Zobacz, jak wiele jesteś warta! Jak na sześciu filarach zbudować poczucie własnej wartości

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
4 sierpnia 2017
Fot. iStock/pixelfit
 

Często widzę cudowne, piękne i mądre kobiety, które kompletnie nie wierzą w siebie. Nie widzą wszystkich swoich fantastycznych cech, możliwości, tego, co mogłyby osiągnąć, gdyby tylko choć trochę bardziej były pewne siebie i świadome tego, co potrafią.

Tyle, że jakoś tak się utarło, iż poczucie własnej wartości u nas nie jest w cenie. Przychylnym okiem patrzy się raczej na tych, co mówią: „nic nie potrafię, jestem kiepski”, niż na tych, którzy świadomi siebie wiedzą po prostu, że są w czymś dobrzy. Te wszystkie wpajane nam od dzieciństwa hasła: „nie wywyższaj się”, „nie popisuj się”, „nie bądź egoistą” – zrobiły nam dużo krzywdy. Zwłaszcza nam, kobietom, którym się często wydaje, że wszyscy są od nas lepsi, a my mało warte, przez co swoją wartość nieustannie musimy udowadniać, a co najgorsze – jej akceptację widzieć w oczach innych.

Nathaniel Branden, psychoterapeuta zajmujący się poczuciem własnej wartości twierdzi, że: „W systemie wartości człowieka nie ma nic ważniejszego – bardziej decydującego o jego rozwoju psychicznym i motywacjach – niż szacunek, którym darzy on samego siebie”. Samą esencją świadomości własnej wartości jest przekonanie, że zasługujemy na wszystko, co najlepsze. Bo w końcu dlaczego nie? Dlaczego akurat my nie powinniśmy tego dostać? Bo jesteśmy niewystarczająco dobrzy? To jest w naszych głowach, to bycie nie dość dobrym.

Poczucie własnej wartości według Brandena (co on sam praktykuje) można zbudować na sześciu silnych filarach.

Filar pierwszy: Praktyka świadomego życia

Czyli skupienie się na tym, co ja czuję, czego chcę, jakie są moje potrzeby i pragnienia, jakie sygnały wysyła mi moje ciało, co chce mi powiedzieć. To uważność na swoje emocje i zrozumienie swoich zachowań, a nie uleganie iluzji, błędne interpretowanie własnych uczuć. Jeśli jesteś zła – znajdź tego prawdziwą przyczynę, gdy ci smutno – podobnie. Nie uciekaj przed tym, ważne, by chcieć zrozumieć siebie.

Filar drugi: Samoakceptacja

Zaakceptuj to, kim jesteś. I nie chodzi tu o to, byś piała z zachwytu nad sobą nie dostrzegając swoich słabych stron, gorszych cech. Wręcz przeciwnie – samoakceptacja to przede wszystkim rozumienie tego, kim jestem, z czego się składam. Zaakceptowanie wszystkiego, co w sobie noszę.

Filar trzeci: Odpowiedzialność za siebie

Okazuje się to być często bardzo trudne, ale nie przyjęcie odpowiedzialności za to, co czuję, co robię, jak reaguję stawia nas zawsze w roli ofiary, pozwala, by to inni za nas decydowali. Odpowiedzialność za siebie to decydowanie o tym, czego chcę, to dokonywanie wyborów z pełną świadomością tego, że sama doprowadziłam się do miejsca, w którym obecnie jestem i też, że sama mogę wybrać co dalej.

Filar czwarty: Asertywność

Eh… Marzy nam się, prawda? Takie bycie asertywnym w 100%, co nie zawsze jest łatwe, ale gdy postanowimy tę umiejętność nabyć, to trzeba ją ćwiczyć – wiadomo, trening czyni mistrza. Dlaczego jest tak ważna, bo oznacza umiejętność szanowania własnych praw i egzekwowania ich bez potrzeby krzywdzenia kogokolwiek. To stawianie granic, bez walki o nie. To w końcu mówienie „nie” bez poczucia winy, zwłaszcza gdy odmawiając podstępujemy zgodnie ze swoim systemem wartości i przekonaniami.

Filar piąty: Praktyka celowego życia

Na czym polega? To przede wszystkim uświadomienie i nazwanie tego, czego chcę. Zrozumienie, co jest moim celem, do czego dążę, a następnie ustalenie sposobu do jego realizacji. Dlaczego jest to takie ważne? By naszym życiem nie kierowały bodźce zewnętrzne, byśmy nie mieli poczucia, że podążamy ślepo za trendami, modą, że ulegamy presji ogółu, przez co nasze życie wydaje się nam puste.

