Komplementy… dlaczego przed nimi uciekamy?

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
29 października 2017
Fot. iStock / izusek
Fot. iStock / izusek
 

W ramach mojej osobistej akcji poprawy świata i sprawiania by ludziom żyło się przyjemniej, milej i by… częściej się uśmiechali ustanowiłem Tydzień prawienia ludziom komplementów. Założenie było takie, że muszą to być komplementy szczere. Wszak w każdej osobie możemy przecież znaleźć coś pięknego, zatem nie muszą być to pochwały wyssane z palca, wymuszone :)

I tak komplementuję niemal wszystkich. Zatrzymuję się biegając, by powiedzieć starszej Pani, że pięknie dziś wygląda. Miała wspaniale dobrany do płaszcza kapelusz i wyglądała niezwykle elegancko. Moje słowa spotkały się z jej konsternacją. Spojrzała na mnie jak na wariata, prychnęła i… poszła dalej. Co najmniej, jakby pomyślała, że próbuję ją podrywać :)

Mam taki osiedlowy sklep w którym robię codzienne zakupy. Ekspedientki mnie znają, moja wizyta tam, nigdy nie kończy się na sprawunkach, zawsze bowiem zamienimy choć kilka słów, a czasami zdarza mi się stać i z pół godziny, gdy wciągnie nas rozmowa. Przyszedłem jak co dzień rano… moja ulubiona ekspedientka nie w humorze, pomyślałem zatem, że będzie to świetna okazja by komplementem poprawić jej nastrój. Ciężko było skomplementować uśmiech, gdy mina skwaszona. Postanowiłem pochwalić nową fryzurę i od razu w odpowiedzi usłyszałem: „Aaaa gdzie tam, na szybko tak uczesałam rano, ja nie umalowana, a pan to bajerant! Mam lustro w domu i wiem jak wyglądam”.

W centrum handlowym w Gdyni mijam faceta około 40-tki. Wygląda niczym żywcem wyjęty z reklamy salonów z garniturami. Spokojnie jego zdjęcie mogłoby znaleźć się w jakimś katalogu. Pochwaliłem jego wygląd, ale ku memu zdziwieniu nie ucieszył się. Moje słowa ewidentnie go zirytowały. Być może wziął mnie za geja – wysyczał tylko przez zęby: „SPIER…”

Wczoraj wpadłem do znajomych. Siedzieliśmy sobie w najlepsze i gadaliśmy, gdy z pracy wróciła żona mojego przyjaciela. Miała na sobie piękną sukienkę w kolorze butelkowej zieleni i wyglądała w niej zjawiskowo. To była idealna okazja by wyrazić uznanie. Pochwaliłem sukienkę… i znowu padało: „no co Ty… przecież to stara sukienka, miałam już ją na sobie z tysiąc razy, nic szczególnego”.

Dziś rano na siłowni pochwaliłem chłopaka, który przychodzi tam niemal codziennie od kilku miesięcy. Widuję go regularnie. Przez ten czas jego sylwetka bardzo się poprawiła, sporo schudł, przestał się garbić, ewidentnie nabrał pewności siebie. Tak mi się przynajmniej wydawało. Powiedziałem mu, że super wygląda i, że widać, że ciężka praca przynosi efekty. Spłonął rumieńcem i… uciekł.

Wychodząc z siłowni zobaczyłem piękną blondynkę w czerwonym płaszczu, który tylko podkreślał jej urodę. Powiedziałem jej, że ma piękny płaszcz i wygląda obłędnie.
A ona na to… uśmiechnęła się, dzięki czemu wyglądała jeszcze piękniej i odpowiedziała – „Dzięki, tak też się czuję” i poszła dalej :)
Przez cały tydzień tylko ona jedna! Jedynie ona ucieszyła się z pochwały. Tylko u niej dostrzegłem na moje słowa błysk w oku.

Zastanawiam się dlaczego mamy tak wielki problem z przyjmowaniem komplementów. Dlaczego od razu torpedujemy pochwały wypowiadane w naszą stronę?
Przecież, jeśli wypowiadająca je osoba dostrzeże, że swoimi słowami sprawiła nam przyjemność poczuje się zachęcona, by wypowiadać te miłe słowa znacznie częściej.
Dlaczego, gdy ktoś wyraża uznanie na nasz temat – od razu sprowadzamy go na ziemię, próbujemy zaprzeczać. Czy wynika to z faktu, że sami nie jesteśmy siebie pewni? A może boimy się, że zostaniemy odebrani za osobę zbyt pewną siebie, może nawet arogancką?

