Powiedzieć, że jest zajęta, kupić kota, mieć gorszy dzień… Czego jeszcze singielce nie wolno?

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
10 lipca 2016
Fot. iStock / portishead1
Fot. iStock / portishead1

O kobietach żyjących w pojedynkę mówi się dzisiaj nie inaczej niż singielka. Brzmi lepiej, tak międzynarodowo (a wiadomo – jak coś z zagranicy, to pewnie lepsze) i kojarzy się zupełnie inaczej niż nasza polska stara panna. Singielki korzystają z życia, dobrze się bawią, robią kariery, są wyzwolone i ambitne. Ale nawet tak zadowolonym z życia i samych siebie kobietom, pewnych rzeczy robić nie wypada, a nawet nie wolno, bo inaczej komentarze złośliwe, spojrzenia karcące i plotki, mniej lub bardziej prawdziwe, dosięgnąć ich mogą. Czego zatem nie wolno tej niezamężnej, bezdzietnej i stanu wolnego?

Powiedzieć, że nie ma czasu i jest zajęta

Jak to jest zajęta? Niby czym? Męża nie ma, dzieci też nie, prania mniej, prasowania niemal wcale, gotować praktycznie nie musi. Nikt jej nie rozlewa soku na świeży obrus, nie rozsypuje piachu, nie marze po ścianach i nie zostawia brudnych skarpetek po kątach, nie marudzi nad uchem. Przychodzi do domu, ma ciszę i święty spokój – jeśli mówi, że jest zajęta i brakuje jej czasu, to z pewnością kłamie.

Powiedzieć, że lubi być sama

Wszystko jasne – egoistka, kobieta aspołeczna, a kto wie, może nawet antyspołeczna! Tak głośno, wprost i bez ogródek twierdzić, że lubi się samotność? Pewnie, bidulka, oszukuje wszystkich dookoła, mydli im oczy, a sama przed sobą (i przed innymi) nie chce przyznać się do tego, że w środku łka i cierpi okrutnie.

Mówić wprost, że nie chce być sama

No i po co ona to mówi? Zdesperowana pewnie, nie umie sobie sama pomóc, zwierza się innym i wprawia ich tylko w zakłopotanie. Jak nie chce być sama, to niech sobie kogoś znajdzie i po kłopocie. Albo niech kota kupi – stare panny lubią przecież koty!

Kupić kota

To takie banalne, tendencyjne i stereotypowe. Kupno kota to pierwszy gwóźdź do staropanieńskiej trumny! Każdy wie, że z kotami mieszkają smutne, zgorzkniałe stare panny albo czarownice. Z dwojga złego, trudno powiedzieć, co jest gorsze – czarna rozpacz czy czarna magia…

Fot. Pixabay/ Unsplash/ CC0 Public Domain

Fot. Pixabay/ Unsplash/ CC0 Public Domain

Nie dbać o siebie

Nie dba, bo nie ma dla kogo (bo przecież nie dla samej siebie). Gdyby miała faceta, to pewnie by się bardziej starała, większa uwagę zwracała na swój wygląd. Kto ją zechce taką nieumalowaną, w ciuchach z zeszłego sezonu i bez hybrydy na paznokciach? A może to depresja z powodu samotności?

Mieć gorszy dzień

Sfiksowała, bo chłopa dawno nie miała! Przecież problemów żadnych nie ma, żyje sobie beztrosko, na luzie i tak jak chce. Gorszy dzień może zdarzyć się każdemu, ale nie singielce – przecież to zupełnie inny typ człowieka. Powinna wstawać rano z uśmiechem i z takim samym wyrazem twarzy zasypiać, tryskać pozytywną energią i nieustannie wzruszać pięknem otaczającego ją świata. Odmówiła, nie chciała czegoś zrobić, pogniewała się albo coś dosadnie skomentowała? Typowa stara panna – niemiła, nieżyczliwa i niesympatyczna.

Zaprzyjaźnić się z zajętym facetem

Bo przecież damsko- męska przyjaźń istnieje jedynie w filmach i literaturze. Gdyby chociaż męża miała, to co innego, ale samotna kobieta, która przyjaźni się z zajętym facetem, z pewnością ma wobec niego niecne romansowe plany. Zbałamucić chce, związek zepsuć, na manowce sprowadzić i do grzechu namówić, ot co! Żony, narzeczone i dziewczyny – pilnujcie swoich partnerów, gdy singielka pojawia się w okolicy, bo tylko czeka na dogodną okazję, by odbić wam waszych mężczyzn.

Chodzić na randki z różnymi mężczyznami

Z jednej strony, powinna szukać miłości, dawać sobie szanse na szczęście, poznawać nowych ludzi. Z drugiej, nie może być tych randek zbyt wiele, bo zaraz powiedzą, że puszczalska, że łatwa, że skacze z kwiatka na kwiatek, a przecież kobiecie nie wypada, kobieta powinna być skromna i grzeczna.

