Już się nie znamy, nie pasujesz do mojej wizji świata idealnego… Witaj w Facebookowej otchłani „gorszego sortu”. Czy już naprawdę nie potrafimy się różnić?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
15 grudnia 2015
Fot. iStock /  Izabela Habur
Fot. iStock / Izabela Habur

Jeszcze wczoraj miałam znajomą. Ostatnio znałyśmy się bardziej wirtualnie niż fizycznie, nie mniej jednak była to postać z krwi i kości. Osoba, z którą nie raz zdarzało mi się wdać w kulturalną, rzeczową wymianę poglądów. W tylu samo kwestiach zgadzać, co spierać. Dziś od rana, S. nie widnieje na mojej facebookowej liście znajomych, a ja nie figuruję już na oznaczeniach zdjęć, które S ma swoim albumie „Zakopane 2007”.  Moje wiadomości wylądują teraz w folderze „inne”. I zapewne S. już nigdy ich nie przeczyta. Razem z grupą kilkunastu innych szczęśliwców, zostałam przez S. odesłana w facebookową otchłań dla „innych użytkowników”. Tych gorszego sortu. Czy to głupota, czy prowokacja?

Masz babo placek! Czym sobie na to zasłużyłam? Rzecz bardziej banalna, niż warta uwagi. Zawinił pewien obrazek, komentujący polityczną rzeczywistość. Niefrasobliwie udostępniłam go na swoim profilu, zapewne również pod wpływem impulsu, a raczej, co tu kryć, stanu najwyższego wnerwienia na ostatnie zdarzenia. S. się obrazek nie spodobał, obraził jej uczucia, uderzył w jej „poczucie polskości” i dał jej kopniaka w sam środek dumy z osiągnięć naszego narodu. Wszystko to spowodowało, że już się nie znamy. Nie można przyjaźnić się z kimś, kto ma inne poglądy, prawda?

Inna koleżanka wrzuciła na swój profil fotografię, którą pewnie znacie już wszyscy. Tłum manifestujących, ktoś niesie tabliczkę, a na niej przybite, martwe zwierzę. I jeszcze dowcipny napis, dla uzupełnienia tej gry słowem. Wszyscy już wiedzą, że to taka szarada, kryjąca w sobie nazwę programu pewnego dziennikarza. Dziennikarza z lisem, o przepraszam, z tym zwierzątkiem w nazwisku.

Znajoma opatrzyła fotografię podpisem „bez komentarza”. Całkiem słusznie, obrazek sam w sobie stanowi niemy komentarz. Ale nie udało się. W ciągu dosłownie kilku minut pojawiła się lawina opinii. Ktoś się na kogoś obraził, ktoś obraził kogoś, ktoś w zacietrzewieniu, złości, w nerwach wylał na kogoś wirtualne wiadro pomyj, żalu, frustracji i nienawiści. I pewnie ktoś, wyrzucił niejednego ”kogoś” ze swoich znajomych. Tylko dlatego, że o pewnych sprawach myśli inaczej, że nie przyklaśnie jego argumentom, że nie przytaknie twierdząco głową „Tak, właśnie, masz całkowitą rację”… Bo przecież moja racja jest bardziej „mojsza” i to jest najważniejsze. I wcale nie liczy się tu żadna logika, jakość czy wartość argumentów, wiedza, życiowe doświadczenie. Kiedy po obu stronach króluje głupota i chęć „przekrzyczenia” albo sprowokowania przeciwnika, masz ochotę tupnąć nogą i zawołać: dość! Tak się po prostu nie da.

Co się z wami dzieje, ludzie? Czy już nigdy nie będziemy potrafili się różnić? Zamkniemy się we wrogich obozach, z daleka obserwując tych, co „myślą niesłusznie”? Dlaczego przestajemy widzieć w naszych światopoglądowych oponentach drugiego człowieka, dawnego przyjaciela? Dlaczego przekreślamy od razu wszelkie szanse na jakąś wymianę myśli, twórcze spory, próbę zrozumienia drugiej strony? Jak chcemy zrozumieć, ogarnąć ten świat? Czy, wzorem pana, który wydziedziczył swoje dziecko, bo zagłosowało na inną niż jego ojciec partię, pozrywamy więzi z najbliższymi, tylko dlatego, że inaczej widzą i rozumieją rzeczywistość?