Nie wiem… W każdym razie ewidentnie mamy w tej kwestii sporo do poprawienia. Zachęcam Was, żebyśmy razem to zmienili. Powiedzenie komuś czegoś miłego – nic nie kosztuje, a może zdarzy się tak, że naprawdę poprawi komuś nastrój, sprawi by deszczowy, jesienny dzień był przyjemniejszy. A nade wszystko – wierzę, że jeśli częściej będziemy sobie wszyscy wzajemnie prawili komplementy – staną się one tak naturalne, że w końcu zaczniemy na nie reagować właściwie – z uśmiechem i dziękując osobie, która nas docenia.


Planowaliśmy ślub. Data wyznaczona, zarezerwowana sala, orkiestra, kupione obrączki… I wtedy miał miejsce wypadek. Pijany kierowca…

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
2 listopada 2017
Fot. iStock / dtokar
Fot. iStock / dtokar
 

Nigdy wcześniej o tym nie pisałem, a i opowiadałem niewielu… Sam nie wiem, co chcę tym tekstem osiągnąć. Być może ma to być rodzaj terapii, może coś na kształt spowiedzi? Od pewnego czasu mam kryzys wiary… Długo miałem wątpliwości czy powinienem to napisać, wydawało mi się bowiem zbyt intymne, za bardzo prywatne.
Z biegiem czasu pomyślałem jednak, że może kogoś teraz los doświadcza w podobny sposób i kto wie? Może moje słowa przyjdą tej osobie z pomocą. A jeśli tak… warto!

Wczoraj był dzień Wszystkich Świętych. Kiedyś uwielbiałem to święto. W mojej rodzinie odkąd pamiętam panował zwyczaj, że spotykaliśmy się wszyscy przy grobach. Później nie mogąc się rozstać, szliśmy całą rodziną gdzieś choć na chwilę, na kawę, na ciasto, rozmowy, porady, fotografie, opowieści a przede wszystkim ogrom wspomnień. Z biegiem czasu cała rodzina zaczęła się zjeżdżać do nas na wspólny, rodzinny obiad, trwający z deserami w nieskończoność. Wszystkie dzieciaki, rodzina spoza Krakowa, dołączali też przyjaciele naszej rodziny… i tak do późnego wieczora. Bardzo te spotkania pełne wspomnień lubiłem, ale… od pewnego czasu nie biorę w nich udziału.

Gdy tylko zbliża się ten dzień… uciekam. Zamykam się w sobie, moszczę się w swojej samotności i… wyjeżdżam.

Rozwodzę się tak chyba tylko po to, by odwlec rzeczywisty moment napisania tego, co powinienem napisać. Tego, co CHCĘ napisać.

Otóż był czas, że kochałem… sercem i duszą. Ona była całym moim światem. Planowaliśmy ślub. Praktycznie wszystko było już dopięte na ostatni guzik. Data wyznaczona, zarezerwowana sala, orkiestra, kupione obrączki…

I wtedy miał miejsce wypadek. Pijany kierowca. Jemu nic się nie stało, ona… trafiła w bardzo ciężkim stanie do szpitala. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, co to dla nas oznacza, nie miałem pojęcia jak bardzo intensywny czas przed nami, przede mną. Ani przez chwilę nie pomyślałem o tym, że będzie źle, że może być coraz gorzej. Miałem wtedy pierwsze konsultacje z psychologiem, który miał poza „proszę próbować żyć normalnie” niewiele do zaoferowania. A ja żyć normalnie nie byłem w stanie. Do końca natomiast wierzyłem, że z tego wyjdzie.

Teraz zastanawiam się jakim cudem mogłem być tak spokojny? Lekarze powtarzali mi, że mam przygotować się na najgorsze, ale nie przyjmowałem tego do wiadomości. Nie chciałem tego słuchać, a co dopiero o tym myśleć. Słowa „śmierć”, „umrzeć” były absolutnie zakazane. Ciągle słuchałem tylko, że jest bardzo źle… Poruszyłem niebo i ziemię. Wysyłałem jej dokumentację do Stanów, mój brat, który wówczas kończył medycynę w Londynie, pytał swoich profesorów, ale wszyscy jak jeden mąż rozkładali ręce. Ci bardziej empatyczni przekazywali wyrazy współczucia. Mimo to ona miała wyzdrowieć, dojść do siebie – przynajmniej ja w to wierzyłem… a jednak umarła. Była już bardzo słaba. Podawałem jej ulubioną kawę. Wzięła łyk i… umarła.

