Nie tylko szyja i nadgarstki. Gdzie aplikować perfumy, żeby zapach utrzymywał się cały dzień?

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
1 listopada 2017
Fot. iStock/DmitriyTitov
Fot. iStock/DmitriyTitov
 

„To, jak długo zapach perfum będzie utrzymywał się na skórze, zależy od jakości produktu”. Tak, to prawda. Znaczenie ma jednak nie tylko to, czy używamy perfum z najwyższej półki, ale także w jaki sposób i w jakie miejsca je aplikujemy. Niewiele osób ma bowiem pojęcie o tym, że odrobina wazeliny na skórze w miejscu, które spryskujemy wodą toaletową znacznie przedłuża trwałość zapachu. Sprawdź, które miejsca perfumować, żeby efekt utrzymywał się przez cały dzień.

Włosy

Usłyszałaś kiedyś, że twoje włosy pięknie pachną szamponem? A wprost przeciwnie, że śmierdzą dymem papierosowym? Nic dziwnego – włosy bardzo szybko przechodzą różnymi zapachami. Dlatego też warto aplikować na nie perfumy, by przy każdym ruchu uwalniały piękny zapach. Jedna uwaga! Alkohol wysusza i osłabia włosy, dlatego perfumy najlepiej aplikować na szczotkę.

Okolice lędźwi

Perfumy, nałożone w tym miejscu na ciele, uwalniają się bardzo powoli. Szczególnie, gdy jesteśmy dość grubo ubrani. Aplikacja w tym miejscu gwarantuje, że zapach będzie nam towarzyszył przez cały dzień.

Zgięcia kolan i łokci

W tych dwóch miejscach skóra jest bardzo ciepła, dlatego perfumy mają intensywniejsze działanie. Poza tym warto pamiętać, że zapach zawsze unosi się do góry, roztaczając wokół nas pewną aurę.

Kark i miejsca za uszami

I tu temperatura jest nieco podwyższona, dlatego skóra będzie w tych miejscach intensywniej uwalniała zapach.

Wokół pępka

To sposób aktorki, Liv Tyler. Choć brzmi absurdalnie, naprawdę działa. To dlatego, że pępek jest jednym z cieplejszych punktów na ciele. Zapach będzie unosił się cały dzień, jeśli wetrzesz opuszkami palców odrobinę perfum wokół pępka.

Niezależnie od tego, które miejsce na skórze wybierzesz, ogranicz się do kilku „psiknięć”. Wylanie na siebie połowy flaku powoduje efekt odwrotny od zamierzonego…


 

Źródło: Genialne


Jestem babcią, mamą i żoną. Pół roku temu próbowałam popełnić samobójstwo. Kto to widział, żeby w moim wieku mieć depresję?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
1 listopada 2017
Fot. iStock/YinYang
Fot. iStock/YinYang
 

Jestem babcią, matka, żoną i synową. Nie bez powodu wybrałam taką kolejność. Wnuki są dla mnie ogromną radością i największym szczęściem, jakie mogło mnie spotkać. Pisząc te słowa wiem, że tak jest, ale jeszcze kilka miesięcy temu mogłam to wszystko poświęcić. W tamtym czasie to nie było ważne… Poza tym, kto to widział w moim wieku na depresję chorować? Problemy emocjonalne są przecież domeną młodych, zabieganych.

Depresja

Jestem kobietą 50+. Z depresją zmagam się od kilku lat. Mój psychiatra mówi, że jest to tzw. depresja nawracająca. Gdy jest dobrze i lekarz sugeruje odstawienie antydepresantów, nadchodzi nagle moment, kiedy zaczynam czuć się źle. Tak było wtedy.