Rozmawiam z K., wspólną z S. znajomą. Ten dialog jest „bezpieczny”, obie znamy swoje poglądy nie od dziś. – Mnie też S. wywaliła, tydzień temu. Za te kacze nóżki, pamiętasz? – opowiada K. – Ale to jeszcze nic. Mój ojciec (tata K. to zapalony internauta i komentator wydarzeń bieżących) pokłócił się na amen ze swoim przyjacielem. Takim od dzieciństwa. Zerwali znajomość. Tata pytał mnie nawet jak go zablokować. – O co poszło? – pytam. – Obaj uczestniczyli w weekendowych marszach. Tylko każdy innego dnia. Oto właśnie cała awantura. A w zeszłym tygodniu tata poszedł z małą (córeczka K. ma trzy lata) na plac zabaw. Tam, tak „pożarł się” z moją sąsiadką (przyszła z czteroletnim wnuczkiem) o Trybunał Konstytucyjny, że na koniec zabronili dzieciom się ze sobą bawić. Rozumiesz to?

Nie rozumiem. Ale obserwuję prawie codziennie. Nawet w zaprzyjaźnionym warzywniaku, czy w kolejce do kasy w osiedlowym sklepie spożywczym. – Z tymi się nie rozmawia – mruga do mnie porozumiewawczo właścicielka „Smacznego warzywka” na widok pary stałych bywalców. – Ja tylko przytakuję, bo ostatnio tak nagadali tej pani z pieskiem w czerwonym kubraczku, że się biedna popłakała.

Wiem o co poszło, słyszałam tę dyskusję. Rzadko kiedy zdarza się rzeczowa, pokojowa dyskusja zwolenników liberalizmu z tymi, którzy popierają nurty narodowo-katolickie. Ale żeby zaraz z grubej rury?!

Kochani znajomi z Facebooka i nie tylko! Pamiętacie jeszcze, jak się poznaliśmy? Lubiliśmy się prawda? W. nieraz pomógł A. w potrzebie, gdy w grupie „nagła pomoc” umieszczała rozpaczliwe posty ”Ratunku! Samochód znów się zepsuł. Jest ktoś przy rondzie Babka?”. A P. ? P. codziennie dodawała kilka słów otuchy na tablicy M., gdy ta przechodziła ciężkie chwile po rozstaniu z chłopakiem. Dziś? A. nie rozmawia z W., P. zablokowała M. Na amen.

Droga S.! Wpadnij na szarlotkę. I przynieś te swoje kruche ciastka. Ich słodki, maślany smak, to jedyne co pamiętam dziś ze wspólnych ćwiczeń z makroekonomii. Tych na pierwszym roku. Wtedy jakoś łatwiej było rozmawiać, nawet o polityce.

Sąsiadko, tato K., przemiła paro z warzywniaka za rogiem! I jeszcze wy, z tym zwierzakiem przypiętym do zbitej z desek tablicy. Gdyby zamknąć was w jednym pomieszczeniu, pewnie skoczylibyście sobie do gardeł.

I oczywiście poczujecie się teraz urażeni, ale powiem wam jedno: dla mnie jesteście tacy sami.


Nie jestem matką, nie chcę mieć dzieci, nie mogę. Bo nie. I co mi zrobisz?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
15 grudnia 2015
Fot. iStock / mediaphotos
Fot. iStock / mediaphotos

„Od razu mówię: nie mam dzieci, nie mam męża”, a ja się zastanawiam: „Po diabła się tłumaczy?”, koleżanka, której nie widziałam kilka dobrych lat, i którą chciałam spytać, po prostu, co u niej słychać.

