Rozwód Związek

Nie traćcie zdrowego rozsądku odchodząc

Z życia kobiety
Z życia kobiety
4 stycznia 2021
Fot. iStock/yulkapopkova
 

“Nic od niego nie chcę” – dziewięć na dziesięć kobiet to mówi, nieważne czy one odchodzą, czy on je zostawia. Przychodzi rozwód, a my jak te durne zarzekamy się, że same sobie w życiu poradzimy, że jeszcze mu pokażemy, że on do niczego nie jest nam potrzebny.

Ileż to rozmów przeprowadziłam z kobietami, które rozwiodły się kilka lat wcześniej. Najczęściej zostawiały mu wszystko, pralkę, lodówkę, żelazko, wszystko to, czego dobrali się wspólnie latami. Jakby koniec związku był ostatecznością, kreską, granicą, za którą nie chce się wracać po nic.

Po latach przyznają, że były głupie. Zwyczajnie dały ponieść się emocjom, urażonej dumie. Ba, nawet jeśli on proponował pomoc, odwracały się na pięcie powtarzając te swoje: “niczego od ciebie nie chcę”. I jasne, na poziomie emocjonalnym każdy jest w stanie to zrozumieć. Znam kobiety, które uciekały od przemocowców, od kłamców, od zdradzających. Chciały jak najszybciej zapomnieć o tym, co je spotkało, nie wracać do tego, mieć w końcu święty spokój. Bo ten święty spokój na wtedy był dla nich najważniejszy, dla nich, dla ich dzieci.

A może warto wyciągnąć wnioski z lekcji innych i zamiast unosić się honorem, dumą, pomyśleć o sobie i odchodząc nie tracić zdrowego rozsądku.

Co moje to i twoje

Najczęściej zaczynaliście od zera wspólnie. Była lodówka, pralka, pierwszy samochód, kredyt na mieszkanie. Cieszyliście się jak dzieciaki z osiągania wspólnie niezależności finansowej. Nieważne, kto więcej pracował, kto więcej zarabiał. Wszystko było wasze, nie moje ani jego. Nie osobno.

Dlatego nie przekreślaj tego wszystkiego odchodząc. Nie oddawaj mu mikrofalówki, odkurzacza i też nie zostawiaj mu wszystkiego, bo przecież ty dasz sobie radę.Jasne, że dasz, wiesz o tym najlepiej i nikomu innemu, jak tylko sobie, kolejne lata będziesz to udowadniać. Ale to nie znaczy, że teraz ty masz znowu zaczynać od zera, spłacać wspólny kredyt, dorabiać się każdej najmniejszej rzeczy. Rozsądek, nie emocje – pamiętaj. Odchodząc nie możesz zostać z pustymi rękami, rozpoczęcie nowego rozdziału w twoim życiu nie może oznaczać, że wszystko musi być nowe. Przeszłość boli, rozdrapuje rany, ale czy nie będzie bardziej cię boleć za jakiś czas poczucie cholernej  niesprawiedliwości, bo on uwił sobie gniazdko na tym, co było wasze, a co w jego nowym życiu kompletnie mu nie przeszkadzało?

Policz, przekalkuluj. A niech nazwie cię wyrachowaną, dla której liczą się tylko pieniądze. To są jego myśli o tobie, a nie prawda o tym, kim jesteś i o co walczysz. Zapamiętaj to.

Poczucie winy

Zostałyśmy niestety wychowane w duchu, że kobieta jednak głosu nie ma. Że powinna być grzeczna, pokorna, nie chcieć za dużo, a jak już czegoś chce, to w samotności niech o to walczy. Te przekonania zostały w nas bardzo mocno zakorzenione i wydaje nam się, że przy rozwodzie nie wypada nam domagać się tego, co jest też nasze.

Skończmy z tym, jak mówi Asia Keszka: grzeczna to już byłam, teraz rozpycham się łokciami w moim własnym życiu chcąc by było jak najlepsze dla mnie. Nie miej poczucia winy, nie myśl, że nie wypada, nie słuchaj głosów, że on to drań i niech spada. Łatwo mówić komuś z zewnątrz, kto za chwilę nie będzie musiał myśleć, jak ułożyć sobie nowe życie.

