To psia wdzięczność, wierne, mądre spojrzenie i radość ze spotkania z nami sprawiają, że chcemy i potrafimy być lepsi

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
6 marca 2017
Fot. istcok/martin-dm
Fot. istcok/martin-dm
 

Kiedy zaczynałam moją pierwszą pracę, jako nauczycielka w gimnazjum, byłam pełna wiary w to, że oto zacznę teraz pozytywnie wpływać na życie wielu wspaniałych, młodych ludzi. Z braku „wolnych” bardziej doświadczonych nauczycieli, dostałam pod opiekę trzecią „trudną” klasę, z której rezygnowali kolejni wychowawcy. Nikt nie chciał wziąć za te dzieci odpowiedzialności. Nieprzystępni i często egoistycznie, roszczeniowo nastawieni do całego świata. Obrażeni na dorosłych, w środku samotni, pełni wewnętrznych problemów. Chciałam być blisko nich, ale oni byli daleko od samych siebie, od swoich rodziców, a nawet od przyjaciół.

Szkolna rzeczywistość okazała się więc o wiele bardziej skomplikowana niż moje ideały, a ja, niedoświadczony, młody wychowawca, musiałam najpierw znaleźć sposób na to, by przebić się przez niemal pancerny mur, który zbudowali wokół siebie moi zbuntowani i często pokrzywdzeni przez los wychowankowie. Pomogły mi wtedy… psy ze schroniska w Celestynowie.

Kiedy po kilku miesiącach ciągłego prób pobudzenia jakiejkolwiek chęci współpracy i po kilkudziesięciu „trudnych”, poważnych rozmowach z dziećmi i ich rodzicami zaczęłam szukać bardziej niekonwencjonalnych sposobów na dotarcie do moich uczniów, trafiłam na stronę Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Wolontariat. To im zaproponuję – pomyślałam. A właściwie, nie zaproponuję. Postawię ich przed faktem dokonanym.

I tak właśnie, oznajmiłam im pewnego dnia, że pod koniec tygodnia wybierzemy się na wycieczkę, która zmieni ich sposób patrzenia na świat. Nie uwierzyli. Pierwsze reakcje nie były obiecujące. „Do schroniska? Po co? Co to miałoby zmienić? Ja nie mogę, jestem zbyt wrażliwa, zaraz będę ryczeć.” „– Jesteś wrażliwa, to spożytkuj to, pokaż swoje serce zwierzakom, one tego potrzebują – tłumaczyłam cierpliwie. „– Nie chcę, tam śmierdzi, będę brudna.” „– To ubierz się odpowiednio, załóż dobre buty. Postaraj się…”.buba i prążek

Niepewność. Czuło się ją w powietrzu. Całą drogę do Celestynowa próbowali ten brak pewności siebie i lekki lęk przegadać. Ale na miejscu, wtedy, gdy oprowadzano nas po schronisku, panowała cisza. A potem stał się cud. Psy uwolniły w tych niedostępnych, na zewnątrz „pustych” nastolatkach emocje.

Tam nie musieli udawać „twardzieli”, nie czuli się w obowiązku pokazywać swojej siły ani raniącej obojętności. Zwierzęta odwdzięczały nam się cudownie za każdy spacer, rzuconą zabawkę, dotyk. Niektóre wymagały wyjątkowej delikatności i ostrożności, miały za sobą smutne, rozdzierające serce historie, świadczące o tym, jak okrutną istotą potrafi być człowiek. Wysłuchaliśmy ich wszystkich, w ciszy, czasem ze łzami w oczach. Oni słuchali. I pierwszy raz widziałam, jak na ich twarzach zaczynają malować się zupełnie inne niż zazwyczaj, uczucia.

Odmówić pomocy? To, co było łatwe tam, w szkole, w klasie, w domu – tu jakoś „nie pasowało”. Nie można było odmówić zwierzętom. Z czułością, z troską wyprowadzali psy na spacer, sypali karmę do miski i przemawiali uspokajająco. Tam poznawali siebie na nowo, odkrywali w sobie pokłady dobrego człowieczeństwa. I długo jeszcze, nie chcieli wracać do domu.