Nie zdążyłam zapytać, bo uprzedziła mnie swoim oświadczeniem. I co z tego, że nie ma dzieci? Piękna kobieta, która realizuje się zawodowo, robi fantastyczne rzeczy, pomaga młodym ludziom wyjść na prostą, a tłumaczy się z tego, ze nie ma dzieci? To było spotkanie na zjeździe szkoły średniej. I kiedy stanęłam z boku i posłuchałam: „Ale jak, masz dwie córki? No co ty?”, „A ile twój syna ma lat? O rety tyle, co mój”, „Kiedy zostałeś tatą, nic wiedziałam, nie pochwaliłeś się?”, pomyślałam: „No tak, nie masz dzieci, o czym z tobą rozmawiać”… „Nie masz dzieci – no co ty, nie możesz mieć, jesteś chora, ale starasz się tak?”.

„Nie nie mam, bo nie” – pada krótka odpowiedź. Zazwyczaj następuje żenująca cisza, nieudolna próba zmiany tematu. Ale ta kobieta już wie, że została oceniona. Bo jak to, dobiega 40-tki i nie ma dzieci?!?

Nie jesteś matką, jesteś nieatrakcyjna towarzysko

„Może jest lesbijką”, ktoś rzuca na boku. Ktoś inny tłumi śmiech. „Ona zawsze była dziwna, pewnie żaden facet z nią nie wytrzymał”, dodaje ktoś inny szeptem. Może jakaś znajoma pomyśli: „Szczęściara, jest sama bez tych wszystkich obowiązków, nic dziwnego, że tak świetnie wygląda. Ma czas dla siebie”. Za plecami, w towarzystwie każdy nie-matkę wytyka palcami. Nie bardzo wie, o czym porozmawiać. Bo o pogodzie, ileż można. Dzieci to taki neutralny i zdrowy temat. Wywołuje uśmiech, potok słów, setki zabawnych historii. O dzieciach można rozmawiać całą noc właściwie. Więc o czym rozmawiać z kimś, kto dzieci nie ma? Co robi, gdzie bywa? Nie ma dzieci – nie ma rozmowy. Uprzejma wymiana zdań i unikanie, jak trędowatego. Nie możesz powiedzieć: „Wpadnij z mężem i dziećmi, świetnie jak się poznają”. Bo co zaprosisz kobietę bez dzieci, a sama będziesz podczas rozmowy smażyć naleśniki, pomagać w zadaniu domowym. A ona tego nie zrozumie, bo nie wie, co znaczy być matką.

Nie jesteś matką, jesteś karierowiczką

„Robi karierę, a na starość nikt jej nie poda szklanki wody”, „I co z tego, że tak świetnie jej idzie zawodowo. Kariery do grobu nie zabierze, nic po niej nie zostanie”. Rozmowa dwóch matek, o córce trzeciej z nich, która rozgoryczona opowiada, że syn dał jej wnuki, a co z córką? „Ona nic nie rozumie, przecież dziecko, to największy skarb”. Dla ciebie – mamo. Dla niej wartość stanowi coś zupełnie innego, czy przez to gorszego? „Jej koleżanki mają dzieci, jest chrzestną, widzi, że dzieci to radość, pełnia szczęścia”. A jeśli nie widzi? Jeśli pamięta swoją mamę umęczoną opieką nad dziećmi, bez prawa głosu w domu, bez swoich pieniędzy, bez marzeń, zależną od męża? Jeśli słyszy od przyjaciółek, jak są zmęczone, jak dla dzieci są z facetem, którego nie kochają? Tak, spotykała mężczyzn, ale żaden z nich nie zatrzymał jej na dłużej. Każdy chciał, by to ona nim się zaopiekowała. Nie dawali jej spokoju, poczucia bezpieczeństwa i spełnienia w związku. A ona spełnia się w pracy. Tak jest jej dobrze. Ona wybrała, to co dla niej najlepsze. Nie jest matką, ale jest kobietą szczęśliwą. Tak, to możliwe.

