„Co u ciebie?” Super”. Naucz się jak wreszcie cieszyć się z życia

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
21 grudnia 2015
Fot. iStock / Nicolas McComber
 

Jesteśmy uznawani za naród maruderów, za tych, którzy nie potrafią się cieszyć, uśmiechać do siebie i do innych. Czy tak trudno okazywać radość, czy w ogóle umiemy ją przeżywać. I w końcu czy bycia radosnym można się nauczyć? O emocji, najłatwiejszej do przeżywania, a jednak bardzo trudnej do okazywania rozmawiamy z psycholog Janiną Węgrzecką-Giluń.

Ewa Raczyńska: Potrafimy być radośni?

Janina Węgrzecka-Giluń: Myślę, że radość jest jednym z najprostszych uczuć do przeżywania, które można doświadczyć, jeśli ma się odpowiednie nastawienie wewnętrzne.

To znaczy?

Radość jest przeżywana bardzo indywidualnie. To co mnie raduje, nie musi być powodem do radości dla drugiej osoby. Co więcej, czasem może wywołać zupełnie przeciwną emocję. Na indywidualność przeżywania radości wpływa nasze osobiste wyposażenie, które nabywamy już w dzieciństwie. To właśnie rodzice i inne osoby znaczące w życiu dziecka pokazują mu świat poprzez postawy, jakie sami demonstrują. Jeśli patrzą na życie przez czarne okulary, są sceptyczni, lękowi – takie nastawienie przekazują dziecku.

Nadużywanie ostrzegawczych komunikatów przez różnymi wydarzeniami, ludźmi czy sytuacjami – „Życie to nie bajka”, „Nie ciesz się tak, bo będziesz potem płakać”, „Nadzieja matką głupich” itp., kształtuje w dziecku negatywne przekonania o świecie, a w przyszłości uszkadza zdolność do przeżywania radości. Nawet jeśli rodzice mają dobre intencje, warto pamiętać, że nie zawsze one służą dobru dziecka.

W mojej praktyce terapeutycznej często spotykam osoby, które nie pozwalają sobie na spontaniczne doświadczanie radości. Powstrzymują się przed nią, ponieważ boją się, że zostaną ukarane. Takie zachowanie wynika właśnie z modelowania postaw wyniesionych z domu, ale także z własnych negatywnych życiowych doświadczeń: powiodło mi się, zachłysnęłam się radością i nagle wydarzyło się coś zupełnie przeciwnego, co sprowadziło mnie na ziemię.

My jednak wolimy marudzić niż się cieszyć.

Niestety. W pewien sposób jest to uwarunkowane kulturowo. Przypomnijmy sobie chociażby ze szkoły bohaterów naszych lektur z okresu Młodej Polski. Ich dekadencka postawa wyrażała skrajny pesymizm, zanegowanie wszystkiego, zwątpienie w jakikolwiek sens życia. Ogarnięci melancholią, oddaniem zawsze wyższej sprawie uprawiali kult cierpienia, który wyróżniał ich z gawiedzi. Młodopolska poezja pokazywała rozgoryczenie szybko zmieniającym się światem, dewaluację wartości, które zostały zastąpione pogonią za sukcesem i pieniędzmi. Podobnie i dzisiaj wielu z nas stawia swoim emocjom wysoką poprzeczkę. Dla takich osób zwykłe codzienne doznania nie są wiele warte. Trzeba mieć się z czego cieszyć, a zwykłe sprawy do tego nie nastrajają.

Myślę też, że warunki życia, rywalizacja zawodowa, nieustanny brak czasu nie sprzyja analizie swoich stanów wewnętrznych. Jest jak jest i … żyje się dalej. Dopiero, kiedy pojawia się w życiu kryzys, zaczynamy dostrzegać sprawy ważne, rozumieć znaczenie dobrego samopoczucia dla naszego zdrowia psychicznego i fizycznego. Poza tym narzeka się łatwiej, nie trzeba niczego zmieniać, nie mierzyć się ze swoimi ograniczeniami.

Łatwiej powiedzieć: „U mnie stara bieda”, niż: „U mnie świetnie”.

Wystarczy posłuchać odpowiedzi na pytanie: „Co tam u ciebie?”. Wielu ludzi mówi wówczas: „Jakoś leci”, „Nic ciekawego…”, „No cóż … wiąże się koniec z końcem”, „A o co tu pytać?, wiadomo”. Kiedy jedna ze stron powie się „U mnie wszystko bardzo dobrze”, wówczas zalega krępująca cisza. Jakby nie wypadało tak mówić. Wszyscy mają kiepsko, a ty masz dobrze?

I brakuje podstaw do kontynuowania rozmowy.

Tak, bo refleksja, która zostaje wzbudzona wytrąca naszego rozmówcę ze schematu, z wzorca, do którego jest przyzwyczajony w rozmowie. Nie może w takiej sytuacji odpowiedzieć: „U mnie też beznadziejnie” i ochoczo podłączyć się do wspólnoty narzekań. Proszę zauważyć, o czym ludzie zwykle rozmawiają, kiedy się spotykają? Najczęściej narzekają, albo się chwalą się tym, co mają. To z kolei wprowadza w ponury nastrój tych, którzy mają mniej i nie mogą się wyróżnić – więc narzekają tym bardziej.

