Związek

Rozwodzimy się spokojnie, bez emocji, bo nasze małżeństwo już dawno przestało istnieć. Żyliśmy w iluzji związku

Z życia kobiety
Z życia kobiety
3 grudnia 2016
Fot. iStock / weerachonoat
 

Straszyli nas kryzysem po siedmiu latach związku. Potem mówili, że jak dzieci się pojawią, to wtedy małżeństwo czeka największy sprawdzian. Tymczasem my nie odczuliśmy krytycznego siódmego roku, kiedy rodziły się nasze dzieci, też nie pojawiło się nic, co mogłoby któreś z nas zaniepokoić, zachwiać pewność naszego związku. Szliśmy ramię w ramię. Jedno kąpało, drugie przewijało, na zmianę wstawaliśmy w nocy. Jeździliśmy wspólnie na wakacje, a nam od czasu do czasu udało się wyrwać samym na weekend, a dzieci „sprzedać” dziadkom.

Phi, jaki kryzys, skoro tyle lat jesteśmy razem. Zawsze znajdowaliśmy powody do rozmów, to zajęcia dla dzieci, to wywiadówki, to planowanie wakacji, planowanie obozów. Wydatki. Słowem – wszystko kręciło się wokół rodziny, czyli… tak jak powinno być. Tak mi się wtedy wydawało. Nam się wydawało. A dzisiaj? Dzielimy majątek, który do niedawna był wspólny.

Kiedy żartowałam, że nas kryzys dopadnie w 20 roku małżeństwa, wszyscy się śmiali, że po tylu wspólnych latach, o żadnym kryzysie nie może być mowy. Każdy się do siebie jest w stanie przyzwyczaić, zaakceptować swoje wady, rozumieć się bez słów. Takie to zabawne, ale i prawdziwe mi się wydawało.

Pamiętam, jak siedzieliśmy w kuchni. Był wieczór, ciepła herbata. Dzieciaki gdzieś wywiało i dotarła do mnie cisza, tak głośna, że aż w uszach dzwoniła. „Jak dzień?” – spytałam, a mój głos odbił się od ścian, aż się odruchowo lekko skuliłam. Spojrzałeś na mnie zdziwiony. „Okej”. I to wszystko. Wróciłeś do czytania gazety, a ja zastygłam nad kubkiem herbaty próbując sobie przypomnieć, co się ostatnio wydarzyło w twojej pracy, o co zahaczyć, pociągnąć rozmowę. I w głowie pustka… Masz tę swoją pracę od 12 lat, znasz firmę jak własną kieszeń, mało rzeczy tam cię zaskakuje. Ot praca. „Opowiedz, co dziś robiłeś” – nie chciałam dać za wygraną. „O co ci chodzi?”. A mi chodziło o rozmowę. Nie, to nie wtedy zrozumiałam, że w ogóle ze sobą nie rozmawiamy. To przyszło z czasem. Dzieci coraz częściej nie było w domu. Wiadomo – życie nastolatków. W weekendy spotykali się ze znajomymi, spali u kolegów. Wcześniej lubiłam, jak wybywali z domu. Mogłam książkę poczytać, poleżeć w ciszy, nikt ode mnie nic nie chciał. Ale im częściej takie wieczory się trafiały, tym bardziej zaczęła mi ta cisza doskwierać… Proponowałam film – zasypialiśmy w trakcie, albo ty, albo ja. Mówiłam „Może pójdziemy na spacer?”, to byłeś zmęczony, a jak już poszliśmy, to ze sobą nie rozmawialiśmy, a jak rozmawialiśmy to o domowych sprawach, co trzeba kupić, jak zorganizować tydzień, bo dzieci miały jakieś wyjazdy.

„Czemu mnie kochasz?” – spytałam któregoś razu. „Daj spokój” – wywróciłeś tylko oczami i dalej czytałeś gazetę. „Czemu mnie kochasz?” – nie dawałam za wygraną. „Bo jesteś matką moich dzieci” – uśmiechnął się, a ja poczułam ścisk w żołądku.

„Matką dzieci? Naprawdę”.

„No tak, co w tym dziwnego”.

„A widzisz we mnie kobietę, nie tylko matkę”.

