Tu się pacjentów nie leczy, tu pozwala im się żyć jak najlepiej w tym czasie, który im pozostał

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
5 lutego 2017
Fot. iStock/almir1968
Fot. iStock/almir1968

Siedzimy na długich kręconych schodach, które prowadzą do hospicjum. Jest półmrok, który rozświetla ogień z kominka. Raczej jest spokojnie choć gdzieniegdzie słychać wyciszone głosy.  Mężczyzna w żółtej koszulce wolontariusza (więzień) przenosi jakieś pudła z kablami. Krząta się jak u siebie. Podobnie jak dwoje dzieci, które próbują wyciągnąć dużą czekoladę z automatu, chichocząc jak to dzieci i uciszając się nawzajem, bo mimo 7 i 10 lat pamiętają gdzie są.  Ich tata umierał tu dwa lata temu, a teraz spotykają się tu z innymi osieroconymi dziećmi. Więzień to muzyk, który siedzi za przestępstwa gospodarcze. Wszyscy znają jego album, dumni, że jest znany.

Pani Jola nie odsiaduje wyroku, ale przychodzi tu codziennie, bo lubi pomagać. Jest na emeryturze i ma błyszczące szaroniebieskie oczy. Czuje się tu ważna, bo dzięki niej i takim jak ona ludzie, umierający mogą odchodzić w godności. Mogą uczestniczyć we mszy, mogą zejść lub być zwiezionym do kawiarenki, gdzie odbywają się cotygodniowe spotkania przy muzyce lub występach i nigdy nie wiadomo kto zajmie puste miejsce i po kim to puste miejsce zostanie. Tłumaczy mi, że wielu rzeczy nie da się przewidzieć, bo tu ludzie umierają każdego dnia. Takie urodziny to raczej ironia losu, bo prawie pewne, że ostatnie. Z tego miejsca raczej się do domu nie wychodzi.

Jest tu miejsce spotkań dla walczących z rakiem, a także tych, którzy spodziewają się chorego śmiertelnie dziecka. Są spotkania dzieci, które straciły rodziców lub rodzica, a także dla owdowiałych małżonków. Objęte opieką są rodziny z chorym przewlekle lub umierającym dzieckiem i dorośli, którzy nie mają już szans na wyzdrowienie.

W ogrodzie jest popielniczka. Chorzy mogą (jeśli są w stanie) wyjść do ogrodu i zapalić papierosa. Nikt nie robi im wymówek, nie wyrywa papierosa z ust. Tu się pacjentów nie leczy, tu pozwala im się żyć jak najlepiej w tym czasie, który im pozostał. Chory ma prawo zjeść tort albo tabliczkę czekolady. Że za dużo cukru? Przecież życie na jego ostatnim etapie trzeba osłodzić. Nie ma tu zakazów szpitalnych, jest celebrowanie życia, mimo iż osadzenie tego w hospicjum wydaje się brzmieć groteskowo. Ale…

Hospicjum to też życie. Tak brzmi hasło gdańskiej Fundacji Hospicyjnej, która opiekuje tym miejscem. Wrzucam na Facebooka zdjęcia stąd, zero komentarzy, cisza. Z 40 tysięcy osób które masowo lajkują, wzruszają się fotografiami, komentują teksty, wydarzenia, zdjęcia – nikt nic nie mówi. Bo hospicjum to tabu. Klamra, która zamyka temat śmierci, starzenia, choroby. Boimy się tak bardzo, że zamykamy oczy.

Pod koniec dnia wolontariusz gra na gitarze Barkę, śpiewają ci co mogą. Przy dużym drewnianym stole osierocone rodzeństwo, ich mama, my, wolontariusze i pacjenci, którzy mogą jeszcze samodzielnie siedzieć. Obok rzędem stoją łóżka pacjentów zwiezionych z góry, przy których siedzą najbliżsi. Niektórzy mają zamknięte oczy i lekko się uśmiechają. Barka jest taka prosta w jednoczeniu ludzi. Chłopiec głośno się śmieje i biega między krzesłami, nudzi się. Chłopiec ma jeszcze ze sto lat do przeżycia, ma siostrę, która chce być neurochirurgiem i mamę, która jest jeszcze w żałobie, bo płacze z piosenką jak każdy kto niedawno kogoś stracił i wzrusza go każda melodia, która synchronizuje się z jego smutkiem. W tym jednym miejscu jest prawie sto lat przeżytego życia i sto lat przyszłości. Życie szkolne, towarzyskie, życie za kratkami, życie hospicyjne. Zastanawiam się co tu jest więzieniem a co wolnością. I czym tak naprawdę jest czas. Same paradoksy.