Nie potrafimy się cieszyć z drobnych rzeczy, prawda?

Jak wspomniałam, zwykle mamy poczucie, że radość mogą nam dawać tylko niezwykłe satysfakcjonujące nas wydarzenia, takie, które w znaczący w sposób wpływają na nasze życie. Natomiast zupełnie nie doceniamy tej radości, która rodzi się z małych sukcesów. Nasz krytyk wewnętrzny rzadko nas chwali za dokonane osiągnięcia, zamiast nam pogratulować wymaga coraz więcej.

Często zapominamy, jak wiele potrafimy, ponieważ w naszej ocenie nie stanowi to większej wartości. Chcemy równać do tych osób, które stoją w pierwszym szeregu, równać do ich standardów, bo tylko to się liczy. Nie wyrażanie uznania samemu sobie deprecjonuje nasz obraz siebie, sprawia, że jesteśmy ciągle z siebie niezadowoleni, co odbiera nam energię i zdolność do radości. Brak wsparcia udzielanego samemu sobie powoduje, że stajemy się swoimi własnymi prześladowcami.

Tyle, że dążąc do czegoś większego, nie zauważamy rzeczy drobnych.

Dlatego warto zadać sobie pytanie: za co siebie lubię, podziwiam i szanuję, i na kartce zapisać odpowiedzi. Nie żałować sobie dobrych słów, nie porównywać się do nikogo, spisać nawet najdrobniejsze rzeczy. Aby to się udało, trzeba trzymać krytyka wewnętrznego najdalej od siebie jak można.

Rzadko dajemy sobie prawo do tego, aby siebie chwalić, być z siebie dumni, doceniać się i nagradzać za wysiłek przekraczania różnych negatywnych przekonań, które zabierają nam dużo radości z życia. Można spróbować też zobaczyć swoje życie w dwóch dużych lustrach. Przejrzeć się najpierw w tym, które pokazuje nam nasze życie, w którym – choć jest nam źle – nic nie zmieniamy. Zadajmy sobie pytanie: Jak wygląda teraz moje życie i jak będzie wyglądać za pół roku, rok, pięć lat, jeśli będę tkwił w tym samym punkcie? Co w związku z tym mnie ominie, czego nie dostanę, jakie owoce wydam?

Następnie, po chwili, zobaczmy siebie w drugim lustrze, kiedy dokonujemy stopniowych zmian, w którym dążymy i realizujemy upragnione cele, z troską wspieramy siebie, odrzucamy ograniczające nas przekonania i odzyskujemy zablokowaną energię. Co wówczas zmieni się w twoim życiu za pół roku, rok, pięć lat itd., co możesz od niego dostać, dokąd dojść, kim teraz jestem, a kim mogę się stać, co czujesz do siebie?

Znam mnóstwo drobnych czynności, których ludzie nie lokują wysoko na poprzeczce, a które dają powód do radości. Na przykład, potrafię zrobić piękny sweter, zaparzyć dobrą herbatę, empatycznie kontaktować się z ludźmi, świetnie bawić się z dziećmi, opowiadać bajki, modnie się ubrać itd. Wiele małych rzeczy, dzięki którym, pomimo różnych zmartwień, możemy czuć radość. Uczucie to może pojawiać się także przy spokojnym piciu porannej kawy czy herbaty, kiedy możemy kontemplować ten stan, nim ruszymy w wir codziennych zajęć. Celebrowanie takich lub podobnych chwil, zbieranych jak ziarnko do ziarnka, pozwala doświadczać uczucia pełniejszego stanu radości. Stan ten nie pryska po chwili jak kolorowa bańka mydlana, ale tworzy w nas poczucie szczęśliwości, z którego możemy czerpać przez cały pracowity dzień. Nie czekajmy więc na bicie wielkich dzwonów, starajmy się usłyszeć te mniejsze.

Z czego wynika ten lęk przez zmianą zachowania?

Najczęściej winne są nasze negatywne a tym samym ograniczające nas przekonania. Jesteśmy w nich uwięzieni jak w pułapce. Kiedy rozmawiałam z jedną z moich klientek o pożytku realizowania swoich potrzeb np. upragnione, choć nieosiągalne poleżenie na kanapie, czytanie książek, zrobienie dla siebie czegoś wyjątkowego, powiedziała: „W domu uczono mnie, że myślenie o sobie to egoizm”. Ilekroć zaczynała myśleć o sobie czuła się winna. Nie potrafiła odpoczywać tak jak lubiła, ponieważ poczucie winy zabierało jej z tego całą przyjemność. Dopiero wtedy, kiedy użyłam argumentu, że odpoczywając będzie mogła więcej dać od siebie innym, dała sobie na to przyzwolenie.

Tylko, jak zmienić takie myślenie?

