Nieuleczalnie chory chłopiec umiera w ramionach Mikołaja. „I powiedz tam, w niebie, że jesteś moim najważniejszym elfem”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
14 grudnia 2016
Fot.  Screen z YouTubeUSA TODAY
Fot. Screen z YouTubeUSA TODAY
 

Historie o Mikołajach i małych chłopcach są zazwyczaj radosne. Ta z pewnością taka nie jest. Ale na pewno jest opowieścią o dziecięcym bohaterze, o kimś wspaniałym i odważnym. O prawdziwym Mikołaju.

Ten Mikołaj pomógł pewnemu pięciolatkowi umrzeć bez lęku, w poczuciu bezpieczeństwa i miłości.

Kiedy zadzwonił telefon ze szpitala, Eric Schmitt-Matzen, 60- letni inżynier i mechanik, nie sądził, że tym razem stanie przed tak trudnym wyzwaniem. Rolę Mikołaja odgrywał już wiele razy.

Pielęgniarka pospieszyła go – sprawa jest pilna, dziecko umiera. Jego marzeniem jest zobaczyć Mikołaja.

W ciągu 15 minut Eric dotarł na miejsce. Rodzinie chłopca powiedział, że nie powinni teraz płakać, jego wizyta musi być jak najbardziej radosna. To dlatego nie weszli z nim do sali, w której leżał chłopiec. Patrzyli przez szybę, jak dziecko powoli odchodzi.

Eric wręczył maluchowi prezent. Dziecko było tak słabe, że z trudem udało mu się go rozpakować. Ale uśmiechnęło się na widok zabawki. Potem powiedziało: – „Mówią, że umrę”. Ponieważ chłopiec bardzo bał się tego, co stanie się z nim po śmierci, Eric powiedział:  – Kiedy już dotrzesz do nieba, powiedz im, że jesteś najważniejszym elfem świętego Mikołaja. Jestem pewny, że wtedy cię wpuszczą”. Dziecko uspokoiło się.

Na koniec chłopiec spytał:-„ Mikołaju, czy możesz mi pomóc?”. I objął mężczyznę resztką sił. Chwilę potem umarł. Eric trzymał go w ramionach i tulił do siebie do samego końca. A potem podał zrozpaczonej matce.

Po całym wydarzeniu Schmitt-Matzen dochodził do siebie ponad tydzień. Obawiał się, że już nigdy nie będzie w stanie wystąpić w roli Mikołaja. Na szczęście uświadomił sobie, jak bardzo potrzebny jest innym.


 

Źródło: bbc.com


Przestań całować żaby i spotkaj w końcu swojego księcia. To wcale nie jest niemożliwe

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
14 grudnia 2016
Fot. iStock/CasarsaGuru
Fot. iStock/CasarsaGuru
 

Na pytanie: „czego chcesz od związku?” najczęściej odpowiadamy „chcę być szczęśliwa”. I tyle. Czekamy na tego księcia, który nas uszczęśliwi, który na białym koniu w błyszczącej zbroi uwolni nas z naszej wieży nieszczęść i na rękach zaniesie do lepszego życia.

Zgrzyt.

To tak nie działa. I o tym wiemy doskonale, ale co z tego, jeśli praktyka kompletnie nie idzie w parze z teorią. Głowa swoje, serce swoje i znowu mamy nadzieję, że całując brzydką żabę jednak uda się nam ją przemienić w księcia. Popełniamy te same błędy. Zachłystujemy się miłością, kochamy za dwoje, dajemy z siebie wszystko, często niczego nie otrzymując w zamian. Ale przecież TO miłość. TA miłość jest najważniejsza, choćby nie wiem co! Tylko właśnie to „nie wiem” pełni tu znaczącą rolę. Bo wbrew pozorom właśnie powinniśmy wiedzieć, co czyni nas szczęśliwą, co sprawia, że czujemy się dobrze w związku.

A gdyby tak raz spróbować inaczej i nim utoniemy w błękicie bądź brązie (zależy kto co lubi) jego oczu spojrzeć jednak ciut trzeźwiejszym wzrokiem na sytuację. W końcu o nasze szczęście chodzi, a nie o to, żeby komuś coś na siłę udowadniać.