Jeśli był przemocowcem, jeśli cię skrzywdził, walcz o orzeczenie o winie. Jasne, to boli, to nie jest łatwe, często sprawia, że czujemy się upokorzone, ale na końcu odniesiesz zwycięstwo. Będziesz wiedzieć, że postąpiłaś słusznie, że wygrałaś, choć łatwo nie było. Że nie dałaś na końcu jeszcze się skopać, jak bezbronne zwierzę.Niech ta walka da ci siłę i wiarę w to, że jesteś jeszcze wiele warta, że możesz spojrzeć w lustro i powiedzieć: hej, lubię cię, jesteś silna, mogę ci ufać, bo zawsze zadbasz o siebie.

Dzieci

Abstrahuję zupełnie od sytuacji, kiedy w trakcie rozwodu dzieci stają się dla rodziców kartą przetargową. Mówię o tej, kiedy macie ustalone kontakty, a ty drżysz ze strachu, jak to będzie. Boisz się, że może jednak dzieci będą wolały być u ojca. Po pierwsze pamiętaj, że to są twoje lęki, które dzieci odczuwają. To, że on nie okazał się idealnym mężem, nie odbiera mu prawa do bycia dobrym ojcem. Też potrzebuje szansy, tak ważne jest, by to zrozumieć i odciąć to od negatywnych emocji, do których każdy ma prawo, ale one nie mogą być jedynym determinantem naszego działania.

Pamiętam, jak znajoma opowiadała mi, że przez pierwsze weekendy i popołudnia, kiedy jej dzieci szły do ojca, płakała. Nie wiedziała zupełnie, co ze sobą zrobić. Aż pewnego razu umówiła się do kosmetyczki, później do fryzjera, kupiła swoje ulubione książki i zaczęła doceniać czas, kiedy była sama, kiedy nikt nic od niej nie chciał. Dzieci wracały do uśmiechniętej i wypoczętej mamy. Nie ma nic złego w skupieniu się na sobie.

Prawo do szczęścia 

Jedyne do czego masz prawo po rozwodzie to do wyboru, czy chcesz osiąść w roli męczennicy i ofiary, czy nie. To, że podwiniesz rękawy i będziesz pruć do przodu nie ulega wątpliwości, ale rozejrzyj się, czy idziesz w dobrym kierunku. Czy chcesz udowodnić światu, czy sobie, że masz dobre życie. Czy to ty będziesz pisać kolejny rozdział swojego własnego scenariusza, czy pozwolisz, by to inni bezwiednie pociągali za jego sznurki. Pewne jest to, że masz prawo do szczęścia, do polubienia siebie i tego, jak zarządzasz swoimi emocjami, szczęściem, potrzebami.

Zawsze, jak zamykasz jedne drzwi, otwierają się kolejne, trzeba tylko złapać za tę klamkę, żeby nie zostać w pomieszczeniu, które stłamsi twoją siłę, piękno i mądrość.


Rozwód Związek

Historia pewnej (nie)miłości. „Chciałam tłuc głową o ścianę, krzyczeć, udawać, że to był tylko sen”

Z życia kobiety
Z życia kobiety
7 stycznia 2021
fot.istockphoto
 

Myślałam, że po 40-tce człowiek nie może się już zakochać. Przyjaciółki namówiły mnie na portale randkowe. W końcu znane są historie, że ludzie znaleźli tam miłość, więc kto wie. Jak dla mnie okazało się to jedną wielką porażką. Wiem, ktoś powie, że czego niby się spodziewałam, te portale dawno przestały być szansą na poznanie kogoś, z kim można zbudować jakąś więź i relację, są raczej wymianą usług seksualnych, o które zabiegają żonaci faceci i jak się dowiedziałam, nierzadko mężatki.

Jasne, spotkałam się kilka razy na kawie, poszłam na spacer, ale na końcu i tak wszystko sprowadzało się do szybkiego seksu bez zobowiązań, na który, jeśli miałam ochotę, się decydowałam. Pruderię w tej kwestii już dawno zakopałam z pełną świadomością swoich potrzeb.

Kto by przypuszczał, że ciebie spotkam przypadkiem. Wyszłam ze sklepu i usilnie próbowałam otworzyć samochód, by zapakować zakupy, jak się okazało do twojego, a nie mojego auta. “Co Pani robi?” – usłyszałam za swoimi plecami. “A co Panu do tego” – odpowiedziałam wściekła, bo auto za diabła nie chciało się otworzyć. Kiedy na ciebie spojrzałam, wyciągnąłeś rękę z pilotem i wtedy zrozumiałam swoją pomyłkę. To twoje rozbawienie w oczach i moja myśl: “jestem idiotką”.

