Związek

To „nasze”czwarte święta. Nie chcę już czekać na to, że spędzimy je wspólnie. List kochanki

Listy do redakcji
Listy do redakcji
24 grudnia 2019
Fot. iStock/lechatnoir
 

Nie powinnam już na ciebie czekać. Nie dzisiaj. Czekałam przez ostatnie trzy lata. Myślałam, że to przeżyję, że to nic takiego. Święta to tylko święta, a że osobno. Ja u mojej mamy, ty ze swoją żoną i rodziną. Przecież to nic takiego. 

Pierwszy rok

Znaliśmy się 10 miesięcy. Nawet nie wiem, jak ten romans się zaczął. Pojawiłeś się w pracy, zaczęliśmy rozmawiać przy ekspresie do kawy. Pytałeś jak tu jest, byłeś zabawny. I ten uśmiech… Nie mógł mi wyjść z głowy. Spytałam w HR-ach kim właściwie jesteś, skąd się wziąłeś. “Żonaty” – usłyszałam i to mi wystarczyło, by szybko się otrząsnąć. Żonatych nie ruszam, nie zrobię tego drugiej kobiecie – tę zasadę wyznawałam i się jej trzymałam. Sama byłam po kilkuletnim związku, który się rozpadł, bo on mnie zdradził.

Pewnego dnia nie zdążyłam na autobus. Padał deszcz, klęłam już w windzie wiedząc, że będę musiała w tej paskudnej pogodzie poczekać. Jakiś miałam fatalny dzień. Zaproponowałeś, że mnie podrzucisz, a gdy winda zatrzymała się na parterze, wcisnąłeś -1. Pomyślałam, że tak, że dziś chcę, żeby ktoś choć przez chwilę się mną zaopiekował, a podrzucenie do domu było jak gwiazdka z nieba. Włączyłeś muzykę, okazało się, że słuchamy tego samego na dodatek, że mieszkamy całkiem niedaleko siebie. Zaproponowałeś, że możesz mnie zabierać do pracy i odwozić, że masz po drodze i dla ciebie to żaden problem. Podziękowałam w duchu myśląc, że nigdy w życiu. Za bardzo mi się podobałeś.

Zadzwoniłeś rano, że wyjeżdżasz z domu i będziesz za 15 minut pod moim domem. Później była kawa w ramach rewanżu, przegadane długie minuty w aucie, choć już staliśmy u mnie pod blokiem. Napisałeś SMS-a, czy możesz wpaść. Było po 21. Spytałam, czy coś się stało, a ty, że chciałbyś pogadać. Wiedziałam, że przepadłam, ale nie miałam siły już się przed tym bronić. Chemia między nami była tak wyczuwalna, że doprowadzała mnie do szału. Ile razy walczyłam ze sobą, żeby się na ciebie po prostu nie rzucić i zapomnieć o swoich zasadach. Przeklinałam dzień, w którym poznałeś swoją żonę. Przyszedłeś. Nic nie powiedziałeś, zaczęliśmy się całować, jak tylko zamknęłam drzwi.

Rano, wstając do pracy zastanawiałam się, co zrobiłam… Obiecałam sobie, że to tylko jeden raz, chwila słabości… Nie udało się tej obietnicy dotrzymać.

Pierwsze święta. Od początku wiedziałam, jaki jest układ. Nie oczekiwałam, że ją zostawisz. Chyba cały czas łudziłam się, że to nie przetrwa, że rozejdzie się po kościach. Ale kochałam cię już wtedy i tak bardzo chciałam, żebyś zadzwonił i powiedział, że do mnie jedziesz…

Drugi rok

Powiedziałam ci, że to koniec, że ja tak nie umiem, dzielić się tobą, dzielić się czasem z tobą, że albo ja, albo ona. Mówiłeś o dzieciach. Zawsze o nich mówiłeś, gdy ja wpadałam w szał. Że to dla nich za wcześnie, że są za małe, że z żoną nic cię nie łączy poza kredytem i wychowaniem syna i córki. Nie chciałeś dzieciom zniszczyć dzieciństwa, nie chciałeś tego zrobić przed świętami, mówiłeś, że to najgorszy czas, a ja czułam się jak ostatnia szmata prosząc cię o to. Miałam wyrzuty sumienia. Tłumaczyłeś: “poczekaj jeszcze chwilę, przecież wiesz, że cię kocham, że jesteś dla mnie najważniejsza”. Wtedy całe święta, powiedziałam ci, że pojechałam do mamy, ale tak naprawdę byłam sama. Wierzyłam, że jednak zadzwonisz, że przyjedziesz, że poprosisz, żebym wróciła. Nie wiesz, że wtedy stałam pod twoim domem… Stałam i zastanawiałam się, co ja robię. Chciałam wejść i powiedzieć, że twoje rodzinne życie jest iluzją, że ja jestem prawdziwa, że twoje uczucia do mnie są jedynymi szczerymi, że nie można żyć w takim zakłamaniu nawet w święta. Ale pomyślałam o twoich dzieciach, że im tego nie mogę zrobić… Zabrakło mi odwagi, a tobie nigdy się do tego nie przyznałam.

