Monika Płatek: „Kobiety nic nie powinny. Przeszłyśmy przez ostatnie 20 lat potworną tresurę”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
15 stycznia 2017
Fot. Screen z Youtube Przystanek Zmiana
 

Takich głosów potrzebujemy dziś jak najwięcej. Głosów rozsądku, odważnie punktujących skandaliczne posunięcia władzy, mówiących wprost o tym, jak naprawdę wygląda pozycja kobiet w naszym kraju. O tym, kto zdradził kobiety, kto się ich boi i dlaczego w Polsce nie przestrzega się prawa gdy dotyczy ono obywatelek, rozmawiamy z profesor Moniką Płatek.

Anna Frydrychewicz: Wierzy Pani w solidarność kobiet?

Monika Płatek: A czy to jest dobre pytanie? Czy to jest kwestia wiary, czy może kwestia faktu? Są takie obszary, gdzie wspólnota interesów i doświadczeń niekoniecznie sprzyja kobiecej solidarności. Z punktu widzenia wychowania kobiet, mogłybyśmy powiedzieć, że raczej jesteśmy wychowywane ku posłuszeństwu, grzeczności, zgodzie na dyscyplinowanie siebie i innych, i być może, potrzeba nam większej świadomości, żeby dostrzec że nasza wspólnota losów i interesów wzmacnia solidarność między nami.

Czwarta fala feminizmu, z którą ja się identyfikuje, to jest ta fala, która stara sią patrzeć na zjawiska społeczne z punktu widzenia dobrostanu ludzi. Nie tylko kobiet (w różnych sytuacjach), ale również i mężczyzn. Jestem świadoma, że z bardzo wieloma kobietami nic mnie nie łączy. Mogę się zastanawiać, skąd  biorą się ich różne postawy, mogę to rozumieć, ale nie chcę się z tym identyfikować. Jednak nawet wówczas mam świadomość, że łączą nas wspólne interesy i wspólne problemy.

Jakie?

Na przykład te związane z funkcjonowaniem prawa. Takiego prawa, które nie tylko odbiera nam, kobietom, wolność, możliwość do decydowania o swoim zdrowiu i życiu, ale również narzuca nam pewne standardy obyczajowości, tworzenia i praktykowania polityk społecznych. Mam w głowie choćby kwestię prawa do planowania rodziny. Błędnie nazywamy je prawem do aborcji, która – swoją drogą – powinna być legalna, żeby była bezpieczna i rzadka. Przyjrzyjmy się stosunkowi władz do obywatelek w naszym kraju. Władza w PRL-u na poziomie oficjalnym starała się afirmować kobiety, ale to się nie przekładało w praktyce na ich poziom życia. Władza po 1989 roku kobiety zdecydowanie zdradziła, choć to one, w równym stopniu jak mężczyźni, przyczyniły się do przemian politycznych w Polsce. I zostały natychmiast  wykorzystane.

W jaki sposób?

Ich ciała, wolność i zdrowie zostały przehandlowane, by wyglądało, że to co się dzieje, jest zgodne z interesem i wolą drugiego ważnego gracza, czyli Kościoła. W rzeczywistości na żadnym etapie nie zależało tutaj żeby rzeczywiście kobiety nie dokonywały aborcji – jedynie, żeby ona była oficjalnie zakazana.

Zagrano życiem i zdrowiem kobiet…

Tak, wciąż się nim gra. Chciałabym, by było jasne: to ja jestem za życiem, ja jestem PRO LIFE. Ci, którzy chcą pozbawić kobiety prawa do decydowaniu o sobie, są za dyscyplinowaniem i kontrolowaniem kobiet, natomiast ja jestem za tym, żeby ich życie i zdrowie było brane na serio pod uwagę (życie płodów i dzieci również). Dlatego właśnie, choćbym nie chciała mówić o aborcji, jest to konieczne. Nic innego, jak protest, tej władzy nie zdyscyplinuje w kierunku przestrzegania praw kobiet.