Trzymać na rękach dziecko

A jeśli już się uprze by przytulić jakiegoś niemowlaka, to musi przygotować się na komentarze typu „pasuje ci”, „powinnaś się postarać o swoje” albo na „łagodne” aluzje metrykalne takie jak „latka lecą, zegar biologiczny tyka” lub „coraz młodsza nie będziesz”. Duch subtelności i delikatności w narodzie nie ginie!

Zrobić karierę

Poświęciła swoje życie dla pracy i kariery zawodowej, żoną i matką być nie zdążyła (bo że nie chciała trudno jest niektórym zrozumieć i zaakceptować). Awanse, promocje, nagrody, wyróżnienia, projekty – pewnie tym kompensuje sobie brak rodziny. Bo przecież przepis na szczęśliwe życie jest tylko jeden, uniwersalny i do każdego pasujący – kto chce inaczej niż wszyscy, musi być nieszczęśliwy.

Nie zrobić kariery

Nie ma męża, nie ma dzieci i nawet kariery nie zrobiła! Gdyby chociaż była dyrektorem albo zarabiała miliony, podróżowała po świecie i miała luksusowy apartament, to jeszcze można zrozumieć, ale tak…

A tak już całkiem na serio, pamiętajcie, że jeszcze się taki nie narodził, który by każdemu dogodził – zawsze znajdzie się ktoś, kto skomentuje nasz styl życia, decyzje, wygląd albo zachowanie. Na oglądaniu się na innych i wsłuchiwaniu w ich krytyczne uwagi, nikt jeszcze szczęścia nie zbudował. Przypadek? Nie sadzę!

Zatem najlepsze, co można dla siebie samego zrobić, to nie przejmować się tym, co mówią o nas pozostali- wszak jest ich wielu i każdy mówi coś zupełnie innego.


Leczenie kompleksów sukienkami, czyli Urszula Lola i jej sposób na bodypositive

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
10 lipca 2016
Foto. Produkcja Plus Me Projekt "Sesja zdjęciowa zorganizowana przez PLUS ME PROJECT Beauty has no size (fot. Bogusia Skrzypczak Photography)"
Foto. Produkcja Plus Me Projekt "Sesja zdjęciowa zorganizowana przez PLUS ME PROJECT Beauty has no size (fot. Bogusia Skrzypczak Photography)"

Każda z nas ma w życiu choć jedną wróżkę, która sprawi, że zmieni się z kopciuszka w piękną królewnę. Dla kobiet w większych rozmiarach,  jest nią Urszula Lola – właścicielka ByLola, Agencji Modelek MaxiLook i portalu XL-Pozytywnie.pl. Wystarczy przekroczyć próg butiku, by nagle przepełniła nas pozytywna energia, którą Ula rozsiewa wokół siebie. Kiedy trafiłam do warszawskiej siedziby marki na Nowym Świecie, akurat trwała przymiarka. Blondynka w okularach przyjechała aż ze Świętokrzyskiego. „Jeszcze nigdy nie wyglądałam tak pięknie w tak wielu sukienkach!” – rzuciła naprawdę szczęśliwa, w jej oczach było widać łzy wzruszenia, bo przecież dobre wyglądanie w rozmiarze 52 może być trudne. Ula robi wszystko, żeby było to najłatwiejszą rzeczą na świecie i zachęca kobiety plus size do wiary w siebie!

Agnieszka Sierotnik: Nie bałaś się biznesu plus size w Polsce?

Urszula Lola: By Lola to tak naprawdę młody dzieciaczek, ma dopiero 2,5 roku, ale nawet w perspektywie tego czasu, dużo się zmieniło. Na samym początku był sklep internetowy. Sama ściągałam sobie ciuchy z zagranicznych sklepów, które nie były dostępne w Polsce. W pewnym momencie rozpoczęłam poszukiwania swojej wymarzonej, szarej, dresowej sukienki oversize. Teraz może nie miałabym takiego problemu, ale jeszcze dwa lata temu, znalezienie takiej sukienki na mnie graniczyło z cudem. Koleżanki kupowały takie cuda u Chińczyka za trzy dychy, a ja nie miałam na to szans. Wtedy zaczęłam szukać krawcowej, która uszyje dla mnie tą sukienkę.

Brzmi jak rozpoczynający się koszmar.

To prawda, był to ogromny problem. Szukałam i szukałam, a jak już znalazłam, bardzo szybko się zniechęcałam. I nie chodziło już nawet o kwestie cenowe, ale o samo podejście do szycia dużych rzeczy. Patrzyły na mnie jak na dziwaka, bo chciałam sukienkę w jasnych, krzykliwych kolorach, które stereotypowo rzadko szyje się w tak dużych rozmiarach. Nie chciałam współpracować z osobami, które tak mnie traktowały.

Ale wygląda na to, że w końcu znalazłaś kogoś odpowiedniego.

Znalazłam Panią Iwonkę, która jest dla mnie bardzo istotną częścią tej całej układanki. Miała wtedy swój zakład krawiecki. Dla niej nie było problemu, że to taki krój, taki kolor, a rozmiar zdecydowanie odbiegający od normy. Uszyłam jedną sukienkę, potem drugą, aż w końcu ktoś zaproponował, że może wstawiłabym taką kieckę do swojego sklepu.

