Rozwód Związek

Nie traćcie zdrowego rozsądku odchodząc

Z życia kobiety
Z życia kobiety
4 stycznia 2021
Fot. iStock/yulkapopkova
 

“Nic od niego nie chcę” – dziewięć na dziesięć kobiet to mówi, nieważne czy one odchodzą, czy on je zostawia. Przychodzi rozwód, a my jak te durne zarzekamy się, że same sobie w życiu poradzimy, że jeszcze mu pokażemy, że on do niczego nie jest nam potrzebny.

Ileż to rozmów przeprowadziłam z kobietami, które rozwiodły się kilka lat wcześniej. Najczęściej zostawiały mu wszystko, pralkę, lodówkę, żelazko, wszystko to, czego dobrali się wspólnie latami. Jakby koniec związku był ostatecznością, kreską, granicą, za którą nie chce się wracać po nic.

Po latach przyznają, że były głupie. Zwyczajnie dały ponieść się emocjom, urażonej dumie. Ba, nawet jeśli on proponował pomoc, odwracały się na pięcie powtarzając te swoje: “niczego od ciebie nie chcę”. I jasne, na poziomie emocjonalnym każdy jest w stanie to zrozumieć. Znam kobiety, które uciekały od przemocowców, od kłamców, od zdradzających. Chciały jak najszybciej zapomnieć o tym, co je spotkało, nie wracać do tego, mieć w końcu święty spokój. Bo ten święty spokój na wtedy był dla nich najważniejszy, dla nich, dla ich dzieci.

A może warto wyciągnąć wnioski z lekcji innych i zamiast unosić się honorem, dumą, pomyśleć o sobie i odchodząc nie tracić zdrowego rozsądku.

Co moje to i twoje

Najczęściej zaczynaliście od zera wspólnie. Była lodówka, pralka, pierwszy samochód, kredyt na mieszkanie. Cieszyliście się jak dzieciaki z osiągania wspólnie niezależności finansowej. Nieważne, kto więcej pracował, kto więcej zarabiał. Wszystko było wasze, nie moje ani jego. Nie osobno.

Dlatego nie przekreślaj tego wszystkiego odchodząc. Nie oddawaj mu mikrofalówki, odkurzacza i też nie zostawiaj mu wszystkiego, bo przecież ty dasz sobie radę.Jasne, że dasz, wiesz o tym najlepiej i nikomu innemu, jak tylko sobie, kolejne lata będziesz to udowadniać. Ale to nie znaczy, że teraz ty masz znowu zaczynać od zera, spłacać wspólny kredyt, dorabiać się każdej najmniejszej rzeczy. Rozsądek, nie emocje – pamiętaj. Odchodząc nie możesz zostać z pustymi rękami, rozpoczęcie nowego rozdziału w twoim życiu nie może oznaczać, że wszystko musi być nowe. Przeszłość boli, rozdrapuje rany, ale czy nie będzie bardziej cię boleć za jakiś czas poczucie cholernej  niesprawiedliwości, bo on uwił sobie gniazdko na tym, co było wasze, a co w jego nowym życiu kompletnie mu nie przeszkadzało?

Policz, przekalkuluj. A niech nazwie cię wyrachowaną, dla której liczą się tylko pieniądze. To są jego myśli o tobie, a nie prawda o tym, kim jesteś i o co walczysz. Zapamiętaj to.

Poczucie winy

Zostałyśmy niestety wychowane w duchu, że kobieta jednak głosu nie ma. Że powinna być grzeczna, pokorna, nie chcieć za dużo, a jak już czegoś chce, to w samotności niech o to walczy. Te przekonania zostały w nas bardzo mocno zakorzenione i wydaje nam się, że przy rozwodzie nie wypada nam domagać się tego, co jest też nasze.

