Farba do włosów z Joanny za 12 złotych? Opadły nam szczęki, serio, nie trzeba przepłacać [test redakcji]

Ochy i Achy
Ochy i Achy
6 listopada 2017
Fot. iStock / yuriyzhuravov
Fot. iStock / yuriyzhuravov
 

Farbujecie włosy w domu? My też. Jeśli nie usiłujecie uzyskać nad wyraz dziwnego i skomplikowanego efektu, zazwyczaj domowa koloryzacja nie sprawia trudności, pozostaje tylko jeden element ryzyka… wybór farby.

Kiedy zaproponowano nam redakcyjne przetestowanie nowego produktu z Joanny, zgodziłyśmy się bez wahania, ale z potężnym i bardzo „babskim” niedowierzaniem. „Najwyżej obetnę…”, „mam w szafce swoją farbę, gdyby nie wyszło”… bo przecież każda z nas, ma swoje pewniaki. Ale okazuje się po raz kolejny, że kto nie ryzykuje, nie pije szampana 😉 .

Zobaczcie, jak poszło na naszych głowach!

Hanna 10.01 – platynowy blond

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Włosy farbuję od… umówmy się, że od zawsze ;), zdążyłam nosić już włosy długie i krótkie, blond, brązowe, rude i czarne – ale do blondu wracam po każdej chwili słabości. Miałam okazję farbować włosy prawie każdą dostępną w drogerii farbą, z drobnymi wyjątkami.  Jednak zawsze odnosiłam wrażenie, że Joanna niekoniecznie będzie moim wyborem. Blond, mój ulubiony, to jasny, popielaty odcień, koniecznie zimny – podobny do mojego naturalnego koloru (tak, do tego się dochodzi z wiekiem 😉 ).

Nie dajcie się zwieść nazwie tego odcienia. Większość marek pod platynowym blondem skrywa dość ordynarny białawy kolor, kojarzący się z lalką. Od początku urzekła mnie barwa zaproponowana przez Joannę. Bardzo subtelna, lekko popielata, naturalna. Oczywiście zaraz potem pojawiło się niedowierzanie: „taa, mhm, pewnie i tak wyjdzie żółte”. Bo spośród dziesiątek dostępnych farb, miałam na liście na swoich pewniaków tylko dwie marki, które „dobrze” spisywały się na moich włosach. Okazało się, że Joanna pobiła je na głowę!

Przed farbowaniem

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Zadanie było wymagające, bo i odrost po poprzednim farbowaniu do małych nie należał. Około 2 cm pola bitwy.

W zestawie znajdowały się: farba, utleniacz, stabilizator koloru oraz para rękawiczek.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Farbowanie:

Cała procedura była dość zaskakująca i banalnie prosta. Była tylko jedna niewiadoma: czy jedno opakowanie wystarczy???

Pierwsze zaskoczenie – po wymieszaniu składników w miseczce, nic nie śmierdziało w łazience! To zaskoczenie zrodziło pytanie, czy ta farba poradzi sobie z odrostem?

Drugie zaskoczenie – farbę nakłada się na wilgotne włosy.

Farba ma lekką konsystencję i bardzo dobrze rozprowadza się na włosach. Dodatkowo aplikacja na wilgotne włosy okazała się olbrzymim ułatwieniem. Mokre włosy nie plączą się podczas nakładania farby na kolejne pasma, łatwiej się je przeczesuje i rozdziela, a dzięki temu – dokładniej. Po nałożeniu mieszanki na odrosty należy odczekać 15-20  minut, po czym nałożyć farbę na resztę włosów i pozostawić na głowie na kolejne 5-10 minut.

Po upłynięciu czasu podanego w instrukcji należy włosy lekko zmoczyć i wymasować, jak podczas mycia głowy. Następnie spłukać dokładnie głowę i nałożyć stabilizator. Ostatnim krokiem jest zawinięcie głowy po nałożeniu stabilizatora ręcznikiem i 10-15 minut relaksu. Spłukiwanie i zachwyty nad nowym kolorem. :)

Postępowałam zgodnie z instrukcją i było wyśmienicie!

Kolor wyszedł przepięknie,  nie pozostała żadna różnica między odrostem a wcześniej farbowanymi włosami (inną farbą!). Zobaczcie sami (zdjęcie w dziennym świetle bez retuszu).

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Dla mnie Joanna zasługuje na miano efektu WOW. Nie spodziewałam się kompletnie tak fajnego efektu i dobrego produktu. Gratulacje. Zostaje na następne farbowanie … i następne, i następne i…

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

PS: Włosy są naprawdę miękkie i ładne. Zero „siana”.