Pomiędzy

Udane życie, zdrowe wnuki, samodzielne dzieci i mąż, który pozornie dba o moje dobro (przynosi przecież pieniądze na utrzymanie domu). A jednak coś było nie tak. Starałam się zdobyć pracę w myśl zasady „kto nie pracuje, ten nie je”. Było mi głupio, że mimo skończonych dwóch kierunków studiów podyplomowych na SGH i SGGW nie mogę znaleźć pracy.  Zorientowałam się, że o zatrudnieniu decyduje mój pesel (to na moją niekorzyść), znajomości (można pomarzyć) oraz odbyty wcześniej w tym miejscu staż z Urzędu Pracy (z tym bywa różne).  Mąż cały czas zarzucał mi, że zbyt pochopnie zwolniłam się z poprzedniej pracy, że miałam dobrą pensję (ok. 3000 zł). Nie mógł zrozumieć, jaką tam przechodziłam gehennę. Jak bardzo nie liczyli się z moim zdaniem. Jak bardzo osoby, które są zwierzchnikami, wykorzystują swoje stanowisko, żeby upokorzyć pracownika. Ot, taka codzienność urzędnika. Do tego jakieś mniejsze i większe problemy finansowe i zdrowotne, rozwód córki.

Tak łatwo odejść… tylko z pozoru

Kocham moje wnuki, nade wszystko dzieci i mojego cudownego męża. Jednak tego dnia nie było to ważne. Postanowiłam się więcej nie męczyć. Nie miałam siły zajmować się domem, chodzić na kolejne rozmowy kwalifikacyjne, skazane na porażkę. Nie mogłam słuchać ciągłych docinków męża, że jestem skazana na opiekę MOPS-u i dzieci na stare lata. Nie miałam siły, żeby iść rano do sklepu po bułki na śniadanie i gazetę dla męża, po prostu nie miałam na to siły. Ogarniała mnie niemoc, która miała wpływ na wszystkie moje codzienne, niegdyś racjonalne czynności. Nie czułam sensu wykonywania żadnej czynności. To stan, w którym można się nie myć, nie pić, nie jeść, nawet nie palić, choć wcześniej paliło się jak smok, tylko leżeć w łóżku ze swoim cierpieniem. Cierpieniem duszy.

Dobrze grałam

Nie zasłużyłam sobie na takie traktowanie moim codziennym oddaniem dzieciom, mężowi, wnukom… Przecież tak o nich dbałam, a jednak coś nie zadziałało. Czułam się opuszczona, samotna i pełna goryczy. Moje dzieci, którym poświęciłam całe życie, moja córka tak czujna na wszelkie symptomy nie widzi, że czuję się źle? Że nie chce mi się żyć? GRAŁAM. WIDOCZNIE DOBRZE GRAŁAM. Pamiętam, że kilka godzin wcześniej rozmawiałam z córką. Wracała z pracy zmęczona, była chora. Narzekała, że jest zmęczona. Jeszcze pytałam, jak mogę jej pomóc, ale niewiele mogłam, mieszkając kilkadziesiąt kilometrów od niej. Miałam wystarczający zapas antydepresantów i leków nasennych, aby ich użyć. Bynajmniej nie tak, jak zalecał lekarz. Zrobiłam to. Była wczesna wiosna.

Liczyłam na sen

Myślałam, że po prostu sobie zasnę. Nagle, po półgodzinie od zażycia leków, zaczęły mną wstrząsać konwulsje. Nie mogłam wstać z łóżka. Zrozumiałam, że to nie wygląda tak jak sobie wyobrażałam. Nie zasnęłam.  Wprost przeciwnie wstrząsały mną jakieś dziwne drgawki i nie byłam wstanie wypowiedzieć sensownego zdania. Nawet nie pamiętałam, co wzięłam. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Nagle potrzebowałam czyjejś pomocy. Poczułam, że zrobiłam źle, że zbyt szybko zaprzepaściłam moje jednak udane do tej pory życie. Moje wszystkie lata udanego do tej pory 35-letniego małżeństwa przebiegło mi przed oczami. Jednak silna chęć pozbycia się tego marazmu dnia codziennego przeważyła nad tym, że jednak podjęłam słuszną decyzję. Z resztą nie było już wyjścia, wzięłam śmiercionośną mieszankę leków. Chciałam zostawić to wszystko i mieć spokój. Na zawsze. Myślałam, że po prostu zasnę i będzie po wszystkim.

Przez przypadek mąż przyszedł do sypialni po godzinie od momentu, gdy zażyłam około 60 tabletek. Zadzwonił do córki, która jest lekarzem. – Tato wzywaj szybko pogotowie – usłyszałam tylko gdzieś w oddali… Ciągle coś do mnie mówił. Miałam konwulsje, które były nie do opanowania.

