Anna Dymna: „Czasem słyszę: „Pani tylko przed kamerami taką dobrą udaje””

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
19 marca 2017
Anna Dymna
Fot. Marek Kowalski
 

„Wciąż muszę odpowiadać na pytania: „ Kiedy wymyśliłam sobie fundację?”. I słyszę często: „O Dymna się zestarzała, gruba się zrobiła, nie ma dla niej ról, to sobie teraz wykoncypowała, że szmal w fundacji będzie zarabiać”” – z Anną Dymną rozmawiamy o pomaganiu, o trudnościach, wątpliwościach. Ale także o tym, jak do dziś pomaga jej Basia Radziwiłłówna, czy piękna Wilczurówna.

Ewa Raczyńska: Najpierw jest człowiek, któremu chcemy pomóc, czy może jednak na początku musi być w nas sama chęć pomagania, a co za nią idzie – szukanie tych, którzy pomocy potrzebują?

Anna Dymna: Jasne, że człowiek, choć sama nigdy nie zastanawiałam nad tym, czy chcę pomagać, czy nie. Nigdy też nie szukałam tych, którzy pomocy potrzebują. Jest ich wokół nas tysiące. Trzeba tylko ich dostrzec. Byłam tak wychowywana, że dla mnie pomaganie jest naturalnym odruchem. Nigdy nie kombinowałam, że teraz będą dobra i będę pomagać. Moja mama też nie musiała pouczać: „trzeba pomagać”, ona taka po prostu była. Gdy ktoś płakał, przewrócił się, był smutny albo, gdy pies wył przy budzie podduszony ciasną obrożą, zawsze to widziała i reagowała, nigdy nie przeszła obojętnie. Od dziecka patrzyłam na to. Jeśli moja koleżanka w szkole nie miała drugiego śniadania, to dawałam jej połowę mojej bułki. To nie był żaden akt pomagania, tylko normalny odruch jak oddychanie.

W związku z tym nie mogę zrozumieć, jak ktoś mówi o mnie: „Boże, Matka Boska od pomagania”. Jaka Matka Boska? Jestem normalnym człowiekiem i człowiek, jeśli jest przyzwoity, tak się po prostu zachowuje.

Dlatego –wracając do pani pytania – na początku zawsze jest drugi człowiek, któremu się coś złego stało, który jest zdenerwowany, który płacze, który leży na śmietniku pijany – to też jest człowiek. Nie możesz kopnąć go i powiedzieć: „Pan śmierdzi”, odwrócić się z pogardą, bo może trzeba go w tym momencie ratować. Co nie znaczy, że on ci nie przyłoży, bo jest pijany. Też tak bywa. Trudno. Ale mnie to nie odstrasza, tak jestem skonstruowana.

Ale nie dla wszystkich to taki naturalnych odruch.

Każdy człowiek to inna planeta. Są tacy, którzy po prostu lubią innych ludzi i tacy, którzy ich nienawidzą. To wynik doświadczeń, kompleksów, wzorców lub ich braku.

Potrzeba pomagania budzi się w ludziach na różnych etapach życia i z różnych powodów. Znam ludzi, którzy zdobyli wykształcenie, założyli rodziny, odnoszą sukcesy i nagle czują, że czegoś im jednak w tym szczęśliwym życiu brakuje. Zaczynają uważniej rozglądać się wokół. I nagle zauważają, że mogą się komuś przydać. I wykonują pierwszy życzliwy gest. I słyszą: „dziękuję, że mi pomogłeś, jesteś kochany”. I odkrywają, że właśnie tych słów brakowało im do szczęścia. I zaczynają pomagać.

Są tacy, którzy nigdy o pomaganiu nie myśleli, ale w życiu przytrafiło im się coś złego i zorientowali się, że gdyby nie pomoc drugiego człowieka, to by sobie nie poradzili i dawno by ich nie było. Wtedy następuje w nich jakiś przełom i próbują robić to, czego sami doznali.

Pomaganie to różne takie impulsy, które zdarzają się nam w różnym wieku. To przychodzi samo, tego nie robi się na siłę. Pomaganie nie polega na tym, że sobie wykalkulowałam, że będę pomagała, bo mi się to opłaca. Tylko jeśli jest to z odruchu – wtedy ma sens.

Wciąż muszę odpowiadać na pytania: „ Kiedy wymyśliłam sobie fundację?”. I słyszę często: „O Dymna się zestarzała, gruba się zrobiła, nie ma dla niej ról, to sobie teraz wykoncypowała, że szmal w fundacji będzie zarabiać”. Tymczasem jestem od początku wolontariuszem, wciąż gram i jestem na etacie w teatrze, a fundacji sobie nie wymyśliłam i niczego nie wykoncypowałam. Musiałam ratować od beznadziei grupę moich niepełnosprawnych intelektualnie przyjaciół. Był to więc znów odruch, a nie kalkulacja. Zresztą nie ma sensu się tłumaczyć. Ludzie i tak zawsze będą gadać, co chcą. Czasem słyszę: „Pani tylko przed kamerami taką dobrą udaje”. Przykre to jest, ale co robić? Robię dalej, uczciwie i z radością swoje. Bo wiem dla kogo i po co.

Mat prasowe

Mat prasowe

My chyba rzadko pomagamy długofalowo, działamy raczej pod wpływem impulsu, klikamy na szybki przelew, wysyłamy SMS-a?

Ale czasem to jedno kliknięcie jest początkiem nowego myślenia i działania. Rzadko się o tym mówi, ale dzięki kampaniom jednoprocentowym ludzie dowiadują się, ile jest wokół cierpienia, bezradności, samotności, jak bardzo każdy jest potrzebny, ile można uratować ludzi i zwierząt, w jaki sposób razem zmieniać świat i rozjaśniać życie… I robić to z własnej, nieprzymuszonej woli. Jedno tu jest ważne – kiedy decydujemy się wpłacić 1%, to musimy się zorientować, komu i na co. Na przykład: jeśli kocham zwierzęta, to szukam fundacji, która je ratuje, dowiaduję się, jak działa i jej oddaję ten mój 1%. I potem mogę sprawdzić, co z tymi pieniędzmi owa fundacja zrobiła.