Na pewno nie warto uprawiać myślenia magicznego polegającego na tym, że wszystko można od razu zmienić. Żyjemy w trudnych czasach, mamy wiele obowiązków, doświadczamy ciągłych napięć, frustracji i stresów, i ostatnią rzeczą, której chcemy – to kolejne zadanie. Nie są to warunki sprzyjające zastanawianiu się nad sobą i traktowaniu z troską oraz tryskaniu cały czas radością. Ale jeśli się poddamy i oddamy władzę nad sobą pracy, lękom egzystencjalnym, to z całą pewnością zabiorą nam resztki naszej żywotności.

Jak mówią słowa jednej z piosenek – „W życiu dobre są tylko chwile…” może warto te chwile potraktować jak wysepki, na które warto wdrapywać się od czasu do czasu i delektować w pełni tymi chwilami. Pobyć z nimi i napełnić się ich dobrą energią, spożytkować je najlepiej jak można. Kiedy zaczynamy dzień lub tydzień mając przekonanie, że nie ma na co czekać, że każdy dzień będzie taki sam jak kolejny – to tracimy napęd do życia. Aby temu zapobiec trzeba dawać sobie powody do radości np. poprzez zaplanowanie takiego kawałka dnia czy godziny, które będą należały tylko do nas. Bez poczucia winy. Dać sobie bezcenny czas na doświadczanie przyjemności sprawiając sobie radość z wykonywania czynności na którą czekaliśmy przez cały dzień lub tydzień. I pilnować takiego czasu jak oka w głowie.

Radości można się nauczyć?

Myślę, że można znaleźć do niej drogę na przykład przez porównanie: co może dać mi radość i co może mi ją zabierać. Warto wykonać w tym celu proste ćwiczenie. Na każdej karteczce samoprzylepnej można najpierw napisać własne ponure myśli w stylu: „Jestem do niczego”, „Nic ci się nie uda”, „Wszyscy lepiej potrafią od ciebie” itp., i rozwiesić je w różnych miejscach mieszkania, na które najczęściej pada nasz wzrok. I tak przez dzień, dwa podchodzić do nich i przypominać sobie, jaki jestem beznadziejny.

Zwykle okazuje się, że kontakt z negatywnymi komunikatami na swój temat znacząco pogarsza nasz nastrój, działa depresyjnie. Na trzeci dzień „złe” karteczki zdjąć i napisać pozytywne zdania na swój temat: „Lubię cię”, „Podziwiam cię”, „Potrafisz sobie dać radę”,  itp., wymienić drobne sukcesy.

To proste doświadczenie pokazuje, że jeśli przebywam w otoczeniu pozytywnych przesłań, nawet jeśli nie do końca w nie wierzę, to inaczej funkcjonuję, inaczej myślę o sobie, doświadczam więcej radości. Dowiedziono, że jeśli konsekwentnie, codziennie powtarza się takie pozytywne afirmacje, to po miesiącu do trzech wytwarza się w mózgu nowa ścieżka neurologiczna będąca opozycją do naszego negatywnego schematu myślenia. Oczywiście mamy wybór, możemy myśleć o sobie pozytywnie, a możemy też negatywnie.

Warto zadać sobie pytanie dlaczego wybieram myślenie negatywne, z czego mnie to zwalnia. Możemy w swoim ogrodzie uprawiać zarówno chwasty, jak i kwiaty. Trzeba jednak pamiętać o tym, że kwiaty nie przetrwają, jeśli nie będziemy wyrywać chwastów.


 

Janina Węgrzecka-Giluń – terapeuta, trener i coach Polskiego Instytutu NLP. Specjalista terapii uzależnień i współuzależnienia, certyfikowany Praktyk i Mistrz NLP. Redaktor naczelna miesięcznika „Remedium”, pisma poświęconego zachowaniom ryzykownym dzieci i młodzieży. Prowadzi psychoterapię indywidualną krótko- i długoterminową w podejściu neurolingwistycznym oraz integracyjnym, w terapii wykorzystuje również hipnozę terapeutyczną. Pracuje między innymi z osobami znajdującymi się kryzysie, cierpiącymi na nerwice, fobie, depresję, uwikłania w toksyczne relacje i uzależniające związki, traumy dzieciństwa, będące na zakręcie swojego życia (strata pracy, brak sensu i celu życia, niskie poczucie wartości itp.).

 


Zapamiętaj do czego masz prawo, bo za chwilę ktoś może zechcieć ci je odebrać

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
21 grudnia 2015
Fot. iStock / egorr
 

Chyba nigdy nie rozmawiało się o polityce tyle, co dzisiaj. Każda impreza, spotkanie ze znajomymi trąca polityczną dyskusją.

Usłyszałam gdzieś ostatnio, że naszej nowej władzy chodzi tylko o jedno – właśnie o tę władzę. Boję się ludzi, którzy nie potrafią się uśmiechać, a mam wrażenie, że tylko takich obserwuję ostatnio w roli przedstawicieli naszego państwa. Nagle słowo demokracja nabrało głębszego znaczenia, obrona praw przez obywatela również. Wydawałoby się, że żyjemy w czasach, kiedy nie powinniśmy martwić się o to, że zostanie nam ograniczone prawo wyboru, że nagle obudzimy się w kraju przesiąkniętym niechęcią, teoriami spiskowymi, strachem, gdzie obywateli dzieli się na tych lepszego i gorszego sortu. W kraju, gdzie każda możliwość wyboru niezgodna z sumieniem rządzących stanie się za chwilę niemożliwa.