Wracając do pierwszego pytania: tak, oczywiście istnieje solidarność kobiet. Bardzo często cicha, niedemonstrowana, która rzadko przekłada się na wspólnotę, bo do tego trzeba też praktyki w obywatelskim działaniu. Solidarność oznacza uświadomione współdziałanie. Ale też, gdyby nie było rozmaitych jednak form solidarności, nie byłoby naszej rozmowy, ani portalu takiego, jak ten, który Pani reprezentuje. To są na pewno przejawy solidarności kobiet i pewnie ja chciałabym żeby było tego więcej i intensywniej.

Wróćmy do sprawy zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej.

Trzeba ogromnej hipokryzji, żeby w oficjalnych wystąpieniach w Sejmie mówić o 600 aborcjach w kraju, który ma najmniejszy przyrost naturalny w Europie, i w którym środki antykoncepcyjne oficjalnie są dostępne, a w praktyce niekoniecznie. Nawet zakładając, że wszyscy mężczyźni stosują prezerwatywy, to podawane cyfry są oczywiste nadużyciem. To jasne, że kobiety są zmuszone, by poddawać się aborcji. Co więcej, są prawdopodobnie zmuszane przez lęk i strach, przedmiotowe traktowanie, do tego, żeby nie mając pewności co do tego jaki jest stan płodu i ich zdrowia „ na wszelki wypadek” usunąć ciąże.  Są także zmuszane do tego, żeby rodzić dzieci z gwałtów, bez zgłaszania gwałtów, wiedząc, mając doświadczenie i praktykę, co się dzieje w przypadku, kiedy takie zgłoszenie ma miejsce.

Zna pani sprawę tej 14- letniej, zgwałconej dziewczynki ze sprawy PiS przeciwko Polsce, gdzie Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, państwo polskie złamało podstawowe prawa człowieka i obowiązujące przepisy? Czy w taki sam sposób jak to dziecko, potraktowalibyśmy matkę Kaczyńskiego, czy w ten sposób zachowalibyśmy się w stosunku do córki prezydenta Dudy? Czy złamalibyśmy wówczas każde obowiązujące prawo, tajemnicę lekarską, prawo do opieki nad własnym dzieckiem? W tej sprawie, matka została pozbawiona praw rodzicielskich, po to, żeby wymusić na dziewczynce urodzenie dziecka. A potem Minister Zdrowia, prywatną taksówką wiózł to dziecko z jednego miasta do drugiego, żeby ostatecznie dokonać legalnej, przewidzianej prawem aborcji.

To już jest ten moment, w którym trzeba bardzo wyraźnie pokazać wszystkim, do jakiego stopnia łamie się prawo, kiedy dotyczy ono zdrowia, życia, wolności i autonomii kobiet. Dokładnie o tym, jest mowa w Konwencji Rady Europy o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet i przemocy w rodzinie

Dlaczego więc nie stosujemy przepisów, które są przewidziane prawem?

Nie dlatego, że nie mamy środków, nie dlatego, że nie mamy możliwości finansowych, ale dlatego, że dotyczy to grupy ludzi, którymi jeśli się nie pogardza, to uważa, że można się z nimi nie liczyć i których w efekcie stara się pozbawić możliwości decydowania o sobie, a następnie wykorzystuje do celów politycznych. Artykuł 2 naszej Konstytucji, mówi, że Polska to państwo prawa,  artykuł 30, mówi o prawie do godności. Obowiązuje też kantowska  zasada – nie traktowania człowieka jako środka do celu, ale cel sam w sobie. W Polsce, kobiety się uprzedmiatawia. Może dlatego, że jak się jest sztucznie sprowadzonym do określonej roli niekoniecznie ma się przestrzeń i możliwość innego spojrzenia, jeszcze trudniej o solidarność.

Przypomina mi się sprawa Natalii Przybysz, która właściwie „odczarowała” aborcję. Bo my o aborcji cały czas, z jakiegoś powodu mówimy jedynie w kontekście uszkodzonych płodów, chorób, gwałtów. Natomiast Natalia Przybysz powiedziała pierwszy raz głośno o tym, że dokonała aborcji dlatego, że nie chciała urodzić kolejnego dziecka. I odezwały się takie głosy, że ona bardziej zaszkodziła kobietom tą deklaracją, niż im pomogła.

