Nie uwierzysz, co sprawiło tak ogromną radość tej małej dziewczynce. O magii prezentów, której dorośli już nie rozumieją

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
3 grudnia 2016
Fot. Screen/Facebook/StoryofThisAndersonLife/
Fot. Screen/Facebook/StoryofThisAndersonLife/

Potraficie jeszcze cieszyć się z faktu, że ktoś postanowił podarować wam jakiś prezent? Właśnie, nie z prezentu, ale dlatego, że ktoś o was pomyślał, że starannie opakował podarunek.

Ta mała dziewczynka jest przeszczęśliwa. Zobaczcie koniecznie, co sprawiło jej tak ogromną radość. A potem pomyślcie przez chwilę, zanim wyruszycie na coroczne, przedświąteczne zakupy, po prezenty dla najbliższych.


Źródło: Facebook

 


„Kiedy za pracą wyjeżdża hydraulik, nikt nie ma z tym problemu. Kiedy wyjeżdża lekarz, na pewno uderzyła mu sodówa do głowy”

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
4 grudnia 2016
Screen Instagram /  drandrushenko
Screen Instagram / drandrushenko

W sierpniu prawie cały kraj stanął po stronie lekarzy. Po czwartej dobie nieprzerwanego dyżuru, w szpitalu w Białogardzie zmarła lekarka-anestezjolog. Nie była zatrudniona na umowę o pracę, mogła pracować nawet 300 godzin bez przerwy. Do głosów „jeśli nawet lekarze umierają w tych szpitalach, to co dopiero pacjencji”, dołączył jeszcze jeden, ten subiektywnie mądrzejszy. Lekarz to też człowiek, potrzebuje odpoczynku. Superbohaterem czy bogiem jest tylko wtedy, gdy jest wypoczęty. „Taki dyżur to norma, dlatego co drugi młody lekarz chce uciec z tego kraju.” – stwierdza stanowczo Gabrysia*, studentka ostatniego roku medycy. Czy naprawdę jest aż tak źle?

Byle dostać dyplom

Rok akademicki 2016/17 na kierunku lekarskim rozpoczęło 4188 młodych adeptów medycyny, marzących o dyplomie i pracy w tym wymagającym zawodzie. Choć to o 599 miejsc więcej niż roku temu, niewiele z nich zostanie w Polsce. – Nie tylko ja, ale wiele moich kolegów i koleżanek myśli o wyjeździe z kraju. Naprawdę poważnie rozważamy oferty pochodzące z przeróżnych krajów – od Skandynawii po Nową Zelandię. Jedni chcieli wyjechać od zawsze, ale są też tacy, którzy za Wałęsą powtarzają: „nie chcem, ale muszem”. – Gabrysia jest studentką ostatniego roku medycyny. Od samego początku studiów wiedziała, że jako specjalizację wybierze ortopedię i medycynę sportową. Taki miała cel, zostać w kraju i pracować ze sportowcami. A dziś? Wie, że będzie pracować ze sportowcami, ale niekoniecznie tymi rodzimymi. -Deliberujemy czy lepiej uciec zaraz po stażu, czy może jednak najpierw zacząć rezydenturę. W większości przypadków jest jeszcze pytanie, co na to druga połówka, a ta zazwyczaj jest chętna do wyjazdu. Choćby tylko z miłości.

Ci źli lekarze!

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, tylko w 2014 roku z Polski wyjechało aż 2,3 miliona Polaków. I choć emigrujący hydraulik nikogo nie dziwi, do lekarzy pretensje ma co drugi rodak. – Z kraju wyjeżdżają wszyscy, zaczynając od mechaników i polonistek, na pielęgniarkach i lekarzach kończąc. Tylko jeśli taki stolarz wyjedzie, to jedzie „za chlebem”, a jeśli wyjechać chce lekarz to „niewdzięcznikowi w dupie się powywracało”. Wszyscy zapominają, że my też jesteśmy ludźmi i nasze marzenia od marzeń naszych rówieśników z innych branży bardzo się nie różnią. Chcemy mieć własne miejsce, rodzinę, żyć na jakimś konkretnym poziomie, a do tego pomóc rodzicom czy rodzeństwu. – W Polsce o zarobkach lekarzy myśli się w kategoriach ‚tych lepszych’. Tymczasem realia są bardzo polskie. -Stażowe wynagrodzenie to 1600, a rezydenckie 2000 z hakiem. Mój tata łożył na mnie przez 24 lata i jest świadomy, że pewnie będzie musiał mi dokładać przez kolejne 2 lata po studiach. A mnie jest po prostu wstyd, bo ileż można! Niestety to wszystko, co oferuje nam państwo.