Patrzę w przyszłość próbując zrozumieć działania obecnej władzy. Taką mamy, zostali wybrani, dziś już nieważne jaką liczbą głosów, jaką część społeczeństwa reprezentują. I tak w nosie mają tych, którzy na nich nie głosowali, jak i tych, którzy do wyborów nie poszli w ogóle. Politycy snują wizję swojego wspólnego sumienia, które zdecydowanie mówi „nie” finansowaniu in vitro z budżetu państwa, które uważa, że młodzieży nie powinno się edukować seksualnie, i próbuje ograniczyć dostęp do środków antykoncepcyjnych.

W kwietniu mijającego roku wprowadzono w Polsce zgodnie ze stanowiskiem Komisji Europejskiej sprzedaż bez recepty tak zwanych „tabletek po”. Oczywiście decyzja ta wywołała masę krytyki. Że oto zabijane są dzieci, którym nikt nie daje prawa wyboru do życia, że spowoduje to zdecydowane zmniejszenie wskaźnika dzietności w naszym kraju, że kobiety, które zdecydują się skorzystać z tej możliwości antykoncepcji są morderczyniami, dzieciobójcami – epitety myślę, że już każdy umie dopisać sobie sam. Jak zawsze zabrakło edukacji. Tabletki „po”, które zapobiegają ciąży do 24 godzin po stosunku, a które można jeszcze kupić bez recepty nie są środkami wczesnoporonnymi, one opóźniają do 5 dni owulację tym samym zapobiegając ciąży. Nie przerywają ciąży, jeśli kobieta już w nią zaszła. Poza tym (litości!) nikt nikomu ich do gardła nie wpycha. To jest możliwość wyboru. Każdej kobiety, czy pary.

Nowy Minister Zdrowia rozważa jednak możliwość wycofania ze sprzedaży tabletek bez recepty. Otrzymał petycję z 200 tysiącami podpisów, które w tonie dzieciobójstwa właśnie zwracają uwagę na mordercze działania na razie tego środka antykoncepcyjnego. Co z resztą, czas pokaże. Może prezerwatywy znikną z półek przy kasach w sklepach, bo będą siać ogólne zgorszenie i niszczyć możliwość powołań milinów istnień ludzkich.

Ale w zamian przecież dostaniemy 500 złotych na dziecko. Więc po co nam antykoncepcja, edukacja seksualna. Będziemy rodzić na potęgę, nie pracować, bo i po co, skoro kasę da nam rząd.

Ta wizja godzi we mnie. We mnie jako kobietę. Siedź w domu, rodź dzieci, nie pracuj, nie korzystaj z antykoncepcji, a dzieci – zwłaszcza dziewczynki wychowuj w duchu zaściankowości, gdzie kobietę sprowadza się do roli sprzątaczki, praczki, kucharki i obiektu prokreacyjnego. I pamiętaj, jak będziesz chciała się wyłamać z tej jedynej i słusznej wizji, to zostaniesz obrzucona odpowiednimi epitetami. Jesteś kobietą – nie masz prawa decydować o swoim ciele, o zdrowiu.

Przesadzam? Pewnie tak. Ale dwa miesiące temu nikt nie przypuszczał, że można dorobić sobie klucze do siedziby NATO, więc dlaczego ja nie mogę zakładać, że za rok zostanie ograniczona w skuteczny sposób sprzedaż wszystkich środków antykoncepcyjnych? Że nastolatki będą zachodzić w ciążę jeszcze częściej niż dotychczas, bo o seksie będą dowiadywać się z porno filmów, albo w szkole będą słuchać o kwiatkach i robaczkach, i nadgryzionych jabłkach.

Ta wizja dzisiaj mnie samej wydaje się absurdalna, choćby z tego względu, że wiemy, w jakim miejscu jesteśmy. Mamy świadomość swoich praw, jak i obowiązków. Nie wierzę (może naiwnie), że kilkudziesięciu smutnych polityków jest w stanie przewrócić codzienność do góry nogami.

Natknęłam się na kontrpetycję do tej, która do Ministra Zdrowia już dotarła, przygotowaną przez Koalicję Mam Prawo Do Antykoncepcji Awaryjnej, w której można przeczytać:

(..) Zgodnie z Powszechną Deklaracją Praw Seksualnych przyjęta i zarekomendowaną przez Światową Organizację Zdrowia WHO każdy człowiek ma prawo do podejmowania wolnych i odpowiedzialnych decyzji dotyczących posiadania potomstwa. Prawo to obejmuje możliwość decydowania o posiadaniu lub nieposiadaniu potomstwa, jego liczbie, różnicy wieku między potomstwem, a także prawo do pełnego dostępu do środków regulacji płodności. Czytaj więcej

Pod petycją w ciągu 10 dni podpisało się ponad sześć tysięcy osób, a liczba fanów tej inicjatywy na Facebooku stale rośnie. I to wcale nie świadczy o tym, że wśród naszych obywateli jest tylu żądnych śmierci nienarodzonych dzieci. Im więcej głosów pod petycją, tym większa świadomość społeczeństwa swoich praw,  możliwości wyboru i decydowania według własnego, a nie ogólnie przyjętego sumienia. Demokracja dla mnie na tym polega – na dawaniu przez władzę przestrzeni do moich wyborów. A jeśli już ktoś będzie miał potrzebę je ocenić – niech zrobi to zgodnie z własnym sumieniem nie próbując jednak wpływać na moje życie i narzucać mi swoich poglądów.