Mam w sercu trzy momenty. Jeden w kapliczce,  gdy chory ojciec siedzi obok swojej córki i patrzy na nią z dumą wypełniającą całe jego wielkie oczodoły wyzierające z chudej twarzy. Drugi gdy chłopiec pyta mnie po cichu czy jak się ma przypięty mikroport to słychać jak się beka. Trzeci, gdy ksiądz w kaplicy mówi, że życie jest tam gdzie jest miłość. A miłość jest tam, gdzie są ludzie. Życie jest więc wszędzie tam, gdzie jesteśmy obecni.

Naprawdę nie potrzebujemy więcej. Tych gadżetów, kasy, wyjazdów, pustych nic nie znaczących przedmiotów czy miejsc. Tego wiecznego chcenia. Zabierania sobie i bliskim czasu, by mieć, zarobić, wydać. Pragnąć wciąż, dążyć ku czemuś, stawiać sobie cele, które są tak daleko od istoty życia. Zapędzamy się w robocie, a z dziećmi rozmawiamy w tak zwanym międzyczasie, nie mamy czasu zadzwonić do rodziców, którzy na to czekają, po drugiej stronie częściej monitor niż człowiek, nie mamy przestrzeni dla relacji z ludźmi. Warto czasami się zatrzymać i spojrzeć z lotu ptaka czy ma to sens.

W jednej z sal umiera człowiek, pies zwinięty w kłębek jest niespokojny, ale obecny w tych ostatnich momentach swojego pana. Myślę, że prawdziwe życie jest bliżej tego hospicjum niż centrum naszego świata.

Fot. Fundacja hospicyjna

Fot. Fundacja hospicyjna


Przeprawa przez taka dżunglę to walka o życie po prostu. Amazonki wiedzą to najlepiej

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
5 lutego 2017
Fot. iStock/Voyagerix
Fot. iStock/Voyagerix

Dzisiaj będzie o Amazonkach. O tej grupie kobiet, dziewczyn, lwic, które los zapędził do metaforycznej amazońskiej dżungli serwując im raka piersi na talerzu strachu, bólu i chemioterapii. Nie była to typowa wycieczka z biura podroży, zaplanowana i zorganizowana. Była to raczej samotna wyprawa na tereny nieznane, pełne czyhających niebezpieczeństw i gadów wszelakiej maści. Przeprawa przez taka dżunglę to walka o życie po prostu. Te, które przeżywają, wychodzą okaleczone. Ich ciała poorane, ich dusze pełne blizn i krwawiących ran. I tylko ich oczy błyszczą nadzieją.

Kobieta, która wraca z amazońskiej dżungli to już nie ta sama kobieta. I nie chodzi o to tylko, że z cyków ją odarto, z tej kobiecości zewnętrznej, celebrowanej, zachwycającej. Te sobie można przecież zrekonstruować, wytatuować, zwiększyć, zmniejszyć i podsterczeć. Bo cycki to pikuś… no powiedzmy.

Idąc przez dżunglę kobieta walczy z dziką zwierzyną, maczetą toruje sobie drogę, czasem macha nią na oślep, czasem uderzyć musi wiele razy zanim przeszkoda wreszcie ustąpi, zanim wreszcie się podda. A i tak pewności nigdy nie ma, że za chwilę jakiś nędzny gad, płaz czy inny ssak nie ukąsi, nie owinie się dookoła jej szyi nie skoczy jej do gardła.

Kobieta, która idzie przez amazońską dżunglę, oczy ma dookoła głowy. Często staje się niezwykle zwinna, gibka, reaguje na sytuacje w mig. Jest w ciągłym pogotowiu, na nieustającym dyżurze, bo wie, że chwila nieuwagi życie kosztować ją może. Potem są jeszcze te momenty, kiedy zza drzewa wychyla się śmierć. Bo śmierć też żyje w amazońskiej dżungli. Wtedy kobieta mierzy się z nią. Z tą bezlitosną kostuchą, która jak rzep przyczepiony do ogona, łazi za kobietą po amazońskich krzakach. Ale prawdziwa Amazonka wie, że śmierć też ma swoje lęki. Śmierć życia się boi. Więc jeśli kobieta to życie w sobie ma, śmierć wzdrygnie się tylko i w czarnej dżungli przepadnie.