Rozmowy w drodze powrotnej zdominował temat podopiecznych schroniska. „A widziałeś tego bez łapy? Tego białego, z plamą przy ogonie? Kto mu to zrobił? Niemożliwe. Ja bym mu…”Chętnie wzięłabym go do siebie, ale mama na pewno się nie zgodzi.” „ A może, porozmawiaj z nią?” „Co ty, ja z nią nie rozmawiam…”ciapciak1

Możecie wierzyć lub nie, ale od tej pory, powoli, zaczęły się dokonywać w tych dzieciach zmiany. Nie znaczy to oczywiście, że problemy wychowawcze zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. A jednak powstała między nami więź, nić porozumienia, na której łatwiej im było budować wspólne zaufanie, dostrzegać w sobie wzajemnie dobro. Zobaczyć drugiego człowieka w koledze z ławki, który do tej pory był jedynie denerwującym głupkiem, wysłuchać w spokoju wypowiedzi koleżanki, którą uważało się za nudną i przemądrzałą. Zawsze będę uważała, że to psy nauczyły ich tej uważności.

Bo też nasza pomoc nie skończyła się na tej i kilku następnych wizytach w schronisku. Kilkoro moich uczniów zaadoptowało kundelki z Celestynowa, część kontynuowała wolontariat jeszcze po ukończeniu gimnazjum, wielokrotnie organizowaliśmy różne zbiórki tego, co w schronisku najbardziej potrzebne: karmy, smyczy, obroży, kagańców, misek…

Nagle okazało się, że łatwiej odnaleźć sens w nastoletnim życiu, że tym celem może być pomaganie bezpańskim zwierzętom. I że to pomaganie nic nie kosztuje, a pozwala nam na nowo odnaleźć w sobie człowieka. Że psia wdzięczność, wierne, mądre spojrzenie i radość ze spotkania z nami, sprawiają, że chcemy i potrafimy być lepsi.

kredyt i misia

Możesz nam pomóc zrobić jeszcze więcej przekazując 1% swojego podatku dochodowego na rzecz Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Polsce – KRS 0000154454 (po szczegóły kliknij TUTAJ) lub przekazując darowiznę (kliknij TUTAJ)  na rzecz TOZ w Polsce.
Każda wpłata pomaga zwierzętom.


Tyzyfone. „I po co było to wszystko? Po co te kłamstwa, zapewnienia?”

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
6 marca 2017
Fot. iStock / AleksandarGeorgiev
Fot. iStock / AleksandarGeorgiev
 

Mężczyzna, który naprawdę kocha swoją kobietę, nigdy jej nie zdradzi.”  – wyskoczyło mi powiadomienie na FB, że wrzuciłeś nowego posta. Szkoda, że nie myślałeś, tego, kiedy wczoraj spuszczałeś się we mnie, jęcząc moje imię. Nie jej. Twojej dziewczyny. Na wypadek, gdybyś znów zapomniał, że ją masz. Przeciętna, wysoka, blondynka w typie mickiewiczowskiej Aliny, kocha dzieci i robić ci dwa razy dziennie loda. Nie to co ja… Na loda musisz zasłużyć, podobnie jak na każdą chwilę ze mną, bo ja w odróżnieniu od niej nie jestem twoim naczyniem na spermę. Tak, jestem suką, mówiłeś mi to już nie raz. Kiedyś ci proponowałam, byś rozważył mnie w roli żony, ale miałeś inną wizję. Więc wyspecjalizowałam się w roli suki. Aż do czasu. Nasz układ zaczął mnie uwierać. Zakochałam się.

Powiedziałam ci o tym. Byłam głupia myśląc, że coś więcej dla ciebie znaczę. Bo byłam morzem, w które nurkowałeś na moment, by sobie przypomnieć, jakim to wytrawnym jesteś żeglarzem, a potem wracałeś do swojego bezpiecznego portu. I w porcie zostawałeś coraz częściej i częściej. Taki z ciebie zaj*bisty facet.

Potem były te wszystkie posty, sugerujące, że to niby ja cię sprowadziłam na złą drogę… A kto to wszystko zaczął, co? Aluzje i przeciągłe spojrzenia. I to, że wziąłbyś mnie, jak widzisz, jak robię szpagat na jodze, bo na wszystkie możliwe sposoby, chciałbyś rozłożyć moje nogi. Nigdy mi nie powiedziałeś, że masz dziewczynę, wiesz? Za to pokazałeś mi jej kotkę… O dziewczynie dowiedziałam się przez przypadek.