„Co ci odbiło?”.

Zdrętwiałam. Siedziałam bez ruchu próbując zrozumieć, co się właściwie dzieje, dlaczego tak mnie to boli? Nie potrafiłam ciągnąć tej rozmowy, a ty wróciłeś do czytania gazety uznając temat za zamknięty. W łóżku mnie przytuliłeś bez słowa.

Wiem, że to była równia pochyła. Że wypełniliśmy swoje role małżonków, rodziców. Założyliśmy rodzinę, pracowaliśmy, mieliśmy mieszkanie, samochód, zaplanowane wakacje nad polskim morzem. Wszystko funkcjonowało jak w zegarku. I nawet nie zauważyliśmy, kiedy zrezygnowaliśmy z siebie i z siebie nawzajem. Kiedy przestaliśmy się starać, kiedy daliśmy się wciągnąć w kołowrotek codzienności. Szliśmy utartym i wygodnym dla nas szlakiem. Czego nam było brak? Cieszyliśmy się z sukcesów dzieci, kibicowaliśmy im w ich pomysłach, wspieraliśmy. Byliśmy rodzicami, a przestaliśmy być razem, też tylko dla siebie – parą, kochankami, przyjaciółmi. Weszliśmy w swoje role i nie zauważyliśmy, kiedy one nas kompletnie pochłonęły, zniewoliły, ograniczyły.

Pytałam siebie, za co ja ciebie kocham. Paradoks „za to, że jesteście ojcem moich dzieci”. To co jeszcze niedawno zabolało mnie, teraz wypowiedziane na głos mogłoby zaboleć ciebie.

Ta jedna noc była długa… i bolesna. Nie byliśmy szczęśliwi. Nie wiedzieliśmy, czy jeszcze siebie kochamy. Padło tyle żalów, tyle wcześniej nie zgłaszanych pretensji.

– bo dla ciebie ważne były tylko dzieci

– bo ty żyłeś tylko pracą

– przestałaś o siebie dbać, starać się

– nawet prezenty kupowałeś mi od kilku lat te same lub podobne, bez wysiłku

– chciałaś świętego spokoju, jakbym ci przeszkadzał

– nie wychodziłeś z inicjatywą, godziłeś się na każdy mój pomysł nic nie dając z siebie

– seks stał się nudny, przewidywalny

– przestałam chcieć cię poznawać, pytać co u ciebie, bo zawsz słyszałam to samo

– nie wychodziłaś z inicjatywą – romantycznego wieczoru, seksu

– nie wiem, czy cię jeszcze kocham

– ja też nie wiem, czy cię kocham

Kim byliśmy? Parą 20-latków śmiejących się, planujących, siedzących na plaży czekając na wschód słońca. Kim się staliśmy? Parą smutnych ludzi, którzy się do siebie nie uśmiechają, którzy zastygli w garnkach, wymianie żarówek, kupnie lodówki, odwożeniem dzieci do szkoły. Bez własnych pasji, bez chęci na lepsze wspólne życie. Małżeństwem, którym nigdy nie chcieliśmy być – z kanapą, serialem, kanapką z serem i pomidorem, prysznicem, seksem pod kołdrą. Nudni, smutni, bez iskry w oku, kiedy na siebie patrzeliśmy.

Próbowaliśmy. Tak, wiem. Weekend w SPA, gdzie zabrakło nam tematów do rozmów, a te poruszane po butelce wina znowu bolały i rozdrapywały rany. Staliśmy się dla siebie obcy żyjąc kompletnie obok siebie, nie interesując się sobą nawzajem, nie chcąc stawać się lepszym dla tej drugiej osoby, bo nikt nie stawiał nam wyzwań. Udawaliśmy, że ten żar, tę miłość da się wskrzesić jeszcze przez jakiś czas…

Bez szans, bez nadziei na powodzenie… Leży przede mną twoja propozycja podziału majątku. Pozew o rozwód. Dzieci są duże, niech mają prawo głosu decydując o opiece nad nimi… Rozwodzimy się spokojnie, bez emocji. I chyba ten brak emocji jest najgorszy, bo to dowód, że nam na sobie już nie zależy. Niech każde rozejdzie się w swoją stronę, zostańmy przyjaciółmi, może mamy jeszcze szansę na zbudowanie szczęścia, na miłość, o którą tym razem zadbamy, by zapomniana zupełnie nie odeszła.