Mam wielu wolontariuszy, którzy najpierw poczytali o moich działaniach, oddali swój procent na moją fundację, a później zadzwonili i zapytali, jak jeszcze mogą pomóc. I teraz jesteśmy razem.

Ten odpis 1% daje szansę na konkretne, długofalowe działania. Gdyby go nie było, moja fundacja nie pomogłaby tysiącom ludzi, nie wybudowała dwóch ośrodków dla podopiecznych, nie organizowała dla nich festiwali oraz innych projektów.

A tak naprawdę pomagać może każdy. Oczywiście, że słyszę: „Ta Dymna to pomaga, bo ona sławna. I do tego bogata, piękna i młoda” – co będę słyszeć nawet gdy będę miała 80 lat. „ A ja jestem biedna i jak mam pomóc? ”. A przecież tu nie chodzi o bogactwo wcale.

Wystarczy, że zapukasz do samotnej sąsiadki i spytasz: „Pani Stasiu, idę do sklepu. Kupić pani coś? A potem może napije się pani ze mną kawy”. I to jest najlepsza pomoc. Bo ten ktoś już nie jest sam, bo już na kogoś czeka, bo wie, że ktoś inny o nim myśli. I od tego zaczyna się prawdziwe najważniejsze pomaganie.

Spróbuj zrobić taki gest. Gdy usłyszysz „Dzięki, cudownie, że pani jest”, to obudzi się w tobie nieznane wcześniej uczucie dziwnej radości, lekkości i poczujesz, że masz ochotę zrobić znowu coś dobrego dla kogoś, by to uczucie się powtórzyło. I często ten odruch jest początkiem wszystkiego.

Te odruchy są ważne. Jednak konkretne pomaganie na większą skalę jest naprawdę bardzo trudne. Musi być świetnie zorganizowane, przejrzyste, konsekwentne… mądre.

To znaczy?

Kiedy jeszcze nie miałam fundacji, dostawałam tysiące listów od ludzi – no bo znali mnie z ekranu. Były w nich różne prośby: o leki, pieniądze, ubrania, jedzenie. Pomagałam, jak mogłam. Ale dziwnie to działało. Gdy wysłałam chorej pani 100 złotych na lekarstwo, to za chwilę dostałam od niej list „A teraz proszę kupić futro mojej córce. Przecież pani jest taka bogata, niech pani sprzeda jedną perłę ze stroju Barbary Radziwiłłówny”. Niektórzy ludzie myśleli, że to moje perły i że oczywiście są prawdziwe. Czytałam też w listach: „Moja córka jest zdolniejsza od Pani i wcale nie jest mniej warta i nie rozumiem, dlaczego pani jest taką milionerką, a moja córka nie ma takich pieniędzy jak pani”. Mój ludzki odruch odwracał się więc przeciwko mnie.

Gdy wysłałam do więzienia paczkę jakiemuś biednemu, zdegenerowanemu człowiekowi w odpowiedzi na jego wstrząsający, błagalny list, to zaczęłam dostawać dziesiątki podobnych listów z różnych więzień – grypsowali sobie i się rozeszło, że jest taka wariatka, co paczki więźniom wysyła. Wiedziałam już wtedy, że to nie jest mądre pomaganie. I zaczęłam patrzeć na ludzi, którzy robią to mądrzej. Poznałam księdza Tadeusza Zaleskiego i jego podopiecznych. O swojej fundacji nigdy nie myślałam… założyłam ją z odruchu.

Z odruchu? To w końcu raczej ważna decyzja…

Przyjaźniłam się z ludźmi niepełnosprawnymi intelektualnie ze Schroniska Brata Alberta w Radwanowicach. Przyjeżdżałam do nich, pomagałam im robić spektakle, zorganizowałam festiwal „Albertiana”. Po prostu byłam ich przyjacielem. W pewnym momencie zmieniła się ustawa, na mocy której część z nich straciła prawo do korzystania z warsztatów terapeutycznych. Jak sobie wyobraziłam, że moi przyjaciele będę tylko kiwać się przy ścianie… I to właśnie wtedy ksiądz Zaleski powiedział: „Niech pani coś z nimi zrobi, niech pani się nimi zajmie”. Pomyślałam: „Matko, co mam zrobić, do domu ich zabrać?!”. „To niech fundację pani założy” – usłyszałam od księdza. I nie miałam czasu się zastanawiać, nie mogłam pozwolić, by ci ludzie poczuli, że ktoś ich wyrzucił z życia.

Zgłosiłam fundację do rejestracji, mając nadzieję, że będzie to długo trwało i jeszcze zdążę się nad tym wszystkim zastanowić. Ale fundację zarejestrowano bardzo szybko. We wrześniu 2003 roku fundacja „Mimo Wszystko” oficjalnie zaczęła istnieć, a już w lutym 2004 roku w Radwanowicach otworzyłam Warsztaty Terapii Artystycznej. I nasi podopieczni w ogóle nie zauważyli, że ktoś ich chciał czegoś pozbawić. Oczywiście na początku byłam przerażona, myślałam: „Matko, skąd ja wezmę na to pieniądze, jak sobie poradzę?!”. Ale bardzo szybko dostałam status organizacji pożytku publicznego.

Nazwisko Dymna podziałało jednak?