Filar szósty: Integralność osobista

Aby zachować własną integralność, należy żyć w zgodzie ze swoimi wartościami i przekonaniami. Mieć poczucie spójności między tym, co czuję, co mówię i co robię, jak postępuję. Brak tej spójności podważa nasze poczucie własnej wartości, sprawia, że gardzimy sobą, bo zdradzamy to, w co wierzymy.


Leki i zioła, po których lepiej nie wychodź na słońce

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
4 sierpnia 2017
Fot. iStock / canva
 

Bez przesady, no co się w końcu może stać…? Przebarwienia, wysypki, brązowe plamy, a wszystko to brzydki i uparte. Uważajcie, po wakacyjnym plażowaniu mogą zostać dotkliwe pamiątki. Sam krem z filtrem nie załatwia sprawy. Niektóre bardzo popularne leki czy zioła w reakcji z promieniowaniem słonecznym mogą przysporzyć nam sporo problemów.

Nie ma co ukrywać, najbardziej na takie dolegliwości narażone są panie – szczególnie w okresie wakacyjnym. Witaminy na włosy, herbatka na lepszą przemianę materii i jeszcze proszek-cud na chudą i jędrną pupę.  Najczęściej na chwilę przed urlopem udaje nam się utrzymać regularność przyjmowania rożnych suplementów – o ile w akcie bikini-rozpaczy nie zaczynamy się nimi zajadać.

Okazuje się jednak, że bardzo wiele popularnych medykamentów naraża naszą skórę na dotkliwe konsekwencje – reakcję fotouczuleniową lub fototoksyczną.

Odczyny fototoksyczne  

To zmiany skórne pojawiające się w reakcji na połączenie pewnych substancji wprowadzonych do ciała (np. składników leków czy roślin) w połączeniu z promieniowaniem ultrafioletowym. W tm przypadku zmiany pojawiają się szybko, są reakcją na promieniowanie słoneczne, i w miejscu, które było eksponowane na słońcu. Odczyny fototoksyczne przypominają ostre poparzenia słoneczne, czasem z pęcherzami. Zazwyczaj przybierają formę rumienia.

Reakcje fotoalergiczne – alergie

Odczyny fotoalergiczne występują tylko u niektórych osób i pojawiają się zazwyczaj następnego dnia po opalaniu. Przybierają formę grudek, wypełnionych osoczem. Jest to typowa reakcja alergiczna – jak w przypadku wielu innych niezależnych od słońca alergii. Zmiany rozprzestrzeniają się i często wychodzą poza obręb, który został poddany promieniowaniu słonecznym. Zmienione pod wpływem światła słonecznego cząsteczki leków razem z białkami skóry tworzą alergeny, które zapamiętuje nasz układ odpornościowy.

Niestety w konsekwencji, każdy następny kontakt substancji danego leku ze słońcem, będzie skutkował szybko postępującą alergią – zmiany będą się pojawiały już po niewielkiej i krótkiej ekspozycji na słońce.

Czy wiedziałaś, że nie powinnaś wychodzić na słońce po zażyciu tych środków?

Leki, po których lepiej nie wychodź na słońce

  1. antybiotyki (szczególnie tetracykliny)
  2. leki porzeciwgrzybicze
  3. antykoncepcja hormonalna
  4. hormonalna terapia zastępcza
  5. antydepresenty
  6. niektóre leki przeciwbólowe (ketoprfen, pyralgina, diklofenak, naproksen i ibuprofen),
  7. leki przeciwzapalne (naproksen i piroxycam),
  8. leki uspokajające,
  9. leki moczopędne,
  10. leki na cukrzycę,
  11. cytostatyki,
  12. leki na nadciśnienie tętnicze,
  13. leki na arytmię serca, wiele antybiotyków,
  14. terapia hormonami sterydowymi,
  15. leki przeciwpsychotyczne,
  16. fenytoina (leczenie padaczki),
  17. sulfasalazyna,
  18. leki obniżające cholesterol z grupy fibratów,
  19. maści dermatologiczne.