Skończmy z tym, jak mówi Asia Keszka: grzeczna to już byłam, teraz rozpycham się łokciami w moim własnym życiu chcąc by było jak najlepsze dla mnie. Nie miej poczucia winy, nie myśl, że nie wypada, nie słuchaj głosów, że on to drań i niech spada. Łatwo mówić komuś z zewnątrz, kto za chwilę nie będzie musiał myśleć, jak ułożyć sobie nowe życie.

Jeśli był przemocowcem, jeśli cię skrzywdził, walcz o orzeczenie o winie. Jasne, to boli, to nie jest łatwe, często sprawia, że czujemy się upokorzone, ale na końcu odniesiesz zwycięstwo. Będziesz wiedzieć, że postąpiłaś słusznie, że wygrałaś, choć łatwo nie było. Że nie dałaś na końcu jeszcze się skopać, jak bezbronne zwierzę.Niech ta walka da ci siłę i wiarę w to, że jesteś jeszcze wiele warta, że możesz spojrzeć w lustro i powiedzieć: hej, lubię cię, jesteś silna, mogę ci ufać, bo zawsze zadbasz o siebie.

Dzieci

Abstrahuję zupełnie od sytuacji, kiedy w trakcie rozwodu dzieci stają się dla rodziców kartą przetargową. Mówię o tej, kiedy macie ustalone kontakty, a ty drżysz ze strachu, jak to będzie. Boisz się, że może jednak dzieci będą wolały być u ojca. Po pierwsze pamiętaj, że to są twoje lęki, które dzieci odczuwają. To, że on nie okazał się idealnym mężem, nie odbiera mu prawa do bycia dobrym ojcem. Też potrzebuje szansy, tak ważne jest, by to zrozumieć i odciąć to od negatywnych emocji, do których każdy ma prawo, ale one nie mogą być jedynym determinantem naszego działania.

Pamiętam, jak znajoma opowiadała mi, że przez pierwsze weekendy i popołudnia, kiedy jej dzieci szły do ojca, płakała. Nie wiedziała zupełnie, co ze sobą zrobić. Aż pewnego razu umówiła się do kosmetyczki, później do fryzjera, kupiła swoje ulubione książki i zaczęła doceniać czas, kiedy była sama, kiedy nikt nic od niej nie chciał. Dzieci wracały do uśmiechniętej i wypoczętej mamy. Nie ma nic złego w skupieniu się na sobie.

Prawo do szczęścia 

Jedyne do czego masz prawo po rozwodzie to do wyboru, czy chcesz osiąść w roli męczennicy i ofiary, czy nie. To, że podwiniesz rękawy i będziesz pruć do przodu nie ulega wątpliwości, ale rozejrzyj się, czy idziesz w dobrym kierunku. Czy chcesz udowodnić światu, czy sobie, że masz dobre życie. Czy to ty będziesz pisać kolejny rozdział swojego własnego scenariusza, czy pozwolisz, by to inni bezwiednie pociągali za jego sznurki. Pewne jest to, że masz prawo do szczęścia, do polubienia siebie i tego, jak zarządzasz swoimi emocjami, szczęściem, potrzebami.

Zawsze, jak zamykasz jedne drzwi, otwierają się kolejne, trzeba tylko złapać za tę klamkę, żeby nie zostać w pomieszczeniu, które stłamsi twoją siłę, piękno i mądrość.


Rozwód Związek

Historia pewnej (nie)miłości. „Chciałam tłuc głową o ścianę, krzyczeć, udawać, że to był tylko sen”

Z życia kobiety
Z życia kobiety
7 stycznia 2021
Fot. iStock/MarinaZg
 

Myślałam, że po 40-tce człowiek nie może się już zakochać. Przyjaciółki namówiły mnie na portale randkowe. W końcu znane są historie, że ludzie znaleźli tam miłość, więc kto wie. Jak dla mnie okazało się to jedną wielką porażką. Wiem, ktoś powie, że czego niby się spodziewałam, te portale dawno przestały być szansą na poznanie kogoś, z kim można zbudować jakąś więź i relację, są raczej wymianą usług seksualnych, o które zabiegają żonaci faceci i jak się dowiedziałam, nierzadko mężatki.