Samo nazwisko to nie wszystko. To wynik ciężkiej pracy wielu ludzi, mojego oddania i prawdziwej pasji. W tym czasie prowadziłam już program w telewizji „Spotkajmy się”. Dzięki rozmową w tej audycji wiele wiedziałam o sytuacji ludzi chorych i niepełnosprawnych: co ich najbardziej boli, upokarza, czego im brakuje i stałam się też wiarygodna dla potencjalnych sponsorów. Wprawdzie czasem słyszałam: „A ta aktorka, to lepiej niech sobie pobiega po scenie, a nie mądrzy się o sprawach, na których się nie zna”. Może mieli rację, tylko, że ja się nigdy nie mądrzę, nie udaję terapeuty, psychologa czy lekarza. Po prostu rozmawiam jak człowiek z człowiekiem. A takie rozmowy, choć czasem wydają się głupie i niefachowe, są bardzo ludziom potrzebne.

Moja fundacja zaczęła się rozwijać, ale wiem, że każdego dnia muszę sobie na zaufanie ludzi zasłużyć. Bo to, że ma się gębę i grało w „Znachorze” nic nie znaczy. Znam wiele lepszych twarzy od mojej. Ale oczywiście przez to, że jestem publiczną osobą, mam większą szansę mówić o moich podopiecznych. I pomaga mi w tym i Ania Pawlaczka, i Marysia Wilczur, i Basia Radziwiłłówna.

Można by zakończyć mówiąc: i fundacja żyła długo i szczęśliwie?

Nie żyła, tylko żyje! I oby długo i szczęśliwie! Lekko nie jest, zwłaszcza, gdy prowadzi się działalność żmudną, długofalową. Polacy lubią szalone zrywy. Świetnie to wyczuł Jurek Owsiak. Wstrzelił się w szaloną duszę Polaka, bo Polak lubi bicie rekordów, dużą imprezę. Jurek magicznie uruchomił w tysiącach ludzi dobro! Nawet w tych, na których nigdy nikt nie liczył. Od samego początku zbieram z Jurkiem pieniądze, w Krakowie. Od 2003 roku robię to zawsze moimi podopiecznymi. I patrzę na to, co się dzieje, kto wrzuca do puszek, ile jest w tym dniu prawdziwej radości. Nigdzie na świecie nie ma takiego wspólnego przedsięwzięcia na taką skalę. I nawet gdy ktoś nie lubi stylu Jurka, to musi przecież mieć świadomość, w jakim wymiarze on pomaga i ile dzięki niemu uratowano ludzkich istnień. Przecież dziś już w każdym szpitalu w Polsce stoi sprzęt WOŚP- u. I korzystają z niego wszyscy – ci, którzy walczą z Jurkiem też.

Ale nie ma co narzekać, bo tyle jest spraw do zrobienia. Musisz po prostu działać przejrzyście, według prawa, czy ci się ono podoba, czy nie. Możesz też starać się z innymi wpłynąć na zmianę niektórych nielogicznych ustaw. Zawsze jest cień szansy, że da się je zmienić.

Fundacje do działań potrzebują i życzliwości, i pieniędzy. Musimy głośno mówić o tym, co robimy i jakiej pomocy potrzebujemy. Na początku było łatwiej. Było mniej organizacji pożytku publicznego, więc też stosunek mediów do nas był inny. Poza tym te wszystkie akcje pomocowe ludziom spowszedniały. Problem jest też ze sponsorami. Bo często, kiedy sponsor coś daje, czasem żąda wiele w zamian. Przykra jest taka pomoc „pod warunkiem”. „Dam pani 5 tysięcy, ale…”. Najcenniejsze są takie inicjatywy, gdzie wszyscy zyskują, nikt nie traci. Przykładem takiego działania jest firma Wawel, która wymyśliła akcję „Z miłości do radości”. I zadziało swoiste perpetuum mobile. Jak wiadomo, każda firma potrzebuje reklamy i ma na to pieniądze. I co wymyślili? Otóż dali na tę akcję półtora miliona, zaprosili do współpracy pięć organizacji. Zrobili z nami rozmowy, spot, reklamę. Nigdy wcześniej nie wzięłam udziału w żadnej reklamie… Ale tutaj mówimy przede wszystkim o pomaganiu i o naszych fundacjach. Wawel miał reklamę i nikt nie był przegrany, bo łasuchy, kupujący produkty Wawel oznaczone serduszkiem, mogli oddać głos na jedną z organizacji. W efekcie każda fundacja biorąca udział w akcji dostała pieniądze. Najmniej 100 tysięcy. I to jest cudowny sposób, to przykładowa akcja pomocowa dla wszystkich przedsiębiorców. Wokół pomagania zrobiło się atmosferę radości. Nagle okazało się, że nawet jedząc słodycze można pomóc.

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Wierzy Pani, że ludzie są dobrzy, że pomaganie sprawia, że stajemy się lepsi?

Moja mama mówiła, że każdy człowiek chce być dobry, nawet jeśli o tym nie wie. Bo są tacy, którzy nie wiedzą. Każdy człowiek jest dobry tak naprawdę, tylko musisz dać mu szansę to dobro w sobie odkryć. Czasem ludzie nie mają wzorców, są tak torturowani przez życie, tak najeżeni… Ale kiedy zbliżysz się do takiego człowieka, poprosisz go o pomoc, to często budzi się w nim coś pięknego. Często sprawdzam, czy mama miała rację. I czasem takiego ciemnego typa, pozornie wściekłego potwora proszę o drobną pomoc. Najpierw widzę jego zdumienie, a potem iskrę radości … To działa.

Byłoby świetnie, gdybyśmy wszyscy tak myśleli…

Niestety, u nas dobro i zaufanie wydaje się najbardziej podejrzaną wartością. To jak choroba. Często słyszę pytania od dziennikarzy: „ Czy pani nie uważa, że artyści, którzy występują u pani na Festiwalu Zaczarowanej Piosenki, po prostu chcą się promować?” Odpowiadam: „A pan by nie chciał? Niechże pan zrobi coś z nami i też się promuje”. Ale płakać się czasem chce.

I tak samo, kiedy mówią: „O Dymna udaje taką dobrą”. To niech pan też tak udaje.