 Zioła, po których lepiej nie wychodź na słońce

Szczególnie niebezpieczne:

  1. dziurawiec,
  2. arcydzięgiel,
  3. rumianek,
  4. nagietek lekarski,
  5. aminek większy
  6. ruta
zioła, po którychnie wolno wychodzić na słońce

Fot. iStock

O właściwościach fotouczulających:

  1. arnika
  2. skrzyp polny (rzadko uczula, jednak zdarzają się takie przypadki)

Co jeszcze w kontakcie ze słońcem może powodować fotouczulenie?

Niektóre warzywa i słodziki. Nie można oczywiście popadać w przesadę, ale jeśli objecie się po uszy cykorią czy sałatą wasza skóra w kontakcie z promieniowaniem słonecznym może zareagować alergicznie. Z popularnych produktów, które mogą fotouczulać warto wymienić seler i lubczyk.

Dobrze przed opalaniem pozbyć się również biżuterii – złoto i srebro również mogą powodować odczyny alergiczne. W przypadku leków, warto stosować jedną, najważniejszą zasadę – czytajcie ulotki, jeśli produkt ma właściwości fototoksyczne lub fotouczulające, taka informacja zawsze pojawi się w ulotce dla pacjenta.


 

Źródło: hellozdrowie.plporadnikzdrowie.pl,poradnikzdrowie.pl


Miała być druga podróż poślubna, była podróż przedrozwodowa. Czasami urlop otwiera nam oczy i pokazuje prawdziwe oblicze partnera

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
3 sierpnia 2017
fot. iStock/ Daniel Ernst

Gdy jesteśmy spuszczeni ze smyczy codzienności, obowiązków mamy mniej, zadań do wykonania „na wczoraj” chwilowo brak, zostajemy postawieni przed niemałym wyzwaniem – oto jesteśmy tylko my, nasz partner i wzajemna relacja. I nagle okazuje się, że bez tego codziennego zamieszania, w obliczu ogromu spędzanego razem czasu, związek nie jest tak doskonały, jak nam się wydawało, a problemy, od których uciekliśmy na wczasy all inclusive, wcale nie zostały w domu i teraz, na leżaku i pod palmami, wybrzmiewają ze zdwojoną siłą.

Anna, lat 37: Wczasy miały być naszą szansą

„Byliśmy małżeństwem z dziesięcioletnim stażem, dwójka dzieci, wszystko poukładane i w miarę w porządku. Prawie wszystko, bo z pary zakochanych staliśmy się kimś, kto wypełnia tylko role małżonków i rodziców. Kupy, pieluchy, spłata kredytu, rachunki, zakupy – to przykre, ale na co dzień właśnie o tym rozmawialiśmy. Wyparowała wzajemna fascynacja, o namiętności nawet nie wspomnę, bo to aż przykre. Kiedy dzieciaki pojechały z dziadkami nad morze, po dekadzie wychowywania i opiekowania się małymi ludźmi, poczuliśmy się wolni i jakby nieco młodsi. Kochamy swoje dzieci oczywiście, ale czasami trudno jest złapać swobodny oddech i poczuć się po prostu człowiekiem, a nie rodzicem.

Szarpnęliśmy się na dwutygodniowe wczasy w Grecji, luksusowy hotel, piękne krajobrazy, słońce, drinki. Miała to być nasza druga podróż poślubna, chyba oboje wiele sobie obiecywaliśmy po tym wyjeździe i liczyliśmy na to, że w słońcu i beztroskiej atmosferze odzyskami straconą energię. Okazało się jednak, że nie da się wziąć od urlopu od problemów w związku, one nawet nieproszone pakują się do walizki. Nie było z nami dzieci, nie było zwyczajnych obowiązków, wreszcie mieliśmy czas dla siebie – coś, o czym od dawna marzyliśmy i co stało się naszym przekleństwem! Okazało się, że bez codziennej rutyny trudno nam znaleźć wspólne tematy do rozmowy, zupełnie inaczej postrzegaliśmy też wypoczynek. Ja chciałam zwiedzać, korzystać z okazji na poznanie greckiej kultury i kuchni, spróbować nurkowania i innych oferowanych w hotelu atrakcji, on wolał spać do południa, a potem wygrzewać się na leżaku z książką w ręce i drinkiem z palemką.