Nie jesteś matką, jesteś egoistką

Największym wrogiem kobiety – matki jest egoizm. Ona się go boi, unika, udaje, że nie zauważa. Tłumi swoje potrzeby i siebie zawsze stawia na końcu rodzinnego układu pokarmowego, nie tylko gdy chodzi o jedzenie, ale o wszystko. Egoizm dla niej równa się poczucie winy i wyrzuty sumienia, więc jak nazwać kobietę, która nie ma dzieci? No oczywiście jest egoistką, typową. Nie poświęca się rodzinie, nie gotuje obiadów codziennie dla dzieci, nie piecze tortów na ich urodziny, nie czyta im wieczorem książki, tylko siada z lampką wina przed telewizorem. Albo co gorsze – robi, to co kocha. Na przykład podróżuje po świecie. Myślisz: „Cwaniara, nie ma dzieci, to sobie może podróżować”. A kiedy ona mówi: „Chciałabym mieć dzieci, ale nie znalazłam jeszcze odpowiedniego faceta”, myślisz: „No tak, pieprzona egoistka, też mi wytłumaczenie. Przecież nigdy idealnego faceta nie znajdzie”. A nawet jak nie znajdzie, to co z tego?

Nie jesteś matką, jesteś wygodna

„Ciekawe, czemu nie mają dzieci? Oni tacy wygodni. Widzisz ich i dziecko?!? Kto by się nim zajmował?”. Tymczasem ONI nie mają dzieci, bo ONA w wieku 16. lat dowiedziała się, że nie może być matką. Wada, która wyklucza macierzyństwo. „Myśleliśmy o tym, żeby adoptować dziecko, był też pomysł z su rogatką, która, by naszą ciążę donosiła, ale nie mogliśmy jakoś podjąć konkretnej decyzji. Mąż miał dużo wątpliwości, czy podoła wychowaniu dziecka adopcyjnego – nie wszyscy się przecież nadają. W końcu powiedział: „A może tak ma być, tak natura zadecydowała za nas.” Ona była mu wdzięczna za te słowa, nigdy nie obarczył jej poczuciem winy, że nie mają dzieci. Oboje dbają o swoją kondycję fizyczną, o zdrowie. Sport stanowi bardzo dużą część ich życia: „Przecież wiem, że jak będę stara, nikt nie poda mi szklanki wody, dlatego muszę dbać o ty, by być sprawna jak najdłużej.” Po chwili dodaje: „Wiesz, że jesteś pierwszą osobą, która otwarcie spytała, czemu nie mamy dzieci? Wiem, że inni snują różne domysły, że na oceniają. Nie pytają, a ja nie chcę im się tłumaczyć”.

Nie jesteś matką, bo nie możesz nią być, bo nie chcesz, bo nie czujesz, że macierzyństwo to twoje powołanie. Mówimy: „Nie każda kobieta nadaje się na matkę” – tylko dlaczego to „nadaje się” nie napawa optymizmem, zrozumieniem? Wręcz przeciwnie – jest negatywnie oceniające, bywa pogardliwe. Nie-matka to wybrakowana kobieta. Kiedy następnym razem zechcesz ocenić czyjeś życie przez pryzmat tego, że nie jest matką, zastanów się, czy dla każdej kobiety bycie matką musi dawać pełnię szczęścia? Uwierz, nie musi.


„Czułam, że będę miała raka. Za takie życie płaci się cenę”. Wspomnienie o Barbarze Falandysz

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
15 grudnia 2015
Fot. Screen Youtube/FAKTY TVN
Fot. Screen Youtube/FAKTY TVN

Dziennikarze ją lubili, bo zawsze zgadzała się na wywiad i opowiadała tak jak bohater idealny: obrazami i konkretami. Chętnie zapraszała do swojego domu na warszawskim Mokotowie. Nie wstydziła się mówić. O sobie i mężu, Lechu Falandyszu. Ich miłości, jego alkoholizmie, o tym jak walczyła o rodzinę.

„Gdy się ma czwórkę dzieci priorytety są jasne”

… mówiła twardo. Twierdziła, że jest otwarta, bo chce pomagać innym kobietom, które są współuzależnione. Że będzie szczęśliwa jeśli pomoże choć jednej.„Długo ci się wydaje, że chorą osobę wyleczysz miłością. Ale to bzdura. Jeśli nie postawisz w końcu granicy, on będzie pił dalej, a ty będziesz razem z nim spadać na dno” powiedziała mi kiedyś.