– To tak dalej nie może wyglądać. – powtórzyłam kolejny raz tego miesiąca.

– Jak ja mam jej to powiedzieć? To jest taka dobra dziewczyna… Plus teraz jestem z tobą, możemy nie rozmawiać o niej?

Więc znów nie rozmawialiśmy, pieprząc się bez opamiętania. Co we mnie wstąpiło? Kiedyś umiałam zawalczyć o swoje. Patrzyłam na ciebie, kiedy zapinałeś spodnie.

– Ja mówię poważnie, musisz się z nią rozstać. Daję ci czas do wiosny.

– A teraz lecę do pracy.

Zakochałam się. Jedyne, co mnie usprawiedliwiało, jedyne, co strzeliło mi do tego głupiego łba. Inaczej w życiu nie pozwoliłabym tak siebie traktować.

– Mówię poważnie, albo ona albo ja. Nie chcę już być przy tobie, jeśli ją wybierzesz.

– Słońce, daj mi uporządkować sprawy, wiesz, że zmieniam pracę, nie każ mi robić kolejnej rewolucji, kiedy w końcu wszystko zaczęło się układać…

– Kim ja dla ciebie jestem?

– Jesteś kobietą do której wracam i wracam i wracam. Bądź cierpliwa.

Myślałam, że masz jaja wprost proporcjonalne do wielkości twojego chuja. Nie miałeś ich wcale. Trzydziestoletni facet robiący uniki, jak głupi szczeniak. I znów wpadałeś na seks. I znów prosiłeś, żebym czekała, znów zapewniałeś, że jeszcze nie jesteś gotowy na zmiany i, jak bardzo nie chcesz nikogo zranić w tej sytuacji, ważąc, która z nas zniesie lepiej decyzję o ewentualnym rozstaniu. Tak, jakbyś nie zauważał, że ranisz nas obie już teraz.

– Chcę, żebyś się z nią rozstał.

– To nie jest takie proste. – oznajmiłeś.

– To jest proste, dopóki ona nie będzie w ciąży.

Patrzyłeś na mnie zdumiony. Evra na moim ramieniu była gwarantem, że ja w ciążę nie zajdę. Choć ty jako jeden z niewielu byłeś facetem, z którym mogłabym mieć dziecko. Akurat złapałam jakieś paskudne zapalenie oskrzeli i dostałam antybiotyk, który nie miał wchodzić w interakcję z antykoncepcją. Wpadłeś do mnie i chciało ci się ruchać, bo Alina miała okres. Zignorowałeś moją sugestię, że dobrze by było, gdybyś na wszelki wypadek założył gumkę. Nie włożyłeś.

Znów poprosiłam, byś się określił, i znów kazałeś mi czekać, aż zawiesiłeś mnie w próżni i przestałeś się odzywać. Aż wrzuciłeś zdjęcie z nią. Pierwsze wspólne zdjęcie na fejsie. Mówiłeś, że obraz znaczy więcej niż słowa. Uznałam, że to był twój sposób, by powiedzieć mi, którą z nas wybierasz. Przestałam czekać.

A potem przyszedł pierwszy tydzień karnawału. Myślałam, że czymś się zatrułam, bo ciągle było mi niedobrze i słabo.

– Pama… Pora nasikać na patyczek… – stwierdziła moja przyjaciółka, widząc, jak pozbywam się śniadania po raz trzeci w tym samym tygodniu.

Apteka, półka z testami, toaleta i czekanie jak na wyrok. Do złamanego serca w pakiecie dochodziła perspektywa, że młode będzie się wychowywać bez ojca.

– Ku*wa… On nie chciał mieć dzieci… – powiedziałam, patrząc na dwie kreski testu.

– Usuniesz?

Męczyła mnie wizja szczęśliwej rodziny, którą najpewniej nigdy nie będziemy. „Musimy porozmawiać.” – napisałam. Cisza. A potem posłałam naręcza SMS-ów, na które nie raczył już odpowiedzieć.

W poniedziałek rano powitało mnie kolejne twoje zdjęcie z panną i hasztag najnowszej viralowej kampanii #wiernośćjestsexy… „Zakochany i szczęśliwy <3” – widniało nad fotką. Momentalnie miałam chęć napisać posta, jaka kurwa wierność ch*ju złamany? Jaka wierność? Zagotowałam się. Nigdy nie byłam kobietą, która szukała zemsty, ale teraz policzek był zbyt dotkliwy, bym mogła go puścić płazem.

