Wszyscy wkładamy te produkty do lodówki. To duży błąd, czy też go popełniacie?

Redakcja
Redakcja
22 stycznia 2018
Fot. iStock/gruizza
Następny

Większość z nas dla świętego spokoju wkłada wszystkie świeże produkty spożywcze do lodówki. To całkiem logiczne – chcemy w ten sposób przedłużyć ich zdatność do spożycia i uniknąć nieprzyjemnego zatrucia pokarmowego. Tymczasem okazuje się, że niektóre z nich nigdy nie powinny trafić do lodówki. Zastanawiałaś się kiedykolwiek, jak we właściwy sposób przechowywać warzywa i owoce? A może zwróciłaś uwagę na to, w jaki sposób układane są w sklepie? Które produkty znajdują się w chłodniach, a które trzymane są w temperaturze pokojowej? Skoro w marketach nie trzyma się ich w lodówce, to dlaczego chowasz je do niej zaraz po przyjściu do domu? Niektórym produktom spożywczym szkodzi nie tylko wysoka, ale także niska temperatura.

Sprawdź, o które produkty spożywcze chodzi i zrób porządek w swojej kuchni.

Źródło: Healthy Leo

Jestem samotną matką i nie chcę 500+. Oto, czego potrzebuję od mojego państwa

Listy do redakcji
Listy do redakcji
22 stycznia 2018
Fot. iStock/baona
 

Mam 29 lat i samotnie wychowuję 4,5-letniego chłopca. Naprawdę samotnie, a nie tak, jak robi to większość kobiet, deklarujących w przeróżnych formularzach. Samotna na papierze, a w rzeczywistości utrzymywana przez konkubenta czy nowego partnera. Choć dostaję alimenty na dziecko od byłego męża, to w mojej gestii leży utrzymanie domu. To ja muszę zarobić na wynajmowane mieszkanie, opłaty, jedzenie, prywatne przedszkole, lekarzy, lekarstwa. I coraz częściej razi mnie niesprawiedliwość, jaka panuje w naszym kraju. Brak wsparcia dla rodziców takich jak ja – samodzielnych, pracowitych i ambitnych. Pomoc płynie za to szerokim strumieniem do patologii, oszustów i krętaczy. Nigdy nie dostałam od naszego państwa żadnych pieniędzy, nie licząc zwrotu podatku po rozliczeniu PIT-u. Nawet becikowego nie dostaliśmy, ponieważ nasz dochód przekraczał ówczesny próg. Teraz również nie otrzymuję żadnych świadczeń socjalnych, ponieważ mam jedno dziecko i moje zarobki są zbyt wysokie, bym spełniała określone wymogi. Mam to szczęście, że moje dziecko jest zdrowe i nie potrzebuje żadnych świadczeń zdrowotnych. Wszystkie te czynniki, z których teoretycznie powinnam się cieszyć i być dumna powodują natomiast, że zaliczam się do grupy społecznej, której żyje się najtrudniej.

Ktoś może powiedzieć – skoro dobrze zarabiasz, to dobrze, że nie dostajesz 500+. Jasne, rozumiem tę logikę, ale pragnę zauważyć, że w przypadku rodzin wielodzietnych nie obowiązują progi dochodowe. Można więc i sto tysięcy miesięcznie zarabiać, a i tak świadczenie się należy. Czemu moje jedno dziecko na to nie zasługuje? Bo świadomie zdecydowałam, że chcę mieć tylko jedno dziecko? Bo zdaję sobie sprawę, ile kosztuje opieka i wychowanie dziecka i najzwyczajniej w świecie boję się, że mogę nie dać rady utrzymać dwójki czy trójki? Bo na koszty składa się nie tylko wyprawka, przedszkole czy ubrania, z których dziecko szybko wyrasta. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie życie i jak się potoczy. Nigdy nie wiadomo, ile będzie kosztowała opieka nad dzieckiem na przestrzeni lat. Urodzić, to akurat najmniejszy kłopot. Nie sądzę, by wszystkie te pary żyjące z zasiłków i płodzące co i rusz kolejne dzieci, w ogóle się tym przejmowały. One natomiast co miesiąc dostają pokaźne sumki. Nomen omen z moim podatków.