Ostatecznie skończyło się na tym, że niby byliśmy razem, ale każde z nas wakacje spędziło osobno! Spotykaliśmy się w czasie kolacji, dzwoniliśmy do dzieci, ja pytałam, jak książka, co się działo w hotelu, on czy udała się wycieczka i czy zrobiłam zdjęcia pod wodą. Czasami miałam wrażenie, że gdybym powiedziała mu, że byłam na praktykach w tutejszym burdelu i spełniałam fantazje erotyczne z tubylcami, to nic by go to nie obeszło. Po powrocie, po trzech miesiącach postanowiłam, że czas z tym skończyć, szkoda życia na tkwienie w czymś, co się wypaliło. Rozwiedliśmy się, ale dziś mamy dobre relacje, dzielimy się opieką nad dziećmi, próbujemy ułożyć sobie życie na nowo. Chyba wyszło nam to na dobre. A do Grecji zamierzam jeszcze wrócić – świetnie się tam bawiłam!”

Bartosz, lat 33: Tam na wczasach była ze mną zupełnie inna dziewczyna!

„Aśkę poznałem u naszych wspólnych znajomych, od razu zwróciłem na nią uwagę – piękna, zadbana, z poczuciem humoru, elokwentna. Połączyło nas wspólne zainteresowanie Azją, oboje marzyliśmy, by ruszyć tam z plecakiem. Po pół roku związku zdecydowaliśmy zrealizować nasze plany i zaplanowaliśmy podróż. Dwa plecaki, miesiąc w drodze, spontaniczność, wolność. Szybko okazało się jednak, że Aśka zupełnie nie nadaje się na takie wyprawy! Narzekała na warunki noclegu (miało być oszczędnie i bez luksusów), na dziwne jedzenie, obrażał się na mnie i potrafiła przez kilka godzin milczeć – gdy jesteście tylko we dwoje, potrafi to być wkurzające. Codziennie rano pół godziny poświęcała na pełny makijaż, a ciuchów miała chyba dwa razy więcej ode mnie. To była zupełnie inna dziewczyna niż w Polsce. Myślałem, że ten wyjazd nas zbliży, a prawdę mówiąc nie mogłem się doczekać jego końca. Na wczasy z księżniczką się nie pisałem. Do Azji wracam w tym roku, ale sam – wolę uniknąć kolejnych rozczarowań towarzystwem”.

Marta, lat 29: Urlop pokazał mi jego największe wady

„To był nasz pierwszy wspólny wakacyjny wyjazd, po którym planowaliśmy zamieszkanie razem. Byliśmy parą od roku, ale oboje czuliśmy, że to jest to i nie chcieliśmy z niczym zwlekać. Teraz cieszę się, że najpierw zaplanowaliśmy wakacje, a potem przeprowadzkę, bo urlop pokazał mi jego największe wady! Tydzień z daleka od naszych znajomych, bez pracy, ciągle razem – to było piekło! Już na wstępie zachował się jak bałwan, zrobił w recepcji aferę o jakąś pierdołę, a ja myślałam, że spalę się ze wstydu. W hotelowej restauracji wymyślał, narzekał, irytował kelnerów i nigdy nie był zadowolony. Przez cały czas zastanawiałam się, jak mogłam wcześniej tego nie dostrzec i doszłam do wniosku, że zawsze wychodziliśmy z grupą przyjaciół na miasto, romantyczne kolacje we dwoje nie były przecież w jego stylu.

Wojtek okazał się też strasznym bałaganiarzem, w dodatku nie widział w tym nic złego, bo przecież jego dziewczyna była z nim, mogła się tym zająć. Dowiedziałam się też, że jego wizja związku była zupełnie inna od mojej – partnerstwo tak, oczywiście, ALE kobieta ma swoje obowiązki, a mężczyzna swoje. Totalny patriarchat i zacofanie. Wyszło na jaw, że byłam zaślepiona, otumaniona i zgłupiałam pod wpływem zakochania! Ten urlop był dla mnie otrzeźwieniem i jak się można domyślać, ze wspólnego mieszkania i związku nic nie wyszło. Niedawno wróciłam z wakacji z nowym partnerem i było zupełnie inaczej – upewniłam się, że jest właściwym człowiekiem, z którym chcę budować przyszłość. Także dziewczyny, zabierajcie swoich facetów na wakacje, to najlepszy test!”.


Zobacz także

Dlaczego on cię nigdy nie pokocha. Warto tak trwać, w zawieszeniu?

„Ani kroku dalej”. Odczepcie się od naszych praw. My naprawdę umiemy same o siebie zadbać

Rozwiązanie konkursu „Marzenia są po to, by je spełniać”