Nie zgadzam się. Uważam, że Natalia Przybysz zrobiła rzecz wielką, dała świadectwo, Użyła Pani bardzo dobrego słowa „deklaracja”, które nie było nacechowane negatywnie. Ona nie zrobiła tego po to, żeby „wyznawać” cokolwiek, ona zrobiła to po to, żeby poinformować, że ludzie bywają w sytuacjach przymusowych.

Zawsze podkreślam, że niechciane ciąże spadają na głowę rządzących i władzy, która nie respektuje prawa do planowania rodziny i utrudnia zarówno dostęp do wiedzy, czyli do możliwości podejmowania odpowiedzialnej decyzji, jak również dostęp do środków antykoncepcyjnych.

Za każdym razem, jeżeli ciąża jest wynikiem braku dostępu do środków antykoncepcyjnych obciąża to władzę. W ustawie mamy 3 elementy: ten o zgwałceniu, o stanie płodu, ale również element o zdrowiu i życiu kobiety. Zgodnie z kodeksem rodzinnym, matką kobieta staje się, kiedy urodzi dziecko. W ramach powodów, dla których można usunąć niechciana ciążę, jest zdrowie i życie kobiety. Zdrowie to nie brak choroby lecz obecność psychicznego i fizycznego dobrostanu.

Jeżeli kobieta zachodzi w niechcianą ciążę, to jej stan psychiczny i fizyczny jest znacznie pogorszony. To jest stan, w którym czujemy, że nie możemy urodzić dziecka, nie możemy go wychować, przyjąć – i byłoby dobrze gdyby  takich przypadków było jak najmniej. Natomiast jeżeli już do takiej sytuacji doszło, decyzja należy tylko i wyłącznie do tej osoby, której to dotyczy, czyli osoby, która jest akurat w ciąży.

Nasi politycy używają języka, który ma wywołać określone efekty. Temu ma służyć nazwanie komórki zapłodnionej w jajowodzie – dzieckiem poczętym, człowiekiem. Chodzi o wywołanie w nas poczucia, że te dwie lepkie komórki, to w pełni ukształtowany bobasek.

Zgodzę się na to, że zapłodnienie stwarza potencjał, natomiast nie ma co udawać, że tam jest człowiek.

Po co więc taka ideologia?

Nie chodzi o uświęcenie życia, ale  przejęcie decyzji nad płodnością i decydowania za kobietę. Kto decyduje o płodności człowieka, decyduje o jego życiu. Czyli tak naprawdę, nie chodzi o to, żeby dbać o dobrostan człowieka w ciąży i ewentualnie nowonarodzonego człowieka, tylko chodzi o to, żeby maksymalnie zdyscyplinować, zdołować, przejąć możliwość decydowania o sobie. Zniewolić. Być może wynika to z potwornej zawiści mężczyzn, zazdrości o to,  że oni nie mają zdolności do tworzenia życia. Ale wydaje mi się, że to również chęć dominowania i utrzymywania swojej protekcjonalnej i patriarchalnej władzy.

Skąd więc się wzięło oburzenie samych kobiet? Czy nie powinny rozumieć tej sytuacji, naszych wyborów kiedy zachodzimy w niechcianą ciążę?

Kobiety nic nie powinny. Przeszłyśmy przez ostatnie 20 lat potworną tresurę. Już nie tylko posłuszeństwa, ale jeszcze i tego języka, gdzie zarodek jest określany jako dziecko poczęte, „pacjent prenatalny”. Dostałyśmy lekcję, że kobieta, która roni, może być uznana za przestępczynię i skazywana z kodeksu karnego. I jesteśmy przyzwyczajane do lekceważącego nas, instrumentalnego  traktowania. Nie ma się co dziwić, że tresowane przez dwie, trzy dekady w ten sposób kobiety mówią, to co mówią. Mają już prawdopodobnie wtłoczone do głów, że muszą być bohaterkami. Ale czy naprawdę muszą? Czy nie mamy prawa do tego, żeby w ramach autonomii, żyć pełnią życia? A te, które się tak oburzają niech pierwsze rzucą kamieniem.