Samobójstwo

Mąż zadzwonił pod 112, więc zdarzenie zostało zakwalifikowane, jako próba samobójcza, stąd zaraz z ratownikami medycznymi zjawiła się policja. Po tym jak upewnili się, że mój mąż nie przyczynił się do zaistniałej sytuacji, policja odjechała.  Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że nasze zasoby soli (ok. 5 kg.)  do płukania żołądka będą w pełni tak szybko wykorzystane… W szpitalu spędziłam dobę, doprowadzili mnie do życia. Szkoda tylko, że zarzygałam całą karetkę, bo za wcześnie mnie do niej wzięli i działały jeszcze płyny, które mi podawano. Przepraszam.

SOR

Nie wiem, jak można się tak upodlić. Jak ludzie mogą cię tak upodlić. To nieprawda, że wszystkich pacjentów traktuje się jednakowo. Tych, którzy chcieli się pozbawić życia na własne życzenie traktuje się źle na SORze. Na jednym łóżku starszy pan po zawale. Nad drugim ktoś po wypadku. Dalej pijak z rozciętą głową. Pozbawiona poczucia godności, obleczona w jakąś pasiastą górę od piżamy leżałam kilka godzin na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, czekając na lekarza dyżurnego. Przyszedł. Był zły, że ludzie pozbawiają się życia na własne życzenie, mimo, że tylu innych nie może przeżyć w wyniku chorób.  Niewiele mogłam powiedzieć. Ogromna suchość w gardle (po płukaniu żołądka) i stres spowodowały, że nawet nie pamiętałam, jakie wzięłam leki. Powoli odzyskiwałam świadomość i zaczęłam ogarniać sytuację w jakiej się znalazłam. Przyjechała moja córka, przekazała lekarzom leki, które codziennie biorę na nadciśnienie oraz te, które ewentualnie mogłam wziąć przed…Wstyd. Nie wiem, czy coś więcej wtedy czułam. To chyba jeszcze nie był ten moment, gdy pojawia się radość z ocalenia.

Powrót do normalności

Odnalazłam się. Potrzebny był mi kop, żeby spaść na samo dno, po to, żeby się podnieść.  Znalazłam pracę, dwa miesiące temu urodziła się wnuczka. W sumie mam troje wnuków. Jestem szczęśliwa. Dzielę swój czas pomiędzy pracę zawodową, życiem domowym i chwilami dla wnuków. Działam na autopilocie, żeby złe myśli nie wróciły. Nikt z dalszej rodziny nie wie, co się wydarzyło. W najbliższej wciąż o tym nie rozmawiamy. Chyba nikt z nas nie ma jeszcze odwagi.

Czemu to piszę?  Otóż po to, żeby uświadomić inne kobiety, nieleczona depresja, która powstała także w wyniku huśtawki hormonów, może wyrządzić wiele zła. Często nie wiemy, co się z nami dzieje, czujemy złość, bezsilność, niechęć do wykonywania zwykłych codziennych czy obowiązków domowych. Jesteśmy rozczarowane życiem, choć przecież z pozoru jesteśmy spełnionymi kobietami. Tu apel do naszych dzieci, aby bacznie obserwowały swoich rodziców, bo nieraz symptomy ich zachowania decydują o ich jutrzejszym dniu, życiu …

Sama nie wiem, czy to mi się przydarzyło naprawdę? Ale skąd w takim razie w mojej apteczce znowu tyle antydepresantów? Mam nadzieję, że to się nie powtórzy.

Barbara


„Żałoba to cena, którą płacimy za miłość”. Dziś na cmentarzu, jak nigdy przedtem szukam intymności

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
1 listopada 2017
Fot. iStock / falkovskyy
Fot. iStock / falkovskyy
 

Kiedy byłam dzieckiem bardzo lubiłam Wszystkich Świętych. To święto nie było wtedy dla mnie śmiercią czy stratą. To był dzień, kiedy często spadał pierwszy śnieg. Kiedy tata pozwalał czasem nam zapalić samodzielnie świeczkę. Mama miała naszykowane zimowe czapki i rękawiczki. Jeździliśmy razem łaciatą od rdzy Syreną po cmentarzach. Nie znałam nikogo z lokatorów tych dumnych pomników. Często spotykaliśmy innych, tak odległą rodzinę, że czas w samochodzie upływał na rozwikływaniu zagadek rodzinnego drzewa genealogicznego. Ale ja zawsze czekałam na wieczór. Wtedy było magicznie.