Nie dałeś mi nawet szansy się wytłumaczyć, tylko biorąc moje torby spytałeś, gdzie jest mój samochód. “Wisi mi pani kawę, tu obok jest miła kawiarnia” – powiedziałeś z uśmiechem. Rozejrzałam się po parkingu, bo miałam wrażenie, że jestem w ukrytej kamerze. Zgodziłam się, w końcu już gorzej być nie mogło. Byłeś taki czarujący, zabawny. Zaczęliśmy rozmawiać, a jakże, najpierw o samochodach, a później o filmach, książkach, naszej pracy. Spojrzałeś na zegarek: “Przepraszam, strasznie długo cię zatrzymałam”, ale tobie to nie przeszkadzało. Miałeś jakieś spotkanie, spytałeś o numer telefonu i tak się zaczęło. Przyjechałeś do mnie późnym wieczorem. A ja po wspólnej kawie nie mogłam przestać o tobie myśleć. Kilka sms-ów… To był jak grom z jasnego nieba, jakbym przy twoim samochodzie dostała obuchem w głowę.

“Raz kozie śmierć” – ja ostrożna, nie zapraszająca nieznajomych do swojego mieszkania, złamałam wszystkie zasady. Wszedłeś i nic nie musieliśmy mówić, wystarczyło jedno spojrzenie i wiedziałam, że kierunek jest jeden – moja sypialnia. Kochaliśmy się i gadaliśmy na zmianę, a ja z niedowierzaniem powtarzałam: “Czy ty jesteś prawdziwy?”. Śmiałeś się, że za chwilę się obudzę i czar pryśnie.

Pracowałeś w korporacji, byłeś odpowiedzialny za międzynarodowe kontrakty, więc często musiałeś wyjeżdżać. Powiedzieliśmy sobie otwarcie, że każde z nas ma swoje życie, którym się zajmuje, ale ty pisałeś, że tęsknisz, dzwoniłeś w środku dnia, żeby chociaż chwilę porozmawiać. Unosiłam się nad ziemią. Moje przyjaciółki patrzyły na mnie mówiąc, że kwitnę, że widać, że w końcu jestem szczęśliwa.

Gdy tylko nadarzała się okazja, organizowałeś jakiś wyjazd na weekend, nad morze, Mazury, w góry. Byłam jak na haju. Kochająca i kochana. Chwilami nie mogłam uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę, że jest właśnie tak, jak chciałam. Nienachalnie, bezpiecznie, z tą nutą szaleństwa, którą oboje mieliśmy i która pozwalała nam zapakować się do auta w piątek wieczór i jechać, gdzie nas oczy poniosą, żeby rano obudzić się z widokiem na Tatry, czy bałtycką plażę.

Znowu byłam kobietą pożądaną, namiętną, na nowo odkrywającą, że seks może być odkrywaniem samej siebie i nas w nim. Czy coś mnie niepokoiło? Czasami znikałeś na kilka dni, ale zawsze uprzedzałeś, że będziesz zajęty, że masz dużo na głowie, a ja skutecznie cię rozpraszam, więc wolisz się skupić i swoje zawodowe obowiązki skończyć szybciej, żeby do mnie wrócić.

Szybko gasiłam te czerwone lampki. Byłeś po rozwodzie, od czterech lat nie mieszkaliście razem. Dwójka właściwie już dorosłych dzieci, na studiach, jak u mnie. Idealnie. Sielanka. Żona nie rozumiała twojej pracy i pasji do niej. Próbowaliście coś łatać, naprawiać, ratować, dawać sobie kolejne szanse, ale w końcu doszedłeś do wniosku, że nie ma sensu dłużej się męczyć, że może jeszcze każde z was osobno ułoży sobie życie, to lepsze.

Nie planowałeś się zakochać, nie szukałeś, doszedłeś do wniosku, że jak coś ma się wydarzyć, to się stanie. I nagle ja wyrosłam próbując włamać się do twojego auta.