„Siedziałam na podłodze balkonu, proszki rozsypały się wokół mnie”. Nie pozwól, by twoje życie potoczyło się jak nasze

Listy do redakcji
Listy do redakcji
21 grudnia 2015
iStock/1905HKN

Droga Ofiaro,
tak, to do Ciebie chcę napisać. Masz na imię Karolina i może 19 lub 20 lat. Całe życie jeszcze przed Tobą. Stanęłaś oko w oko z Bestią i jeszcze nie dostrzegasz, że to Oprawca. Zmień bieg losu, póki jeszcze możesz. A jeśli jest już za późno, to i tak przeczytaj. Na końcu będzie dobrze. Jeśli nie jest dobrze, to znaczy, że to nie jest jeszcze koniec.

Był on. On i jego kariera

Opowiem Ci pewną historię. Zamyka się ona w 12. długich latach mojego życia. A zaczęło się, gdy ja także miałam 19 lat. „Ja też lubię fotografować”
Niby niewinny początek. Byłam młoda, ledwo skończyłam szkołę. Poznałam go przypadkiem. Przystojny, wydawało mi się, że taki życiowy, mądry. No i też zagubiony, skrzywdzony, po wieloletnim związku z Wariatką. Uwierzyłam, zupełnie naiwnie. Zresztą, jak we wszystko, co mówił. Imponował mi – fotograf, fajne pasje, fajne życie. 12 lat starszy. Czułam się magicznie. Jak księżniczka. Jak wybranka. Ochhh, jaki ten początek był niesamowity. Godzinami ze mną rozmawiał. Uśmiechał się. Czarował.

Rodzina go nie akceptowała, ale wtedy o tym nie myślałam. Po dwóch miesiącach mi się oświadczył. W gronie znajomych, na imprezie sylwestrowej. Wtedy myślałam: „Jakie to wyjątkowe”. Dzisiaj? Traktuję jak akt tchórzostwa, jak kradzież pod osłoną nocy… Takie typowe dla niego.
Były wspólne wyjazdy. Wszędzie. Za granicę, po Polsce. Pokazywał mi nieznany świat. „Studia? Po co ci te studia? To dla tych co nic nie umieją. Załóż własną działalność, będziesz ze mną pracować, rozliczać mi koszty. Oboje skorzystamy”. Uległam. Rzuciłam pracę, studia. Był on. On i jego kariera. On i jego marzenia. On i jego pomysł na moje życie.

I był też w końcu ślub

Rodzina musiała się z tym pogodzić, choć odradzali. Na miesiąc przed ślubem próbowała się do mnie dodzwonić Wariatka, jego Wariatka. Zauważył, zabrał mi telefon, kazał mnie nie nękać. Wesele, które w większości spędziłam sama, bo… no wiesz – musiał się zająć kolegami. Urodziłam córkę. Moją ukochaną, upragnioną. Moje największe marzenie. Które szybko zderzyło się z gorzką rzeczywistością. Na zewnątrz, gdy inni widzieli – kochający tatuś, pomocny mąż. W samotności czterech ścian?

Byłam sama. Ze wszystkim. Z dzieckiem, z domem, z jego fakturami i przygotowaniem sesji fotograficznych. Robiłam wszystko – załatw to, potrzebuję tamto, wyślij ponaglenie, bo nie zapłacili. Coraz częściej sesje się przedłużały. „Wiesz przecież, że pracuję, nie mogę klientowi odmówić. Przecież pracuję dla nas obojga, byś mogła sobie siedzieć z dzieckiem.” Tylko drogi Oprawco, to Ty wymyśliłeś taki pomysł na nasze życie. I było Ci wygodniej zajmować się swoimi modelkami w zaciszu studia.

Czułam się coraz bardziej samotna, coraz bardziej przeciążona. „Weź sobie niańkę do pomocy i nie narzekaj.” A ja? A moje potrzeby? A bliskość? Achhhh, no tak, bliskość to seks, taki jak on lubi i wtedy kiedy on chce. Próbowałam szukać siebie. Jeździłam na wyjazdy, szkoliłam się. Dalej z nim pracowałam. Ale we wszystkim byłam już nie taka. Za gruba. Wiecznie niewystarczająca. Ciągle robiłam coś nie tak. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to były pierwsze objawy agresji wobec mnie. Tej psychicznej. Miałam się o tym dowiedzieć dopiero po latach, na terapii.

Wróciłam do tańca. Zawsze kochałam taniec. Dawał mi oddech. Oderwanie. Pozwalał pokochać siebie na nowo, zamiast tej za grubej, za brzydkiej, z odstającymi uszami, poobgryzanymi paznokciami z nerwów. Dawał mi mnie. Coraz bliżej siebie, coraz dalej niego. Nie chciałam już wracać do domu. Nie chciałam go oglądać. Wysłuchiwać jego teorii spiskowych – bo szczepionki to śmierć, bo fluor to śmierć, bo jedzenie to wszędzie trucizna. Ale wracałam. Bo przecież tak powinno być.