Jaka jest rola Kościoła w tym wszystkim?

Podła. Kościołowi w Polsce (choć niekoniecznie w innych państwach) nie zależy na tym, żeby nie było tych aborcji. Gdyby mu zależało, działałby inaczej. Ale to jest instytucja, która dopuszcza znęcania się, poniżania, gwałcenia dzieci, młodych ludzi, dorosłych kobiet, a chce uchodzić za dającą gwarancję przestrzegania miłości do bliźniego, poszanowania godności, szacunku do drugiego człowieka. Pomimo tego wszystkiego działa tak, jakby się nic nie działo, a każdą uwagę skierowaną wobec siebie traktuje jak zamach na Kościół. I ma w tym interes.

Jaki?

Władza, wpływy, pieniądze, wygodne życie, zwolnienie z podatków, możliwość handlowania ziemią, wtedy, kiedy rolnikom to odebrano …. Jeżeli ktoś inny wie lepiej niż Pani, co Pani powinna robić i mówi, że działa w imieniu Kościoła, to tak naprawdę działa sprzecznie z duchem nauczania Jezusa Chrystusa.

Olbrzymia liczba Polek wzięła udział w Czarnym Proteście. W wielu środowiskach świadomość tego, co tak naprawdę się wydarzyło jest jednak ciągle niska. Uważa pani, że jest szansa, by coraz więcej kobiet pragnęło realnego wpływ na swoją sytuację?

Oczywiście, proszę zauważyć, że ten protest wydarzył się, ponieważ kobiety sobie uświadomiły, że dokonuje się zamach na ich życie, wolność, na ich dobre imię i godność. Na wolność i godność ich córek, sióstr, przyjaciółek. Uświadomiły sobie, że naprawdę można stworzyć prawo, które pozwala karać kobietę za poronienie, tam gdzie potrzeba wsparcia psychicznego i pomocy. Dodatkowo  strach władzy uświadamił kobietom ich siłę. Dowiedziałyśmy się, że to, co nas dotyczy jest sprawa polityczną. Nie mamy też ochoty oddawać głosów na polityków, którzy maja zapędy na naszą wolność i handlowanie kobiecymi  ciałami. To jest ważny moment dla kobiet. Zapewne będą próby, starania, by nas podzielić, skłócić, pokazać, że to była jednorazowa zachcianka,  – „wracajcie panie do kuchni”. Tak już było w czasie Solidarności, tak było i wcześniej. Tak jest cały czas. W telewizji oglądamy konferencje, w których biorą udział sami mężczyźni, tylko że teraz już zwracamy na to uwagę, budzi się w nas świadomość. Możemy więc mówić o kobiecej solidarności. Ten proces już trwa.


„To tylko seks, czysty układ, związkiem nie jestem zainteresowana”. O kobietach, które postawiły na niezobowiązujące relacje

Magdalena Lis
Magdalena Lis
15 stycznia 2017
Fot. iStock/milos-kreckovic
 

Maria

– Wiesz jak się czuje odtrącona kobieta? Tragicznie. Czuje się, jakby przejechał po niej największy czołg na świecie. Jest wdeptana w ziemię i jedyne o czym marzy to zniknąć. Wiem, może generalizuję, ale ja się tak właśnie czułam. Tamten okres wspominam jako jeden z gorszych w moim życiu. Bo wiesz, gdyby zdradził mnie z jakąś obcą babą, z kimś nic nie znaczącym, ale z moją koleżanką?  Teraz już byłą – rzecz jasna, bo od tamtej pory się nie kontaktujemy. Po tym wszystkim uzmysłowiłam sobie jedno – nigdy więcej żadnego faceta. Żadnego, tak wiesz – na stałe.