Znajomi mieli rację?

Tak, okazało się, że dziewczyny zaczęły zamawiać. To nie jest typowy sklep typu „puszysta pani”. Nie lubię cętek, lampartów i innych cekinów, a często wchodząc do takiego sklepu możesz dostać oczopląsu. Nie mówiąc już o tym, że zazwyczaj to naprawdę nie są rzeczy dla młodych kobiet, choć to też zaczyna się zmieniać.

To w jaki sposób określiłabyś swój styl, a co za tym idzie styl By Lola?

Lubię klasyczne ciuchy w różnych kolorach. Właśnie w tym kierunku zaczęłam kombinować w porozumieniu z panią Iwonką. Wymyślałyśmy nowe fasony, często patrząc na to, co jest dostępne w sieciówkach dla szczupłych osób. To nie było kopiowanie, ale raczej dostosowanie do potrzeb większych kobiet. Od kiedy zaczęłyśmy szyć, 90% zamówień to te autorskie projekty, a nie ciuchy sprowadzane z innych sklepów.

Co stało się z ciuchami, które ściągałaś z innych sklepów?

Zostały po prostu zapomniane! Ja też traktuję je trochę po macoszemu, bo trudno mieć całą rozmiarówkę danej bluzki czy spódnicy czy pełną kolorystykę, żeby każdemu pasowało. A z tymi szytymi nie ma problemu, że coś jest za małe czy za duże. Wszystko możemy zmodyfikować – dekolt, długość, rękaw, przedłużony stan. Wszystko zależy od klientki.

fot. ByLola

fot. ByLola

A klientki doceniają, jak mogą dostać wymarzoną rzecz.

Trzeba pamiętać, że większe kobiety mają różne dysproporcje, a one też chcą czuć się pięknie i kobieco. Oczywiście jest tabela rozmiarów, według której można kupować rzeczy w sklepie internetowym, ale przychodząc do butiku są traktowane bardzo indywidualnie.

To chyba właśnie tego nam, krągłym dziewczynom, brakowało, co?

Od lat obserwuję rynek plus size w Polsce, robiłam targi skierowane właśnie do tej branży, prowadzę agencję modelek i stronę XLPozytywnie.pl, więc od zawsze byłam mocno zaktywizowana w tym temacie. Przez te dziesięć lat naprawdę wiele się zmieniło, ale były też momenty, kiedy nie mogłam niczego znaleźć dla siebie nawet w polskich markach, bo były dostępne tylko do rozmiaru 52, przy czym to była bardzo zawyżona rozmiarówka. W sieciówkach kupowałam rozmiar 52/54, a na targu czy w „puszystej pani” nie mieściłam się nawet w rozmiar 60.

Te zaniżone rozmiarówki to chyba zmora naszych czasów. Niby każdy sklep ma taką samą rozmiarówkę, a zawsze wychodzi inaczej.

Bo nawet sklepy dedykowane puszystym, mają pewne ograniczenia, a ich ograniczeniem jest szerokość belki z materiałem, która ma 140-160 cm. Wtedy kończą się też możliwości marek, bo po prostu im się to nie opłaca, bo muszą szyć z dwóch długości.

Firmom się nie opłaca, a co z klientkami?

Jest dużo kobiet, które są powyżej „szerokości belki” albo mają różne dysproporcje, przez które po prostu nie mogą kupować w zwykłych sieciówkach czy nawet zamawiać ciuchów przez Internet. Zanim zaczęłyśmy rozmawiać, miałam klientkę, która miała bardzo duży biust, ale była stosunkowo wąska w biodrach. Nie miałaby szans, żeby zamówić klasyczną, ołówkową sukienkę, bo gdyby weszła w nią na dole, u góry byłaby po prostu za mała.

Ceny ciuchów w większych rozmiarach to prawdziwy koszmar. Przecież ten sam ciuch w rozmiarze 42 kosztuje np. 79 złotych, a już za 44 zapłacimy 129 złotych. Jak radzisz sobie z tymi zawirowaniami?

Ciągle się zastanawia, jak robić tak, żeby ceny były stosunkowo przystępne. To nie są rzeczy, które kosztują bardzo dużo, chociaż zdaję sobie sprawę, że dla niektórych mogą to być duże kwoty. Cena zależy od ilości. Trzeba jednak pamiętać, że to nie jest produkcja „chińskich rączek” ani masowa produkcja nawet w Polsce, ale małe ilości rzemieślniczej pracy, które staramy się indywidualnie dostosować do klientek.

Pomimo wszystko, kobiety wybierają ByLola.

Bo robimy coś zupełnie innego. W Polsce pokutuje jeszcze przekonanie, że puszyste kobiety muszą ubierać się w stonowane kolory i kroje, które nie podkreślają ich sylwetki. A ja dobrze wiem, że oni się mylą! Wprowadzamy materiały, których inne firmy zajmujące się plus size nie używają – tiule, pianki oraz sukienki czy spódnice z koła, naprawdę trudne do znalezienia w dużych rozmiarach.

I każda zainteresowana wygląda w tym dobrze?