Ewa 8.1 i 6.36 – naturalny blond i ciepły brąz

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Mnie do farbowania włosów naprawdę nie trzeba długo namawiać. Co prawda przeszłam wszystkie możliwe kolory, ale (podobnie jak Ewelina) ostatnio z chęcią sięgam po te farby, które dają moim włosom najbardziej naturalny kolor. Od dawien dawna włosy farbuję sama w domu, to znaczy farbuje mąż, ale on nie lubi, jak mówię o tym głośno, więc jakby co, to nie mówiłam. Kiedy idę do fryzjera, często słyszę: „Jaką farbą farbowała pani włosy” i szczerze – nigdy nie pamiętam. Najczęściej wybieram z półki ten kolor, który mi się podoba patrząc oczywiście na to, czy farba jest w rozsądnej cenie. Nie jestem wierna żadnym markom, barwom i innym tym podobnym rzeczom. A farby firmy Joanna znam, nie raz na moich włosach lądowały, więc zdecydowałam się użyć.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Co więcej, zadeklarowałam, że wymieszam dwie farby. Dlaczego? Bo po pierwsze nigdy nie pomyślałam, że przecież faktycznie tak można, a po drugie – zawsze to jakieś nowe doświadczenie. Trudno, jak nie wyjdzie, pofarbuję jeszcze raz.

Przed farbowaniem

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Wymieszałam po połowie każdej farby. I fakt – nie śmierdzi chemią tak jak zazwyczaj, ma zdecydowanie łagodniejszy zapach. Świetnie rozprowadza się na włosach. Ja zawsze postuluję, żeby załączać pędzelek do farbowania włosów, bo notorycznie gubię swoje, byłoby miło. I powiem szczerze – zmyta po 30 minutach farbach, wysuszone włosy – to był efekt WOW. Ta farba jest naprawdę fantastyczna, wychodzi piękny kolor, bez żadnego przekłamania czy nieoczekiwanych efektów. I w końcu nie farbuje samej skóry głowy tak, że do kolejnego mycia głowy strach wyjść z domu. I powiem szczerze – tak jak nigdy nie zwracałam uwagi, jaką farbą farbuję włosy, tak teraz coś mi się wydaje, że na bardzo długo pozostanę wierna ULTRAPLEX COLOR.

Po farbowaniu

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Żaklina 8.45 – płomienny rudy

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Moje z natury nijakiego koloru włosy od dobrych siedmiu lat farbuję na rude odcienie.  Muszę przyznać, że dotychczas wypróbowałam wiele różnych farb do włosów, ale jedynie dwie lub trzy z nich gwarantowały efekt, który chciałam osiągnąć. Z ciekawości wypróbowałam farbę Ultraplex o kolorze płomienny rudy, zastanawiając się, czy ów rudy będzie tak płomienny, jak widać na opakowaniu.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Mam długie i bardzo gęste włosy, więc zastanawiałam się, czy dwa opakowania farby wystarczą, czy może zostanę z niezafarbowanymi plackami? Pierwsze wrażenie było na plus — farba jest wydajna i ma lekką konsystencję, nie jest zbyt gęsta, dzięki czemu bezproblemowo rozprowadza się po włosach. Gdy w ubiegłym miesiącu korzystałam z innej farby, modliłam się o to, by wystarczało jej na całość. W tym przypadku dwa opakowania farby wystarczyły i nawet zostało jeszcze troszkę farby w miseczce.

Przed farbowaniem

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Podczas farbowania włosów schemat jest chyba wszędzie taki sam, więc tu rewolucji nie było. Nowością jest nałożenie stabilizatora, który ma na celu zamknięcie łusek na powierzchni włosów, dla ich wytrzymałości, sprężystości i połysku. Po wysuszeniu włosów mogłam stwierdzić, że nie tylko nie ubyło im z miękkości (niektóre farby, których wcześniej używałam, pozostawiały po sobie przesuszone włosy), w dodatku kolor jest identyczny z tym, który zaprezentował producent na zdjęciu poglądowym z opakowania. Ja jestem zachwycona tą farbą, dla mnie kolor jest idealny i z przyjemnością sięgnę po nią w przyszłości.