Rok trzeci

Byłam na skraju emocjonalnego wyczerpania. Nie chciałam cię słuchać, twoich wymówek, usprawiedliwień. Kilka razy w ciągu roku kończyłam nasz romans. Mówiłam, żebyś nie dzwonił, nie przyjeżdżał, ale gdy wysyłałeś kwiaty, pisałeś, stałeś pod drzwiami mówiąc, żebym dała ci szansę, odpuszczałam. Moja miłość do ciebie, choć toksyczna, brała górę.

Poszłam na terapię, żeby móc się od ciebie uwolnić, ale nie umiałam. Po jednej z awantur już we wrześniu wykupiłam wycieczkę na święta. Stwierdziłam, że nie będę czekać na ciebie. Że nie pozwolę, by moje święta wyglądały tak, jak rok temu. Wierzyłam, że do tego czasu zdołam od ciebie odejść na zawsze, definitywnie.

Nie chciałam, żebyś odwoził mnie na lotnisko, pytałeś po co ten cały cyrk, że przecież wiedziałam, w co się pakuję, że on ma dzieci, że nie może, że jeszcze nie teraz, że musisz poczekać, aż one będa większe. Płakałam w samolocie. W hotelu poznałam towarzystwo ludzi w moim wieku, którzy podobnie jak ja uciekli przed świętami, każdy z innego powodu.

Po zakrapianym wieczorze przespałam się z jednym z tych chłopaków. Też był sam, wpadliśmy sobie w oko. Myślałam, że może to mi pomoże, że zrobię ci na złość, że w końcu ty i tak masz mnie gdzieś, jestem non stop na marginesie twojego życia. Obudziłam się z moralnym kacem, chciałam natychmiast wracać, być blisko ciebie, nawet jeśli dzieli nas kilka ulic. Przestraszyłam się, że mogę cię stracić. Temu chłopakowi powiedziałam, że to błąd, że jestem z kimś… Był w szoku. Odzywał się do mnie jeszcze po powrocie, pytał, czy wszystko u mnie okej. W końcu przestał się pisać…

Rok czwarty

Kupiłam już prezenty. Dla mojej mamy, siostry, brata, ich dzieci. Dla ciebie też. Ubrałam nawet choinkę u siebie w mieszkaniu. Wiem, że nie mogę na ciebie czekać, nie mogę liczyć, że w tym roku będzie inaczej niż w poprzednich. Tydzień temu spędziliśmy cudowny weekend, cały. Żonie powiedziałeś, że masz służbowy wyjazd. Oglądaliśmy filmy w łóżku, zamawialiśmy jedzenie, było mi tak dobrze… Śmialiśmy się, żadne z nas nie wspominało o świętach. To był dobry czas. Myślałam, patrząc na ciebie w nocy, że mogę udawać, że to właśnie Boże Narodzenie, że olaliśmy wszystkich i całą tą tradycję. Postanowiliśmy nie robić “całej tej szopki świątecznej”, tylko zachowywać się jakby to był normalny weekend… Nasz pierwszy wspólny świąteczny.

Jestem twoją kochanką. Tak, muszę w końcu to nazwać. Tylko i aż kochanką. Przy mnie jesteś szczęśliwy, dzięki mnie masz dobre życie rodzinne. To naiwne, ale chcę tak myśleć. Nie chcę na ciebie czekać. Trwając w tym romansie muszę pogodzić się ze swoją rolą albo odejść. Na to nie jestem jeszcze przygotowana. Zbieram siły, nie wiem, czy mi się uda. Wiem, że za rok nie chcę już takich świąt i że nie mogę liczyć na to, że spędzę je z tobą… W ostatni weekend zrozumiałam, że nie odejdziesz od żony, nie wiem, czy kiedykolwiek to zrobisz, a ja nie chcę żyć w iluzji, że tak się stanie.