I po co było to wszystko? Po co te kłamstwa, zapewnienia. A kiedy tylko uwierzyłam w twoje wizje i zapragnęłam ich jak swoich, wycofałeś się w bezpieczne miejsce. W jej ramiona. O ile, by było prościej, gdybyś mnie teraz wysłuchał? O ile byłoby prościej, gdybyś nie kłamał. Nie oczekiwałam od ciebie nic więcej, to ty snułeś wizje o wspólnej przyszłości, w skrajnych momentach plotąc coś o hodowli malamutów w Bieszczadach i wspólnych dzieciach. Kiedy konfrontowałam cię z tezą, że nie chcesz mieć dzieci, mówiłeś, że ze mną mógłbyś. Więc będziesz je miał i zobaczymy, jak ten akt szaleńczej wierności zniesie Alina?

Wsunęłam do koperty test ciążowy i sprawdziłam w necie adres szkoły, w której pracuje twoja dziewczyna. „Jesteś pewna, że znasz swojego faceta Alina?” – napisałam na karteczce i zakleiłam brzegi czerwonej koperty. Po czym zaadresowałam list do niej.


anna-bia-sadowska-awatarAnna Bia Sadowska – rzeźbiarka słów, muzyczka, politolożka, edukatorka seksualna, aktywistka antyprzemocowa, rzeczniczka pozytywnej seksualności, aktorka Teatru Forum. Zaczęła pisać 20 lat temu i tak jej już zostało. Pasjonatka profesjonalnej astrologii, kuchni roślinnej, tatuaży i niebieskich oczu. W wolnych chwilach śpiewa, gotuje i edukuje. Czego nie podpowie jej intuicja, to znajdzie w Google. Kiedyś w końcu nauczy się wychodzić z pracy, a jak na razie pisząc dla Oh!me, znajduje kolejną.

 


„Pieniądze skończą się w trakcie operacji, chichot losu, będzie nas stać na trzymanie przy życiu, ale nie leczenie. Niech MÓJ WSTYD idzie w świat”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
6 marca 2017
Fot. i Stock / Ondrooo
Fot. i Stock / Ondrooo

Dobry wieczór

Mój dzisiejszy post jest właściwie listem otwartym.
Do wszystkich.
Do każdego Polaka.
Jest również głosem niezgody, nawet nie krzykiem rozpaczy, ale jest słowem, za którym kryje się zwyczajny ludzki wstyd.

Głośno media, nie tylko internetowe, mówią o nowej stawce procedury neonatologicznej — z 11.000 obniżonej do 6.000.

Jestem pielęgniarką od 27 lat. Całe swoje zawodowe życie pracuję w anestezjologii, intensywnej terapii i pogotowiu.
Całe 27 lat oszczędzam, na wszystkim.
Od zwykłych rękawiczek, poprzez środki opatrunkowe, środki jednorazowego użycia. Zanim użyję drogi sprzęt, zastanowię się dwa razy, zanim cokolwiek wyrzucę – trzy.
Wszystko, co robię, w realizowaniu procedur anestezjologicznych, robię dla pacjenta i tak, żeby dla pacjenta było jak najlepiej.

Pamiętam czasy na intensywnej terapii, kiedy ludzie pomimo starań i aktualnej wtedy wiedzy, z obrażeniami wielu narządów, nie przeżywali doby.
Pamiętam jeszcze mycie rękawiczek w chloraminie, suszenie, składanie gazików z balotów gazy, sterylizację rurek intubacyjnych, masek krtaniowych i rur do respiratorów oraz aparatów do znieczulenia.
Pamiętam również hemofiltrację na zwykłej pompie rolkowej i zacisku od kroplówki.
Ale byłam świadkiem rozwoju medycyny, choćby transplantacji, nie jest mi obca radość z pierwszych kropli moczu przeszczepionej nerki.
To przeżycie ogromne.
Widziałam ból i traumę rodzin dawców i ich heroizm, kiedy w swojej rozpaczy mówili, że żyć będzie mógł ktoś inny.

Kiedy oglądam się za siebie, widzę postęp, ale mam również świadomość, że wielu z nieżyjących pacjentów dziś miałoby szansę.
Medycyna rozwija się bardzo szybko, ale zawsze będą ludzie, dla których SZYBKO znaczyć będzie zbyt WOLNO.