Stwórz swoje miłosne CV

Kiedy szukasz pracy, wiesz, jakie są twoje oczekiwania, co jest dla ciebie priorytetem. W związku jest podobnie. Wypisz – co dla ciebie jest ważne, z czym sobie kompletnie nie poradzisz. Z taką listą nie stracisz zbyt szybko głowy, ale realnie ocenisz szansę tego związku. Czasami lepiej nie zaczynać czegoś, co i tak w efekcie cię unieszczęśliwi.

Zadbaj o swoje poczucie wartości

Nie jest tak, ze to faceci podkopują naszą wartość, że przez nich tracimy pewność siebie. Wręcz przeciwnie nie wierząc w siebie przyciągamy takich facetów, którzy nas nie szanują, gardzą nami. Jeśli znamy swoją wartość nigdy nie pozwolimy sobie na traktowanie nas z pobłażliwością, na niewybredne komentarze w stosunku do nas.  Przestań pozwalać facetom tak siebie traktować. Boisz się, że przestaną być zainteresowani? A co jest miłego w byciu w związku z facetem, który cię nie szanuje?

Miłość sama NIE przychodzi

Nie wystarczy machanie białą chusteczką z wieży, te czasy się już dawno skończyły. Chcesz poznać wartościowego faceta – wyjdź temu naprzeciw. Zapisz się na zajęcia, które są twoją pasją – tak masz większe szansę spotkać kogoś, kto podziela twoje zainteresowania, z kim znajdziesz nić porozumienia. Nie musisz każdemu facetowi z serwisu randkowego rzucać się w ramiona. Po prostu uważnie się rozglądaj.

Nie obniżaj standardów

Wydaje ci się, że czekasz w nieskończoność? Zdeterminowana bierzesz, co los ci podsuwa. Już ci obojętne, czy ona ma uśmiech amerykański, czy braki w uzębieniu. Niech będzie, byleby nie słyszeć komentarzy i litościwych spojrzeń, że w końcu ktoś się trafi. No to jak się trafił to biorę. To nic, że odbiega od ideału znacznie. I błąd. Warto poczekać dłużej, nie pozwalać wpakować się w związki bez przyszłości. Spotkasz tego jedynego, obiecuję.

Słuchaj swojej intuicji

Ona nie zrobi ci krzywdy, wręcz przeciwnie, gdy podpowiada: on nie jest dla ciebie, zobacz, jak się czujesz w jego towarzystwie, to wysłuchaj jej cierpliwie. Możesz sobie wmawiać, że jest cudownie, pięknie i że on jest fantastyczny, ale jeśli od czas do czasu dochodzi do ciebie głos: „uciekaj” – może warto mu się przyjrzeć.

Nie idealizuj

Bardzo często chcemy wierzyć, że on jest taki inteligentny, oczytany, pracowity. Mam tylko jedno pytanie – czy on ten swój potencjał wykorzystuje, czy te jego nadzwyczajne zdolności realizuje, czy tylko ty je dostrzegasz i się nimi zachwycasz, a cały świat jest przeciwko niemu, bo nikt nie rozumie, jaki to zdolny człowiek. Ej… Serio w to wierzysz?

Upewnij się, że macie podobny pogląd na wspólną przyszłość

Wyobrażasz już sobie, gdzie będziecie mieszkać, jak będzie wyglądała wasza codzienność, czy będziecie mieć psa, czy kot, dzieci? A może ty już masz swoje dzieci i wasze wspólne relacje w tej nowej sytuacji już też sobie w głowie układasz? Upewnij się, że on myśli tak samo, że dla niego twoje plany są tożsame z jego pomysłem na waszą przyszłość. I lepiej zrobić to bardzo szybko, nim padnie propozycja wspólnego mieszkania i okaże się, że on chce zostać w Warszawie, a ty marzysz o domu na wsi… I nijak nie będziecie mogli znaleźć kompromisu.

Zamknij oczy i wyobraź sobie waszą przyszłość, twój związek z nim za 5 , za 10 lat – jesteś w stanie zaakceptować wszystkiego jego wady, słabe strony? Dostrzegasz jego braki i wiesz, że jesteś w stanie z nimi żyć, że nie one będą decydować o waszym szczęściu? Jeśli tak – wchodź w to, próbuj, masz duże szanse powodzenia i spełnienia tej jednej potrzeby: „bycia szczęśliwą w związku”.