Studentów w trzy i trochę, a potem?

Od dawna mówi się, że w Polsce liczba ludzi z wyższym wykształceniem zdecydowanie przewyższa zapotrzebowanie rynku pracy. Choć mogłoby się wydawać, że lekarz zawsze będzie potrzebny, bo przecież społeczeństwo choruje coraz bardziej, nie ma w tym wiele prawdy. -Wiele miejsc na studiach, ale mało miejsc rezydenckich. Pewnie przeciętny Kowalski rzuci, że to przecież normalne i po co nam specjalizacja! Ano po to, że dzisiaj lekarz bez specjalizacji tak naprawę nie za bardzo ma co robić. Większość z nas czuje misje, chce pomagać, leczyć, ratować ludzkie życia. I to jest piękne! Jednak z czasem okazuje się, że te marzenia muszą sięgać poza obszar naszego kraju. – Zaciekawiona, ale przede wszystkim zaniepokojona pytam Gabrysi co takiego oferują poza granicami Polski, że wszystkich tam ciągnie? Odpowiedź brzmi standardowo, choć dla przeciętnego przyszłego pacjenta może być po prostu bolesna. – Lepsze warunki pracy, dużo bardziej zaawansowane metody leczenie w większości szpitali, a nie tylko wybranych ośrodkach w kraju. No i wyższe płace przy takiej samej liczbie godzin pracy. Znajomi pracujący w Niemczech, Szwecji czy Norwegii nie żyją jakoś bardzo wystawnie, ale żyją normalnie i są w stanie odłożyć całkiem sporą kwotę każdego miesiąca. Sporo czyli około tysiąca złotych, dla mnie to wystarczająco.

Szewc bez butów chodzi

– Żeby zarobić 5000 zł miesięcznie młody lekarz musi pracować w szpitalu, poradni i mieć jeszcze kilka dyżurów w szpitalu. Wychodzi na to, że musimy pracować 300 godzin miesięcznie, czyli dziesięć dziennie przez 7 dni w tygodniu. – Gabrysia często słyszy, że to zbyt duże roszczenia jak na początek kariery. Bo przecież na początku nie trzeba martwić się o nic! A już na pewno nie o brak czasu dla rodziny czy bliskich. Tu po raz kolejny pojawia się obraz lekarza-cyborga, który człowiekiem do końca nie jest, bo najważniejsze, żeby leczył innych. – Skoro nie o rodzinę, to zapytam o coś ważniejszego: gdzie NASZE zdrowie?! – Gabrysia nie kryje zdenerwowania. Po aferze w Białogardzie o godzinach pracy lekarzy było głośno przez tydzień, dziś już nikt się tym nie przejmuje. – A przecież żeby leczyć innych, najpierw sami musimy być w formie. Nie każdy ma ochotę na ciężki zapieprz kosztem zdrowia albo ‚kombinacje alpejskie’, czyli pracę w pięciu przychodniach jednocześnie. To zawsze źle się kończy, a ja wolę uczyć się na błędach starszych kolegów i koleżanek.