Może czasem gdybym miała iść ścieżką sztuki stylizacji, nie polecałabym wielu klientom sukienek, które im się podobają. Często sugeruję im, żeby założyły coś innego i spróbowały innego kroju, ale one po prostu marzą o tym, żeby założyć sukienkę z pianki czy spódnicę z tiulu. I doskonale zdają sobie sprawę z tego, że nie mają do tego idealnej figury.

Odpuszczasz czy dalej przekonujesz, że powinny wybrać coś innego?

Widzę, jak świecą się ich oczy i jakie są szczęśliwe, to najfajniejsze uczucie. Ludzie mogą zarzucać, że to nie są ciuchy sprofilowane dla grubych lasek, ale wydaje mi się, że rynek powinien dać prawo do wyboru. Każdy ma prawo do printów czy nieszablonowych ciuchów, niezależnie od rozmiaru. Wiesz, jeśli dziewczyna marzy o tym, żeby założyć jakąś wymyślną kieckę, to ja chcę to marzenie spełnić.

Marzenia marzeniami, ale trzeba wiedzieć, jak się ubrać.

Dobrze by było zacząć od ustalenia, jaką ma się sylwetkę. Warto się zastanowić, co jest naszym atutem, co chcemy podkreślić. Duży problem jest w tym, że patrzymy na siebie pod kątem rozmiaru, a nie sylwetki. A tak z własnego doświadczenia – najważniejsze jest to, żebyśmy się sobie same w czymś podobały.

Dziewczyny plus size chcą się ubierać odważnie?

Jeszcze półtora roku temu było tu strasznie szaro-buro. Królowały granaty, czerń, szarości. Musiałam to jakoś poukładać i sprofilować. Teraz mam w butiku przekrój każdego koloru, bo dziewczyny mają po prostu odwagę, żeby się pokazać – nie chcą się już ukrywać.

Jaka jest kobieta ByLola?

Szczęśliwa, radosna i ma ochotę czasami zaszaleć – a ja chcę im dać ku temu szansę.

Chyba trochę leczysz kompleksy Polek w większych rozmiarach.

Czasem przychodzą do mnie dziewczyny, które nigdy nie zakładały sukienki czy spódniczki, bo tu była za gruba, a tu za brzydka, a są naprawdę śliczne. Staram się, żeby nie tylko pięknie wyglądała w danym ciuchu, ale także pracuję nad jej wnętrzem. Z resztą zawsze byłam bardzo zaangażowana w świat plus size – organizuję targi, pokazy mody czy spotkania z ciekawymi ludźmi, na które zapraszam moje klientki, żeby trochę je zmotywować.

Wydajesz się być naprawdę pewna siebie.

Wcale taka nie jestem!

No dobrze, ale jesteś przebojowa i rozsiewasz wokół siebie optymizm połączony z samoakceptacją. Sama wiem, że to nie takie łatwe!

A kiedy zmieniło się to u ciebie?

Chyba w momencie zobaczenia pierwszych zdjęć modelek plus size…

Bo nagle zobaczyłaś, że można wyglądać fajnie! Kilka lat temu w ogóle nie istniała polska blogosfera, nie można było inspirować się fajnie ubranymi dużymi babkami. Teraz jest ich wiele; świetnie się ubierają, a do tego mają dobrej jakości zdjęcia na blogach. No i polscy producenci zmieniają target na młodszy.

Nie uciekaj od pytania! Co z tą pewnością siebie?

Nie zawsze tak było. Miałam bardzo duże kompleksy i nie akceptowałam swoich ramion, ale nie miałam problemu z akceptacją innych. Zawsze byłam pozytywnie nastawiona do życia, ale bałam się tego, jak ktoś mnie postrzega. Nienawidziłam lata, ale nawet nie ze względu na temperaturę. Po prostu miałam długie spodnie, bluzkę z długim rękawkiem, zakrywałam ciało. Teraz nie boje się założyć sukienki z odkrytymi ramionami czy krótkiej spódniczki, bo po prostu przestałam się bać tego, co inni o mnie myślą.

Sesja zdjęciowa zorganizowana przez PLUS ME PROJECT Beauty has no size (fot. Bogusia Skrzypczak Photography)

Sesja zdjęciowa zorganizowana przez PLUS ME PROJECT Beauty has no size (fot. Bogusia Skrzypczak Photography)

Lato i grubi ludzie to wielowątkowy temat.

Ja rozumiem, że komuś może się nie podobać, że zobaczy grube nogi czy duże ramiona, ale ile razy na ulicy przechodzisz obok chudej laski, która ma tak krótkie szorty, że widać jej cały tyłek? Estetyka działa w dwie strony.

Wróćmy do pewności siebie. Skoro Ty potrafisz taka być, dlaczego inne większe kobiety nie potrafią uwierzyć w siebie?

Często jak ktoś jest gruby stwierdza, że nic nie musi robić – dobrze się ubrać, dbać o siebie, malować, ładnie uczesać. A przecież mimo tego, że jesteś większa, możesz wyglądać dobrze. Po prostu będziesz większą Barbie!