Na pytanie, dlaczego pomagam, nie ma żadnej odpowiedzi, bo żadna nie jest do końca zadowalająca. Torturują mnie tym pytaniem i tylko czasem, gdy odpowiem: „Robię, bo pan tego nie robi” albo: „Robię to dla siebie, bo jestem egoistką i egocentryczką i pomagam, bo mnie się lepiej wtedy żyje”, na chwilę zamyka im to usta.

Czasami jeszcze mówię: „Spróbuj sam, wtedy będziesz wiedział, dlaczego ja to robię”.

To dlaczego?

Bo pomagając człowiek czuje się potrzebny. To jest chyba najważniejsze w życiu… Kiedy budzę się rano i wiem, że jestem potrzebna, bo tu na mnie czekają, bo tam ktoś czegoś ode mnie chce…

Ale, żeby czuć się potrzebnym niekoniecznie trzeba zakładać fundację.

Zawsze czułam się potrzebna w teatrze. Ale okazało się, że mogę być potrzebna inaczej. Najbardziej mnie cieszy, że te wszystkie role, które zagrałam – ta śliczna Ania Pawlaczka, piękna Wilczurówna, one wcale nie muszą odchodzić w niebyt i do historii, tylko pracować cały czas na rzecz innych ludzi. Bo bardzo często, kiedy idę gdzieś po pomoc, na rozmowę, to słyszę: „Boże, jak ja się w pani kochałem, jak pani była taka piękna, młoda i grała pani tę Marysię”. Trochę mi głupio, ale pytam: „A teraz?”. Często słyszę: „ Teraz też jest pani sympatyczna – pomogę.”

Są takie historie, tacy ludzie, którzy gdzieś głęboko zapadli Pani w pamięci?

Przeprowadziłam kilkaset rozmów z takimi ludźmi i strasznie byłoby mi trudno znaleźć jakąś jedną… Te rozmowy w programie „Spotkajmy się” otworzyły przede mną niepojęte tajemnice człowieka. Nie wiedziałam, że człowiek jest istotą tak niezwykłą, że umie w sobie obudzić tyle cierpliwości, pokory, siły, że potrafi dokonywać rzeczy niemożliwych. Moi rozmówcy odbijają się od cierpienia, kalectwa i wielu z nich mówi: „Boże Święty, gdyby nie ten wypadek, to bym nie wiedział, że taki jestem”. Nagle się coś w nich uruchamia… Takich historii znam tysiące. Każdemu z nich chciałabym pomóc, bo są wspaniali.

Niestety, nie da się pomóc wszystkim. Gdy się zakłada fundację, trzeba wiedzieć, dla kogo się to robi i tego się trzymać, bo morze nieszczęść i cierpień ludzkich jest nieskończone.

Można w nim utonąć…?

Tak, trzeba mieć priorytety. Otworzyłam fundację, żeby opiekować się grupą dorosłych ludzi niepełnosprawnych umysłowo. Są to osoby samotne, bezradne, często o pomoc nawet nie umieją prosić. Nie jest łatwo pozyskiwać dla nich pomoc. Oni nie „ rokują” , nie będą inni, nie skończą studiów, nie założą rodzin. Łatwiej jest uzyskać pomoc dla dzieci chorujących, bo istnieje szansa, że wyzdrowieją, budzą w ludziach miłość i litość. A taki dorosły niepełnosprawny umysłowo nie budzi miłości. Jestem blisko nich i wiem, że są skarbami, brylantami, uosobieniem szczerości, prawdy, prawdziwych uczuć. Robię wszystko, żeby pokazać, jak piękni to są ludzie, że nie trzeba się od nich odwracać, że gdy się uśmiechają, to świat wokół nas staje się lepszy.

Wiele ludzi zwraca się do Pani o pomoc?

Dostaję tysiące listów z różnymi historiami, te kierowane bezpośrednio do mnie czytam osobiście. Nikogo nie zostawiamy bez odpowiedzi, wskazujemy, gdzie można uzyskać pomoc albo tłumaczymy, dlaczego to my pomóc nie możemy. Są tez różni naciągacze – więc zanim pomożemy, najpierw wszystko sprawdzamy. Tak musi być.

Niestety, ludzie traktują mnie jak wróżkę i miliarderkę. Czytają przecież; „Dymna uzbierała w tym roku 5 milionów”, wiec piszą na przykład: „Mój mąż stracił pracę, więc proszę mu kupić samochód, żeby był taki van, by mógł wozić ludzi i zarabiać”. Pani się wydaje, że jak moja fundacja ma tyle milionów, to co to dla mnie kupić samochód. A potem mnie nienawidzą, że nie kupiłam…

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Ma pani fundację, dlaczego pani nie da…

Bo te pieniądze mają swoje konkretne przeznaczenie. Muszę utrzymać dwa ośrodki, pracowników, kilka długofalowych projektów, kilka założonych planów. Gdy chcę pomóc komuś dodatkowo, musimy organizować dla niego specjalną akcję. By ratować swoich kolegów artystów, którzy znaleźli się w trudnej losowej sytuacji organizujemy specjalny koncert i aukcję w Filharmonii Krakowskiej. Nie mogę na to przeznaczać pieniędzy uzbieranych z jednego procenta, bo musiałabym zatrzymać podstawowe fundacyjne działania i opuścić moich podopiecznych.

Ludzie tego nie rozumieją. Myślą, że mam miliony do rozdania, więc zgłaszają się ze wszystkimi problemami. Proszą o wynajęcie mieszkania w Wiedniu dla zdolnej córeczki, która tam studiuje, o spłatę kredytu wnuczkowi hazardziście, o kupno mieszkania, o protezy, wózki, rehabilitację. Czasem jestem przytłoczona tymi prośbami, czasem zrozpaczona, że nie mogę pomóc, czasem wściekła, że ludzie mają takie mylne wyobrażenie o działaniach fundacji … To jest trudne.

Ogromny bagaż emocji…

No jest.

A można nabrać dystansu?

