompletnie pozbawione sensu? Boisz się, że niczego nie osiągniesz, do niczego nie dojdziesz. I boisz się spojrzeć w przeszłość, by nie zobaczyć setki zmarnowanych szans? Boisz się zawalczyć o siebie o marzenia. Nie tu już nawet się nie boisz, tu już nie widzisz sensu, bo jaki to ma sens?

Budzisz się rano z zaciśnięta na żołądku pętlą. Twoje ciało cię boli, ze strachu, który w nim się rozgościł. Nie zawsze to widzisz. Szukasz przyczyny. I pozwalasz mu się karmić brakiem swoich decyzji, wahaniem i podważaniem tego, co sama chcesz zrobić.

A przecież miało być inaczej. Miałaś śmiało iść do przodu z podniesioną głową. Nie zwracać uwagi na drobne niepowodzenia, miałaś wyciągać lekcje z porażek i nie dać się złamać opiniom innych.

Zakpiłaś ze strachu, a on tego bardzo nie lubi. On potrzebuje szacunku, potrzebuje uwagi. On chce być ważny. Najważniejszy. Pozwoliłaś mu na to. Pozwoliłaś, by to on przejął twoje stery. By to on wyznaczał ci drogę, na której masz stać, i tę z której masz zawrócić.

Rośnie w siłę jak potwór, wtedy już trudno go okiełznać. Ale może jeszcze masz szansę, może stoisz przed wyborem: on czy ja, komu pozwolisz kolejny raz zadecydować, czyje szczęście jest dla ciebie ważniejsze – jego, czy twoje własne. Czyją wygodę stawiasz na piedestale – swoją, czy tego lęku, który chce decydować, w którym miejscu twojego życia cię zatrzymać i uczynić sfrustrowaną i nieszczęśliwą.

Strach jest wtedy silny, gdy się go boimy. Gdy wierzymy, że tylko on jest w stanie utrzymać nas w stanie względnego spokoju. Ale ten spokój jest pozorny, bezpieczny na tę chwilę.

Pomyśl, gdzie będziesz za rok? Dwa lata? Będziesz nadal stała przed tą furtką bojąc się przejść, marząc o tym, jak mogłoby być i snując równocześnie podsuwane przez strach najgorsze scenariusze. Chcesz tam stać, chcesz przegrać ze swoim własnym strachem, w porządku.

Pomyśl tylko, gdzie dziś mogłabyś być, gdybyś go oswoiła, nazwała, pogłaskała po głowie i powiedziała: „Cieszę się, że tu jesteś, bo to czyni mnie ostrożną. Ale zapamiętaj, to moje życie, moje decyzje, moje wybory. Tobie nic do tego”. I gdybyś wzięła go za rękę – widzisz, jaki jest mały, i poszła z nim do przodu. Tak jak zawsze chciałaś. Z podniesioną głową i wiarą we własne możliwości.


Zobacz także

wakacje bez telefonu

Wakacje w telefonie, wakacje bez telefonu? Przyłącz się akcji „Urlop bez monitora”!

Screen Instagram /  drandrushenko

„Kiedy za pracą wyjeżdża hydraulik, nikt nie ma z tym problemu. Kiedy wyjeżdża lekarz, na pewno uderzyła mu sodówa do głowy”

Fot. iStock / Kostyazar

Tydzień do ślubu: domowe zabiegi, dzięki którym panna młoda poczuje się piękna