Maria o zdradzie dowiedziała się przypadkiem. Naszyjnik Marty zostawiony w jej domu, słabe alibi, i odrobina śledztwa zaprowadziły ją do celu. Była załamana. Rzuciła się w wir pracy, o nowych znajomościach w ogóle nie myślała. Niecały rok od feralnego wydarzenia kuzynka Marii oznajmiła, że wychodzi za mąż, wręczając jej zaproszenie. Maria wpadła w panikę – no bo z kim pójdzie, że niby sama?

– Na to wesele zaprosiłam sąsiada. Mieszkał w naszym bloku od niedawna, na moje oko był kawalerem, bo nikogo u niego nie widywałam. Nieco młodszy, przystojny, zawsze grzeczny. Co ryzykowałam? Że powie nie? To niewiele. Zgodził się, choć poprosił o chwilę do zastanowienia. Wiesz, wesele było wyjazdowe, dwa dni, agroturystyka, te sprawy. Więc poczekałam.

Sąsiad Marii zgodził się jej towarzyszyć, w jednej z podkrakowskich wsi spędzili wspólnie cały weekend, Maria promieniała. Tańczyli do białego rana przy akompaniamencie tradycyjnej weselnej kapeli, pili lokalny bimber i bez końca rozmawiali.

– Podczas jednego wolnego kawałka myślałam, że oszaleję. Przysunął się tak blisko mnie, wiesz czoło, nos, usta, wszystko, tak, że czułam go całą sobą. Wiem, że może zabrzmi to dziwnie, ale w tamtym momencie zamarzyłam o tym, żeby zdarł ze mnie tę miętową sukienkę, którą na sobie miałam.

Nad ranem wylądowali w łóżku. Maria mówi o tamtym zdarzeniu „seks życia”. Do domu wrócili nazajutrz i zwyczajnie pod jej drzwiami się pożegnali. Maria nie chciała żadnego dalej. Była zadowolona, spełniona, zrelaksowana. Było fajnie i do widzenia.

– Krystian wpadł do mnie tydzień później, niby ze zdjęciami, niby na kawę. Kawę wypiliśmy owszem, ale nad ranem. Czy byłam tym zażenowana? W ogóle. Przecież jesteśmy ludźmi, każdy ma swoje potrzeby, życie rządzi się swoimi instynktami.

Od tamtej pory Maria i Krystian spotykają się, spędzają wspólnie czas, kończą w łóżku, nazajutrz zaczynając zupełnie nowy dzień bez siebie. Obojgu pasuje ten układ, przynajmniej tego się trzymają.

– Nic z tego nie będzie? – zalotnie zapytałam

– Nic – chłodno odpowiedziała. Lubię go, ale bardziej lubię sposób, w który mnie relaksuje. Mam swoje zasady – to ma być tylko seks, luźny układ, związkiem nie jestem zainteresowana, sama rozumiesz?

Próbowałam.

Kaśka

– O tym, czym jest klub swingersów dowiedziałam się przypadkiem, od koleżanki z pracy. Jakież ogromne było moje zaskoczenie, kiedy opowiedziała mi, co robi regularnie w czwartki. Naznaczyła mi temat i mnie zaprosiła. Trochę oponowałam, no bo gdzie ja tam. Obiecała, że tylko posiedzę, zobaczę o co chodzi, że może się wkręcę. Akurat byłam sama, wolna, miałam czas, no więc poszłam.

Kiedy Kaśka poszła na imprezę, zaproszona przez Wiolettę lekko oniemiała. Okazało się, że koleżanka nie powiedziała jej wszystkiego. Miał być fajny klimat, dobre drinki, kulturalni ludzie i dobra atmosfera. Okazało się jednak, że Kaśka trafiła na seks party.