Sms: “Czy Pani spotyka się z moim mężem?”. Zignorowałam, pomyślałam, że pewnie pomyłka, choć przez chwilę mój żołądek wywinął niezłego kozła. “Przepraszam, nie podpisałam się. Katarzyna X” – kolejny. Gapiłam się w telefon mając wrażenie, że świat na chwilę stanął. Nie, to nie może być prawda, ale zaraz, może tobie coś się stało, może ona pisze, bo miałeś wypadek, leżysz w szpitalu. “O co chodzi?” – na tyle było mnie stać, żeby drżącymi z nerwów palcami wcisnąć jakiekolwiek litery. Zadzwoniła.

Była bardzo spokojna, żadnej histerii w głosie. Opowiedziała, że jesteście małżeństwem od trzech lat, odszedłeś do niej, była twoją kochanką. Młodszą od pierwszej żony o 15 lat. Jest w ciąży. W jej głowie czerwone lampki biły na alarm od kilku tygodni, choć my byliśmy razem (matko, jak żenująco to brzmi) ponad osiem miesięcy. Nie byłam w stanie wykrztusić z siebie słowa, moje jedynie tak lub nie potwierdzały wszystko to, czego ona się domyślała. Docierały do mnie strzępki informacji: ciąża, dziecko, kochanka, wyjazdy służbowe, delegacje w weekendy. Była wyrozumiała, nie naciskała, nie próbowała wyciągnąć niczego ode mnie.

Brzęczało mi w uszach, myślałam, że głowa mi eksploduje. Chciałam walić nią w ścianę, obudzić się, zrozumieć, krzyczeć. Zdrętwiałam. Usiadłam, pozwoliłam się sobie uspokoić i płynąć myślom. Kropki zaczęły się łączyć. Nigdy nie byłam w twoim mieszkaniu. Jak wyjeżdżałeś nie dzwoniłeś wieczorami, wysyłałeś jedynie sms-y, tłumaczyłeś, że jesteś zmęczony rozmowami i negocjacjami, albo akurat masz kolację biznesową. Przecież byłam dużą dziewczynką, wiedziałam, ile czasu i energii potrafi zabrać praca, a jak wracałeś, byłeś taki cudowny. Miałeś dwa telefony. Jeden podobno służbowy. Nie, nigdy do nich nie zaglądałam, bo po co, przecież nie należę do tych kontrolujących wariatek. Od początku ustaliliśmy, że uczciwość najważniejsza, a najgorsza prawda i tak najlepsza…

Idiotka, ku*wa, debilka, naiwna szmata – tak wtedy o sobie myślałam. Chciałam ci to wszystko wykrzyczeć w twarz, powiedzieć, że nigdy nie poznałam gorszego od ciebie człowieka, że jak mogłeś mnie tak zranić. Choć jakaś część mnie chciała naiwnie wierzyć, że to ja jestem tą jedyną, że to mnie wybrałeś. Ona jest w ciąży. Za każdym razem dźwięczało mi w głowie. Niczego nie wybrałeś. Bawiłeś się świetnie, być może opowiadałeś o tym kolegom, chwaliłeś się, jak można mieć życie na dwa fronty i że jesteś w tym mistrzem. Podła gnida…

Dlaczego to piszę? Bo nie chcę cię widzieć, nie chcę słuchać tłumaczeń, albo zderzyć się z ich brakiem. Jestem jedną wielką otwartą raną, która wiem, że się zabliźni, nie chcę jej jeszcze bardziej rozdrapywać. Zabrałeś mi osiem miesięcy życia, nakarmiłeś iluzją. Zbieram się z podłogi, codziennie powtarzam: to nie twoja wina, to on jest psychopatą żerującym na cudzych emocjach. Nie, nie chcę myśleć, co z tego było prawdziwe, choć, gdy budzę się w nocy, wspomnienia wracają te wspólne poranki, kawa, ciepłe bułki z moimi ulubionymi powidłami… Nie. Nie chcę. Odejdź, nie wracaj. Nie zapomnę cię, ale mam nadzieję, że zamażę cię jak sen, który mi się przyśnił pewnej nocy i jak on zajdziesz mgłą, czasami odezwiesz się jakąś tęsknotą nieuchwytną. Nie życzę ci wszystkiego dobrego.