Nie. Dystans nie jest w tym przypadku niczym dobrym. Trzeba podchodzić do tej pomocy ze spokojem. I zawsze z sercem. Wytłumaczyć prosto, pomóc jak tylko jest taka możliwość. I tak jedni są wdzięczni, inni cię nienawidzą: „bo ona mogła, a nie pomogła”.

Nie przytłacza to Pani czasami?

Czasem sobie w nocy popłaczę, czasem ponarzekam, czy się poskarżę. Ale to tylko takie chwile słabości. Z czasem jestem coraz silniejsza, bardziej świadoma, że warto. Przecież nikt mi tego nie kazał ani nie każe robić. Poza tym mam swoje azyle, miejsca ucieczki od cierpienia i zła tego świata. Mam swoją pracę, mam teatr, mam Salony Poezji, kochanych studentów. Kiedy tam idę, muszę zapomnieć o tym, co mnie przytłacza. Więc to mnie „odtłacza”, a potem wracam i znowu się trochę przytłaczam.

Ale dzięki temu, że mam tyle światów, to jakoś się nie daję. Wchodzę do teatru, zapominam o wszystkim, maluję się, wychodzę na scenę. I choć mam bardzo obciążający fizycznie i psychicznie zawód, choć jestem coraz starsza i mniej sprawna, to jednak tam nikt do mnie nie dzwoni, nie prosi o pomoc. Tam mam swój bezpieczny, wirtualny świat. Odpoczywam od wszystkiego. Potem mogę z radością wracać do podopiecznych i problemów.

Na co dzień odwracamy wzrok od chorych ludzi.

Taki jest odruch prawie każdego człowieka – jak widzisz kalectwo, to się odwracasz. Dlatego nie można epatować cierpieniem i nieszczęściem, gdy chce się cierpiącym pomóc, bo to ludzi odstręcza, ludzie nie chcą tego widzieć. Trzeba mówiąc o sprawach tragicznych i bolesnych zdobywać się na uśmiech, znajdywać jasne momenty. Co też jest bardzo trudne.

Czasem mówię o moich podopiecznych niepełnosprawnych umysłowo, że to są mistrzowie radości – bo są, ale tylko momentami. Naprawdę to bardzo chorzy, smutni, zagubieni ludzie. Gdy jest ktoś przy nich, wszystko się zmienia i potrafią chwilami być szczęśliwi.

Zdarza się to na scenie, gdy grają w przedstawieniach. Ale muszę dla nich tworzyć przyjazny, bezpieczny, kolorowy świat.

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Gdy robiliśmy spektakl „Wygnanie Adama i Ewy z Raju”, to byli szczęśliwi. W Raju każdy ma swoje miejsce – czy kotek, czy woda, czy gwiazda. Ale zauważyłam, że pod koniec sztuki wszyscy byli smutni. Gdy zapytałam, co się dzieje, usłyszałam: „Bo my się boimy tego anioła z mieczem ognistym, bo on nas wyrzucił z tego raju”. Więc odpowiadam: „A czy wy wiecie, że gdyby nie ten anioł, to my byśmy się nigdy nie poznali?”. Zrozumieli. Nie boją się już anioła. Moi „aktorzy” pojmują wszystko sercem, emocjami. Może nie wszystko rozumieją, ale muszą wiedzieć, kogo lubią, dlaczego tam są. Uwielbiają kostiumy, makijaż, muzykę..

Spotykam się czasem z miażdżącą krytyką fachowców od teatru, z opinią: „Pani ich udupia, robi z nich dzieci”. A ja po prostu stwarzam na scenie bezpieczny, przyjazny świat, w którym oni dobrze się czują, który jest dla nich lekarstwem na chaos, lęki, które noszą w sobie. Kiedyś mówi do mnie specjalistka, że jakby związać drutem kolczastym ręce takiego niepełnosprawnego, to jaki to byłby mocny wyraz artystyczny. „Niech sobie pani sama zwiąże ręce tym drutem. Wtedy też będzie mocny wyraz” – odpowiedziałam jej.

Niektórzy ludzie myślą, że człowiek niepełnosprawny intelektualnie jest do tego, żeby wykorzystywać jego kalectwo dla efektu „wow”. A to jest teatr terapeutyczny, dla aktorów, a nie dla odbiorców żądnych mocnych wrażeń. Przedstawienia muszą być proste, jasne, kolorowe i guzik mnie obchodzi, co mówią specjaliści od teatru. W skomplikowanym teatrze to ja pracuję, i jakoś muszę sobie radzić z wszelkimi drastycznościami, agresją, ale ja jestem zdrowa, więc sobie radzę.

Moich podopiecznych taki teatr mógłby przerażać. Oni są bardzo wrażliwi i delikatni. Nie rozumieją skomplikowanych spraw, nie umieją oszukiwać i manipulować. I bardzo się dużo można od nich nauczyć.

Czego Pani się uczy?

My mózgami zabijamy wiele naszych emocji, zachowań. Wszystko komplikujemy. Moi podopieczni mają świat, w którym białe jest białe, a czarne jest czarne i koniec. Mówią prosto, co w danej chwili myślą czy czują. Czasami to jest takie śmieszne, kiedy słyszę: „Ania, taka brzydka dzisiaj jesteś”. „No co ty mówisz”. „A bo masz takie sine pod oczami”. „Bo się nie wyspałam”. „No to brzydka jesteś”. I tłumaczę, że mi przykro, kiedy tak mówią, że w końcu jestem kobietą… I pada: „No brzydka dzisiaj jesteś, ale ja cię przecież kocham”. I on nie rozumie, co ja do niego mówię, bo to już jest manipulacja. My tak sobie nie mówimy: nawet jak źle wyglądamy, to słyszymy, że jest świetnie. Ja najwięcej komplementów dostałam, gdy byłam w ciąży, przytyłam 32 kilogramy i wszyscy mi mówili: „Jak ty pięknie wyglądasz”. I widziałam tę radość w oczach, że wreszcie coś tą Dymną zniszczyło, że z takiej ślicznej dziewczynki taką krową w ciąży się stała. Moi podopieczni tak nie mają, oni są wprost.