Wysokie ryzyko

W lekarzach pokładamy ogromne nadzieje. Gdy choruje ktoś bliski, wymagamy największego skupienia i najlepiej gwarancji, że kochana przez nas osoba wyjdzie z choroby bez szwanku. Schemat jest prosty i typowo polski. Kiedy lekarzom się uda, są bogami. Gdy coś nie wyjdzie, zawsze winni są oni. Bo na pewno popełnili błąd, choć przecież każdego z nas czeka ostateczność. – To naprawdę stresująca praca. I coraz mniej w niej satysfakcji. Pacjenci i ich rodziny stają się coraz bardziej roszczeniowi, a szczególnie do nas, młodych, nie mają żadnego szacunku. – Gabrysia nie owija w bawełnę. Doskonale zna realia szpitalne, bo jako jedna z najlepszych studentek na roku bardzo szybko zaczęła bywać na sympozjach, konferencjach i innych lekarskich zjazdach. Wszystko to, żeby mieć pełną wiedzę i pomagać w najtrudniejszych przypadkach. – Mam wrażenie, że to wszystko idzie na marne. Bardzo często spotykam się ze stwierdzeniem, że jak tylko można, lekarza trzeba pozwać. Najlepiej przy tym na grube pieniądze. Gdyby jeszcze większość je miała! Kiedyś sąd mądrze zadecydował, ze odszkodowanie wyniesie równowartość 4 pensji lekarza. Zgadnij, ile ta kwota wyniosła. – Patrzę zdezorientowana. Trochę już wiem o całej sprawie, ale i tak mnie, jako pacjentce czekającej miesiące na wizytę u specjalisty trudno wyobrazić sobie, że będzie to mała kwota. Strzelam, 25 tysięcy. – Dobre sobie! – Uśmiech się ironicznie Gabrysia. – 10 tysięcy. Tak, lekarz na etacie, w dodatku taki z doktoratem zarabia 2,5 tys złotych. Jeśli weźmie na siebie jeszcze przychodnię i dyżury dociągnie do 6-7 tysięcy. Ma wtedy wolne jedno popołudnie. Dla porównania, tyle samo w osiem godzin dziennie zarabia urzędnik państwowy na kierowniczym stanowisku. A jaka jest odpowiedzialność pana urzędnika?

Ani chirurg, ani baba

Poza problemami prawnymi, nowymi przepisami i zarobkami nieporównywalnymi z tymi zachodnimi, jest jeszcze jeden czynnik, który przemawia za wyjazdem za granicę. Szczególnie wśród młodych lekarek, które wybierają chirurgię czy ortopedię. Bo przecież w Polsce ciągle lekarka to na pewno pediatra albo internistka. Ten mit utrzymuje się także w środowisku. – Mitów jest cała masa! Najzabawniejszy jest ten o śwince morskiej. – Patrzę pytająco. – Nie słyszałaś tego? ‚Baba chirurg jest jak świnka morska, ani świnka ani morska.’ – Faktycznie, słyszałam. Ale w trochę innej odmianie. Baba chirurg to ani baba, ani chirurg. – Jest jeszcze ten, że baba ortopeda jest niezbyt seksowna i nikt się z nią nie będzie umawiał. – Gabrysia kilka dni wcześniej opowiadała mi, jak trudno kobietom dostać się na specjalizacje takie jak chirurgia czy ortopedia, a już na pewno trudno o pracę w medycynie sportowej. – Historie o babach w typowo męskich specjalizacjach są, były i będą. Jednak obecnie na medycynie jest więcej dziewcząt, zazwyczaj około 60-70%. Siłą rzeczy, w tych ‚męskich’ dziedzinach medycyny będzie nas coraz więcej. – Pytam Gabrysi, czy cokolwiek zmienia się przynajmniej w tej dziedzinie. – No wiesz… Ile lekarzy, tyle podejść. Najbardziej liberalnie podchodzą do tego ci najmłodsi. Starsi często wyznają zasadę „baba to ma się domem zająć, mężowi zupę ugotować i dziećmi się zajmować”. Niestety, dziś tak się nie da. Dziewczyny nie zawsze widzą się w takiej roli.

Pacjencie, bądź wyrozumiały!

Gabrysia pakuje swoją wielką torbę. Stetoskop, białe trampki, kosmetyczka, typowo lekarski strój i kolorowy czepek. Zwracam na niego uwagę. – No wiesz,  jakoś trzeba przemycać optymizm do polskich szpitali. Poza uśmiechem i dobrym słowem, zostaje nam jeszcze ubiór. Gdyby tak jeszcze pacjenci byli bardziej wyrozumiali… – Pytam się, czego młodzi lekarze oczekują od pacjentów. Uśmiecha się pod nosem. – Wyrozumiałości. My też jesteśmy zestresowani! Wiesz, bardzo często, to nasze pierwsze ‚takie’ przypadki. Ciągle się uczymy, zresztą tak samo jak starsi lekarze. A kiedy ktoś się uśmiecha, jest po prostu łatwiej. Chcemy pomagać, w końcu po to wybraliśmy taki kierunek. Lekarze naprawdę chcą dobrze dla pacjentów. Leczymy jak możemy, naginamy wszelkie przepisy… Ale jeżeli nie zmieni się system, za kilka lat leczyć będą tylko przyjezdni i profesorowie zaraz przed emeryturą. Naprawdę nie chcę wyjeżdżać z Polski, ale tutaj czas jakby się zatrzymał. A my, tak jak medycyna, musimy iść dalej…


*Imię bohaterki zostało zmienione na jej prośbę.