Związek

Brak prezentów, popsute grzyby i napięty dzień w pracy, czyli jak koncertowo spieprzyć sobie Święta

Z życia kobiety
Z życia kobiety
23 grudnia 2016
Fot. iStock/awatchaiprakobkit
 

Znacie to?

Rok temu obiecywałaś sobie: ostatni raz na ostatnią chwilę. OSTATNI RAZ. Za rok wszystko zrobię inaczej.

Po pierwsze przez rok będę zapisywać pomysły na prezenty, które wpadną mi do głowy, od tak po prostu.

Po drugie kupować prezenty będę od listopada, na spokojnie – zamawiać, oglądać mieć czas, żeby w razie czego wymienić. Do 10 grudnia już nie będę i prezentach pamiętać, wszystkie szczęśliwie leżeć będą w domu. Aaa i papier do pakowania, ten też będzie zdecydowanie wcześniej niż zazwyczaj.

Po trzecie nie obiecam szefowi, że do Świąt skończę jeden z ważnych projektów. Co to, to nie. Z góry mu zakomunikuję, że czas mamy do połowy stycznia i tego terminu zamierzam się trzymać, a nie wypruwać sobie żyły, żeby jemu coś udowodnić.

Po czwarte NIKOMU nie obiecam, ze upiekę dla kogoś ciasto, nie dam się nabrać, że tylko mój makowiec smakuje najlepiej. „Chcesz dam ci przepis” – tak tę odpowiedź muszę pielęgnować w głowie. Nie. Koniec i kropka.

Po piąte oleję świąteczne porządki. No przecież nie mam tak zapuszczonego mieszkania, żeby z językiem na wierzchu szorować szafki, które są czyste, na kolanach pięć razy myć podłogę po której i tak zaraz przeleci stado dzieciaków. Nie – świąteczne porządki ograniczę do minimum.

Po szóste – właśnie, przejrzę ozdoby choinkowe, bo zawsze mi się wydaje, co mam, co ocalało po zeszłorocznych Świętach, a w efekcie gonię w dzień przez Wigilią w poszukiwaniu bombek… Pomijam, że to co zostało dalekie jest od mojej wizji przepięknej i kolorowej choinki….

Po siódme – w końcu zrobię pierniki, te które sześć tygodni stać muszą w zamkniętym pojemniku. Zrobię i już. A kto mi zabroni. Niech Święta będą w moim domu szybciej niż na dwa dni przed Wigilią.

Po ósme – lista zakupów – przysięgam, że w tym roku nie będę jej robić na kolanie, na szybko, byleby była, kiedy mąż stoi nade mną ubrany wychodząc do sklepu. Lista zakupów tworzona będzie systematycznie, bez niepotrzebnych rzeczy, by znowu nie zostać z trzema nadprogramowymi puszkami masy makowej i dwoma kilogramami grochu, kiedy to grochówka czkawką w marcu odbijać się nam już będzie.

W końcu po dziewiąte – sprawiedliwie rozdzielę zadania. Mama zrobi tym razem barszcz, siostra ulepi pierogi i uszka, a mąż ogarnie temat ryb. Każdy będzie miał swój wkład w te Święta, niech one będą wspólne, a nie kosztem jednej osoby.

I po dziesiąte – NIC, kompletnie NIC nie będę robić w samą Wigilię. Wszystko przygotuję wcześniej, nie będzie pogoni za makiem do klusek, nie zdarzy się wyławiania ostatniego karpia u pana na targu, który zamierzał się już pakować. Wszystko w piątek wieczorem ustawione w lodówce będzie czekać na achy i ochy przy kolacji, a ja z dziećmi przystroję choinkę – wiedząc, co mam na niej do powieszenia.

Tymczasem jest piątek. Jutro Wigilia, a ja… Nie śpię od szóstej myśląc, co kupić pod choinkę szwagrowi, mamie, teściowej i siostrze męża. W głowie robię szybki przegląd, ale już wiem, że znowu skończy się na koszuli, książce i płycie. W sumie, ro temu każdy z prezentu takiego się ucieszył, to czemu w tym roku miałoby być inaczej.