Zresztą nie chodzi mi nawet o te pieniądze. Jestem młodą, ambitną i wykształconą kobietą. Chcę spełniać się w roli matki i pracownika. Chcę zarabiać i chcę samodzielnie utrzymywać moje dziecko. Robię to z resztą na co dzień, bez wsparcia finansowego ze strony państwa. Jestem zaradna – to moja największa zaleta, za którą dostaję od państwa po dupie.

Ja nie chcę 500+. Nikt mi nie musi dopłacać do wychowania dziecka, ale niech państwo polskie umożliwi mi zarabianie pieniędzy. Niech te miliardy złotych, zamiast na 500+ pójdą na żłobki i przedszkola. I niech będą one faktycznie bezpłatne, a nie tak jak jest teraz – dopłata za posiłki, za dodatkowe godziny, jeśli dziecko przebywa w przedszkolu np. po godzinie 13:00 czy 14:00. Jak się to wszystko policzy do kupy, to wychodzi i tak kilkaset złotych. Moje dziecko chodzi do prywatnego przedszkola, za które płacę 700 zł. Dlaczego? Ponieważ dziecko nie dostało się do państwowych w okolicy i musiałabym wozić je dalej. To wiązałoby się z kupnem samochodu, na utrzymanie którego już mnie nie stać.

Druga sprawa, że prywatna placówka mieści się naprzeciwko mojego domu. Dzięki temu ograniczam czas i pieniądze. Mogę też dojechać autobusem na czas do biura, które znajduje się na drugim końcu miasta. I przez te osiem godzin modlić się w duchu, żeby znów nie zadzwonili z przedszkola, że dziecko wymiotuje i trzeba je szybko odebrać. Po trzecie, takie przedszkole jest czynne dużo dłużej, co również przy dzisiejszym trybie życia jest kluczowe.

Mam co do garnka włożyć, bo DZIŚ dobrze zarabiam. Ale zarabiam te pieniądze na śmieciówkach. Co to oznacza? Że nie ma urlopu, że nie mogę chorować. Że moje dziecko też nie może chorować, bo ja nie mogę wziąć na nie zwolnienia. Każda infekcja wiąże się z ryzykiem utraty pracy u mnie. I to niemalże z dnia na dzień. Chciałabym, żeby polski rząd gwarantował swoim obywatelom możliwość pracowania bez stresu. Żeby normą były umowy o pracę, a nie umowy cywilno-prawne, które nie chronią w żaden sposób pracowników. Tak wygląda rzeczywistość wszystkich dorosłych. Proszę sobie teraz spojrzeć na tę sytuację z perspektywy samotnej matki. Jak iść na swoje? Jak wziąć kredyt hipoteczny? Zresztą nikt o zdrowych zmysłach nie da go samotnej matce na śmieciówkach? Z czego odłożyć? I na co odłożyć? Na wakacje? A kto mi da urlop? Na własne mieszkanie? A może lepiej na emeryturę, której też mi państwo nie zapewni.

Co zrobię, gdy szef kolejnym razem już nie wykaże takiej wyrozumiałości? Co się stanie, gdy zostanę zwolniona? Jestem jedynym żywicielem rodziny.

Powinnam się załamać czy może odetchnąć z ulgą? Bo po co tak harować i się wysilać? Może faktycznie lepiej zasilić szeregi bezrobotnych, siedzieć w domu, pobierać zasiłki i jeszcze z jedno, dwoje dzieci sobie urodzić? Może i żyłoby mi się gorzej, ale zdecydowanie spokojniej. Państwo mi wtedy da pieniążki.