Życie też mieszka w dżungli rzecz jasna. Szwenda się po koronach drzew, buja całymi dniami na lianach, z papugami spędza czas strojąc się w ich kolorowe piórka, a potem śmiga pośród drzew przytulone do aksamitu czarnej pantery, najbardziej gibkiej z gibkich. No życie. Wiadomo. Przyjemności żadnej nie odpuści. A że zajęte rozrywką jest ciągle, to i przy okazji jest nieuchwytne. Kobieta nigdy nie wie, gdzie to życie znowu się bawi, a przecież wyjścia nie ma! Musi je odszukać, musi przekonać, musi namówić na wspólną podróż przez życie.

Dlatego taka kobieta zanim z życiem zacznie negocjować, najpierw sama musi business plan opracować. I żeby jasne było, plan to musi być niezwykły, atrakcyjny, tak ciekawy, tak kuszący, że życie nie powie jej nie. Raz już jej przecież powiedziało, kiedy do dżungli w podróż ja wysłało. Raz już jej dało znać, że plan, który miała, życiu się nie podoba.  Że się nie sprawdza, nudą na każdym kroku wieje. Bo plan na życie oparte na kompromisie i strachu, plan na życie wyzute z pasji, marzeń, miłości i szaleństwa to dla życia żaden plan. Nie bo nie. Życie nie będzie żyło takiego życia.

Więc ta kobieta, ta Amazonka, przechodzi w dżungli niezwykłą przemianę. Oswaja demony, demaskuje fałsz, pokonuje tchórzostwo, odrzuca kompromis.  I odkrywa. Nieustannie odkrywa całą prawdę o sobie, łapie kontakt z duszą i zawiera pakt. Nagle też wie co robić ma. Jak żyć, by życie pełne było. Taka kobieta, wychodzi z dżungli żywa. Poraniona, okaleczona, ale z nowym planem na życie opartym na jej własnej prawdzie. Taka kobieta dobrze też pamięta każdy dzień w dżungli spędzony i wie, że ta wyprawa, być może najważniejsza na jaką kiedykolwiek się wybrała, dała jej siłę do bycia sobą.

Choć jak na ironię przecież zabrała jej zarazem ów atrybut kobiecości, zabrała jej piersi, dając niejako do zrozumienia, że skoro kobiety w sobie nie kochała, to kobiecość stracić musi. Przynajmniej na czas wyprawy, przynajmniej na ten czas, w którym uświadamia sobie jak ważna jest dla samej siebie.

Kobiecość… to przy tym tylko jeden z aspektów, który ginie w gęstej dżungli choć niebezpowrotnie. Jako stan umysłu jest ona do odzyskania. Ciekawe przy tym jest to, że odzyskana po tego typu utracie, kobiecość też jest jakby inna. Mądrzejsza, głębsza, jakaś taka bardziej surowa i organiczna, bo może po raz pierwszy nie powierzchowna, nie li tylko cielesna, ale wreszcie i duchowa. Kobieta staje się wiedźmą po takiej wyprawie do dżungli. Wojowniczką i wiedźmą, taką która jest silna i taką, która wie.

Podobno z dżungli wychodzą tylko te kobiety, w których przemiana się dopełniła. To kobiety, które pokonały strach i wróciły do swoich źródeł, które odzyskały siebie i sens swojego istnienia. Jeśli prawdą jest to, że choroba jest zaledwie manifestacją chaosu, który wytwarzamy w sobie żyjąc wbrew sobie, to wyprawa do amazońskiej dżungli jest niczym innym jak zimnym prysznicem. Policzkiem w twarz, który obudzić ma nas z wiecznego snu.

Oto czego dowiadują się kobiety w amazońskiej dżungli. I to o nich oraz dla nich jest ten tekst.


Syndrom niedzielnego popołudnia. Sprawdź co zrobić, jeśli i ciebie dopadnie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
5 lutego 2017
Fot. istock/Onzeg
Fot. istock/Onzeg

Zaczyna się lekkim rozdrażnieniem i uczuciem wewnętrznego niepokoju. Im bliżej do wieczora, tym trudniej zapanować nad myślami. Zamiast cieszyć się wolnym dniem, nie potrafisz skupić się na czasie spędzanym z bliskimi, na radości z popołudniowego spaceru. Dopadł w końcu i ciebie – syndrom niedzielnego popołudnia istnieje naprawdę, i potrafi być wyjątkowo dokuczliwy, przyznaj.