– Opieprzyłam ją nim tylko weszłam. A ona wciągnęła mnie dalej, mówiąc, że może poznam kogoś fajnego. Wcisnęła mi drinka, potem kolejnego. Chyba to picie mnie wtedy uratowało, inaczej bym stamtąd niezwłocznie uciekała. Patrzyłam na ludzi, którzy bez żadnych zahamowań próbowali się dzielić własnymi fantazjami, bez cienia skrępowania. Nie jestem jakaś przesadnie skromna, w końcu się rozluźniłam i poczułam tę ich atmosferę.

Kiedy jeden z mężczyzn zapytał Kaśki: „to u mnie czy u ciebie”, była lekko oburzona. Po chwili jednak rzuciła: „u ciebie”, po czym się pożegnała z towarzystwem i do niego pojechała.

– Widziałam w jego oczach wszystko. Żądzę, pożądanie. Czułam się taka piękna, taka kobieca. Wyzwolił ze mnie całą gamę przeróżnych emocji, to było wspaniałe.

Wymienili się numerami telefonów, choć Kaśka nie bardzo liczyła na to, że chłopak zadzwoni. Przecież to seks party, żadna tam randka. Myliła się, bo zadzwonił, i znów się spotkali.

– Ciągle o tym myślałam. Marzyłam o nieprzyzwoitym seksie, o zabawkach, gadżetach, o wszystkim tym, co znałam z kultowych pięćdziesięciu twarzy Greya. Chciałam być jego, chciałam być pożądana. Dostałam wszystko to, czego nikt mi nigdy nie dawał.

Pytana o bliskość od razu zaznacza, że nie, to jej nie interesowało.

– Wiesz, taka relacja nie jest do końca zdrowa, nie daje poczucia bezpieczeństwa, nie gwarantuje niczego pewnego. Zasadę miałam tylko jedną – oboje się zabezpieczamy.

Dziś Kaśka nadal jest sama, do klubu swingersów jeszcze czasem wpada. Pytam ją o tamtego chłopaka, jak im się teraz układa.

– Wyczerpał limit moich fantazji, poznałam kogoś nowego. Choć nie będę cię czarować – czasem jeszcze się zdzwaniamy.

Paulina

Jest bardzo ładna. Czerwona szminka, starannie upięte włosy, wysokie buty. Na pierwszy rzut oka – perfekcjonistka. Ma chłodny wyraz twarzy, głos melodyjny, stonowany. Mówi pełnymi zdaniami, co chwila odpala papierosa.

– Czułam się bardzo samotna, choć byłam wówczas w związku, to ta sytuacja mnie przytłaczała. Nie ma nic gorszego niż dwoje ludzi żyjących potencjalnie ze sobą a tak naprawdę to obok siebie. Wiesz jaką tendencję mają kobiety? Odbijają się w oczach innych, ja też tak miałam. Każdy wyraz uznania ze strony mężczyzny traktowałam jak najlepszą nagrodę, choć oficjalnie się do tego nie przyznawałam.

Paulina poznała Piotra na jednym z portali dla osób samotnych. Długo rozmawiali ze sobą, dziewczyna była nim zachwycona. Był ciepły, zabawny, potrafił ją rozbawić i uspokoić. Widziała w nim coś więcej niż zwykłego kumpla, do czasu, kiedy się lekko rozczarowała.

– Któregoś wieczoru dostałam od niego dziwną wiadomość. Zapytał mnie, czy poświnutyszymy. Wiesz, byłam lekko zszokowana. Myślałam, że tak jak dotąd będziemy rozmawiali o miłości do poezji, czy muzyki Mozarta. Był taki „mój”, tak bardzo mnie zrozumiał. Uległam, choć ta rozmowa zupełnie nie była w moim klimacie. Uznałam jednak, że jest mężczyzną, ma więc swoje potrzeby. I, że ta sfera seksualna obejmuje jedną z nich. Pół nocy wtedy nie spałam.

Kolejne rozmowy Pauliny i Piotra przebiegały w podobnym tonie. Paulina nie do końca rozumiała tę koncepcję ale wciąż jej ulegała.