Był jeden moment, w którym postanowiłaś zmienić wszystko i zawojować świat pewnością siebie?

Na pewno pomogli mi w tym otaczający mnie faceci. Gdy byłam nastolatką, było dla mnie abstrakcją, że mogę się komuś podobać. No bo jak? Gruba dziewczyna, która nie podoba się sama sobie. Poznałam faceta, który wolał duże kobiety. Z perspektywy czasu bardzo mu współczuję, miał ciężki orzech do zgryzienia. Byłam bardzo zakompleksiona, miałam duży problem z nagością i wierzeniem w komplementy. Powoli jednak zaczęłam w to wszystko wierzyć – że mogę być ładna, atrakcyjna, że mogę się komuś podobać. To było dla mnie bardzo istotne.

Bo dopiero kiedy pokochamy siebie, mogą pokochać nas inni. Tylko to trudne, kiedy społeczeństwo kiepsko reaguje na reprezentantki plus size.

Kiedyś zastanawiałam się, dlaczego tak się dzieje. Często grubsza dziewczyna idzie przez miasto tak, jakby szła na ścięcie. Widać, że to nie są silne osoby, które najlepiej od razu przydusić. To oczywiście jest słabe, ale kiedy po drugiej stronie idzie laska tych samych gabarytów, z podniesioną głową, uśmiechnięta raczej nie spotyka się z atakami. Ale może to kwestia różnicy miast. W Warszawie nie ma znaczenia, jak wyglądasz. W mniejszych miastach sytuacja jest jednak inna.

Reakcja na mieście to jedno, a takie na siłowni to drugie. A przecież to „ci grubi” są największymi zwycięzcami, kiedy zaczną uprawiać sport.

Dla mnie to w ogóle kuriozalna sytuacja. Z jednej strony społeczeństwo oczekuje, żeby schudli, a z drugiej strony koleżanki często mi opowiadają, że boją się iść na basen, bo nie chcą być wytykane przez ludzi za to, jak wyglądają. Myślę, że szczególnie w takich miejscach powinna być atmosfera pełna akceptacji i wsparcia. Bo jeżeli już się ruszymy, żeby zadbać o siebie i schudnąć czy zrobić coś ze swoim zdrowiem, powinniśmy się raczej spotykać się z aprobatą. Naprawdę rozumiem, że duża dziewczyna szybciej się męczy i bardziej się poci, ale to nie usprawiedliwia wyśmiewania się nich w czasie uprawiania sportu.

Próbowałaś kiedyś schudnąć?

Pewnie! I to nie raz. Byłam na dietach, chudłam-tyłam-chudłam-tyłam. To było zamknięte koło. Aż w końcu pogodziłam się ze swoją wagą. Nie oznacza to jednak, że nie uprawiam żadnego sportu. Jeżdżę do pracy rowerem, chodzę na basen – staram się ruszać. Nie chcę, żeby moja waga była dla mnie ograniczeniem. Nie mówię tu o wchodzeniu na Mont Everest, ale fajnie by było przejść się kilka kilometrów po plaży bez zadyszki.

Ludzie chyba bardzo często mylą zachęcanie do samoakceptacji i bodypositive z promowaniem otyłości.

To totalny absurd. Naprawdę zachęcam dziewczyny, żeby o siebie dbały, jeśli chcą chudnąć – niech chudną! Każda z nas jest na innym etapie swojego życia i ma zupełnie inne priorytety. Ja akurat zajmuje się większymi rozmiarami, bo sama jestem duża i doskonale rozumiem te problemy. Pewnie gdybym była chudsza zajmowałabym się modą w zwykłych rozmiarach, bo bardziej bym ją czuła.

fot. Nikodem Szymański wizaż i stylizacja Karina Czapla

fot. Nikodem Szymański wizaz i stylizacja Karina Czapla

A przecież w każdym rozmiarze można wyglądać pięknie…

I właśnie to staram się przekazać! Bez względu na to, na jakim etapie życia jesteśmy zadbajmy o siebie, wyglądajmy dobrze! I nie traktujmy diety jako momentu zawieszenia, do czego kobiety mają niesłychaną zdolność.

Momentu zawieszenia czyli?

Odchudzanie jako wymówka na wszystko – nie kupię sobie nowej sukienki, bo się odchudzam, nie zrobię sobie nowej fryzury, bo się odchudzam i wiele innych. Nie żyjemy tym, co tu i teraz. Może mam zbyt hedonistyczne podejście do życia, ale uważam, że trzeba się cieszyć każdym dniem.

Piękna grubaska to w naszym społeczeństwie typowy oksymoron.

To prawda, kiedy w jakiś kampaniach bodypositive pojawia się słowo piękna obok gruba, podnosi się publiczny lincz. Bo jak gruba osoba może czuć się piękna? Robię wszystko, żeby każda kobieta, niezależnie od rozmiaru czuła się tak samo piękna, ale na pewno nie nigdy nie powiedziałam, że namawiam do bycia grubą, bo tylko to jest ładne i seksowne.