Wydaje się, że te 62 godziny między 18-tą po południu w piątek, a 8 rano w poniedziałek to wystarczająco, żeby porządnie odpocząć po stresującym tygodniu pracy. Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna, a ty szybko dajesz się dominować przez ten dołujący stan: za chwilkę koniec weekendu, żegnaj beztrosko.

Blisko 80 % z nas odczuwa “niedzielnego bluesa”, połowa przechodzi go naprawdę ciężko

Czym jest syndrom niedzielnego popołudnia? Trochę uświadamianiem sobie, że weekend się kończy i przed nami kolejne 5 dni napięcia, odczuwalnego nawet przez tych, którzy lubią swoją pracę. Trochę nieumiejętnym planowaniem wolnego czasu, które ma zawsze negatywne konsekwencje dla naszej psychiki.

Oto siedzisz sobie wygodnie na kanapie, po skończonym obiedzie, dzieci układają klocki na dywanie, a ty – ni stąd ni zowąd zaczynasz czuć niepokój, lęk, a może nawet złość. Luz i błogostan ustępują, twój mózg jest zajęty analizowaniem zadań, które wpisałeś do biurowego kalendarza. Projekty, spotkania, sprawy do załatwienia, wizyty kontrolne u lekarza, pilne zakupy… Wszystko nagle nakłada się na siebie tworząc przytłaczające wrażenie gigantycznej góry obowiązków do wykonania.

Dobry nastrój momentalnie pryska. Patrzysz na swoje mieszkanie i drażni cię bałagan, który po wczorajszym spotkaniu ze znajomymi. Irytuje cię stos prania, pusta lodówka, beztroski śmiech dzieci. Zaczynasz przeglądać służbową pocztę i kłócisz się o to z partnerem. A potem jeszcze, jakby tego było mało, o podział zadań na następny tydzień. Wieczorem nie możesz zasnąć albo budzisz się co godzinę, dwie, trzy, nerwowo zerkając na zegarek. Skąd to się, u licha wzięło?

Psychologowie mówię o kilku głównych przyczynach „niedzielnego bluesa”, wynikających najczęściej z naszej… niefrasobliwości

Na pewno zgodzicie się z faktem, że mamy w zwyczaju planowanie „radosnych”, pozytywnych wydarzeń (kino, wieczorne wyjście ze znajomymi) na sobotę, a obowiązków – na niedzielę. Z góry ograniczamy sobie radość z tych dwóch, wolnych dni, a to tylko wzmacnia nasz syndrom niedzielnego popołudnia. Zamiast bawić się do upadłego w sobotę i przeżywać ją zgodnie z zasadą „pomyślę o tym później” (czyli w niedzielę), zorganizuj sobie te mniej przyjemne zajęcia na samym początku weekendu.

Ta sama zasada dotyczy prac domowych, odrabianych przez dzieci. Badania wykazały, że dzieci są bardziej wypoczęte i w lepszym nastroju zaczynają nowy tydzień w szkole, kiedy zadania domowe wykonają w sobotnie przedpołudnie, albo nawet jeszcze w piątek.

Innym powodem złego samopoczucia w niedzielę, jest nasza… głowa. Z końcem weekendu zaczyna przypominać sobie o wszystkich niedokończonych sprawach, niezamkniętych projektach nieumówionych spotkaniach. Warto zaoszczędzić sobie stresu i czasem dłużej posiedzieć w pracy w piątkowe popołudnie, ale zakończyć wszystko zgodnie z planem zamiast nieustannie myśleć, o tym, czego nie zdążyliśmy zrobić i bez czego „nie ruszymy” w poniedziałek.

A wiecie dlaczego godzina 19-ta w niedzielę to jak 23-cia w środku tygodnia? Bo nasza koncepcja „nic nierobienia”, nie jest dobrym lekarstwem na łagodzenie niedzielnego bluesa. Dużo lepiej sprawdzi się aktywny wypoczynek, zaplanowany i zorganizowany relaks. To one dadzą nam poczucie, że działamy z korzyścią dla siebie samych, że efektywnie wykorzystaliśmy ten czas. Inaczej godziny przeciekają nam przez palce, a wieczorem wcześniej odczuwamy zmęczenie, choć nie potrafimy określić jego przyczyny.