Jest jeszcze wiele punktów, które warto poznać, o których trzeba przeczytać, wprowadzić w życie, zadać sobie kilka ważnych pytań, by już nie całować brzydkich żab, tylko spotkać swojego księcia. Koniecznie zajrzyjcie do książki Ani Witowskiej „Babskie fanaberie, czyli jak przestać całować żaby i spotkać swojego księcia”. Anka wskaże wam drogę – jak zbudować szczęście przy boku tego właściwego faceta. Czy jej posłuchacie? To już tylko od was zależy. :)

fanaberie stojace

 


Wracam do domu, staję się dzieckiem i wierzę, że ono w nas nie zginie do momentu, aż sami go z siebie nie przegonimy…

Anika Zadylak
Anika Zadylak
14 grudnia 2016
Fot. iStock / martin-dm
Fot. iStock / martin-dm
 

Jest 5 rano, a z łóżka wygania cię wycie budzika. Wstajesz, bo musisz. Musisz zrobić śniadanie dzieciom, zadbać o to, żeby mąż nie poszedł do pracy bez kanapek lub głodny, zrobić wszystko, żeby nie ubrał wymiętej koszuli. Sprawdzić czy domownicy wszystko mają, czy nikt niczego nie zapomniał. Nakarmić koty, psy i inne kanarki. I przypilnować,  żeby nikt się nie spóźnił. Wtedy ty możesz w końcu biegiem wziąć prysznic, w przelocie połknąć kawałek kanapki i  błyskawicznie posprzątać. Przygotować wstępny plan z pomysłem  na obiad i lecieć na miejski, bo praca czeka.

Tam  zapieprzasz kilka godzin, usiłując jednocześnie nie zapomnieć o rachunku za prąd i za gaz, o nowych butach dla córki, bo rano zauważyłaś dziurę i o wywiadówce u syna. Mąż – jeśli masz szczęście takiego posiadać – piszę ci, że jest już wykończony tą pracą, ciągłą bieganiną i nerwowym życiem.  A tobie chcę  się wyć i rzygać jednocześnie, bo nagle uświadamiasz sobie, dlaczego z taką zazdrością patrzysz na biegające za oknem dzieciaki. I, że gdybyś dostała na moment czarodziejską różdżkę, nie zawahałabyś się nawet chwilę. Po prostu byś to zrobiła. W oka mgnieniu obudziłabyś się po raz kolejny. Nie wstrętnym budzikiem tylko łagodnym: – Co zjesz na śniadanie księżniczko? I patrząc w lusterko widziałabyś uśmiechniętą, wypoczętą buzię. Twarz szczęśliwego, niczym nie obarczonego dziecka.

Nas tak zawsze gna do tej dorosłości. Pewnie przez to, że kojarzy nam się z możliwością wejścia do wszystkich dyskotek, powrotami nad ranem i zakupem alkoholu bez większych kombinacji. I, że do pracy pójdziemy i będzie fajnie, bo kasa co miesiąc na konto. I zawsze też powtarzamy sobie, że to niczego w nas nie zmieni, bo nadal będziemy beztroscy, uśmiechnięci, pełni sił i optymizmu. I przychodzi to zderzenie, kiedy okazuje się, że zmienia się bardzo wiele, że zmienia się wszystko.

Bo dościga nas brutalna prawda, zwana rzeczywistością, że bycie dorosłym to przede wszystkim odpowiedzialność. Nie możesz sobie nie wstać i nie iść do roboty, bo odetną ci ogrzewanie albo zwyczajnie wywalą na bruk. Tak, dokładnie tak i nikt się nie będzie tym przejmował i nad tobą rozczulał. Bo życie, którego tak bardzo chciałeś, to samo, którym nie raz się odgrażałeś, że jak skończysz 18 lat, daje w kość. I nie kończy się na cwanym kupowaniu fajek, bo w kieszeni od dawna masz dowód osobisty. Tylko na ciągłym dźwiganiu ciężarów macierzyństwa, utrzymania domu, strachu o pracę i zdrowie najbliższych.

Nagle  zatrzymujesz się gdzieś w połowie drogi i uświadamiasz sobie, że już nie chcesz, że już nie masz kompletnie sił ani chęci, że robisz to wszystko, bo nie masz wyjścia. Bo już dawno dorosłaś, bo przestałaś być dzieckiem, bo już nie możesz się rozpłakać w ramionach mamy, która wszystko za ciebie załatwi. A kto ci tak powiedział? Przecież podobno dziećmi jesteśmy zawsze, dopóki żyją nasi rodzice, a nasz tyłek mieści się w osiedlowej huśtawce.