– Umówiliśmy się w końcu, przyjechał do mnie. Trochę odbiegał od tego mężczyzny, którego widziałam na zdjęciu, ale tym się akurat nie przejmowałam. Kolacja, film, łóżko, taki standardowy schemat. Jednak coś poszło nie tak, poczułam się jakbym była zgwałcona. Piotr był dość brutalny, bezpośredni, skupiał się bardziej na sobie. Wiesz, nie każdemu ten pierwszy raz wychodzi. Tylko, że ta sytuacja nie była jednorazowa.

Paulina godziła się na to, co jej nie odpowiadało. Uzależniła się od tej relacji, choć ona ją potencjalnie krzywdziła. Udawała sama przed sobą, że to luźna relacja, tylko seks, choć w głębi duszy coś innego zakładała. Stanowisko Piotra było jednak bezwzględne i tylko na seksie skupione.

– Prawie rok w tym wytrwałam. W imię zabicia samotności postawiłam tylko na seks, manewrowałam swoim ciałem. Do swoich słabości się nie przyznawałam, mówiłam, że mi to odpowiada. Chciałam, żeby był, choć jego nie było, ja go sobie wykreowałam. To inteligentny facet, może to ja nawaliłam, czasem się nad tym zastanawiam. Wiesz jak to jest, niby nie chcesz nic więcej a tak naprawdę jest zgoła inaczej.

Paulina chodzi na terapię. Uczy się siebie i własnego szczęścia, o terapii mówi, że to lekcja tego, jak cieszyć się życiem.

– Zapytasz niejednej, czy układ z zimnym seksem jej odpowiada, to każda powie, że pewnie, że jasne. A prawda jest taka, że każda z nas leci jak ta ćma do światła, licząc, że trafi na księcia na białym koniu. Kiedyś stanę na nogi, jestem o tym przekonana. O seksie na tą chwilę nie myślę wcale. Wiesz, dość mocno to odpokutowałam.


Samotność to ciągłe czekanie i nadzieja na lepsze jutro

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
15 stycznia 2017
fot. iStock/ eldinhoid

Jesteśmy coraz bardziej samotni. Badania nie pozostawiają złudzeń w tym temacie, a niektóre raporty mówią wręcz o epidemii samotności i narastającym wciąż problemie współczesności. Oto paradoks naszych czasów – choć mamy więcej niż kiedyś możliwości utrzymywania kontaktów z innymi, nawet tymi, mieszkającymi na drugim końcu świata, coraz bardziej zamykamy się na relacje i mamy trudności z utrzymaniem związków lub ich zbudowaniem.

Samotność i jej ciemne strony

Według Wikipedii samotność to subiektywnie odbierany stan emocjonalny człowieka wynikający najczęściej z braku pozytywnych relacji z innymi osobami, często mający wydźwięk negatywny. To bardzo prosta definicja, ale bardzo trafna – samotność każdy z nas może odczuwać inaczej, ale na dłuższą metę dla każdego będzie ona mało pozytywnym doświadczeniem. Jesteśmy zwierzętami stadnymi, potrzebujemy innych osób do tego, by być szczęśliwymi, a nawet zdrowymi! Czy wiecie, że u osób samotnych organizm wytwarza aż 10 procent więcej hormonów stresu? Samotność osłabia też nasz układ odpornościowy (ewidentnie siłę fizyczną i psychiczną czerpiemy od innych!) i jest świetnym podkładem dla depresji i różnych schorzeń psychicznych.

Zjawisko to nie dotyczy jednak wyłącznie osób bez partnera – samotność dotyka także ludzi będących w związku, w którym wygasła miłość i brakuje intymności oraz bliskości. Spotyka seniorów, którzy żyją w poczuciu izolacji, z daleka od swoich dorosłych już dzieci lub po śmierci współmałżonka. Dotyka nawet dzieciaki, które nie spędzają wystarczającej ilości czasu z rodzicami, nie znają ich, za to mają mnóstwo zajęć dodatkowych, nianie, tablety, smartfony i życie online. Samotność może dotyczyć każdego, nawet tych, którzy wydają się być otoczeni przez tłumy.

Solo i wesolo?