Utknęłam, czułam się nieszczęśliwa, jak w pułapce. A to było tylko moje życie

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
3 grudnia 2016
Fot. iStock / bugphai
Fot. iStock / bugphai

Życie mamy tylko jedno i powinniśmy je w pełni wykorzystać, robić to, co sprawia nam radość i daje satysfakcję – niby proste, ale od świadomości do wykonania daleka droga. Zdarza się, że wpadamy w życiowy impas, który nazywamy dołem lub kryzysem, stawiamy sobie pytania, ale nie znajdujemy na nie odpowiedzi. Marzymy tylko o jednym – wielkiej zmianie, przełomie, uwolnieniu się z bieżącej sytuacji. Dla jednych taką pułapką będzie praca, dla innych wypalony związek lub obowiązki domowe i rodzicielskie.

Karolina, lat 32 – „Oszukiwałam nie tylko jego, ale przede wszystkim samą siebie”

Byliśmy tacy… tacy oczywiści – to chyba najlepiej opisujące nas słowo. Razem od początku liceum, razem na studiach, nierozłączna para. Znajomi powtarzali, że jesteśmy dla siebie stworzeni, że mamy szczęście, że znaleźliśmy swoje drugie połówki, wielu nam zazdrościło. Ja sama myślałam tak bardzo długo i byłam pewna, że Adam jest Tym Jedynym, z którym założę kiedyś rodzinę i zestarzeję się. Nie wiem kiedy z tej pewności wyrosło przyzwyczajenie, a miłość zamieniła się w przywiązanie, jak długo oszukiwałam nie tylko jego, ale przede wszystkim samą siebie. Gdy Adam oświadczył się automatycznie powiedziałam „tak”, choć wcale tego nie chciałam! Dlaczego nie powiedziałam, co naprawdę czuję? Nie umiałam go skrzywdzić odmową, bo nawet jeśli nie był miłością mojego życia, to nadal był jego bardzo ważną częścią.

Przez rok narzeczeństwa dzień w dzień biłam się z myślami, chciałam wyznać mu prawdę i zrzucić z serca ten ogromny ciężar. Na widok białek sukni dostawałam dreszczy, a planowanie wesela było koszmarem, odwlekałam to na ile mogłam. Poszłam nawet do mamy po radę, ale usłyszałam tylko, że to nerwy, że mam się nie wygłupiać, bo takiego faceta to dzisiaj ze świecą szukać. Przeryczałam wiele nocy wyrzucając sobie niewdzięczność i brak uczuć – przecież powinnam go kochać tak samo jak kiedyś, muszę go kochać! I wtedy spotkałam Piotrka – wiem, to takie typowe i banalne, ale co poradzić. Zakochałam się jak głupia, znowu TO poczułam, ale tym razem do zupełnie innego faceta. Nie doszło między nami do niczego więcej niż pocałunek, nie jestem aż tak zła – najpierw musiałam wyjaśnić wszystko z Adamem. Wybuchnął ogromny skandal, moja rodzina obraziła się na mnie, mama błagała wręcz bym się opamiętała, a najspokojniej przyjął to… mój narzeczony! Do dzisiaj pozostajemy w dobrych stosunkach i oboje ułożyliśmy swoje życia – jak się okazało, nie tylko ja postępowałam wtedy jak należało, a nie jak chciałam.

Joanna, lat 36 – „W pracy myślałam tylko o tym, jak bardzo nie chcę tutaj być”

To była mała firma, w której wszyscy dobrze się znaliśmy i tworzyliśmy niemal rodzinny zespół. Praca była wymagająca, ale szybko okazało się, że mam do niej dryg i bez problemu radzę sobie z powierzanymi mi zadaniami. Szef doceniał mnie pytając o opinię w sprawie nowych projektów, obdarzając zaufaniem, szybko stałam się ważnym członkiem zespołu. Czułam się dobrze, pewnie, bezpiecznie – i to właśnie mnie zgubiło. Mijały lata, a ja chciałam czegoś więcej, chciałam się rozwijać, iść do przodu, awansować, zarabiać lepsze pieniądze. Tutaj nie miałam na to szans, nie było wyższego stanowiska, lepszej posady, perspektyw na zmianę. Moje obowiązki stały się niemal rutynowe, dni niewiele się od siebie różniły, znudziłam się tą przewidywalnością. Doszłam do etapu, gdy w pracy myślałam tylko o jednym – jak bardzo nie chcę tutaj być.