Od nich uczę się też tego, co jest najbardziej ludziom do szczęścia potrzebne. My tego często już nie wiemy. Myślimy, że aby być szczęśliwymi, to musimy sobie coś kupić, zarobić szmal i kupić, i mieć. A potem to masz i co ci z tego? Nic. A oni pokazują, że najważniejsze jest całkiem co innego, np. to: „O Ania, mama przyjechała” i lecą wszyscy do mnie i się przytulają i są szczęśliwi jak jacyś milionerzy. Czasami przytuli się ktoś mocno i płacze. Pytam: „Czemu płaczesz”. „Nie wiem”. „A długo tak będziesz płakać?”. „Nie wiem”. „No to sobie spokojnie popłacz.” i tak płacze 5, 10 minut i razem ze łzami wylewa się cały smutek, który się w nim nagromadził i nagle słyszę „Już, koniec!” i … jest znów na chwilę dobrze.

Przepraszam, ale myślę sobie czasami: „Boże, jak ja bym chciała być tacy jak oni”, a raczej móc się tak jak oni zachowywać. Ale świat przecież nie może tak wyglądać. Oni nie wyczuwają chwili, miejsca, zachowują się odruchowo. A jednak bardzo często mam ochotę pokazać język gdy słyszę głupie pytania „dziennikarza” – no, ale mi nie wypada. Mimo wszystko tych naturalnych odruchów w sobie nie zabijam.

Mat prasowe

Mat prasowe

Gdy moi podopieczni grają spektakl, to jeszcze, gdy są na scenie, pytają się: „Ania, dobrze?” Po zejściu ze sceny lubią, żeby ich pochwalić i pogłaskać. Przecież jak ja mam premierę, to o niczym innym nie marzę tylko, żeby przyszedł do mnie reżyser przytulił i pogłaskał i powiedział: „Ania, dobrze było”. Czasem się to zdarza i mi pomaga uspokoić napięcie i nerwy. Zwykle, prosto po ukłonach, idę do toalety i tak bez powodu sobie popłaczę. Pomaga. Oni bardzo lubią brawa. Ja też. Właściwie niczym się nie różnimy tak naprawdę. To są takie kochane dzieci moje, tylko oni chorzy są tak bardzo.

Odczarowuje ich Pani trochę?

Oni mnie, ja ich. Nie jest to łatwe. Trzeba mieć w sobie taką radość ogromną. Bo czasami można się załamać, gdy widzę jak mój ukochany podopieczny chudnie, smutnieje, zawiesza się w sobie… i wiem, że warto zrobić wszystko, by się choć na sekundę uśmiechnął. Ale czasem potrafi tylko przytulić się i płakać. Czasem też odchodzą bardzo szybko, nagle i niespodziewanie umierają. To jest okropne uczucie, ale staram się myśleć tylko o tym, że przez te ostatnie lata się często uśmiechali, czuli się potrzebni. I dlatego warto to robić.

Natomiast, niestety, muszę czasem odpowiadać głupim, okrutnym ludziom, którzy pytają: „Po co pani miliony na debili wydaje”. Kiedy pierwszy raz usłyszałam to pytanie, przestałam na chwilę oddychać. Bo nie rozumiałam, że można w ogóle takie pytanie zadać.

Moi podopieczni niepełnosprawni intelektualnie są bardzo wrażliwi, dużo bardziej wrażliwsi od nas. Bo oni nie umieją powiedzieć tego, co czują, więc wszystko kumuluje im się w środku. Świat rozumieją sercem. Nie wyobrażam sobie swojego życia gdybym nie umiała sobie wytłumaczyć, dlaczego ten ktoś się tak, a nie inaczej zachował, dlaczego mnie zranił, A oni się całe życie z tym stykali. Urodzili się, czują, boli ich tak samo jak nas. Nie rozumieją, dlaczego rodzice wyrzucili ich nagle z domu, dlaczego jacyś obcy ludzie są, dlaczego nikt nie chce się z nimi kolegować, przyjaźnić. Dlatego się nimi zajmuję i nigdy ich nie opuszczę.

billboard_pl_750x200_1

 


7 reguł wartych zastosowania, które pomogą radzić sobie w relacji z trudnymi ludźmi

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
20 marca 2017
Fot. iStock/pixelfit
 

W życiu nie unikniemy kilku rzeczy: śmierci, podatków i… trudnych ludzi. Zawsze ich spotkamy na swojej drodze, czy to w relacjach czysto towarzyskich, czy w pracy, a zdarza się, że i w przyjaźniach oraz związkach.

To jak sobie radzimy z trudnymi ludźmi zależy od nas samych, od naszej osobowości, ale musicie przyznać, że często zostajemy bezradni, wciągnięci w grę, w której zupełnie nie chcieliśmy brać udziału. Na szczęście są na świecie ludzie mądrzejsi od nas, którzy podpowiadają, jak sobie w relacji z trudną osobą radzić. Jeśli wykorzystamy ich wiedzę i nam łatwiej będzie się żyć.

Reguła 24 godzin

Bardzo skuteczna – jeśli osoba, którą spotykasz na swojej drodze mieści się w opisie „trudna”, to pamiętaj, że gdy jej zachowanie czy słowa wyprowadzą się z równowagi, kiedy poczujesz złość, to… nie reaguj przez 24 godzin. Dlaczego? Ponieważ lepiej się uspokoić i spojrzeć na sytuację z innej perspektywy, bo problem już nie będzie wcale taki ważny dla drugiej strony.

Reguła słonia

Wyobraź sobie, że ten, z którym musisz mierzyć się każdego niemal dnia jest jak słoń – wielki i gruboskórny. Kiedy zaczyna na ciebie napierać masz szansę z nim walczyć? Raczej nie. Dlatego lepiej po prostu zejść mu z drogi, zrobić krok w bok, bo on rozpędzony będzie leciał do przodu siłą własnego rozpędu. Nie kłóć się, po prostu się usuń i to wcale nie będzie znaczyć, że się poddajesz.