Byłam jego własnością

Poświęciłam mu wszystkie najlepsze lata. Żyłam według jego scenariusza. Nawet nie zauważyłam, jak stałam się ulepkiem na kształt jego wymagań. Bez tożsamości. I wtedy pojawił się Ten Drugi. Niespodziewanie. Pierwszy raz od lat czułam, że jestem piękna. Popełniłam ten błąd. Bo bardzo tego potrzebowałam. Bo moja dusza umierała. Ale pamiętaj: Oprawca zawsze czuwa. I nie przestaje Cię śledzić. Ten Drugi na skutek szantaży odpuścił, wyjechał, bał się zaryzykować. Serce mi pękało. Ale wiedziałam, że dom i rodzina są przecież najważniejsze.

„To wszystko z miłości do Ciebie. Powinnaś być mi wdzięczna, że nadal Cię chcę. Ale teraz będzie tylko tak, jak ja chcę”. A nie było? Więc powróciłam i wtedy. Skulona. Miał mi pomóc, mieliśmy stanąć psychicznie oboje na nogi. Mówił, że zdaje sobie sprawę, że mój błąd też jest jego winą, że mi pomoże. Że razem sobie poradzimy. To razem szybko okazało się, że będzie w samotności drugiej i trzeciej ciąży, bo on wolał kieliszek, biały proszek i modelki zamiast mnie…

Sesje przeciągały się w nieskończoność. Zaczęły się problemy z pieniędzmi. W końcu on balował na okrągło, zrażał do siebie ludzi z branży, przewracał się przy barze i przedmuchał pół miasta. Pierwszy raz mnie uderzył w twarz. Był pijany. Nie zgadzałam się, by wyszedł. Na oczach córki i maleńkiego jeszcze synka. Potem dowiedziałam się, że jedynie mi oddał, bo przecież to ja go pierwsza uderzyłam. Naprawdę?

Czułam się z miesiąca na miesiąc coraz gorzej. Zamknięta w klatce. Bez sił. Potajemnie znalazłam pracę. Boże, jaką mi za to zrobił awanturę, gdy się dowiedział… Przestawałam go już interesować. A za wszelką cenę pragnęłam jego akceptacji. Mimo że mną pomiatał. Gardził. Sprawił, że nie było już mnie poza nim. Nie byłam w stanie nawet myśleć o tym.

„Beze mnie jesteś nikim. Nie poradzisz sobie. Kto Cię zechce?” I tak staliśmy się nowoczesnym małżeństwem na miarę tabloidowych tytułów. Gdzie łóżko już także musiałam dzielić z innymi. W zasadzie przestałam czuć. Przestałam myśleć. Wyniszczył mnie. W pewnym momencie nie wiedziałam już nawet, z kim sypiam i dlaczego. Wiecznie upadlana. Sprowadzana do poziomu zera. Nie byłam w stanie patrzeć w lustro. Gdy protestowałam, domagałam się rozmowy, siebie, czegokolwiek, często lądowałam na ścianie, podłodze, żebrami na drewnianym dziecięcym krzesełku…

Z miesiąca na miesiąc chudłam

Mam 170 cm wzrostu. Ważyłam 46-47 kg. Wtedy też mu się nie podobałam. Nie było idealnej wagi. Nigdy nie byłam w stanie osiągnąć zadowalającego go wyglądu ani sposobu zachowania. Przestałam spać. Nie byłam w stanie jeść. Wymiotowałam nawet wodą. Traciłam przytomność. Dotarłam na skraj. Próbowałam szukać pomocy, terapii…

Miałam troje najukochańszych dzieci i kata Oprawcę nad sobą, który traktował mnie jak śmiecia. Nie wytrzymałam. Dzieci spały za ścianą. Wzięłam fiolki z lekami neurologicznymi (miałam problemy zdrowotne po urodzeniu ostatniego dziecka i tonę leków w apteczce). I butelkę whisky. Połykałam je garściami, zapijając alkoholem i łzami. Płakałam. Nigdy tak nie płakałam jak tego dnia. Z żalu. Z bezsilności.

Siedziałam na podłodze balkonu, proszki rozsypały się wokół mnie. Pamiętam, że się pojawił. I taką migawkę z łazienki. I kombinezon sanitariusza. A potem już tylko szpital. Ciepły głos pielęgniarki. „Pij kochanie tę wodę, pij aniołku to zwrócisz. Połknęłaś z 90 tych pigułek, inaczej będziemy musieli Cię wziąć na płukanie. Pij kochanie, musisz zacząć wymiotować.” I głos zza ściany. Chyba sanitariusza. „Co za potwór. Taka śliczna dziewczyna i takie malutkie dzieci. Co on jej zrobił…” I tak przywitałam psychiatryk. Czy ktokolwiek mi uwierzy, że ja naprawdę chciałam żyć? Tylko już nie umiałam. Nie wiedziałam jak. Tak bardzo chciałam, by Oprawca zniknął. By wrócił ten mój, jedyny sprzed lat, jakiego go poznałam. Że chciałam, by się otrząsnął.