Ludzie zarzucają, że promujesz otyłość, a Ty i tak robisz swoje i całkiem nieźle Ci to wychodzi!

Może już się trochę przyzwyczaiłam do tych zarzutów, bo pojawiają się one przy każdym evencie czy wypowiedziach blogerek. Szkoda tylko, że żadna z tych osób, które nam to zarzucają nie ma pojęcia o tym, co mówimy czy robimy w czasie targów czy pokazów mody. Nadal to dla mnie niewyjaśnione zjawisko.

Pojawiają się blogerki plus size, agencje modelek… Sama zresztą jedną prowadzisz.

Bardzo się cieszę, że mogę czytać blogi, które są świetnie prowadzone i bardzo inspirują. Jesteśmy na naprawdę dobrej drodze! W agencji mamy bardzo dużo dziewczyn, które chciałyby zrobić karierę i nie wstydzą się swojego ciała. Myślę, że w przeciągu pięciu lat wiele się zmieni w temacie plus size. Jest kilka marek, które mają naprawdę dobre kolekcje dla kobiet w naszym wieku.

Jak to jest z tą społecznością plus size? Ashley Graham ostatnio stwierdziła, że nie czuje się jej częścią, a przecież jest najpopularniejszą modelką plus.

Ktoś mi kiedyś zarzucił, że to pewien rodzaj getta. Bo po dzielić się na duże i małe, skoro wszystkie jesteśmy kobietami. Nie do końca mogę się z tym zgodzić. Mój sklep to nie jest typowa produkcja-sprzedaż, ja naprawdę tym żyję! Spotykam się z blogerkami, modelkami, przez Internet naprawdę można spotkać cudowne młode kobiety. W całej Polsce są laski, które robią świetną robotę promując bodypositive. Kiedyś przyszła do mnie dziewczyna, której mąż jest fanem Gracji z Super Size XL. Mąż przysłał ją, żeby kupiła sobie spódniczkę, w której Gracja wystąpiła na swoim blogu. Nigdy nie miała na sobie spódnicy, a wyglądała przepięknie!

Blogerki blogerkami, a Ty nosisz ciuchy swojego projektu?

Pewnie, chociaż moja szafa to nie tylko ByLola. Mam wrażenie, że moim hobby są grube laski, a nie moda.

Może dlatego tak dobrze Ci idzie!

A może tak! Lubię rozmawiać z dziewczynami, które przychodzą do mnie do butiku. Często podrzucają mi inspiracje, bo nie czuję się projektantką czy kreatorką mody. Z resztą nie oszukujmy się – fajnie, że są te ciuchy, ale i tak najważniejsze przemiany dzieją się w głowie.


Rany leczy czas, nieobliczalny z niego doktor – nigdy nie wiadomo, co przyniesie… Błękitne lato

Małgorzata Mueldner
Małgorzata Mueldner
9 lipca 2016
Fot. iStock / wundervisuals
Fot. iStock / wundervisuals

Wszystko się poukłada i będzie kiedyś  dobrze. Nic nie dzieje się bez przyczyny i nie może być cały czas źle. Źle nie jest, bywało gorzej. Kiedy oświadczył, że odchodzi. Coś się skończyło na zawsze. Łzy też się kiedyś kończą, ale dusza wyje cichutko do poduszki jeszcze długo. Rany leczy czas, nieobliczalny z niego doktor – nigdy nie wiadomo, co przyniesie…

W to lipcowe popołudnie postanowiłam zacząć pisać, w głowie poukładanych jest tyle obrazów i wydarzeń, całe scenariusze do kobiecych filmów i romantycznych komedii. A może ktoś, kiedyś zechce je wykorzystać i jeszcze stanę się nieprzyzwoicie bogata! Rano pojechałam na zakupy, posprzątałam dom, nastawiłam kolejną pralkę, zmieniłam wystrój tarasu, trochę powygrzewałam się na słońcu. Przebrnęłam jeszcze przez ustawienia konta na Facebooku. Nadal jedna osoba nie jest zablokowana. Po prostu jeszcze nie mogę.

Telefon zadźwięczał dzisiaj kilka razy, znajomym sygnałem przyjścia wiadomości na messengerze. Z samego rana A. napisała po angielsku: – „Hi my bb, Kiss u and fx for yesterday evening”. A. jest niesamowita, pisze tak, od kiedy on przestał. Pisze, żeby było mi łatwiej „na odwyku” i dla śmiechu, otuchy, zabawy. Wszystko razem jest urocze i wprawia w lepszy nastrój. A ja odpisuję tak, jakbym odpisała mu: „Kiss you too”.

Później sygnał messenger obwieścił nadejście wiadomości od niego. Kolejny raz wysłał swoje zdjęcia, tym razem z lotniska z komentarzem, że żegna właśnie wyjeżdżającą córkę… Co mnie to wszystko obchodzi..??..!!  Już nic, trzy tygodnie temu napisałam mu wyczerpująca wiadomość, że wycofuję się z tej znajomości, nie dam rady dłużej.