Wyszedłem ze szpitala. Zupełnie jakbym był nafaszerowany jakimiś prochami, automatycznie wsiadłem do auta. Byłem niczym robot… pojechałem na molo w Orłowie… Siedziałem na jego końcu przez resztę dnia, wieczór… a w końcu noc. Przez cały czas dzwonił mój telefon, ale nie chciałem z nikim rozmawiać. Wrzuciłem go do morza.

Nad ranem wróciłem do domu. Tuliłem jej ubrania, by tylko poczuć jej zapach i wyłem jak zranione zwierzę. Dopiero później dotarło do mnie, że w telefonie miałem sporo jej zdjęć. Uwielbiałem ją fotografować.

Gdy spotykałem kogoś znajomego i na przykład kazał mi przekazać jej pozdrowienia, nie byłem w stanie tego powiedzieć. Łzy napływały mi do oczu, zagryzałem wargę i kiwałem głową. Cały czas opłacam jej abonament za telefon komórkowy. Telefon jest wyłączony, ale na poczcie głosowej mogę usłyszeć jej głos. Dzwonię od czasu do czasu i opowiadam jej co u mnie…

Zabrała ze sobą całą moją radość życia. Nagle od tak… straciło ono sens. Nie chciałem dłużej żyć. Nie byłem bez niej w stanie. Wysłuchiwałem od znajomych i rodziny te wszystkie banały… „Dołączyła do grona aniołów”, „Jest teraz szczęśliwa, nic jej nie boli, już nie cierpi”. Aaaa! No i mój „ulubiony” nie pamiętam już kto go powiedział… – „Bóg dostrzegł na ziemi najpiękniejszy kwiat, tak piękny, że zabrał go do nieba”.

Starałem się jakoś sobie z tym poradzić. Robiłem wszystko, żeby zrozumieć… Nie dało się pominąć nauki! Biocentryzm – „żyjemy i jednocześnie umieramy w nieskończoności wszechświata”.

No i przede wszystkim religia! Długo szukałem w niej wiedzy, wsparcia… Chrześcijanie ze „zbawieniem”, buddyści ze swoją Samsarą, hinduiści… Jan Paweł II ze swoim: „Musicie być mocni mocą miłości, która jest potężniejsza niż śmierć”.

Nie zapominajmy o literaturze, o poezji:

„Umrzeć to coś innego niż ktokolwiek sądził i szczęśliwszego.” Walt Whitman

„Życie trwa tylko chwilę, więc spal się jak najjaskrawszym płomieniem.” Oscar Wilde

„Walcz, walcz z gasnącym światłem, choć mędrcy u swego kresu widzą słuszność mroku.” Dylan Thomas

„Im dogłębniej pojmujesz swoje życie, tym mniej wierzysz w zniweczenie go poprzez śmierć.” Lew Tołstoj

i ks. Twardowski ze swoim „Śpieszmy się kochać ludzi…”

Znam to, znam bardzo dobrze. Za dobrze… Wiem, że to wszystko znaczy, że śmierć jest częścią życia, że nie należy jej nienawidzić, ani się jej bać. Wiem… Powinniśmy się ze śmiercią pogodzić, niejako ją oswoić, ale to wszystko przeintelektualizowane pieprzenie, bo nie ma JEJ teraz koło mnie, bo nie mogę JEJ przytulić, ani JEJ pocałować.

To prawda – jest nadal w moich myślach. W moich snach ona cały czas żyje…

Mam świadomość, że z biegiem czasu wszyscy staniemy się dla siebie wspomnieniami – miłymi, wzruszającymi, czasem mniej sympatycznymi, ale to właśnie wspomnienia sprawiają, że jesteśmy takimi jakimi jesteśmy i jakimi będziemy w przyszłości.

Minęło kilka lat, odkąd ona mnie tu zostawiła, ale mam wrażenie, że upłynęło zdecydowanie więcej czasu. Przeszedłem etap ucieczki w pracę. Pracowałem bez wytchnienia, byle tylko nie mieć czasu na myślenie. Brałem sobie na głowę więcej obowiązków niż byłem w stanie wykonać. Praca zawodowa, wolontariat wypełniały mi dni co do minuty.

Dopiero jakiś czas temu zrozumiałem, że to błędne koło. Zaczęło mi po prostu brakować czasu by żyć.

Pewnego dnia biegałem wcześnie rano plażą o wschodzie słońca i zdałem sobie sprawę, że przecież ono wschodzi tak co dnia. Ja… żyłem w cieniu, kompletnie nie dostrzegałem jasnych barw. Od jakiegoś czasu znowu zacząłem je dostrzegać. Wychodzę powoli ze swojej skorupy. Już nie chcę tkwić w zamknięciu na cały świat.