„Mam 38 lat, prawie dorosłe dzieci, niełatwe jak większość życie. Dlatego czasami pakuję kilka rzeczy i wracam. Wracam tam, gdzie czas się zatrzymał. Gdzie na ścianach nadal wiszą moje ulubione plakaty, a w rogu stoi  biurko z wyrytym cyrklem „Kocham cię Maciek”. Gdzie nikt mi niczego nie każe, niczego nie wymaga. Pozwala zawinąć kołdrę na głowę i spać od jednego zmierzchu aż do kolejnego. I gdzie mogę płakać wiedząc, że nikt o nic nie będzie wypytywał, nie będzie głupio-mądrze radził, oceniał i stawiał do pionu.

Wracam tam, gdzie dostanę kubek gorącego kakao i naleśnika z jabłkami, gdzie poczciwy ojciec pozwoli się w siebie wtulić i pogłaszcze po głowie. Gdzie mogę powiedzieć: „Mamuś wiesz, nie daję rady” i nie usłyszę, że takie jest życie, że sama tak chciałam, że mogłam się zastanowić. Tylko zobaczę lekki uśmiech i usłyszę, czy nie chcę posiedzieć w ogrodzie, ot tak, żeby zmarnować trochę czasu.

Gdzieś, gdzie mogę śmiać się głośno z głupich dowcipów i nikt nie będzie pukał się w czoło, bo tak nie wypada babie, takiej jak ja. Gdzieś, gdzie bez magicznej kuli i innych zaklęć znowu mogę być beztroskim dzieciakiem, który nic nie musi. Nic oprócz tego, żeby po prostu był i cieszył rodziców swoją obecnością. I w głębokim poważaniu mam co, kto o tym myśli, że gada za plecami, że uciekam, że chowam się przed odpowiedzialnością. Bo nawet jeśli tak jest, to robię to właśnie po to, żeby tę odpowiedzialność za swoje już dorosłe życie, mieć znowu siłę podnosić i taszczyć przez resztę lat.

Wracam do domu, staję się dzieckiem i wierzę, że ono w nas nie zginie, do momentu, aż sami go z siebie nie przegonimy. A po co? Skoro potrzeba powrotów to właśnie znak, że ten dzieciak cały czas w nas jest i nie chce, by o nim zapomniano. Dlatego od czasu do czasu wsadzam tyłek w huśtawkę, zakładam dwie inne skarpetki. Zasypiam nad ranem i budzę się koło wieczora, wychodzę z domu w rozciągniętym dresie i różowo-cukierkowych trampkach. Jestem dzieciakiem po to, żeby być dobrym dorosłym. Inaczej nic nie będzie działać, jak należy. I wracam. Jak najczęściej wracam w ramiona mamy, i kładę głowę na kolanach taty. A świat oglądam z perspektywy ogromnego, czerwonego lizaka na drewnianym patyku.

Mieszkanie, kłopoty finansowe, rozwody, choroby i śmierć, odpowiedzialność za drugie życie. Doprowadzający do szału szef, obrabiająca dupę sąsiadką, telefon ze szkoły, bo twój syn znowu nawywijał, donos od przyjaciółki, że mąż cię zdradza.  Mogłabym wymieniać w nieskończoność, bo każdy wie, jak wygląda to nasze wyglądane z niecierpliwością, samodzielne życie. A czasem wystarczy wrócić tam, skąd się kiedyś wyjechało z walizeczką z napisem „moja dorosłość”. Kupić paczkę herbatników i oranżadę z bąbelkami. Usiąść na starym, zardzewiałym trzepaku i rozejrzeć się wokół. I dostrzec, że tak naprawdę nic się nie zmieniło. Nic, jeśli nie pochowasz dzieciaka, który powinien być w tobie na zawsze. Nie wierzysz? A próbowałeś…?


Zobacz także

Fot. Materiały prasowe

Są rzeczy, które emanują kobiecością. Biżuteria w 5 odsłonach, której jeszcze nie znacie, ale pokochacie!

image

31.12.2015

„Czy może pani zabrać tego cholernego psa?!” Dlaczego nie potrafimy być dla siebie uprzejmi?