Rozwód Związek

Tinderowy świat nie tylko w czasach zarazy, czyli kogo możesz spotkać po drugiej stronie

Z życia kobiety
Z życia kobiety
3 grudnia 2020
Fot. iStock / gremlin

Tinder jest dla mnie fantastycznym miejscem do obserwacji mężczyzn. To niezgłębione możliwości prowadzenia badań socjologicznych, sprawdzania, czego dziś pragną mężczyźni, choć od nich często można się dowiedzieć, czego dziś chcą kobiety. Kocham to miejsce, choć niekoniecznie wszystkich facetów, którzy się tam pokazują.

 

I choć tematu nie da się wyczerpać krótką charakterystyką typów facetów, którzy się tam pojawiają, to czemu o taką by się nie pokusić. Uwaga – nie chodzi o ocenianie, bo i po co, każdy wie, czego szuka i czego chce, jesteśmy dorośli. Krótki i bardzo subiektywny przegląd. 

 

Dyskretny

 

“Szukam dyskretnej relacji”, “Dyskrecja, namiętność, dobra zabawa”. Od razu wiadomo – czyjś mąż. Niektórym trudno się do tego zwyczajnie i wprost przyznać, więc kobiety, zwłaszcza te, które dopiero poznają tajniki Tindera, mogą się nabrać na tajemniczość takiego wpisu. 

 

Od razu rozwiewam wątpliwości, pod panem dyskretnym, który najczęściej wrzuca jako zdjęcia te ściągnięte z sieci (o tak, nie zawsze ta pokazana część przystojnego pana należy rzeczywiście do właściciela profilu). 

 

I nie chodzi im, jak niektórzy żonaci panowie deklarują, o romans, o to, żeby za kimś zatęsknić, o oderwaniu się od codzienności. Nie, dyskretnym chodzi o seks bez absolutnie żadnych zobowiązań. Chcesz w to wejść – proszę bardzo. 

 

Miłości nie szuka

 

Są tacy, którzy zaznaczają, że swoje już w życiu przeżyli, swoje wiedzą, więc miłości nie szukają, związku też nie, bywa, że żony również nie chcą znaleźć (bo jak się okazuje zamiast być dyskretnymi, tym wytrychem komunikują, że są czyimiś mężami).

 

Po co więc są na Tinderze? Nie pozbawiają nikogo złudzeń, chodzi o FWB (ach te trzyliterowe skróty), czyli idziemy razem do łóżka, jak będzie fajnie, to odezwę się, jak znowu będę miał ochotę na seks. 

 

Z góry określają granice relacji – bez związku, bez miłości, czytaj: bez zaangażowania się z ich strony, choć tego zaangażowania nierzadko wymagają od kobiet, bo oni tak mogą, ale kobiety już niekoniecznie. 

 

Bez byłej żony i dzieci

 

Leszek lat 41, Jan lat 38, Robert lat 45. Można by pomyśleć: rety chłopie, gdzie ty się chowałeś przez tyle dekad? W tym w wieku to raczej liczy się na kogoś z odzysku, a nie człowieka bez przeszłości i zobowiązań. Hm… chcesz zaryzkować – można spróbować.Jednak od koleżanek wiem, że ten typ, to najczęściej Piotruś Pan, wieczny chłopiec, który nigdy do niczego się nie zobowiązał, za nikogo nie wziął odpowiedzialności i jeszcze się tym szczyci. Można spróbować… tylko, żeby nie było, że nie przestrzegałam. 

 

Wpadł przejazdem

 

Że też ja jeszcze o tym wprost nie napisałam. Na Tinderze najwięcej jest żonatych mężczyzn. Także tych, którzy wpadli przejazdem do miasta, w którym mieszkasz i szybko lokalizacja was zmeczowała.

 

Nie masz ochoty na samotny wieczór? Zawsze z tej opcji można skorzystać, tylko nie licz na coś więcej, bo w dom najczęściej czeka żona, a jeśli nie, to on jest samotnym wilkiem, albo tfu – żeglarzem, który w każdym mieście kogoś znajdzie. 

 

Psychole

 

Dla tych czas pandemii to idealne żniwo – kawa w aucie, spacer w lesie. To jest  niebezpieczna grupa, bardzo pojemna i bywa, że trudno rozpoznawalna. Znam kilka przykładów – zaczyna się miło, on jest uroczy, elokwentny, ba nawet czarujący. Kiedy jednak ty należysz do tych ostrożnych, zaczynasz wzbudzać jego agresję, robi się coraz bardziej natarczywy, zaczyna najpierw niby żartować, a później już jawnie cię obrażać. Moja rada – zgłoś typa, niech go zbanują i natychmiast usuń parę. 