Reguła domu wariatów

Wyobraź sobie, że przechodzisz koło budynku, na którym widnieje napis „Dom Wariatów”. Z okna budynku krzyczy do ciebie facet: „Hej, to ty jesteś wariatem, nie ja”. Co robisz? Uśmiechasz się pobłażliwie do siebie? Czujesz litość do tego człowieka? W końcu to on jest zamknięty w budynku z kratami w oknach. A gdyby tak właśnie reagować na ludzi, którzy cię obrażają, gdy ktoś na ciebie naciska, próbuje wywrzeć presję? Gdyby spojrzeć na nich z perspektywy tego przechodnia koło domu wariatów? Warto wypróbować. W końcu ty wiesz, kim jesteś i na co cię stać.

Reguła szpitala

Tym razem wyobraź sobie kogoś, kto leży w szpitalu ciężko chory, przyklejony do łóżka, podłączony do aparatury. Patrzysz na niego przez szybę i wydaje ci się, że chce mu się pić. Nie ma obok łóżka chorego szklanki z wodą, taka szklanka stoi koło ciebie. Co zrobisz? Będziesz się zastanawiać, o co mu chodzi, czy po prostu zapytasz? No właśnie. Czasami w relacjach z trudnymi ludźmi warto zapytać wprost: „o co tak naprawdę ci chodzi”, po co się stresować domyślaniem.

Reguła ślepca

Co czuje niewidoma osoba, która staje w zatłoczonym miejscu pośrodku ulicy i nie wie, gdzie ma iść? Widzisz takiego człowieka i co robisz? Najczęściej (mam taką nadzieję) spieszymy z pomocą. Łapiemy pod rękę, prowadzimy, rozmawiamy, pytamy dokąd idzie, czy w czymś jeszcze pomóc.

Bardzo często ten „trudny”jest takim niewidomym, który nosi na sobie pancerz, pod spodem będąc słabym, pełnym lęków i wątpliwości człowiekiem. Kiedy to zrozumiemy, zobaczymy mamy szansę stać się bardziej wrażliwi, niż wrodzy w takiej relacji, a to pierwszy krok na „oswojenie” trudności.

Reguła prezydenta

Kto jest najważniejszy? Prezydent. Jak traktujemy ludzi na wysokich stanowiskach? Najczęściej z dodatkową uwagą, jesteśmy uprzejmi, ostrożni w tym co mówimy i co robimy, bo wiemy, że w przeciwnym razie wpadniemy w kłopoty. Dlatego nie śmiejmy się, nie żartujemy z tej osoby, traktujemy ją poważnie (choć pewnie różnie o niej myślimy). To świetna reguła do zastosowania, gdy tą trudną osobą spotkaną na naszej drodze jest na przykład nasz szef, a może teściowa? Po co szukać konfliktu, lepiej zastosować tę regułę i żyć sobie spokojnie.

Reguła pszczoły

Bywają takie osoby wokół nas, które pomimo naszego spokoju będą chciały nas sprowokować do gwałtownej reakcji – to woda na młyn dla osób z trudną osobowością. Są jak pszczoły, latają wokół, bzyczą wokół ciebie czekając aż wyprowadzą cię z równowagi, aż zareagujesz, żeby móc cię użądlić. Co zrobić? Ważna jest prewencja – zachowanie spokoju, zwizualizowanie sobie właśnie takiej pszczoły i nie uleganie presji.

Jeśli na swojej drodze spotykasz trudną osobę, pamiętaj:

a) zawsze taką spotkasz, czy chcesz czy nie

b) nie oceniaj, każdy ma swoje własne problemy

c) znajdź dobre intencje w zachowaniu takiej osoby

d) traktuj innych tak, jak ty chciałabyś być traktowana

e) korzystaj z powyższych reguł

f) pamiętaj, że wiele osób nie jest świadomych swojego zachowania.

To jak? Uzbrojeni w nowe reguły możemy ruszać w kolejny dzień. Dajcie znać czy działają.


źródło: anewmode.com

 


Samotne macierzyństwo to często wybór kobiety. Czy mężczyzna zawsze ma prawo wiedzieć, że został ojcem?

Anika Zadylak
Anika Zadylak
19 marca 2017
Fot. iStock/ue_

Dziecko, powinno mieć oboje rodziców, ale niestety życie piszę różne scenariusze. Powodów, dla których niektóre z nas decydują się na samotne macierzyństwo, bądź po prostu z dala od ojca dziecka, jest tak samo dużo jak historii ludzkiego życia.

Sylwia, mama 8 letniej Dominiki

Miał być ślub, a był pogrzeb i depresja, która mnie też o mało nie zabiła. Byłam najszczęśliwszą kobietą na ziemi, miałam faceta, który po czterech latach cudownego związku, oświadczył mi się i usłyszał „tak”. Ale garnitur zamiast do śluby, musieliśmy założyć Adamowi do trumny. To był wypadek samochodowy, dwa dni przed weselem. Do drzwi zapukał policjant i od razu wiedziałam, że stało się coś strasznego. Z kolejnych dwóch lat niewiele pamiętam, bo sporo piłam i ciągle byłam na lekach uspokajających. Tak wiem, to kiepskie połączenie, ale mi wtedy było wszystko jedno.

Nie spotykałam się z nikim na stałe, czasem jakiś szybki seks, żeby odreagować, a potem znowu pogrążyć się w bólu i rozpaczy. Myśl o dziecku, upragnionym i planowanym z moim zmarłym narzeczonym, wróciła blisko pięć lat po tamtych ciężkich wydarzeniach. Od razu wiedziałam, że chcę być matką, chcę mieć dla kogo żyć i kogo kochać. Ale nadal, nie chciałam z nikim być. Z ojcem biologicznym mojej Dominiki nie znałam się szczególnie dobrze. Kilka razy się spotkaliśmy, był seks, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Celowo przestałam się zabezpieczać, nie powiedziałam mu o tym. Wiedziałam, że jego podejście do ojcostwa jest nijakie,  bo mówił, że jakby już musiał, no to ewentualnie, wspierałby pieniędzmi. Było mi to na rękę, zwłaszcza, gdy okazało się, że on wyjeżdża na stałe za granicę, a ja… jestem w 6 tygodniu ciąży.