Nie ma już tak częstych niegdyś spotkań rodzinnych i imienin u cioci, nikt nie wpada do sąsiada pożyczyć szklankę cukru (bo przecież cukier szkodzi), na podwórkach nie spotyka się już grup przekazujących sobie najnowsze ploteczki o znajomych – nie ma, bo i podwórka zniknęły za płotem naszych domów szeregowych lub ścianą własnego M w nowym budynku dewelopera. Od lat zwiększa się liczba rozwodów, a młodzi dorośli stawiają bardziej na karierę i rozwój zawodowy niż życie rodzinne. Ponad 1/4 Polaków żyje solo! Solo, ale czy wesolo? Tej naszej samotności towarzyszą różne lęki – przed zaangażowaniem się, otwarciem na drugą osobę, pokazaniem swojej prawdziwej natury z wszystkimi jej zaletami i wadami, zrezygnowaniem z części obowiązków dla życia osobistego i innej osoby. Decydujemy się na samotność ze strachu, z wygody, z przypadku, odkładamy układanie życia osobistego na wieczne później – nie zdając sobie sprawy z tego, że później wcale nie oznacza łatwiej i mniej strasznie.

Samotność to wieczne czekanie

A jednak ludzie samotni to ci, którzy mają największą nadzieję i wiarę w to, że będzie lepiej! Bo samotność to nieustanne wyglądanie w przyszłość z przeświadczeniem, że będzie ona znacznie lepsza od teraźniejszości, że gdzieś w tym tunelu zapali się światełko, już za chwilę, za następnym zakrętem. Samotność to wieczne czekanie:

Na COŚ

Trudno dokładnie określić na co, bo dla każdego żyjącego samotnie, to COŚ wygląda zupełnie inaczej. Ale znaczy dokładnie to samo – poprawę losu i koniec z samotnością. Upatrujemy szansę w początku nowego roku, w osiągnięciu idealnej wagi, zyskaniu dużej sumy pieniędzy, zmianie miejsca zamieszkania albo wejściu w nowe towarzystwo, ale czy słusznie? Czy to COŚ na pewno jest konieczne do szczęścia, czy to tylko najprostsze wytłumaczenie i usprawiedliwianie się?

Na kogoś

Na kogoś, kto ich pokocha, zaakceptuje i wprowadzi w ich życie… odrobinę życia! Najczęściej ten ktoś jest synonimem miłości, oznacza zakochanie się i stworzenie związku, ale nie zawsze – może to być przyjaciel, bliska osoba, bratania dusza, która będzie najlepszym możliwym towarzyszem i obrońcą przed samotnością, antidotum na nasze lęki i problemy.

Na zmianę

Bo zmiana oznacza koniec dotychczasowego życia, tej samotnej rutyny i marazmu. Oznacza pożegnanie starych smutków i nowe, ekscytujące wyzwania. Zmiana jest dobra, bo przynosi nową jakość. Nie warto jednak czekać biernie na jakieś przełomy z zewnątrz, bo najczęściej zmiana konieczna jest w naszej głowie i sposobie myślenia! To my musimy ewoluować i modyfikować nasz świat dookoła, działać i aktywnie wpływać na nasze życie.

Na lepsze jutro

Bo przecież to nieznane nam jeszcze jutro niesie w sobie ogromną szansę i nadzieję na odmianę losu, na inne życie, na pokonanie samotności. Jednak to nie o przyszłości powinniśmy myśleć, ani nie przeszłość nieustannie analizować – w ten sposób przegapiamy to, co dzieje się  (lub mogłoby się wydarzyć) dzisiaj. Żyjmy teraźniejszością i na niej się skupiajmy, tylko ona się liczy i tylko na nią mamy realny wpływ!

Zapisz


Zobacz także

6 produktów, których lepiej unikać przed bieganiem

A czy ty masz swój kawałek podłogi? Nie, nie rodzinny. Swój własny

Kobiety nie chcą wychodzić za mąż, a mężczyźni są wściekli, przygnębieni i samotni