Związek

Nigdy nie traćcie wiary w to, że zasługujecie na najlepsze, co może dać wam życie i wy sami

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
24 grudnia 2019
Fot. iStock
 

Kochani, zastanawiam się, ilu z was dzisiaj myśli: “o rety, już minął rok”. Tak, minął kolejny. Dla jednych pewnie przemknął bez większych zawirowań, dla innych był to rok kilku, a może nawet kluczowych zmian. Być może są też tacy, którzy zadręczają się, że są w tym samym punkcie, co dokładnie 12 miesięcy temu i nie mieli siły, dość odwagi by to zmienić. Każdy z nas znajduje się w innym punkcie swojego życia, ale to nie przeszkadza życzyć mi i wam tego samego. 

Życzę wam na te święta:

  • by nigdy nie zabrakło przy was dobrych ludzi, bo bez nich nasze życie byłoby nie do zniesienia; pamiętajcie o tych, którzy was wspierają, którzy są pomimo wszystko; o tych, na których zawsze możecie liczyć
  • byście zawsze mieli do kogo zadzwonić w środku nocy, by podzielić się swoim smutkiem, ale też największą radością
  • by nigdy nie zabrakło wam powodów do tej radości
  • byście nie zapomnieli, że o radość też trzeba powalczyć, ona sama do nas nie przyjdzie, my musimy wychodzić nieustannie jej naprzeciw
  • byście błądzili w swojej drodze, ale zawsze znajdowali drogowskaz, który skieruje was na dobre tory
  • by starczało wam zawsze siły na szukanie pozytywnych rozwiązań, na odnajdywaniu nawet w najtrudniejszych momentach waszego życia, to co jest dla was dobre
  • byście z każdej lekcji, jaką daje wam życie, wyciągali słuszne wnioski, by trudności was wzmacniały, a “łatwości” dodawały skrzydeł do dalszego działania
  • byście pamiętali, że życie jest w waszych rękach i to, jak będzie wyglądać przez następny rok NAPRAWDĘ jest zależne tylko i wyłącznie od was
  • by nigdy wam nie zabrakło odwagi do zmian, które często wydają cholernie trudne do zrealizowania, czasami niemożliwe, ale to one są siłą napędową dla nas samych, to dzięki nim przekraczamy swoje granice i rozumiemy na jak wiele nas stać
  • by nigdy nie zabrakło wam nadziei, nadzieja jest najważniejszą emocją, która pozwala nam nie oszaleć w najgorszym kryzysie
  • byście zawsze wierzyli, że wszystko co lepsze nadal przed wami, tylko podobnie jak z radością, i temu trzeba wyjść naprzeciw, a nie czekać, aż samo do nas przyjdzie, bo to nigdy się nie wydarzy
  • by zjedzone w święta kalorie poszły jednak w cycki (a panom w mięśnie)
  • byście każdego dnia odnajdywali powód do wdzięczności, jak i do uśmiechu
  • byście przytulali siebie, byli dla siebie dobrze, a nie ostrzy i nieustannie krytyczni
  • byście przytulali waszych najbliższych, bo nie wiecie, kiedy może ich zabraknąć
  • byście wybaczyli sobie wszystko to, co wybaczyć powinniście
  • by nigdy nie zabrakło wam marzeń do zrealizowania.

Ściskamy was redakcyjnie najmocniej jak potrafimy. Niech to Boże Narodzenie każdemu z was przyniesie choćby odrobinę szczęścia, bo z niej już można ulepić wielką kulę. Nigdy nie traćcie wiary w to, że zasługujecie na najlepsze, co może dać wam życie i wy sami. 


Związek

Hashimoto, kimono i gejsza – czyli krótka opowieść o zbuntowanej tarczycy

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
23 grudnia 2019
niedoczynność objawy hashimoto
Fot. iStock / hoozone

Zanim lekarz nazwał mnie hashimotką, jedyne co wiedziałam o tej chorobie to po pierwsze to, że żadna to choroba, tylko moda, za którą podążają aktorki, pisarki, dziennikarki i blogerki. Po drugie, że od tego się nie umiera. Wstyd się przyznać, ale na tym kończyła się moja wiedza o hashimoto. Przypuszczam, że na tych dwóch filarach opiera się wiedza większości społeczeństwa, niestety. Innymi słowy, hashimoto – wytwór kobiecej fanaberii.