Przy porannej kawie wypisuję, co mam do ugotowania, żeby wiedzieć co kupić trzeba i… okazuje się, że znowu wszystko robię sama. FUCK. Moja wina, moja bardzo wielka wina. Jak to się znowu stało? Z piekarnika wyciągam dwie rolady makowe dla koleżanek z pracy, żeby im świeże dowieźć, w głowie (znowu) notując, że maku, mąki i jajek do makowca dla nas brakuje. OSTATNI raz, ten rok na pewno jest ostatnim. Jak to było? „Podam przepis”?

O matko: GRZYBY SUSZONE?!? Spleśniały w pudełku, przecież miałam zajrzeć tydzień temu. A jeszcze pierogi i uszka dziś wieczorem. SMS od męża – pudła z ozdobami stoją w przedpokoju. Jakie pudła? W jakim przedpokoju. Przecież zaraz lecę do pracy. Nie mam czasu. Nie mam czasu. Dobra rok temu chyba kupiłam z zapasem bombek. Coś wymyślę. „Jak zawsze” w głowie dodaję.

Już czuję ciśnienie, spięcie w żołądku. Makowiec, pierogi, uszka, barszcz. Aaa ŚLEDZIE! No jak mogłam zapomnieć o śledziach.

Przez chwilę chce mi się płakać, bo przecież miało być inaczej. Miałam spokojnie zasiąść do Wigilii, a już wiem, że dziś od popołudnia do jutra do popołudnia będę warczeć, krzyczeć, wszystkich ustawiać po kontach.

Jeszcze te prezenty….

Nie, w tym roku miało być inaczej. W tym roku nie miałam spieprzyć sobie Świąt dopiero w drugi ich dzień oddychają z ulgą, siadając z dziećmi na podłodze grając w planszówkę, którą znalazły pod choinką.

Dzwonię do kadr. Urlop na żądanie. Słyszę: „Zwariowałaś, dzisiaj?”. Tak dzisiaj. Kurde od trzech lat tego urlopu nie wykorzystałam, zawsze przepada. Uśmiecham się. Dzwonię do przyjaciółki: „Gdzie zamawiasz pierogi?”, wiem, że mi jeszcze też załatwi. Łapię swoją czerwoną dużą torbę – idealna na szybkie prezentowe zakupowy, wybieram galerię gdzieś na uboczu, największą odpuszczam. O i tam nawet znajduję fajne ozdoby choinkowe. Buraki, śledzie, groch. W tym roku będzie 12 potraw licząc ze stojącym na stole masłem. W końcu to też jakiś rodzaj potrawy.

A z dziećmi wieczorem pójdę na łyżwy. A kto mi zabroni i w sumie dlaczego nie? Bo pierogi zamówione i tylko jedno ciasto gotowe?

Za rok już na pewno będzie inaczej. NA PEWNO!


Związek

Chciałam się zemścić, zranić go tak mocno, jak on mnie, kiedy odchodził do innej kobiety. Znałam jego słaby punkt…

Z życia kobiety
Z życia kobiety
27 listopada 2016
Fot. iStock/martin-dm

Nienawidziłam go. Jak mógł mnie zostawić z dwójką dzieci? Jak mógł rozbić naszą rodzinę? Przecież nie można kogoś tak nagle przestać kochać, odejść do innej kobiety?

– A co z nami? – pytałam

– Nas już od dawna nie ma – słyszałam.

Jest w tobie taka wściekłość pomieszana z bezsilnością, tak ogromna chęć zemsty. Bo miało być tak pięknie. Wzięliśmy ślub jeszcze na studiach, ale byliśmy pewni naszej decyzji. Dwa lata później urodził się Eryk, a nim skończył trzy lata Emilka. Nie wiem, kiedy to się stało, kiedy straciłam czujność. Zresztą jaką czujność, to on poszedł do kobiety, to on zamiast powiedzieć: „Dzieje się źle”, zdecydował się na pójście na skróty. Jasne, że najłatwiej jest szukać szczęścia, gdzie indziej niż powalczyć o to, które ucieka przez palce.