 

To jedni, są tacy z ukrywanymi chorobami psychicznymi, schizofrenicy, którzy odstawili leki, dwubiegunowi, którzy popadają w jakieś skrajne emocje, a my nie bardzo rozumiemy, o co im chodzi. Mitomani, którzy wirtualnie tworzą swoje życie, które nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Internet jak papier, wszystko przyjmie. Nim zdecydujecie się z takim pójść na spacer do lasu, odczekajcie kilka dni, zawsze możecie być na kwarantannie, nim wyczujecie, z kim macie do czynienia. 

 

Wędkarze

 

Moja ulubiona kategoria. Pan z wędką, pan z rybą. Kiedyś spytałam kolegi, o co może chodzić z tymi rybami, odpowiedział, że może to taki podkorowy przekaz, że mężczyzna w kryzysie zwierzynę do domu ci przyniesie. 

 

Z drugiej strony, mają chłopaki pasje i super. Może znajdą chętną, która z nimi nad ranem łódką wypłynie i dotrzyma towarzystwa, albo taką wyrozumiałą, co to na ryby wypuści bez żalu, że jej do kina nie zabrał (zresztą, przecież kina zamknięte). 

 

Zdjęciowi narcyzi

 

Znajoma powiedziała, że panom ze zdjęciami swojej osoby w różnych ujęciach – w windzie, w wannie, pod prysznicem, w lustrze toalety (błagamy, zamykajcie klapy), dziękuję zwłaszcza, gdy opisu na profilu brak. “Oni są jak te kobiety, których twierdzą, że nie chcą spotkać, ładnie wyglądają i… ładnie wyglądają. Nic więcej tam nie ma”. 

 

Mówiła, że z ciekawości klikała, bo być może znalazłby się jakiś chlubny wyjątek potwierdzający regułę. Cóż, nie trafiła. Ale kto wie, może gdzieś za tymi zdjęciami pięknych “zewnętrz”, kryje się jakie piękne wnętrze. Można próbować właściwie do skutku. 

 

Nie rozumiejący opisów

 

Nie dość, że nie rozumieją cudzych opisów, to w swoich popełniają błąd na błędzie. Jasne, że nie każdy musi być orłem ortografii, ale na miłość boską, można sprawdzić poprawność tego, co się pisze. 

 

Ale opis z błędami jedno, a brak zrozumienia drugie. Koleżanka pisze, że żonatym wstęp wzbroniony, co drugi ją lajkujący ma żonę. Inna, żeby miał chociaż 180 cm, niektórzy uważają, że 178, to już ponad 180 cm. Przykładów można by mnożyć. Choć wiem, że w drugą stronę to też działa… nie raz słyszałam, że kobiety, to jednak tylko po zdjęciach, a to podobno mężczyźni są wzrokowcami. 

 

Zaskoczenie

 

Ale bywają tacy, którzy nie mieszczą się w żadne ramy. Znajoma opowiadała, że dzięki Tinderowi poznała świetnych facetów, z którymi się zakumplowała, do dziś mają kontakt, czasami rozmawiają, choć nigdy drugiego spotkania nie nazwali już randką. Nie pyknęło. 

 

I chodzi  tu o różnych panów – i tych żonatych, którzy zwyczajnie lubią pogadać, a gdy się im postawi granice, to okazuje się, że pod fasadą “dyskretnego” jest fajny gość, z którym wcale nie trzeba mieć dyskretnej relacji, żeby porozmawiać. I tych z rybami, którzy są zabawni. I takich, co właściwie nie wiedzą, czego chcą i po co na Tinderze się znaleźli, ale jak już znajdą pokrewną duszę, to z tego spotkania obie strony korzystają, niekoniecznie seksualnie. 

 

Gdy pytam o to, jak jest po drugiej stronie Tindera, czyli po tej patrzącej męskim okiem, kategorie padają podobne (może za wyjątkiem wędkarzy). Kiedyś znajomy powiedział: można szybko, można romansować, można spotkać przyjaciela. Wystarczy skorzystać i wiedzieć, czego się szuka i gdzie postawić swoje granice.