 Po farbowaniu

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Ewelina 5.36 – medium brown

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Doskonale pamiętam czasy, gdy kolor włosów zmieniałam kilka razy w roku – od platynowego blondu, przez delikatne brązy, aż po głęboką czerń. Po wszystkich tych eksperymentach pokochałam w końcu (a może raczej musiałam, bo włosy swoje przeszły) swój naturalny kolor. Bez entuzjazmu, więc zabrałam się za testowanie farby ULTRAPLEX marki Joanna. Skoro jednak wszystkie, to wszystkie. „Trudno, najwyżej zetnę” – pomyślałam. Noszę przecież krótką fryzurę.

Przed farbowaniem

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Wybrałam średni brąz, ponieważ nie zależało mi na totalnej zmianie, a na pogłębieniu mojego naturalnego koloru włosów. Instrukcja nie sprawiła mi żadnych problemów, choć samodzielnie farbowałam włosy w domu może trzeci raz. Jedyne, co bym zmieniła w kwestii samej aplikacji, to naczynie. Fajnie, jakby farbę mieszało się poprzez wstrząśnięcie w dołączonej buteleczce i za jej pomocą aplikowało na głowę. Ale dramatu nie było. Moja wina, że jestem fleją. Na moje włosy zużyłam może 1/4 produktu. Farbę zmyłam po 30 minutach.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Efekt? No czegoś takiego to się nie spodziewałam! Kolor dokładni taki, jak sobie wyobrażałam. Wygląda naturalnie i pasuje do mojej karnacji. W czasie aplikacji nie odczułam ani pieczenia ani swędzenia. To, co jednak zrobiło na mnie największe wrażenie, to bezproblemowe zmywanie farby ze skóry głowy. Przy tak krótkich włosach jak moje widać wszystkie zacieki na linii włosów. Tak było i w tym przypadku, jednak udało mi się zmyć farbę ze skóry już podczas jednego mycia włosów. To duży plus, ponieważ pamiętam czasy, gdy przez kilka dni musiałam chodzić w czapce z powodu nieestetycznych zacieków i czarnych plam w miejscach, gdzie prześwituje skóra. Szczerze polecam.

Po farbowaniu

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Zajrzyjcie na stronę Joanny, znajdziecie tam całą gamę kolorystyczną: www.joanna.pl.


Kąpiel godna królowej. Nasze Ochy i Achy – kosmetyki do ciała prosto z drogerii

Ochy i Achy
Ochy i Achy
16 października 2017
Fot. iStock
Fot. iStock
 

Najlepsze kosmetyki do ciała, godne uwagi królowej, czyli mnie, ciebie, każdej kobiety… Takie, które kupisz w drogerii – kosmetyki, nie kobiety oczywiście ;). Czy są takie cuda, ukryte gdzieś między szarym mydłem a siermiężną szczotką do pleców? Są i kropka. Jeśli tylko wiecie, czego szukać!

Ponieważ ma być po królewsku, dziś wyjątkowo w naszych ocenach zamiast serduszek pojawią się korony! Zobaczcie, co tym razem skradło nasze serca. Zapraszamy!

 Vianek – MALINOWY PEELING DO CIAŁA

czyli, „Ja chcę jeszcze!”

IMG_3864

Peeling to coś, co moje ciało skatalogowało w szufladce z napisem „no, jasne”, tyyyle mam czasu wolnego, że gdy wreszcie wygospodaruję swój czas na prysznic, peeling staje się złem… Znam to doskonale. Wiem, że jest potrzebny, ale co tu zrobić, kiedy tak bardzo się „nie chce”, a przynajmniej wtedy, gdy nie mam pod prysznicem malinowego cuda od Vianka. Wierzcie lub nie, ale kto raz rozpieczętuje banderolkę na zakrętce, prędko z łazienki nie wyjdzie!

Osobiście jestem posiadaczką już 3 słoiczka z kolei (być może to malinowe uzależnienie) i wiem, że nie ma takiej siły, która by osłabiła moją miłość do tego peelingu! O mamo, jak on pachnie! Ale zapach to nie wszystko – konsystencja genialna, zmielone pestki malin oraz cukier doskonale złuszczają, nie za grube, nie za drobne. Duet idealny.

Peeling z mielonymi pestkami malin jest kosmetykiem ujędrniająco-wygładzającym i… tak, jestem gładka i jędrna i bardzo to lubię. Skóra po peelingu jest pięknie nawilżona, aż się znowu chce! W moim przypadku, po takim peelingu nie muszę walczyć z balsamem do ciała – chyba, że dla własnej przyjemności.