Chciał szybko wziąć rozwód. Na już i teraz, bo po co to przedłużać, a ja nie byłam w stanie myśleć racjonalnie. Chciałam, żeby poczuł to co ja, żeby poczuł, jak głęboko mnie skrzywdził, jak poniżył. Znałam go bardzo dobrze i wiedziałam, gdzie jest jego najsłabszy punkt… Dzieci.

Kochał je. Spędzał z nimi każdą wolną chwilę, teraz widzę, że wtedy częściej z nimi niż ze mną. Z Erykiem grał w piłkę, Emilkę woził na tańce. Był na każdym meczu, każdym przedstawieniu w przedszkolu. Lubił ich rozpieszczać, ale był tatą z zasadami. Fajnym tatą.

Ale fajny tata nie zostawia swoich dzieci, nie odchodzi do innej kobiety, która nie jest ich mamą. I co? I teraz one będą się widywać z nową ciocią? Ona będzie im smażyć naleśniki w soboty rano? Mają się bawić w szczęśliwą rodzinę?

Byłam jak w amoku.

– Dwa weekendy w miesięcu – skwitowałam jego zapytanie o opiekę nad dziećmi.

– Zwariowałaś? Jakie dwa weekendy, to są też moje dzieci? – cieszyłam się, że go to zabolało.

– Trzeba było pomyśleć o tym szybciej – wycedziłam przez zęby.

Rozmowę uznałam za zakończoną. Ale on nie dawał za wygraną.

– Trzy weekendy w tygodniu i wtorki po południu – drążył.

Wyszłam. Spotykaliśmy się w knajpie. On pewnie celowo tak nas umawiał chcąc uniknąć moich scen.

W sądzie wystąpiłam o wysokie alimenty, a on o opiekę naprzemienną. Co za tupet! A gdzie dobro dzieci? Jak ma ich życie być stabilne w dwóch domach na zmianę! Oszalał. Nigdy w życiu się na to nie zgodzę. Ale on przystał na alimenty. Chociaż tu poczuł odpowiedzialność i zobowiązanie wobec dzieci. Dupek. Pieniędzmi chce zagłuszyć sumienie.

Toczyliśmy walkę o opiekę nad dziećmi. „A myślałeś, że będziesz taki szczęśliwy” – myślałam z satysfakcją, kiedy celowo zabierałam dzieci z przedszkola, tak by on w „jego” dzień nie mógł ich spotkać. To we wtorki umawiałam dentystę, logopedę – co się żywnie dało, żeby nie mógł ich widzieć. Sąd przystał na dwa weekendy w miesiącu i jedno popołudnie w tygodniu, wtorkowe popołudnie.

Przyszedł do przedszkola na występy Emilki… Stanął obok mnie, a ja nie miałam gdzie uciec – wokół pełno ludzi. Emilka widziała, że stoimy razem. „Dziękuję, że mogłem tu być z tobą i że nasza córka to widziała”. Chciałam mu się odgryźć, ale gula utkwiła mi gardle… Porozmawiał z Emilką, poprzytulali się, musiał lecieć do pracy. Przychodził na każde zebranie, na każde spotkanie. Był na meczach Eryka – bez względu na to, czy to jego weekend czy mój.

– Dlaczego to robisz? – spytałam kiedyś podczas meczu, gdy Emilka pobiegła ściskać brata.

– Bo to są moje dzieci i je kocham – odpowiedział.

„Odbierzesz je we wtorek” – napisałam SMS-a. „Jasne. Będą u ciebie o 19:00” – odpisał. A ja umówiłam się do fryzjera. I na paznokcie od razu. – Pięknie wyglądasz – powiedział stojąc w drzwiach i rozbierając dzieciaki.

W Dzień Mamy czekał pod przedszkolem. Zaskoczył mnie. Poprosił o pięć minut z dziećmi, wróciły do mnie z kwiatami: „Dla najlepszej mamy” – usłyszałam. I płakałam jak głupia. Kilka dni później w moje urodziny wręczyły mi dumne prezent, piękną bransoletkę. „Z tatą ci mamuś kupiliśmy” – powiedziały, gdy zaskoczona pytałam „ale jak?”.