Jasne, spotkałam się kilka razy na kawie, poszłam na spacer, ale na końcu i tak wszystko sprowadzało się do szybkiego seksu bez zobowiązań, na który, jeśli miałam ochotę, się decydowałam. Pruderię w tej kwestii już dawno zakopałam z pełną świadomością swoich potrzeb.

Kto by przypuszczał, że ciebie spotkam przypadkiem. Wyszłam ze sklepu i usilnie próbowałam otworzyć samochód, by zapakować zakupy, jak się okazało do twojego, a nie mojego auta. “Co Pani robi?” – usłyszałam za swoimi plecami. “A co Panu do tego” – odpowiedziałam wściekła, bo auto za diabła nie chciało się otworzyć. Kiedy na ciebie spojrzałam, wyciągnąłeś rękę z pilotem i wtedy zrozumiałam swoją pomyłkę. To twoje rozbawienie w oczach i moja myśl: “jestem idiotką”.

Nie dałeś mi nawet szansy się wytłumaczyć, tylko biorąc moje torby spytałeś, gdzie jest mój samochód. “Wisi mi pani kawę, tu obok jest miła kawiarnia” – powiedziałeś z uśmiechem. Rozejrzałam się po parkingu, bo miałam wrażenie, że jestem w ukrytej kamerze. Zgodziłam się, w końcu już gorzej być nie mogło. Byłeś taki czarujący, zabawny. Zaczęliśmy rozmawiać, a jakże, najpierw o samochodach, a później o filmach, książkach, naszej pracy. Spojrzałeś na zegarek: “Przepraszam, strasznie długo cię zatrzymałam”, ale tobie to nie przeszkadzało. Miałeś jakieś spotkanie, spytałeś o numer telefonu i tak się zaczęło. Przyjechałeś do mnie późnym wieczorem. A ja po wspólnej kawie nie mogłam przestać o tobie myśleć. Kilka sms-ów… To był jak grom z jasnego nieba, jakbym przy twoim samochodzie dostała obuchem w głowę.

“Raz kozie śmierć” – ja ostrożna, nie zapraszająca nieznajomych do swojego mieszkania, złamałam wszystkie zasady. Wszedłeś i nic nie musieliśmy mówić, wystarczyło jedno spojrzenie i wiedziałam, że kierunek jest jeden – moja sypialnia. Kochaliśmy się i gadaliśmy na zmianę, a ja z niedowierzaniem powtarzałam: “Czy ty jesteś prawdziwy?”. Śmiałeś się, że za chwilę się obudzę i czar pryśnie.

Pracowałeś w korporacji, byłeś odpowiedzialny za międzynarodowe kontrakty, więc często musiałeś wyjeżdżać. Powiedzieliśmy sobie otwarcie, że każde z nas ma swoje życie, którym się zajmuje, ale ty pisałeś, że tęsknisz, dzwoniłeś w środku dnia, żeby chociaż chwilę porozmawiać. Unosiłam się nad ziemią. Moje przyjaciółki patrzyły na mnie mówiąc, że kwitnę, że widać, że w końcu jestem szczęśliwa.

Gdy tylko nadarzała się okazja, organizowałeś jakiś wyjazd na weekend, nad morze, Mazury, w góry. Byłam jak na haju. Kochająca i kochana. Chwilami nie mogłam uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę, że jest właśnie tak, jak chciałam. Nienachalnie, bezpiecznie, z tą nutą szaleństwa, którą oboje mieliśmy i która pozwalała nam zapakować się do auta w piątek wieczór i jechać, gdzie nas oczy poniosą, żeby rano obudzić się z widokiem na Tatry, czy bałtycką plażę.

Znowu byłam kobietą pożądaną, namiętną, na nowo odkrywającą, że seks może być odkrywaniem samej siebie i nas w nim. Czy coś mnie niepokoiło? Czasami znikałeś na kilka dni, ale zawsze uprzedzałeś, że będziesz zajęty, że masz dużo na głowie, a ja skutecznie cię rozpraszam, więc wolisz się skupić i swoje zawodowe obowiązki skończyć szybciej, żeby do mnie wrócić.