Choć byłam lojalna i obowiązkowa, czułam się jak oszust – szef polegał na mnie, wszyscy znaliśmy się dobrze i niejedno razem przeszliśmy, a ja coraz częściej planowałam odejście. Marzyłam o zmianie, ale trzymały mnie wspomnienia i sympatie wobec współpracowników. Bałam się, że w nowej firmie będzie inaczej, że nie dam sobie rady, że ludzie będą zupełnie inni. Tkwiłam w swoim nieszczęściu ze strachu i wygody, niby szukałam czegoś innego, ale nie do końca chciałam znaleźć. Zdecydowałam się dopiero po interwencji przyjaciółki i męża – nie mogli dłużej patrzeć na moje wypalenie i rosnącą frustrację, dosłownie kazali mi złożyć wypowiedzenie. W firmie wszyscy byli w szoku, próbowali przekonać do zmiany zdania, namawiali, prosili. Na szczęście szybko znalazłam coś innego i musiałam zaryzykować. Dzisiaj wiem, że niepotrzebnie zwlekałam z tym tak długo, bo na nowo odnalazłam zawodową pasję, a praca znowu jest interesująca i przyjemna.

Monika, lat 35 – „Stałam się kurą domową, Matką Polką, kobietą od gotowania i prasowania”

Każdy dzień był podobny do poprzedniego, do bólu przewidywalny. Budzik dzwonił o tej samej porze, codziennie leniwie podnosiłam się z łóżka z tą samą myślą – oto kolejny dzień, który trzeba przetrwać. Przetrwać, nie przeżyć, bo życia było w tej mojej egzystencji niewiele. Utknęłam, czułam się jak w pułapce, nieszczęśliwa i smutna. Pranie, sprzątanie, pieluchy, smoczki, kaszki – to był mój świat, w którym tkwiłam, choć zawsze zarzekałam się, że ze mną będzie inaczej. Ja – kobieta aktywna, wykształcona, z sukcesami zawodowymi i ambicjami, stałam się kurą domową, Matką Polką, kobietą od gotowania i prasowania. Niezauważalnie, wbrew własnej woli, wbrew wcześniejszym planom i składanym sobie samej obietnicom.

Chciałam wrócić do pracy zaraz po urlopie macierzyńskim, ale córka sporo chorowała, więc zostałam w domu. Mąż głośno się do tego nie przyznał, ale było mu to nawet na rękę, dobrze zarabiał, nie martwił się kwestiami finansowymi, a w domu był spokój, ład i porządek.  Starałam się być na bieżąco z nowymi trendami i zmianami w branży, nie chciałam całkiem „odpaść” zawodowo, ale z perspektywy piaskownicy i karuzeli wszystkiego nie mogłam dostrzec. Kiedy już myślałam, że będę mogła wrócić do pracy, jak grom z jasnego nieba spadła na mnie wiadomość o drugiej ciąży. Wstyd się przyznać, ale zanim zaczęłam się tym cieszyć, pomyślałam, że przez to będę musiała zostać w domu na kolejne lata, że utknę na zawsze w tych czterech ścianach, niczego w życiu już nie dokonam. Najpierw płakałam z rozpaczy i bezsilności, a dopiero potem ze szczęścia.

Dzisiaj, gdy syn ma już rok, a córka cztery lata, wciąż uczę się cieszyć życiem rodzinnym i macierzyństwem, doceniać czas spędzany z dziećmi i czerpać z tego satysfakcję. Pomaga mi też bardzo praca zdalna, na niewielką część etatu – dzięki niej mogę chociaż trochę poczuć się znowu częścią tej wielkiej, biznesowej maszyny. Mam nadzieje, że już niedługo będę mogła wrócić na pełen etat, bo choć kocham swoje dzieci, to chce być kimś więcej niż wyłącznie ich matką, nadal nie czuję się dobrze w skórze pani domu, to zupełnie nie moja rola.


Zobacz także

Fot.  Screen z Facebooka /

Jaki powinien być tata dla swojej córki? Te rysunki mówią wszystko!

Najbardziej żałuję, że...

Najbardziej żałuję, że… 7 rzeczy, których ludzie żałują, gdy spoglądają w przeszłość

Produkty pomagające obniżyć poziom cholersterolu

Produkty pomagające obniżyć poziom cholesterolu