Spytał, czy może wziąć je już w piątek po przedszkolu. Na dwie, a nie jedną nockę. To nie było łatwe. Bo jedna część mnie krzyczała jeszcze: „Nienawidzę cię”, a druga mówiła: „Tu chodzi o dzieci, on jest dobrym tatą”. Patrzyłam na te moje dzieciaki. Spały tak spokojnie. Przypominałam sobie te weekendy, kiedy byliśmy w czwórkę. Te wariacje na boisku, spacery i rzucanie się liśćmi, gorąca czekolada, którą dla nich przemycał. Wspólne Święta, urodziny… Nie było ich zbyt dużo, ale jednak były. Wydawało mi się, że byliśmy tacy szczęśliwi… I pamiętam uśmiech Emilki, gdy pojawił się na jej pierwszych tanecznych występach, choć do końca nie wiedział, czy będzie. I Eryka, który mówił: „Widziałeś tato, widziałeś jak strzelałem?”.

„Okej”, odpisałam. Wziął dzieci w piątek, a ja cały weekend przepłakałam. Najpierw nad sobą, nad naszym związkiem, jakby do mnie dotarło, że to naprawdę koniec. Później nad naszymi dziećmi, które nie mają pełnego normalnego domu. Pytałam siebie, czy mamy szansę na szczęście. I zobaczyłam to, że do szczęścia mają prawo nasze dzieci. Jeśli chcemy cokolwiek dobrego wyciągnąć z tej historii, niech będzie to co najlepsze dla nich.

W niedzielę powiedziałam, że może je zawsze brać w piątki.

Minął rok od rozwodu. Rok żałoby nad tym, co umarło między nami, ale nie umarło dla naszych dzieci. Dla nich jesteśmy nadal tak samo ważni, tak samo mocno my je kochamy, a one nas. Spotkaliśmy się ustalając między sobą, że co drugi miesiąc może brać dzieci w trzy weekendy – od piątku. I na jedną noc w tygodniu, jeśli tylko będą chciały. Ale gdy zauważymy coś niepokojącego w ich zachowaniu, jakąś dezorientację, mamy sobie nawzajem dać znać. Ufałam mu, wiedziałam, że dobro dzieci jest dla niego najważniejsze.

Dzisiaj – trzy lata później, spędzamy zawsze razem wigilię Wigilii – nim rozjedziemy się do swoich rodzin. Na zmianę jeden tydzień świąteczny dzieci są z jednym z nas, noworoczny z drugim, żeby nie przerzucać ich podczas Świąt. Zaproponowałam obniżenie alimentów. W końcu spędza z dziećmi niemal tyle samo czasu co ja. W moje urodziny przychodzi z kwiatami, a w jego zawsze mam dla niego jakąś drobnostkę. Kiedy chorowała jego mama, byłam z dziećmi w szpitalu – to ich jedyna babcia. Wiedziałam, że to było dla niego ważne. Szanujemy się. Nie, żeby było sielankowo, jasne, że się kłócimy, spieramy – ale zawsze mając na uwadze nasze dzieci. Szkołę dla Eryka wybieraliśmy wspólnie po długich dyskusjach. Pomysł Emilki na balet – podobnie.

Jestem spokojna. Patrzę na moje uśmiechnięte dzieci, które już nie pytają, czy tata przyjdzie na jasełka, o wiedzą, że będzie. Nie boją się powiedzieć: „Mamo, mogę zadzwonić do taty i mu to opowiedzieć”, kiedy coś dla nich jest ważne. Mają dwa domy, ale też dwoje rodziców, którzy choć nie kochają już siebie tamtą miłością, to traktują się ciepło i serdecznie.

Wiem, że popełniłam wiele błędów. Że moje dzieci mogły mniej wycierpieć, gdyby nie moja złość i chęć zemsty. Ale to już za nami. Jestem jemu wdzięczna, że pokazał mi, co jest ważne pomimo wszystko. I kiedy ostatnio Emilka robiła laurkę i spytała, co tacie napisać, powiedziałam: „No jak to co: dla najlepszego taty”. „A ty jesteś najlepszą mamą”- usłyszałam.