Zdałem sobie sprawę, że życie toczy się nadal. I to tylko ode mnie zależy, czy ruszę razem z nim, czy będę dalej trwał w swoim cierpieniu. Niezależnie od tego jaką decyzję podejmę… kolejny dzień nadejdzie mimo wszystko.


Teraz zastanawiam się czy można kochać więcej niż raz? A co, jeśli prawdziwa miłość zdarza się tylko ten jeden raz w życiu?

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
21 października 2017
Fot. iStock/AlexanderNovikov
Fot. iStock/AlexanderNovikov
 

Od jakiegoś czasu… mam kryzys. Sam nie do końca wiem czym spowodowany. Dużo myślę ostatnio o miłości. Czy ona naprawdę istnieje? I nie… nie mówię tu o chwilowym (nawet kilkuletnim) uczuciu. Chodzi mi o miłość na całe życie.
Chciałbym zestarzeć się u boku ukochanej. Siedzieć z nią w ogrodzie za domem, rozmawiać sobie i… widzieć miłość w jej oczach. Chciałbym troszczyć się o nią, całować ją, wspominać i z rozrzewnieniem myśleć, że zmarszczki na jej twarzy spowodowane są w dużej mierze tym, że sporo się uśmiechała. Uśmiechała do mnie… przez całe życie.

Obserwuję jednak rodzinę, znajomych z mojego otoczenia i… nie widzę nawet perspektyw na stworzenie takiego związku u kogokolwiek. Większość jest albo nadal sama, albo… znowu sama. Zawodzą ostatnie bastiony – związki, które wydawały się idealne – nagle się rozpadają. Coraz częściej okazuje się, że to tylko ułuda. Obraz wspaniałego uczucia stworzony tak, by z zewnątrz wszystko wyglądało pięknie.

Są też znajomi nadal w związkach, ale i u nich tej miłości za specjalnie nie widać. Raz po raz kłócą się ze sobą. Tak, mam świadomość, że kłótnie są częścią relacji… Ba! Jak cudownie jest później się godzić. :) Niemniej bywa tak, że na pierwszy rzut oka widać, że są ze sobą… z konieczności. Może z przyzwyczajenia. Łączy ich kredyt, łączą dzieci, a uczucie – niekoniecznie. Nie chcę tak. Nie godzę się na to!

Szekspir napisał:”Podróż się kończy, kiedy spotkasz miłość.” To niewątpliwie wspaniała myśl. Z drugiej jednak strony – czy rzeczywiście tak jest? A może to właśnie dopiero początek podróży? Może świadomość, że od tej pory razem będziemy mierzyli się z codziennością, razem zachwycali światem oznacza, że wyprawa dopiero się zaczyna? Zdarzało mi się sporo podróżować po świecie. Także samotnie… To z pewnością interesujące doświadczenie, ale nawet jeśli pojedziesz w najpiękniejszy zakątek świata, a nie masz z kim dzielić tego zachwytu to… moim zdaniem ta podróż jest niepełna.

Literatura raczy nas cudownymi opowieściami o miłości. Uczucie potrafi pokonać wszystko, radzi sobie z każdą przeciwnością losu, a każdy kolejny dzień w związku nie jest monotonny, a jedynie umacnia więź między kochającymi się osobami. Ludzie rozstają się, owszem… ale często, po to by rzucić się w ramiona nowej miłości. Podobnie jest z filmami. Komedie romantyczne dają nam obraz szczęśliwie zakochanych par… Jasne, często rzuca się tej miłości kłody pod nogi, ale tylko po to by… ją wzmocnić.

Żeby nie było. To nie tak, że mnie miłość omija. Zdarzyło mi się kochać. Sercem i duszą. Był czas, że byłem najszczęśliwszym człowiekiem na tej planecie. Ale się skończyło. Jakby uciął nożem… Teraz zastanawiam się czy można kochać więcej niż raz? A co jeśli prawdziwa miłość zdarza się tylko ten jeden raz w życiu? Co jeśli wykorzystałem już mój przydział szczęścia? Każdego dnia wmawiam sobie, że to niemożliwe… że ona gdzieś tam jest. Być może tuż za rogiem.

A jak jest z wami? Kochacie? Tak naprawdę kochacie? A może wśród waszych bliskich kwitnie wspaniałe uczucie? Podzielcie się ze mną proszę waszymi miłosnymi historiami. Bardzo ich obecnie potrzebuję. Może przywrócą mi wiarę…

Obiecuję nagrodzić najwspanialszą historię, którą się ze mną podzielicie.