On jednak nie pozwala o sobie zapomnieć.  Czasem w środku nocy przyśle zdjęcie, na którym jesteśmy razem, czasem napisze pojedyncze słowa „miss you”, „Kiss for you”.  I to wystarczy, wypracowany na chwilę spokój znika, serce bije mocniej w nadziei, że może on tak naprawdę tęskni, tylko nie potrafi okazywać bardziej uczuć.

Słowa przyjaciół, dudnią jak echo: „ nie odpisuj, nie reaguj, jemu na tobie nie zależy, pisze też tak do innych”.  Co robi jednak głupie serce?. Nie słucha rozumu, tłumaczy i oszukuje się.  W ostatnim tygodniu wymyślił nową drogę przyciągania mojej uwagi – wysyła zdjęcia. Swoje, z rodziną, ze spaceru, z leżaka, z lotniska…, po co to robi? Wie chyba tylko on. Efekt jednak jest taki, że nadal mu odpisywałam. Do dzisiaj. Dzisiaj postanowiłam inaczej.

Wysyłam, więc zdjęcia, które dostałam do A, i do drugiej A.. w dramatycznej potrzebie upewnienia się, że nie powinnam odpisać.  Moje przyjaciółki mają cierpliwość aniołów, kolejny raz piszą: „Nie odpisuj!! Wiesz, co masz robić!” Nie odpisuję. Jestem z siebie dumna. Teraz już nie odpiszę.

A jeszcze miesiąc temu, troszkę więcej, było tyle pozytywnych emocji, śmiechu, rozmów i przygotowań. Przygotowań do wyjazdu.

Pojawiła się w najmniej oczekiwany sposób. Historia jak z romantycznej komedii. Projekt „wychodzisz z domu” zadziałał. Wyszłam… po 15 latach małżeństwa, po prawie roku rozpaczy, przygnębiającej rzeczywistości rozwodowej. Wyszłyśmy obie. Chociaż A. zawsze miała swój bogaty świat, pasje, odskocznie od o życia domowego i męża kata.

Wiele razem przeszłyśmy przez ten rok, nauczyłyśmy się rozmawiać o wszystkim i walczyć jedna o drugą – każda na swój sposób.  Razem płakałyśmy, wspierałyśmy się i śmiałyśmy. Wiele razy widziałam A złamaną, bez sił i wiele razy ona widziała taką mnie.  Ale teraz… Teraz żartujemy, flirtujemy. Bywamy znowu nastolatkami.

Interesował się mną od początku, ja nim zupełnie nie. Nie wyglądał atrakcyjnie, a pierwsze wrażenie wręcz krzyczało: „ podrywacz”. Kobiecy umysł i serce potrafią płatać figle.

Niespełna tydzień po wyjeździe z Polski, zaczął pisać na  Facebooku.  Okazał się mistrzem słowa. Jego humor, spontaniczność urzekła mnie i nie tylko mnie. Wszystko przecież opowiadałam A., G., i drugiej A. Był uroczy, odważny, czuły… wirtualnie, ale jednak.

Miesiąc niedospanych nocy, bo pisaliśmy do wczesnych godzin nad ranem. W dzień nie mogłam się na niczym skupić wiedząc, że za chwilę coś napisze, da znać, że jest i pamięta.

A. powtarzała, że zakocham się w jego mózgu. I to prawda, kobieta stęskniona ciepła i adoracji zakocha się w słowach. Wszystko się zmienia, zakładamy różowe okulary i widzimy inaczej. Wcześniej niezbyt wysoki, łysy, o 10 lat starszy. Później podobny do Bruce Willisa, męski, uroczy. Wszystkie reagowałyśmy podobnie. Promieniałam. Po smutnym roku przyszła kolorowa wiosna i błękitne lato.

Wszystko potoczyło się dynamicznie, kupił bilety lotnicze i było oczywiste, że do niego polecę. Nawet, jeśli zapierałam się, że nie absolutnie nie. Mnóstwo przygotowań poprzedziło wyjazd. Zakupy, nowe biustonosze, starannie dobrane, w których nawet mój skąpy biust wyglądał obiecująco. Wypełnione szuflady sportową bielizną zmieniły zawartość na kolorowe koronki, kwintesencję delikatnej kobiecości. Przy walizce obok conversów, które najczęściej noszę, stanęły nowe szpilki. Na łóżku wyprasowane starannie sukieneczki na wszelki wypadek.

A on nadal pisał. Jeszcze bardziej uroczy, bez pruderii, bez wstydu. Zdecydowany, ale czuły. Jego wiadomości były obietnicą niesamowitych chwil i miłosnych uniesień. Czasem czytałyśmy razem, z rumieńcem na twarzy i swego rodzaju fascynacją, że można nazwać wszystko, opisać i nie naruszyć intymności między kobietą a mężczyzną.