Może warto byłoby zacząć doceniać takich rodziców jak ja? A nie tylko kłody pod nogi…


Jak rozwód może pomóc ci stać się lepszą osobą. Rozstanie jako katalizator zmian

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
22 stycznia 2018
Fot. istock/SrdjanPav

 Jeśli właśnie się rozwodzisz, przeczytaj tę historię. Być może odnajdziesz w niej jakąś cząstkę siebie i lepiej zrozumiesz mechanizmy, które tobą kierują.

Pewna kobieta była mężatką przez rok, kiedy jej mąż zostawił ją z dziesięciomiesięczną córeczką. Porzucona czuła się zagubiona, samotna i przerażona tym, że ​​nie poradzi sobie sama z dzieckiem. Uwierzyła, że samotność ją pogrąży. Podobnie jak wiele osób o podobnych doświadczeniach, w czasie separacji i rozwodu miała poczucie bycia odrzuconą, niekompletną, zagubioną, zdezorientowaną i złamaną.

Kiedy jej mąż odszedł, poczuła, że jej życie wymyka się spod kontroli. Jej poziom lęku był coraz większy. Bała się tego, że nie da rady finansowo, jako samotna matka, ale opanował ją również irracjonalny strach, że mąż podejmie walkę o opiekę nad córką, aby zabrać jej dziecko.

W pierwszych miesiącach po rozstaniu pochłaniała ją myśl o tym, że jest ofiarą swojego byłego męża. Wpadła w typową pułapkę, rozwścieczona, że ​zrujnował jej życie. Trzymała się przeświadczenia, że ona jest tą dobrą, pokrzywdzoną, świetną i oddaną partnerka, a on jest złym człowiekiem.

Z początku nie zdawała sobie sprawy, że tak bardzo skupiała się na jego wadach po to, aby nie popaść w depresję i nie żałować tamtej miłości.

Ale uczucia były tak intensywne, że przestała sobie z nimi radzić. Potrzebowała pomocy.

Najpierw zaczęła medytować, potem poprosiła o wsparcie rodzinę i przyjaciół. Chciała lepiej rozumieć, co właściwie się z nią dzieje, przez co przechodzi. Powoli wydostawała się z pułapki „ofiary”. Szokujące było dla niej odkrycie, że wybrała sobie na życiowego partnera kogoś, z taką samą ilością emocjonalnych blizn, co ona sama. To był moment przełomowy, kiedy wreszcie stała się gotowa do pracy nad samą sobą. Zobaczyła byłego męża jako zwierciadło, w którym odbijają się jej własne, osobiste problemy, ale też jako całkiem przyzwoitego faceta, którego polubiła i z którym ma dziecko.

Kiedy zdała sobie sprawę, że jej rozwód ma wiele wspólnego z jej niewyleczonymi problemami, uświadomiła sobie, że intensywność gniewu na męża wynikała również z jej niechęci do pracy nad sobą. Chciała zmienić jego, ale nie siebie.

Z czasem wybaczyła byłemu mężowi cierpienie spowodowane rozstaniem. Wszystkie te zmiany, przez które przeszła, były głęboką transformacją w jej życiu. Okres żałoby po rozstaniu i rozwodzie był trudny, ale ostatecznie stał się dla niej doświadczeniem poprawiającym jakość życia. Zmusił ją do znalezienia pracy, którą lubiła i udowodnienia sobie, że może być finansowo samowystarczalny. A ona sama stała się bardziej empatyczna i tolerancyjna, a przede wszystkim silniejsza.


Na podstawie: blogs.psychcentral.com


Zobacz także

Wesprzyj WOŚP. Wystarczy, że obejrzysz teledysk i… podasz dalej!

Siedem, nie zawsze oczywistych, atrakcji turystycznych Gdańska. Dajcie się porwać duchowi wolności

Mężczyźni do garów, kobiety do rozwoju. Świat stanął na głowie!