Ach i jeszcze olejek cynamonowy – choć samego zapachu cynamonu nie wychwycicie wśród soczystych, dzikich malin, to cudownie wpływa na jędrność skóry (baj, baj cellulicie) i pozostawia ją po spłukaniu gładką i aksamitną. Stosować po umyciu ciała, absolutnie! Szkoda by było zepsuć mydełkiem taki efekt!

cena: ok.  27 zł

Nasze Ochy i Achy!

Działanie👑👑👑👑👑
Zapach👑👑👑👑👑
Opakowanie👑👑👑👑
Cena👑👑

Nacomi – GALARETKA  DO MYCIA – ŚWIEŻE CIASTO Z PAPAJĄ

czyli, „Duże dziewczynki tez lubią słodycze!”

IMG_3863

Całkiem nowe odkrycie na mojej kosmetycznej liście. W pierwszej chwili spodziewałam się galaretki podobnej do tej dla dzieci, sprzedawanej w marketach – czyli „glutowatej”, ale to cudeńko od Nacomi z przaśną zabawką do kąpieli ma niewiele wspólnego! Bowiem galaretka do mycia, jak sami o niej piszą producenci, to bardziej zabawna siostra mydła glicerynowego.

Pamiętacie, gdy 15-20 lat temu, jako podlotki dostawałyśmy pierwsze „ekstra” mydełka na urodziny i pod choinkę? Nie skłamię, jeśli powiem, że towarzyszyły mi podobne odczucia. Już podczas mycia jest bardzo dobrze i relaksująco. Czuć, że mamy w rękach produkt w wersji lux, taki, który sprawia przyjemność.

Galaretkę najlepiej wyjąć z pudełka w całości, ma zwartą lecz sprężystą konsystencję i użyć jak mydełka. Można też podzielić się z mamą (choć niekoniecznie z własnej woli 😉 ). Po użyciu czuć, że skóra robi się przyjemnie miękka, aksamitna w dotyku i nawilżona.

W mojej łazience zagościła galaretka w wersji „świeże ciasto z papają” – i znów zapach obłędny, powodujący głód :) , ale sprawiający wiele radości i przyjemności. Uwielbiam, gdy kosmetyki dobrze pachną… Główne, pielęgnacyjne skrzypce grają tutaj ekstrakt z aloesu oraz D-panthenol.

Co jeszcze warto dodać? Że produkt jest dostępny w bardzo przystępnej cenie i jest zaskakująco wydajny. Tego się nie spodziewałam – duży plus,  to nie „jednorazówka”.

cena: ok. 15 zł

PS: Marzę o innych, także, gdyby ktoś bardzo się zastanawiał, co sprezentować mi na urodziny… 😀

Nasze Ochy i Achy!

Działanie👑👑👑👑👑
Zapach👑👑👑👑👑
Opakowanie👑👑👑👑
Cena👑👑👑👑

Lirene- MINERAL COLLECTION

czyli, „Kocham luksus w swojej łazience”

IMG_3932

Lekki balsam odżywczy do ciała – Jedwab morski oraz Multi-regenerujący balsam do ciała – Minerały z morza martwego

Tutaj będzie sporo Achów. Bo seria „morska” z Lirene, to produkty idealne do domowego SPA. Czekają na was równie piękne lecz subtelne zapachy. To jedna z bardziej eleganckich serii tej marki kosmetyków. Oprócz pięknego wyglądu (taki zestaw w ładnym koszyku, to również dobry pomysł na elegancki prezent), gwarantują dużo luksusu w zasięgu domowej łazienki.

W serii Mineral Collection, znajdziecie dwa balsamy, dedykowane dwóm typom skóry, choć przyznam, że ja chętniej podzielę je ze względu na preferencje „smarujących” oraz olejkową mgiełkę do ciała.

Obydwa produkty mają w składzie wiele dobrego –  to co je łączy, to stymulowanie skóry do naturalnego procesu regeneracji i odnowy. Lubię ogromnie kosmetyki, które stawiają na działanie, a nie maskowanie problemu. Oznacza to przede wszystkim to, że gdy raz ich nie użyjesz twoja skóra nie zamieni się obraz nędzy i rozpaczy. Regularne stosowanie faktycznie poprawia kondycję skóry, co dobrze widać w miejscach dla kobiet strategicznych (brzuch, uda, ramiona). Dobrze napięta i zadbana skóra jest cenniejsza od utraty kilku centymetrów.