Jaki był naprawdę? Był męski, jak na swój wiek dobrze zbudowany, zachował młodość tam gdzie trzeba. Czuły, doświadczony kochanek w łóżku. Idealny dla dziewczyny jak ja, na ten moment życia i na powrót do własnej cielesności uśpionej przez lata. Poza sypialnią jego czar nieco pryskał. Wydawał się niezbyt zaangażowany, nieco apodyktyczny, szorstki. Ale nadal z dużą dozą jakiegoś bliżej nieokreślonego uroku. Coś w nim jest, co jednocześnie przyciąga a za chwilę, za parę godzin, dni odpycha. Sześć szalonych dni i nocy, miłosnych rozkoszy, odrobina rozczarowania i wiele nowych znajomości skazanych i tak na powolne zapomnienie.

Czy było warto? Zawsze! Życie jest po to, by żyć. Czuć i czuć mocno. Radość, pożądanie, smutek, złość. To wszystko sprawia, że jesteśmy prawdziwi i spełnieni.

Wszystko dzieje się po coś, jest kolejną lekcją. Wystarczy tylko otworzyć swoje zmysły, zaufać intuicji i zabrać przesłanie, które podsunął los nawet, jeśli przez chwilę boli.

Ja już wiem, czego chcę od życia. Chcę kochać i być kochaną, chcę być kobietą a nie małą dziewczynką zamkniętą w cyfrze 40. Bez kompromisów, bez tłumaczenia drugiej osoby, mieć pewność i dawać pewność, we wszystkim. Być samodzielną, niezależną materialnie, ale jednocześnie delikatną księżniczką potrzebującą silnego męskiego ramienia do wsparcia i męskiej prawdziwie męskiej klaty do przytulenia.

Po powrocie czar nowej miłości jakby nieco prysł. Nie przyleciał do mnie z wizytą, odpisywał mniej. Często z humorami, niezbyt przyjemnie. Najbardziej był zainteresowany moją fizycznością. Nie nadaję się do uprawiania seksu na czacie. Wszystko jest dla ludzi, ale trzeba w tym wszystkim pozostać sobą. Zawsze można zmienić się dla kogoś, ale ten ktoś musi być tego wart.

Pewnego dnia druga A napisała mi: „ Nie zmieniaj się dla niego, bo będziesz tego żałować”. Druga A zna mnie 30 lat, jest dla mnie jak siostra.  A i G wydały krótkie zalecenia – zablokuj go na Facebooku, nigdy więcej mu nie odpisuj. On jest dla ciebie toksyczny, to nie ma i nie będzie miało przyszłości, nie poradzisz sobie z nim.

W głowie nagle pojawiły się słowa dawno wypowiedziane przez mojego ojca i chociaż od lat nie mam z nim kontaktu, nie wiem, dlaczego właśnie teraz przypomniałam sobie o nim.

– Pamiętaj facet, jeśli jest zakochany, nie ma dla niego przeszkód, odległości, wymówek zrobi wszystko by być z tobą, chociaż przez chwilę – mówił. Może to inne pokolenie, a może wcale nie. Ojciec  znał dobrze męską stronę natury. Myślę, że powiedziałby mi jeszcze jedno: -„Szanuj się”.

Pozostałam sobą i napisałam długą, ładną wiadomość. Delikatnie, nie kryjąc uczuć, ale informując, że nie chcę dłużej utrzymywać tej relacji. W odpowiedzi otrzymałam dwa oschłe słowa, zupełnie bez sensu. Nieważne. Ważne, że łzy pociekły po policzku, że jakiś kolejny etap był zamknięty.

On… Cóż… Nie przestał przypominać o sobie, tym samym ja nie potrafię zapomnieć o nim.  Nadal nie wiem czy jestem jedną z dziewczyn na jego liście czatu, czy może wprowadziłam trochę zamieszania do kawalerskiego wygodnego życia i sam nie wie, co z tym zrobić.

Ponownie – nieważne. Zabieram z tej znajomości to, co dla mnie najlepsze, wyciągam kolejne wnioski i przechowuję najpiękniejsze ze wspomnień – dla wnuków (mam nadzieję).  Odważyłam się na szaleństwo w życiu i chociaż moja delikatność i emocje nie sprzyjają tego typu aktywności – było warto.

Telefon wydał dźwięk, przyszła wiadomość: „Hi”. Nie odpiszę, postanowiłam, że nie.

Wieczorem kolejny brzdęk aplikacji messenger, to druga A: „ Wytrzymaj!!! Please!!!! Nie daj mu wygrać!!!”.


 

Malgorzata mueldner gosia awatarMałgorzata Mueldner

Mama Mikołaja, 4 kotów i psa. Ponad wszystko ceni sobie spokój domowego zacisza i ogródka, ale miewa zaskakujące przygody. Przed laty zaczynała  jako obiecujący pracownik dużej korporacji, a dziennikarzem została dzięki splotowi różnych okoliczności i ludzkiej życzliwości.

 


Zobacz także

Fot. iStock/Geber86

Pomyśl, ile tak naprawdę jesteś warta i doceń to

Mateusz Grzesiak

Mateusz Grzesiak: „Przeciętność nienawidzi wyjątkowości – ludzie, którzy nie osiągnęli sukcesu, nienawidzą tych, którzy go mają”

Chcesz osiągnąć sukces? Nie zapominaj o tych kilku rzeczach

Chcesz osiągnąć sukces? Nie zapominaj o tych kilku rzeczach