Był 2010 rok, maj. Siedem lat po śmierci Lecha Falandysza. Pomyślałam wtedy, że chciałabym być tak oddana w miłości jak ona, mieć taką rodzinę i taką siłę. Zresztą wiele młodszych kobiet ją podziwiało. Była piękna, mądra, choć czasem bezkompromisowa, zaradna i twarda.

„Ale jaka siła? Przecież ja nie mogłam się poddać,

… nie mogłam pozwolić sobie na depresję. Gdy mąż umarł najmłodsza córka nie miała 9 lat, najstarsza nie była jeszcze pełnoletnia. Musiałam zakasać rękawy, zarabiać, byłam jak taran” – wspominała. Jednocześnie, siedząc wtedy w swoim fotelu, powiedziała: „Ale gdzieś w środku czuję, że kiedyś zapłacę cenę za takie życie bez płaczu, że tak się nie da, organizm się zbuntuje”.

O tym, że ma raka dowiedziała się dwa lata później, tuż przed świętami. To miało być badanie, które ją uspokoi, pozwoli zamknąć rok z poczuciem, że sprawa zdrowia odhaczona. Choć przecież wiedziała, że coś jest nie tak, bo jedna pierś ją bolała, była spuchnięta. W jednym z wywiadów opowiadała później, że gdy po diagnozie wróciła do domu i usłyszała od córki takie zdanie:  „Mamo, jestem taka szczęśliwa, nigdzie nie muszę iść”, pomyślała tylko: „Boże, dziecko, kiedy ja ci o tym powiem”.

Ale powiedziała w święta, po alkoholu, którym próbowała dodać sobie odwagi. Wtedy też, jak zawsze, próbowała być silna: „Poradzimy sobie, nie martwcie się” przekonywała. O chorobie też mówiła w mediach otwarcie. Zgadzała się na wywiady, choć brała chemię i pierwszy raz w życiu miała poczucie, że naprawdę choruje, jest słaba. Tym razem jednak chciała ostrzec innych, żeby szanowali swoje zdrowie, dbali o siebie, żeby wiedzieli, że za szybkie, bardzo stresujące życie płaci się cenę. Czasem najwyższą.

„Nie mam czasu na raka”

… choć tak mówiła, oswajała śmierć. Daleko jej było do magicznego myślenia, przekonania, że na pewno da radę. „Może to forma samoobrony, a może to, że dla mnie śmierć to nic nadzwyczajnego. Straciłam ukochanego tatę, męża, może czas teraz na mnie?”. Dla niej najważniejsze było to, że wykonała najważniejsze zadanie. Odchowała dzieci, zapewniła im byt– mimo tego, że z dnia na dzień została sama.

Kiedyś jedna dziennikarka spytała ją: „Pani Basiu jest pani tak samo mocna, silna i pewna jak moja mama. Ale moja mama jest w środku bardzo krucha i całe życie nosi w sobie różne tajemnice, więc przepraszam, ale ja w tę pani siłę po prostu nie wierzę. Jaka jest pani tajemnica?”. Barbara Falandysz roześmiała się i zażartowała: „O nie, moją to ja zabiorę do grobu”.

Znów zbliża się Boże Narodzenie. Barbara Falandysz z nowotworem walczyła równo cztery lata. Przegrała.

P.S Polecam przepiękny wywiad z Barbarą Falandysz w książce Magdaleny Łyczko: „Lekcja miłości”, wyd. Zwierciadło.


Zobacz także

Kiedy miażdży nas krytyka. Jak obrócić energię na swoją korzyść?

Kiedy miażdży nas krytyka. Jak obrócić energię na swoją korzyść?

Fot. iStock / Elisabetta Stoinich

„Gdy uderzyła ich pięcioletniego syna w twarz, bo kolorując wyszedł za linię, Marek spakował walizki i zabrał dzieci”. Błędne koło domowej przemocy

fot. iStock/ Urilux

Żyjąc na pograniczu, stabilnie niestabilna. Czym jest osobowość borderline?