Co ciekawe, od jakiegoś czasu otaczało mnie coraz więcej znajomych, które mówiły o „tym”, bo same chorowały, eksperymentowały z dietą i imały się różnych niekonwencjonalnych metod, by uchronić się przed koniecznością brania hormonów. Puszczałam jednym uchem, a drugim wypuszczałam, nie poświęcając temu zbyt dużej uwagi. Bagatelizowałam ich wywody i schematycznie wrzucałam je do worka z modnymi Paniami. Pamiętam jak wiosną tego roku znajomi mojego narzeczonego zaprosili nas na obiad. Wszystko było dietetyczne, zdrowe, chleb bez glutenu, sos bez śmietany, dużo owoców i warzyw, stół zastawiony przez Panią Hashimoto. Na przekąskę krewetki, pasta z avocado i orzechy. Wszystko niezwykle mi smakowało, tylko myślałam sobie, dlaczego zmusza się gości do diety a’la hashimoto, skoro oni nie hashimoto?

Aż pewnego dnia, niedługo po tym obiedzie, dokładnie 30 maja usłyszałam diagnozę – hashimoto. Co za ironia, prawda?  Wsiadłam do taksówki, obok mnie siedziało to choróbsko, śmiejąc się z satysfakcją i szepcząc „i tu Cię mam!”. Wyglądało jak klaun, który wyginał się na tylnym siedzeniu, szturchał mnie i szyderczym uśmiechem wpatrywał się we mnie. Nie miał on nic wspólnego z klaunem z cyrku, który bawił mnie i rozweselał, gdy byłam dzieckiem. Od Pana taksówkarza, który z zaciekawieniem słuchał, jak rozmawiam przez telefon, usłyszałam „Proszę Pani, teraz każda kobieta chce mieć hashimoto”. A więc moda, fanaberia? O nie! Z moją głową przecież wszystko w porządku, a za modą nigdy nie podążałam, stawiając na ponadczasową klasykę.

Zastanówmy się. Gdyby hashimoto było modą, to jak nazwa sugeruje, powinno to być piękne, szmaragdowe kimono, haftowane złotą nicią, zaprojektowane w Kioto, przez znanego japońskiego fashion designera, i które to kimono każda kobieta chce mieć w swojej szafie, nosić i błyszczeć. Tymczasem to kimono drapie, dusi, kłuje, drażni, zaciska szyję, budzi odrazę innych. Wygląda się w nim jak blada gejsza, z polikami niczym pękający pomidor. Kto w takim kimonie chciałby chodzić, nawet jeśli to ostatni krzyk mody? Nie można się w tym nawet porządnie najeść, bo obi ściska nam brzuch.  Nie jesteśmy przecież oddane i uległe jak gejsze, aby tak się poświęcać, głodzić i dreptać niemalże w miejscu. Nadto każda moda przemija, przychodzi nowa z sezonu na sezon, a o hashimoto mówi się już od dobrych paru lat.

Skoro więc nie moda, to złapmy się drugiego filaru. Od hashimoto się nie umiera, prawda! Ale biję się w piersi za moją wcześniejszą niewiedzę i ignorancję. To choróbsko przez parę miesięcy dało mi tak do wiwatu, że o ile zgodzić się mogę z tym, że się nie umiera, to objawy doprowadzają człowieka na skraj wytrzymałości i wręcz marzysz o śmierci. Tak bardzo o niej rozprawiasz, że chodzi Ci po głowie, aby wziąć hash i moto, wjechać na autostradę prosto ku przepaści i zakończyć ten dręczący żywot!