Szybko gasiłam te czerwone lampki. Byłeś po rozwodzie, od czterech lat nie mieszkaliście razem. Dwójka właściwie już dorosłych dzieci, na studiach, jak u mnie. Idealnie. Sielanka. Żona nie rozumiała twojej pracy i pasji do niej. Próbowaliście coś łatać, naprawiać, ratować, dawać sobie kolejne szanse, ale w końcu doszedłeś do wniosku, że nie ma sensu dłużej się męczyć, że może jeszcze każde z was osobno ułoży sobie życie, to lepsze.

Nie planowałeś się zakochać, nie szukałeś, doszedłeś do wniosku, że jak coś ma się wydarzyć, to się stanie. I nagle ja wyrosłam próbując włamać się do twojego auta.

Sms: “Czy Pani spotyka się z moim mężem?”. Zignorowałam, pomyślałam, że pewnie pomyłka, choć przez chwilę mój żołądek wywinął niezłego kozła. “Przepraszam, nie podpisałam się. Katarzyna X” – kolejny. Gapiłam się w telefon mając wrażenie, że świat na chwilę stanął. Nie, to nie może być prawda, ale zaraz, może tobie coś się stało, może ona pisze, bo miałeś wypadek, leżysz w szpitalu. “O co chodzi?” – na tyle było mnie stać, żeby drżącymi z nerwów palcami wcisnąć jakiekolwiek litery. Zadzwoniła.

Była bardzo spokojna, żadnej histerii w głosie. Opowiedziała, że jesteście małżeństwem od trzech lat, odszedłeś do niej, była twoją kochanką. Młodszą od pierwszej żony o 15 lat. Jest w ciąży. W jej głowie czerwone lampki biły na alarm od kilku tygodni, choć my byliśmy razem (matko, jak żenująco to brzmi) ponad osiem miesięcy. Nie byłam w stanie wykrztusić z siebie słowa, moje jedynie tak lub nie potwierdzały wszystko to, czego ona się domyślała. Docierały do mnie strzępki informacji: ciąża, dziecko, kochanka, wyjazdy służbowe, delegacje w weekendy. Była wyrozumiała, nie naciskała, nie próbowała wyciągnąć niczego ode mnie.

Brzęczało mi w uszach, myślałam, że głowa mi eksploduje. Chciałam walić nią w ścianę, obudzić się, zrozumieć, krzyczeć. Zdrętwiałam. Usiadłam, pozwoliłam się sobie uspokoić i płynąć myślom. Kropki zaczęły się łączyć. Nigdy nie byłam w twoim mieszkaniu. Jak wyjeżdżałeś nie dzwoniłeś wieczorami, wysyłałeś jedynie sms-y, tłumaczyłeś, że jesteś zmęczony rozmowami i negocjacjami, albo akurat masz kolację biznesową. Przecież byłam dużą dziewczynką, wiedziałam, ile czasu i energii potrafi zabrać praca, a jak wracałeś, byłeś taki cudowny. Miałeś dwa telefony. Jeden podobno służbowy. Nie, nigdy do nich nie zaglądałam, bo po co, przecież nie należę do tych kontrolujących wariatek. Od początku ustaliliśmy, że uczciwość najważniejsza, a najgorsza prawda i tak najlepsza…

Idiotka, ku*wa, debilka, naiwna szmata – tak wtedy o sobie myślałam. Chciałam ci to wszystko wykrzyczeć w twarz, powiedzieć, że nigdy nie poznałam gorszego od ciebie człowieka, że jak mogłeś mnie tak zranić. Choć jakaś część mnie chciała naiwnie wierzyć, że to ja jestem tą jedyną, że to mnie wybrałeś. Ona jest w ciąży. Za każdym razem dźwięczało mi w głowie. Niczego nie wybrałeś. Bawiłeś się świetnie, być może opowiadałeś o tym kolegom, chwaliłeś się, jak można mieć życie na dwa fronty i że jesteś w tym mistrzem. Podła gnida…