„Wypuszczę Cię do domu kochanie, ale musimy go tu ściągnąć i z nim porozmawiać. Musicie trafić na terapię rodzinną. Ty tu nie pasujesz. Ja tu mam chorych psychicznie. A Ty jesteś zdrowa. Tylko bardzo cierpisz.” Pani Profesor była kochaną osobą. Bardzo mądrą. I chętną mi pomóc. Sprowadziły go. Jak zawsze elokwentny. „Oczywiście, pójdziemy, jeśli to warunek, by żona wyszła. Tak, tak, tu jest brak zaufania.” Bla, bla, bla. Znałam ten czarujący popisowy ton rozmowy. Dla tych, no wiesz Ofiaro… na zewnątrz. Gdy tylko wsiedliśmy do samochodu, usłyszałam, że na żadną terapię nie idzie, bo to nie on ma problem, tylko ja. Bo jestem wariatką. Wariatką!!!

„Wariatko… Czy to nadal Twój numer? Potrzebuję z Tobą porozmawiać. Minęło tyle lat… Przepraszam.”„Kim jesteś? Zmieniałam telefon i nie mam Twojego numeru”.„Żoną Oprawcy”. „O Boże… Czyli jednak… Tak, jeszcze dzisiaj, o 13”.

Nie Ofiaro. To moja historia

Pojechałam. Wybrała taką przyjemną knajpkę, artystyczną, przyjazną dzieciom. Wszędzie książki, rzeczy do rysowania. Trochę obrazów. Mimo że w centrum, to bardzo cichą i spokojną. Weszłam. Szybko zauważyłam ją w rogu. Piękna. Znacznie piękniejsza niż ją zapamiętałam. Krótkie, ciemne włosy. Śliczne oczy i usta. Siedziała spokojnie. Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do niej.

„Cześć. Ja… ja nie wiem od czego zacząć”. Łzy cisnęły mi się do oczu, a usta drżały. „Usiądź. To może ja zacznę? Na początku było cudownie. Jak z bajki. Wspólne wyjazdy, wspólna praca. Było fantastycznie. A potem zaczął powoli uzależniać Cię od siebie. Zawodowo, finansowo, życiowo, emocjonalnie i seksualnie. Przestałaś być sobą. Niszczył Twoje poczucie własnej wartości i godności. Prawdopodobnie przeszłaś załamanie nerwowe. Możliwe, że próbowałaś odebrać sobie życie. Zdradzał Cię i okłamywał przez cały związek…”. „O Boże skąd znasz moją historię?” „Nie Ofiaro. To moja historia. Dzwoniłam do Ciebie przed Twoim ślubem, by Cię ostrzec. By Cię uchronić. Powiedzieć Ci, byś za niego nie wychodziła. Że zniszczy Ci życie. Ale nie udało mi się…”

Łzy płynęły mi po policzkach. Przywoływała wszystkie jego wymówki. Pokazywała szramę na szyi po rozbitej w trakcie awantury z Oprawcą butelce. Przepraszała i prosiła o wybaczenie, bo zdradzał mnie także i z nią, mimo że się przecież rozstali. „Ale byłam tak potwornie uzależniona od niego.” Rozumiałam ją. Była piękną, mądrą i wspaniałą kobietą o ogromnym sercu i współczuciu. Mimo że od zakończenia jej związku z nim minęło 10 lat, nadal dygotała w panice na samą myśl o wspomnieniach z tamtego czasu. Po dziś dzień się go boi. Tak jak boję się ja. „To była regularna przemoc domowa. Jest psychopatą, wyrachowanym i okrutnym. Powtarza ten sam schemat od lat.”

Wtedy miałam pewność. Muszę odejść

Muszę się uwolnić choćby nie wiem co. I muszę uratować dzieci. Poszłam na terapię. Po zakończeniu zwolnienia lekarskiego rozstałam się z w przyjaźni z firmą, w której pracowałam. Zaczęłam pracę na własną rękę. On znikał. Coraz częściej. Nie wracał już prawie wcale na noce. Wyżywał się przy byle okazji. Córka podnosiła mnie z podłogi, gdy w trakcie awantury wykręcił mi ręce do tyłu i cisnął mną o podłogę. Miałam zdarte kolana. Ale zaciskałam zęby. Wyjechał na parę miesięcy za granicę. Pojawiali się lepsi i gorsi znajomi. Czas zweryfikował tych fałszywych, niestety część z nich była przedłużeniem rąk Oprawcy. Ale udało mi się i z tego kręgu wydostać. Czas mijał. Stawałam na nogi. Powoli, mozolnie. Godziłam się z rodzicami. Leczyłam rany duszy.