Pamiętam, że zawsze była bardzo zimno – mróz i wiatr aż podgryzały przez odświętne chińskie rajstopy i nałożone na nie spodnie od kombinezonu. Ale ta magia, gdy robiło się ciemno, była warta wszystkiego. Śnieg odbijał tysiące światełek. Cmentarze pojawiały się w ciemnościach pełne ciepła, bliskich sobie ludzi. Można było policzyć w myślach te wszystkie dusze, a jasna łuna na niebie była widoczna na długo przed przekroczeniem bramy. Zawsze potem spotykaliśmy się u mojej prababci. Całą rodziną. To ona dodawała temu świętu  jeszcze więcej blasku. Gdy umarła, po raz pierwszy 1 listopada stał się dniem smutku. Z grobem, który ma już swoją twarz i bez herbaty przy kaflowym piecu.

„Żałoba to cena, którą płacimy za miłość”* w tych słowach mieści się tak wiele. Dziś większość z nas spłaci swoją roczną ratę. Ja na moją odkładam od jakiegoś czasu. Nie lubię już tego święta. Ani światełek. I nie chcę już spotkań gdzieś między posągami. Dziś na cmentarzu, jak nigdy przedtem szukam intymności. A każda wizyta jest dla mnie jak przebiegnięcie maratonu. Pomniki stały się innym symbolem, nie tyle pamięci, co nieodwracalności. Imię i nazwisko wyryte w granicie, to tylko pewność, że tak już pozostanie.

Mówi się o tym, że każda żałoba ma swoje etapy – to prawda, ale ten ostatni etap nigdy się nie kończy. Jest po prostu życiem „po”. Każdy sam musi nauczyć się je oswajać, każdy inaczej.

Z każdą śmiercią, którą spotykamy, stajemy się coraz bardziej dorośli i dziecinni zarazem. Dorosłość sama się narzuca. Musimy skonfrontować się nieuchronnością, bezsilnością, z cyklem życia. Bez żadnej magii, religii i życzeń. Bo po śmierci tego kogoś świat się nie zatrzymuje. Tylko my zawieszamy się na chwilę, żeby zrozumieć. Czy nam się to udaje? To chyba udać się do końca nie może, ale uczymy się też, jak na dorosłych przystało, że życie niesie ze sobą bardzo wiele, a jedyne, co od nas (na szczęście) zależy, to to, co zrobimy dalej. Cała trudność polega na tym, że wraz z tą dorosłością, zaczynamy odczuwać strach. Jak dzieci. Potrzebujemy tego kogoś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Chcemy, żeby przeprowadził nas za rękę do miejsca, w którym będzie już bezpiecznie.

Dzisiejszy dzień ma tak wiele znaczeń, jak wiele świeczek na grobach. Jedni przychodzą się przywitać, Inni zapalają je z powodu tradycji, poczucia obowiązku. Czasem zmuszamy się, żeby iść na cmentarz – bo po stracie nie chcemy po raz kolejny upewniać się w nieodwracalnym, tak bardzo próbujemy odgonić od siebie myśli o tym, co się wydarzyło. Ale chyba jedno nas łączy – to dzień bardzo dostojny, spokojny, taki, w którym nawet zupę gotujemy bez pośpiechu, jakby bardziej starannie.

Dla mnie dzisiejszy dzień to przede wszystkim nie wspomnienia, nie rozważania co by było gdyby. Dziś zastanawiam się nad życiem. Nie wiem, ile grobów przyjdzie mi odwiedzić za rok, ale wiem, że nie chciałabym wtedy czegoś żałować.

Będę dziś bardzo długo gotować zupę.


 

Źródło: *”Żałoba jest podróżą. Jak zmagać się ze stratą”, Kenneth Doka

 


Zobacz także

#CzarnyProtest

Kobiety na całym świecie wspierają #CzarnyProtest!

brothers-457237_1920

Dzieckiem być – dla każdego oznacza coś innego…

Fot. iStock/Imgorthand

„Teoria urodzenia”, czyli jak to, który się urodziłeś, kształtuje twoją osobowość. Najstarszy, średni, a może jedynak?