Dlaczego to piszę? Bo nie chcę cię widzieć, nie chcę słuchać tłumaczeń, albo zderzyć się z ich brakiem. Jestem jedną wielką otwartą raną, która wiem, że się zabliźni, nie chcę jej jeszcze bardziej rozdrapywać. Zabrałeś mi osiem miesięcy życia, nakarmiłeś iluzją. Zbieram się z podłogi, codziennie powtarzam: to nie twoja wina, to on jest psychopatą żerującym na cudzych emocjach. Nie, nie chcę myśleć, co z tego było prawdziwe, choć, gdy budzę się w nocy, wspomnienia wracają te wspólne poranki, kawa, ciepłe bułki z moimi ulubionymi powidłami… Nie. Nie chcę. Odejdź, nie wracaj. Nie zapomnę cię, ale mam nadzieję, że zamażę cię jak sen, który mi się przyśnił pewnej nocy i jak on zajdziesz mgłą, czasami odezwiesz się jakąś tęsknotą nieuchwytną. Nie życzę ci wszystkiego dobrego.


Rozwód Związek

Nie miej ochoty, odpuść i pamiętaj, że jeśli gdzieś jesteś, to gdzie indziej ciebie nie ma!

Z życia kobiety
Z życia kobiety
4 stycznia 2021
Fot. istock/1001Love

Pomyślałam sobie, że za stara jestem na robienie noworocznych postanowień. Nie, nie za stara w sensie wieku, bo mam wrażenie, że upływający czas działa tylko na moją korzyść. Za stara w sensie zdobytych doświadczeń, dojrzałości i też – nie ma co się korygować – jakieś życiowej mądrości, która ci mówi: serio, chcesz coś sobie założyć, postawić sobie cele i oczekiwania?

Myślę sobie o tych wszystkich planach, o mocnych postanowieniach poprawy. Czyli nie będę już objadać się wieczorami, odstawię colę, będę biegać z trzy razy w tygodniu. Tylko czy o to w życiu mi chodzi, żeby być coraz lepszą w kontekście tego, jak widzą cię inni, czy może jednak o to, żeby czuć się dobrze sama ze sobą.

Może jednak warto skupić się na tym, czego przez ostatnie 12 miesięcy się nauczyłam, gdzie byłam, czego spróbowałam.

Mój rachunek sumienia zawiera się w trzech aspektach.

Po pierwsze dotarło do mnie z całą mocą, że jeśli gdzieś jesteś, to gdzie indziej ciebie nie ma. Powiedziała mi to pewnego jesiennego wieczoru przyjaciółka. Zasiała ziarno, tak mam, że jedno zdanie potrafi we mnie zagościć na długo i dojrzewać. Rozmawiałyśmy w kontekście szukania miłości, związku, energii i zaangażowania, które dajemy czemuś, co być może (i często o tym wiemy, choć ciężko nam się zmierzyć z tą wiedzą) nie ma żadnej przyszłości, nie uczyni nas lepszymi. Jest po prostu kolejnym doświadczeniem, z którego warto wziąć co dobre dla nas i pójść dalej swoją drogą.

Odchodzenie, zmiany nigdy nie są łatwe, ale jeśli spojrzymy na nie przez pryzmat tego, że to kolejna lekcja, dzięki której się wzbogacimy, która uświadamia nam nasze potrzeby i pozwala dzięki temu nadal poszukiwać, jest zdecydowanie łatwiej. Zawsze, ale to zawsze, gdy zamykamy jedne drzwi, otwierają się kolejne. Jedynym pewnikiem w naszym życiu jest to, że wszystko płynie, przemija, zmienia się. Dlaczego nie mielibyśmy popłynąć z tym nurtem, zamiast kurczowo trzymać się tego co tu i teraz ze względu na strach. Naprawdę w życiu chodzi nam o to, żeby się bać spróbować tego, co nowe, co nieznane?