Lirene o skórę dba, bez dwóch zdań. Obydwa produkty zawierają kapsułki z witaminą E. Genialne – ponieważ dopiero podczas aplikacji kapsułki (mikro, mikro kapsułki) rozcierają się na skórze i uwalniają produkt , dzięki czemu witamina jest zawsze świeża i (jak mawiają fachowcy) „biologicznie aktywna”. Po pierwszym zastosowaniu czuć różnicę, skóra jest ładnie napięta, nawilżona (jakaś taka bardziej pasująca 😉 ).

A czym różnią się balsamy?

Lekki balsam, przeznaczony dla skóry normalnej  posiada kompleks kojący. Oprócz tego, że sprawdzi się w przypadku skóry delikatnej, skłonnej do podrażnień, docenicie go podczas aplikacji po goleniu nóg. Co ciekawe, mimo lekkiej formuły i naprawdę szybkiego wchłaniania, pozostawia na skórze wrażenie wilgoci dłużej niż bardziej gęsty balsam multi-regenerujący. Nie pozostawia żadnych śladów i filmów. Dobrze odżywia i nawilża skórę.

Multi-regenerujący balsam, dedykowany skórze suchej, jest bardziej konkretny w konsystencji, gęsty. Ku mojej uciesze wchłania się również ekspresowo i zostawia jedynie delikatny, ledwo wyczuwalny film. Tak naprawdę widać to np. po pogłaskaniu ręki, gdy włoski delikatnie przykleją się do skóry. Skóra nie jest tłusta. Ten kosmetyk również stawia na wielopłaszczyznową regenerację skóry, a minerały morskie słyną ze swoich odżywczych właściwości (nie bez powodu tak często reklamują ekskluzywne ośrodki SPA…). Dodatkowo balsam wspomaga utrzymanie równowagi poprzez utrzymanie warstwy ochronnej skóry. Tak jak pisałam wcześniej, pozostawiony film ochronny nie jest uciążliwy. Kosmetyk również zawiera kompleks CalmProtect .

Cała seria pachnie spokojem, wakacjami, SPA – po prostu morzem! Jest dobrze.

cena: ok. 16 zł / balsam

Nasze Ochy i Achy!

Działanie👑👑👑👑👑
Zapach👑👑👑👑👑
Opakowanie👑👑👑👑
Cena👑👑👑👑👑

Olejkowa mgiełka do ciała – Koral morski

IMG_3933

Świetna propozycja dla wszystkich, którzy są na bakier z tradycyjnym nawilżaniem skóry. Jeśli na myśl o „smarowaniu” i przyklejonych do nóg spodniach od piżamy zaczynasz lekko dygotać – to produkt dla ciebie. Tak, wiem, czasem trudno przełamać opór przed balsamem… i ten czas…

Olejkowa mgiełka ma formułę dwufazową, co oznacza, że przed użyciem należy wstrząsnąć (nie mieszać 😉 ) opakowaniem. Co w tym takiego fajnego? Przede wszystkim dostajemy dobrodziejstwo pielęgnacji olejkiem w dużo lżejszej formule. Mgiełka dobrze się rozprowadza, a film jaki pozostawia na skórze, niczym nie przypomina typowego, tłustego śladu po olejku. Kosmetyk świetnie i szybko się wchłania.  Również skład kosmetyku zachwyci każdego, kto docenia dobrą pielęgnację. Koral morski ma działanie antyoksydacyjne, ujędrniające, nawilża długotrwale skórę – i to czuć po pierwszym użyciu. Uczucie nawilżenia nie mija po założeniu szlafroka.

PS: Bardzo pragmatyczna uwaga – jeśli nie ma kto ci wysmarować pleców, nie zwlekaj, pędź po mgiełkę do drogerii 😉 – świetny atomizer, nie zacina się w dziwnych pozycjach, plecy znów gładkie i zadbane…

Piątka z plusem dla Lirene za całą morską serię – morskie i boskie 💙 Świetne jakościowo kosmetyki, w bardzo dobrej cenie i na wyciągniecie dłoni.

cena: ok. 19 zł

Nasze Ochy i Achy!

Działanie👑👑👑👑👑
Zapach👑👑👑👑👑
Opakowanie👑👑👑👑
Cena👑👑👑👑👑

 

 Ochy i Achy!

ochyiahy-awatar-100px

Specjalnie dla was bierzemy na warsztat, wałkujemy, wąchamy, smarujemy i sprawdzamy! Nie znajdziecie tu bubli i produktów, których same byśmy nie użyły. Witajcie w naszych Ochach i Achach – czyli rusza nowy przegląd kosmetyczny, a w nim to, czym warto się zachwycać!