Córka zapytała mnie o swojego ojca tylko raz. Pani w szkole, kazała napisać wypracowanie o tym, czym zawodowo zajmują się rodzice. I wtedy porozmawiałyśmy chwilę. Powiedziałam jej, że człowiek, o którego pyta, jest dobry i mądry, ale nie możemy ze sobą być. Mieszka, bardzo daleko stąd i nie mamy kontaktu. Zaznaczyłam, że gdy Misia będzie trochę większa, wrócimy do tej rozmowy. Nie dopytywała, śmiała się, że razem we dwie też jest nam dobrze i że wiele dzieci w klasie ma tylko jednego rodzica. Jeśli kiedykolwiek zażąda prawdy, powiem jej. A jeśli, będzie chciała go odszukać? Nie wiem, nigdy o tym nie myślałam, ale pewnie pierwsza będę musiała to zrobić. I przyznać się, że jestem nie tylko dawną znajomą, ale też matką jego dziecka. Nie uważam, że komuś wyrządziłam krzywdę swoją decyzją. Moja córka ma wszystko czego potrzebuje, kocham ją ponad wszystko.

Spotykam się z kimś teraz, zna Dominikę oraz moją historię i nie potępia za to, jak postąpiłam. Cieszy mnie, że stara się być przyjacielem dla mojego dziecka, a może kiedyś będzie dla niej tatą, którego trochę ja jej odebrałam.

Lucyna, mama 15 letniego Rafała

To był romans, na dodatek w pracy z kimś, kto już miał rodzinę i dom. Nie kochałam go, po prostu pociągał mnie fizycznie i intelektualnie. Spotykaliśmy się przez blisko pół roku po kryjomu. Któregoś wieczoru powiedział, że gdybym jakimś cudem zaszła w ciążę, to on uczciwie mówi, że nie chce tego dziecka. Zadeklarował pomoc finansową, gdyby trzeba było ewentualnie „pozbyć się problemu”.

Kiedy się zorientowałam, że spóźniająca się miesiączka to nie wynik burzy hormonów, jeszcze chwilę pracowałam w tamtym biurze. Później poszłam na zwolnienie od psychiatry, żeby nie rozeszło się, że jestem w ciąży. Do tamtej firmy nigdy nie wróciłam.

Zmieniłam pracę i zniknęłam z jego życia. Nie szukał mnie nawet przez chwilę, ani razu nie zadzwonił, nie wysłał maila. To mnie tylko upewniło, że dobrze zrobiłam. A  kiedy na świecie pojawił się mały Rafał, oszalałam! Z radości, o której wcześniej nie miałam zielonego pojęcia. Nie sądziłam, że posiadanie dziecka to takie pokłady wspaniałej energii i miłości totalnie bezwarunkowej. Zupełnie nie myślałam, że jestem sama, tym bardziej, że miałam cudowne wsparcie zarówno od rodziny jak i znajomych. Lata mijały, w moim życiu, pojawił się kolejny mężczyzna, z którym chciałam założyć prawdziwą rodzinę.  Łukasz, wiedział o całej sprawie i nie nie do końca zgadzał się z moją postawą, ale starał zrozumieć i nie komentować.

– Mamo, dlaczego ja w ogóle, nie jestem podobny do taty? – spytał Rafał, gdy miał już 11 lat, a Łukasz, był od dawna moim mężem i… ojcem naszej wspólnej córki. Wtedy jeszcze, nie powiedziałam mu prawdy. Zbyliśmy go z mężem, a wieczorem usiedliśmy porozmawiać na spokojnie. Łukasz radził, by pojechać do biologicznego ojca Rafała i o wszystkim mu powiedzieć. Przecież nie mogłam dłużej milczeć, a nie chciałam okłamywać syna, że jego prawdziwy tata umarł.

Zdobyłam numer telefonu do byłego partnera i poprosiłam o spotkanie. Zgodził się, a nawet cieszył, że się odezwałam. Kiedy powiedziałam mu, że ma syna, usłyszałam, że to problem, z którym on nie ma i nie chce mieć nic wspólnego.

Nazajutrz zabrałam syna na lody, a w parku opowiedziałam krótką i zmyśloną historię. Uśmierciłam w niej „biologicznego”, bo on sam tego sobie życzył. Rafał przyjął to bardzo spokojnie i normalnie. Mówił, że to przykre, ale jeśli tak się stało, to cieszy się, że teraz ma tak dobrego ojca. Nie wiem, czy kiedyś powiem mu prawdę. Nie wiem, czy jest jakikolwiek sens, skoro tamten człowiek i tak zawsze chciał się pozbyć mojego syna.

Dziś jestem szczęśliwą matką, dwójki kochanych dzieci oraz żoną człowieka, który traktuje Rafała jak rodzonego syna. I wiem, że dobrze zrobiłam. W moim jednak przypadku, to było najlepsze wyjście z całej sytuacji.

Wybór, przed jakim stanęły moje bohaterki, oznacza często życie w kłamstwie, poczuciu winy i unikanie trudnych pytań. Czy ojciec ma prawo wiedzieć? Po raz kolejny okazuje się, że ile historii, tyle opinii…


Zobacz także

„Bardzo chciałbym, żebyś oddała mi życie”. A potem usiądę i będę czekał. Czekał, że przeczytasz i po mnie nie przyjdziesz

Kobieto, działaj! Krótki poradnik pomocy prawnej dla ofiar przemocy domowej

10 zdań, których nigdy nie powinnaś sobie mówić. Dla własnego dobra zapomnij o nich