Przypadkiem w zupełnie niespodziewanym momencie dostałam pracę, której potrzebowałam i która mnie niesamowicie satysfakcjonowała. Znalazłam w niej też przyjaciół na dobre i na złe. Jak druga rodzina. Pomogli mi się zebrać, by przygotować pozew. Pomogli spakować, by móc się przeprowadzić. Wiesz Ofiaro, jakie to uczucie pakować 11 lat życia w kartonowe pudełka? Do trzeciej w nocy. Wywozić ubrania i rzeczy do pracy, by w furii Oprawca nie zniszczył Ci ostatnich drobiazgów, jakie jeszcze masz? Spakowałam się, ale jeszcze nie wyprowadziłam. On zaczynał już wiedzieć, że odchodzę. Gdy wyjeżdżał nasyłał znajomych, by wydzwaniali w środku nocy domofonem, budząc mnie ze snu.

„Halo? Halo!” Ale w słuchawce cisza. Odkładasz domofon, dochodzisz do łóżka, bierzesz krawędź kołdry, a ten znowu dzwoni. I tak pół nocy. Zwykły stalking. Głuche telefony z ukrytych numerów. Gdy zorientował się, że wynajęłam mieszkanie i mam już dokąd uciec, ukradł mi klucze z torebki, gdy spałam i pieniądze, których nie zdążyłam wpłacić na konto. Tak mnie wyrzucił z mieszkania. Po prostu nie mogłam wrócić. Chciałam zabrać chociaż dzieci, które płakały po drugiej stronie drzwi. Odebrałam je w końcu z policją.

I tak zaczęłam nowe życie. W wynajętym mieszkaniu, gdzie miałam 4 widelce, 3 kubki, 2 talerze i dziurawą patelnię. Bo z domu Oprawcy nie zabrałam nic prócz swoich rzeczy. Ale miałam dzieci. I w końcu siebie. Widzisz Ofiaro, mija już kolejny miesiąc, gdy mieszkam tutaj. Sprawa w sądzie nadal się toczy, ale jest lepiej. Mamy już piękną zastawę, czyściutką, pachnącą pościel. Mamy przyjaciół i wsparcie rodziny. Nikt nas nie bije. Ani mnie, ani córki. Bo gdy mnie zabrakło, to Oprawca wyżył się kiedyś też na niej. O tym pewnie nie wspominał w swej barwnej opowieści przeszłości, prawda? Ale z pewnością słyszałaś o wariatce albo o dziwce.

Mamy siebie. Ja i dzieci. Mamy dom

I mimo że on nie płaci alimentów, szantażuje, rzuca wyzwiskami, to zaczynam uśmiechać się do siebie w lustrze. I odkryłam, że jestem piękna w oszałamiająco wielkim rozmiarze 36. Ścięłam włosy. Wyrzuciłam wszystkie ubrania, które kojarzyły mi się z byciem niewolnicą Oprawcy. Serce jeszcze nadal krwawi, ale patrzę z dumą i godnością na siebie, bo widzę silną kobietę.

Dzieci powiedziały mi o Tobie, Ofiaro. Masz na imię Karolina. I jesteś tak samo młoda jak ja, gdy Go poznałam, chociaż on teraz jest stanowczo więcej starszy od Ciebie. Jesteś już trzecia odkąd się wyprowadziłam. Mam nadzieję, że natrafisz na ten tekst i go przeczytasz. A jeśli nie Ty, to jedna z wielu Tobie podobnych.

12 lat życia z Oprawcą nauczyło mnie, kim jestem

Mimo że sądziłam, iż niektórej agresji nie można pokonać, okazało się, że jednak można. Z każdego upadku powstajemy silniejsze. Oraz że trzeba czynić dobro bez względu na okoliczności. Nie nienawidzę ani Ciebie, ani nawet jego. Jest mi go szkoda. Bo potrzebuje pomocy, ale tego nie dostrzega. Ciebie także mi szkoda, bo naiwnie, jak ja nie sprawdzasz tego, co Ci mówi. Widzisz… Ani ja, ani Wariatka nie wierzyłyśmy, że można wyjść z piekła. Bo życie z Oprawcą takie właśnie jest. Ale jak mawia moja ulubiona postać literacka: „Jeszcze przed śniadaniem wierzę w 6 niemożliwych rzeczy”. „To bardzo dobra praktyka” odpowiadał Kapelusznik. Widzisz jeszcze możesz pokonać Żaberzwłoka, zanim wyrządzi Ci krzywdę. A jeśli już to zrobił, wiedz, że nie przestanie. I prędzej czy później będziesz musiała to zrobić. Tak jak ja. I Wariatka. I wszystkie przed nami.

Proszę, nie pozwól, by twoje życie potoczyło się jak nasze. Nikt nie ma prawa stosować wobec nas żadnego rodzaju agresji. Ani słownej, ani ekonomicznej. Ani fizycznej. Chociaż wiem po latach, że ta fizyczna goi się najszybciej. Przerwij to zanim będziesz musiała sklejać serce i żebra. Chociaż na końcu będzie dobrze. Jeśli nie jest dobrze, to znaczy, że to nie jest jeszcze koniec. Ja jestem już blisko.

Precelek


Zobacz także

Jak spalić 205 kalorii w 15 minut? Akcja #Łap ENDORFINY, wyzwanie #6

„Dlaczego to tu, k…, leży?!”. Z życia żony pana Korpo

Idealna kawa? Każdy ma na nią swój własny sposób. Ja swoją przygotowuję w domu!