Po drugie wraz z odejściem tamtego roku wpisałam sobie w mój słownik hasło: nie mam ochoty. Przyszło, gdy obarczona wyrzutami sumienia i myśląc o tym jak jestem beznadziejna, bo nie chce mi się wstawić prania, powiedziałam głośno: bo nie mam ochoty. Nie jestem w stanie opisać ulgi, jaką wtedy poczułam. Może ktoś z was, kto mówi sobie, że nie robi czegoś, bo nie ma na to ochoty, zrozumie. A jeśli nie próbowaliście – zachęcam. Czeka na was stos naczyń, prasowanie, umycie podłogi – zaczynam od tych zwykłych drobnych codziennych zajęć, którymi nierzadko czujemy się obarczone. Bo mama nas wychowała, że okna muszą być czyste, że każdego dnia powinien być przez nas zrobiony obiad na stole, a wynajęcie pani do sprzątani jest wyrazem lenistwa, egoizmu i głupotą w wydawaniu pieniędzy. Czasami nie jesteśmy świadomi jak często naszymi zachowaniami  kierują wkodowane w nas przekonania, którym możemy powiedzieć: stop, nie mam ochoty, zrobię to jutro, za pięć godzin, a może poproszę kogoś o pomoc, bo mam inne rzeczy na głowie.

Owo “nie mam ochoty” wręcz niezauważalnie zacznie się przenosić w inne obszary naszego życia. Kiedy zaczynamy stawiać granice, nie pozwalać na to, byśmy byli używani przez innych, by ktoś naszym kosztem dbał o swój dobrostan. “Nie mam ochoty” to nie egoizm, tumiwisizm, to nazwanie tego, czego ja teraz i tutaj chcę, czego potrzebuję. Nie mam zamiaru z tego rezygnować w kolejnych latach mojego życia.

I w końcu po trzecie coś, co nie przychodziło do mnie, ale czego nie potrafiłam wcielić w swoje życie. Niby wiem, że nie na wszystko mamy wpływ, że nie każdy plan uda się zrealizować, że po drodze może dojść tak wiele czynników, które przestawią twoje tory na zupełnie inną stronę. Dlatego tak ważne jest, aby nauczyć się odpuszczać. Słucham swoich emocji i tego, co mi gdzieś w środku gra. Kiedy odczuwam niepokój, szukam jego źródła, a nie próbuje zagłuszyć kolejnymi projektami do zrealizowania, nadaktywnością i emocjonalnością, której później żałuję, bo efekty zazwyczaj są opłakane.

Wiem już, że to na co nie mamy wpływu, nie jest nasze, więc nie warto temu dawać swój czas i uwagę, tylko skierować energię na to, na co wpływ mamy. W jednej z trudnych dla mnie sytuacji przyjaciółka powiedziała: uspokój się, pomyśl na czym ci zależy, jakie są twoje potrzeby, czego chcesz i dopiero wtedy działaj. Nie było łatwo, bo w moim przypadku emocje zazwyczaj biorą górę. Ale udało się, posłuchałam jej i okazało się, że było warto. Ponownie dotarło do mnie z całą mocą, że ja i to co moje jest ważne, a cała reszta, która toczy się wokół, niech się dzieje. Mam wpływ na swoje emocje, na własne wybory i decyzje, jeśli nie są one z kimś kompatybilne, to znaczy, że trzeba to odpuścić, poszukać innego wentyla. Dać upust temu, co nam w duszy gra i podążać za tym, choć droga na początku wydaje się być usłana wielkimi górami, pod które toczymy nasze kanciaste głazy.

Ale – często powtarzam kiedyś zasłyszane słowa: na końcu zawsze jest dobrze, a jak nie jest, to znaczy, że to jeszcze nie koniec. I tego mam zamiar się trzymać.