Jeśli często dopada was syndrom niedzielnego popołudnia, weźcie sobie do serca 7 wskazówek, zaproponowanych przez Joyce Marter, psycholog z ponad 20- letnim stażem w leczeniu stanów i zaburzeń depresyjnych.

Jak pozbyć się niedzielnego bluesa

1. Nie zaprzeczaj, nie wypieraj, „syndrom niedzielnego popołudnia” istnieje

Postaw sprawę jasno: to jest realny problem i nie jesteś w nim odosobniony. Może naprawdę nie ma sensu wszczynać teraz w głupich kłótni o jakieś nic nieznaczące szczegóły. Nie wyolbrzymiaj, nie „czepiaj się”, tak naprawdę chodzi przecież o twoją pracę. Odrzuć negatywne myślenie, zaoszczędzisz w ten sposób trochę energii.

2. W niedzielne popołudnie przygotuj się mentalnie na cały tydzień pracy

A powinno ci to zająć nie więcej niż 30 minut. Sprawdź kalendarz, zdecyduj od czego zaczniesz w poniedziałek, co jest priorytetem na najbliższe dni. Dodatkowo zaplanuj to, co dotyczy domu: sprzątanie, zakupy, ustal, kto jest odpowiedzialny za odprowadzenie i odebranie dzieci ze szkoły, czy przedszkola. Te działania dadzą ci poczucie kontroli i gotowości na nadchodzący tydzień.

3. Uprawiaj aktywność fizyczną

To pozwoli ci się pozbyć tego drażniącego niepokoju i zwiększy poziom endorfin w organizmie. Nie zaniedbuj niedzielnego treningu. Ćwiczenia to naturalny antydepresant, a dodatkowo pomoże ci poprawić jakość snu.

4. Dokonuj zdrowych wyborów

Kieliszek wina może wydawać się dobrym sposobem na „rozluźnienie”, ale tak naprawdę alkohol sprzyja stanom depresyjnym. Oprócz tego, z całą pewnością sprawi, że rano wstaniesz w pogorszonym nastroju. Poniedziałek jest najczęstszym dniem, w którym bierzemy zwolnienia z powodu choroby. Zamiast więc sięgać po to, co odbije się negatywnie na twoim zdrowiu, przygotuj zdrowy posiłek i zaparz sobie zielonej herbaty, albo wypij wodę z cytryną.

5. Miej niedzielne rytuały

Na przykład zajęcia z jogi w niedzielny wieczór, które pozwolą ci oczyścić umysł I pozytywnie nastroić się na cały tydzień.  Ale to może być także popołudnie z „planszówkami”, albo spacer w parku z dziećmi. Wszystkie te rzeczy odwracają twoje myśli od rzeczy, nad którymi nie masz kontroli. Wybierz coś, co na ciebie działa najlepiej zrób z tego cotygodniowy rytuał.

6. Zrelaksuj się, zanim pójdziesz do łóżka

Naucz się medytować, weź kąpiel z pianą, porozciągaj się, posłuchaj relaksującej muzyki, zrób sobie maseczkę… Nie zasypiaj z laptopem i stosem papierów z pacy. Niech twoja sypialnia będzie miejscem przeznaczonym tylko do odpoczynku.

7. Oprzyj się pokusie, aby pominąć te wszystkie porady i … „troszkę” popracować

Choć może ci się wydawać, że jeśli weźmiesz się do roboty, zmniejszysz swój lęk i niepokój, w rzeczywistości to prosta droga do pracoholizmu i wypalenia. Zaufaj, odpuść. Inaczej w poniedziałek wstaniesz jeszcze bardziej zmęczony i przygnębiony. Pamiętaj, 30 minut starczy, by przygotować się na następny tydzień.

 


Zobacz także

Fot. iStock /  wundervisuals

Syndrom wiecznej dziewczynki. Kobiety, które nie chcą dorosnąć

Fot. Flickr / Luis Marina / CC BY

Cztery (nieoczywiste) typy toksycznych ludzi. Zepsują ci humor, podetną skrzydła

Fot. iStock/anatols

Zabawki do zadań specjalnych i UWAGA konkurs