A co dręczy hashimotki? Otóż dręczą je wszystkie żywioły natury. Od wulkanu, który zalewa Cię lawą podczas spotkania, gdzie wszyscy patrzą na Twoją czerwoną od gorąca twarz. Po zamiecie śnieżne, które mrożą Ci stopy i nie pozwalają zasnąć, a termofor staje się Twoim najlepszym przyjacielem tak samo latem, jak i zimą. Po wichurę, która wyrywa ze skalpu całą Twą czuprynę, zostawiając kitka jak u samuraja. Czy burze piaskowe, po których skóra swędzi Cię jak przy ospie. Aż po ulewne deszcze wybudzające Cię w nocy spoconą i przerażoną. Zdarzają się też emocjonalne tornada, kiedy rozstawiasz po kątach wszystkich domowników. Kończąc na trzęsieniach ziemi, kiedy już Tobie samej wydaje się, że śmierć zagląda Ci w oczy swymi wyłupiastymi ślepiami. Wszystkie te żywioły pętają się na jednej małej wyspie, w jednym małym ciele. Są one tak niszczycielskie, że z tej wyspy w te pędy uciekają ludzie, zasychają wszelkie zbiorniki wodne, znikają najmniejsze formy życia, zieleń ustępuje wypalonym drzewom. Zostajesz sama, bezludna, szara. Na tym może się skończyć, choć nie musi. Taka przetrawiona wysepka to nie lada gratka dla nowych gości, którzy ochoczo się na niej zadomowią: tężyczka, depresja, nerwica.  Bo niby na wyspie nie ma już nic, ale zawsze można poszukać głębiej, może gdzieś jeszcze w ziemi, coś z życia zostało.

Dość dramatycznie, prawda? Zapewniam, to nie moda, nie kimono, nie fanaberia! A my hashimotki nie gejsze, które potulnie noszą kimono, by wejść w łaski mężczyzny lub świata, roztaczając wkoło siebie złudną wyjątkowość. Ponadto kto by z hashimotką wytrzymał? Chyba wyjątkowo twardy i lojalny egzemplarz.

Niektóre teorie jak widać, zostają szybko powalone, kiedy znienacka przychodzi nam praktykować. To tak jak z dziećmi, dopóki ich nie mamy, jesteśmy pierwsi, by radzić świeżo upieczonym rodzicom.  Ostrożnie więc z osądami, teoriami, a już tym bardziej powstrzymujmy się od hashi-hejtu.


O autorce:

Karina Dziuba

Cześć kobiety! Po tej stronie Karina. Dużymi krokami zbliżam się do 40-tki. Czy to mnie przeraża? Absolutnie nie! Teraz dopiero otwiera się przede mną raj możliwości. Kiedy jako dojrzałe kobiety wiemy już czego chcemy, a właściwie czego nie chcemy, życie staje się łatwiejsze i pełniejsze. I tak, w wieku 37 lat wróciłam do pisania, dawniej popełniłam kilka opowiadań i wierszy, które z braku odwagi lądowały z szufladzie. Z wykształcenia jestem pedagogiem i prawnikiem. Togi nigdy nie założyłam, nauczycielką też nie zostałam. Spędziłam ponad 15 lat w warszawskich korporacjach, wszystko po to, by w końcu móc osiąść na swoim i robić to co kocham.

Jestem szczęśliwą narzeczoną Portugalczyka Jose (z polskiego Józek😊). Kiedy przychodzi weekend uciekam w swój świat i piszę. Najchętniej przy łagodnej muzyce filmowej Rachel Portman. Zdarza mi się również wyciągać pióro w podróży, szczególnie w samolocie. Nie ma miejsca z lepszym zasięgiem, aniżeli to w chmurach, kiedy telefon milczy, a my odzyskujemy dostęp do samych siebie.

Jak spora część z Was, oprócz narzeczonej, przyjaciółki, córki, pełnię też rolę najtrudniejszą – jestem mamą 12 letniego Marcela. Mamy za sobą bardzo długi, ponad 9 letni, burzliwy rozwód. Piszę ‘mamy’, bo rozwód, zawsze dotyczy dzieci i dotyka ich ze zdwojoną siłą. Tak więc i ja i mój syn, przeszliśmy długą, wyboistą drogę, co tylko umocniło naszą więź i nadało jej wyjątkowego wymiaru. Tymi doświadczeniami również chciałabym się z Wami dzielić na łamach OhMe.

Ale nie tylko. Chętnie piszę o relacjach damsko-męskich, a ta tematyka jak wiecie jest jak studnia, w której nigdy za dużo wody. Chwytam za pióro też w podróży, kiedy zmysły pobudzane są nowymi widokami, smakami i dźwiękami. Zatem DO ZOBACZENIA, DO ZACZYTANIA!


Zobacz także

Kilka zwykłych pytań, dzięki którym twój związek będzie szczęśliwy

Kilka zwykłych pytań, dzięki którym twój związek będzie szczęśliwy

Żona, która zarabia więcej, traktuje męża jak śmiecia

Pułapki intymności, czyli jak dobre intencje mogą niszczyć związek