Od zawsze w mojej pracy słyszę słowo koszty,  koniec miesiąca,skończyły nam się pieniądze.
Widzę sztukę kombinowania szefostwa – tu przesunę z środki z opatrunków na leki, tu pożyczę z zaprzyjaźnionego oddziału jedno, tu zamienię z innym drugie.
Pielęgniarki ,szczególnie te anestezjologiczne, wymieniają się z intensywna terapią. Jak u mnie kończy się data ważności sprzętu czy leków, to biorę telefon i sprawdzam, kto może go zużyć natychmiast, oszczędzam, nie wyrzucam.

Dlatego, tak bardzo zabolało mnie osobiście obniżenie, powiem wprost, pieniędzy na dobę dla najmniejszego rodzącego się Polaka.
Bo rodzić mamy wszystkie, prawda? Dzieci uszkodzone pewnie niedługo również.
Przy całej otoczce, mówieniu o ochronie życia poczętego, przy wykorzystywaniu ustawy antyaborcyjnej dla partyjnych celów, zabiera się, w majestacie prawa, szansę na zdrowie najsłabszym.
Próbuje się wprowadzić selekcję naturalną w katolickim (jak bardzo, pokazał czarny piątek) kraju, w kraju, w którym z wiary zrobiono sobie zwykłe hasło wyborcze.

Wiemy wszyscy, że intensywna terapia, ta dla dorosłych i dla dzieci, nigdy nie przynosiła i nie będzie przynosiła dochodu, ratowanie życia jest bezcenne i tak do tej pory,każdy rząd na to patrzył. Żaden minister, żaden rząd, nie podniósł ręki na najsłabszych.
Te 6000 tysięcy nie pokrywa doby, jedenaście też było zbyt mało. Proszę zobaczyć, jakie kwoty zbiera się na zabiegi poza granicami Polski.

Ktoś może powiedzieć,że 6.000 to bardzo dużo i skoro sobie radziliśmy, to damy sobie radę i teraz. Tak, pieniądze skończą się w trakcie operacji, chichot losu, będzie nas stać na trzymanie przy życiu, ale nie leczenie. Za mało żeby żyć, za dużo,żeby umrzeć – tak mówi moja babcia patrząc na to wszystko z góry.

W czasie, kiedy jeden lot wojskowym samolotem kosztuje 35.000, kiedy rząd rozbija samochód za samochodem, kiedy Misiewicze dostają ogromne premie, oszczędza się na najsłabszych, bezbronnych.

To jest nieludzkie Panie Ministrze.
Życie to nie tylko pieniądze, życie to wartość sama w sobie. Rozumiem, że należy liczyć koszty, ale nie rozumiem oszczędzania na uszkodzonym dziecku matki, które zostało poczęte z gwałtu, a Pan zgodnie ze swoim sumieniem, odmówił wypisania recepty na pigułkę”dzień po”.

No tak, ale zawsze można liczyć na znienawidzony WOŚP – nie udało się orkiestry wyautować z przestrzeni publicznej, gra nadal, to niech weżnie na siebie jeszcze koszty współfinansowania procedur.

Społeczeństwo, które zgadza się na oszczędzanie, okradanie z praw (z prawa do leczenia) najmłodszych i bezbronnych, jest społeczeństwem pierwotnym – jaskinia i maczuga, selekcja naturalna.

Ja się nie zgadzam.

Tylko ktoś pozbawiony uczuć mógł wpaść na taki pomysł.

I tu jest ten wstyd, o którym wspomniałam na początku mojego postu — po prostu mi wstyd Panie Ministrze.

Bardzo proszę, a robię niezwykle rzadko, o udostępnienia mojego postu.
Niech MÓJ WSTYD idzie w świat.

Dobranoc


List jest wpisem na Facebooku Moniki Drobińskiej. Został opublikowany za zgodą autorki.

 


Zobacz także

Fot. iStock / gpointstudio

8 sygnałów świadczących o tym, że za bardzo starasz się o sympatię innych osób

Fot. iStock / druvo

„Wiem, że jestem najlepsza”. Arogancja czy lepszy komfort życia?

Fot. iStock / Petar Chernaev

Dłubanie w ziemi lepsze niż wizyta u psychoterapeuty