Związek

Nie chcę kochać byle jak

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
6 grudnia 2016
 

„Kochać można byle jak i byle kogo…
Kochać można byle jak i byle za co…
Kochać można byle jak i mimo wszystko…

A ty nie chcesz nawet tak pokochać mnie.
A ja właśnie ciebie wymyśliłem na miłość swą
I boje się wciąż dnia,
Dnia, w którym kochać bym cię miał
Też byle jak…”

Maria Czubaszek

Mężczyzna naprzeciwko mnie ma oczy jak mój ulubiony czarny kot: brązowo-zielone, tajemnicze i nawet podobnie do mojego kot je mruży. To kocie podobieństwo nie działa jednak na jego korzyść, albowiem ten mój rzeczony pupil, choć mnie uwielbia, to i tak za miseczkę sardynek by mnie sprzedał. Siedzę więc, patrzę w te oczy przecudne i myślę: „Mój drogi, w ładne oczy to już się raz w życiu wpatrzyłam i nie skończyło się to dla mnie dobrze, pod żadnym względem”.
Dziękuję więc grzecznie za zaproszenie na spotkanie, uśmiecham się serdecznie, staram się dać kosza najłagodniej jak potrafię.
„Rozumiem… Poczekam na Ciebie, chcesz?” – słyszę.
Nie, nie czekaj na mnie, ani na nikogo w ogóle, po prostu znajdź kogoś, kto na uczucie odpowie. Nie marnuj życia na czekanie, proszę Cię! Z autopsji też wiem, że im dłuższe czekanie, tym większy żal, gdy wyczekane uczucie okazało się ułudą.

Żegnam się grzecznie i gaszę oburzone spojrzenie mojej przyjaciółki: „Jak możesz tak potraktować… lekarza?”. Tak jak mogłam potraktować tak samo aktora, mechanika, prawnika, księgowego, barmana; mężczyzn wysokich i niskich, grubych bądź chudych; wiecznych kawalerów lub kawalerów z odzysku; bezdzietnych i zakochanych w pociechach tatusiów; nudnych bądź interesujących. Nie ma dla mnie znaczenia żaden przymiot zewnętrzny, wewnętrzny ani nabyty, dopóki za ich oczami – błękitnymi, brązowymi czy szarymi – nadal będę jeszcze widzieć to samo: zdrady, kłamstwa, rozczarowanie, ułudę, projekcje.
Oczywiście, mogę zrobić jak mój Miś Pyś i na trzy – cztery poszukać branki z łapanki, żaden problem w czasach Sympatii, Badoo czy Tindera. Tylko, pomijając mój niepewny stan fizyczny obecnie, ja wiem, że wchodząc w nowy związek w tej chwili, choćby z osobą najcudowniejszą na świecie, tak naprawdę nadal będę powielać ten sam schemat. Dopóki sama siebie w środku nie poukładam, nie dowiem się, kim tak naprawdę jestem, to kolejny związek ma szansę w wielu aspektach być kalką poprzedniego.
Oczywiście, można też pójść w drugą stronę – można wziąć sobie kogoś skrajnie innego od Pana Byłego, takie co to w niczym prawie go przypominać nie będzie i mieć nadzieję, że to klucz do sukcesu. Zależy co kto rozumie pod hasłem „Zaczynać od nowa” – można uciekać przed tym, co się znało, oswoiło i według czego żyło i mieć nadzieję, że jak zmienię moje ścieżki i poglądy o 180 stopni, to tym razem mi się uda. Osobiście uważam, że w wieku lat 36 jestem już osobą o dosyć ukształtowanym światopoglądzie, budowanym przez lata, mam konkretne wartości, według których żyję, stałe zainteresowania – mogę coś nowego dodać do tego wachlarza cech i znaczeń, ale dlaczego mam się tego wypierać tak nagle? Czy jak będę żyła wbrew sobie, to będę szczęśliwsza?

Nie wiem, naprawdę.

Ale póki się nie dowiem, nie będę fundować sobie ani nikomu innemu przejażdżki na oślep. Choćby oczy miał najbardziej kocie, a mówił do mnie sutrami lub sonetami.

Mogę się mylić, ale jeśli się nie nauczysz żyć w zgodzie sama za sobą, to zawsze jest ryzyko, że będziesz kochać byle jak i byle kogo.

A moja miłość docelowo niech nawet wygląda tak:


Związek

Gdy jestem jak motyl, czyli złości na złość

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
14 marca 2017
Fot. iStock / borchee
 

Ja wam mówię: jest dobrze,
Jest dobrze, jest dobrze,
Ale nie najgorzej jest.

Andrzej Grabowski „Jestem jak motyl

Drogi P.,
Egoistycznie cieszy mnie ta obustronna bezsenność, która umożliwia nam wymianę opowieści o dziwnych porach. Dawno nie było nikogo w moim życiu, który umiałby rozmawiać ze mną do rana. Miła zmiana.
Jedna z kilku w moim życiu, jak wiesz zresztą.

Niedawno M. wyraziła opinię, żebym się nie cieszyła rozwodem, że jak zobaczę przed sobą papiery z odpowiednią adnotacją sądu, to dopiero wtedy dopadnie mnie poczucie życiowej porażki. I mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością już dzisiaj, że się niezmiernie myli.

Uczucie klęski już przerobiłam w pełnym wymiarze – nie ma głębszego psychicznego dołka i przerażenia większego niż wtedy, gdy – mając męża – leżysz samotnie pod chemią lub siedzisz na kucki w korytarzu na onkologii, z milionem dziur po igłach w rękach, i podnieść się nie możesz. Jeśli wcześniej rzeczony mąż obiecywał, że przyjedzie i pomoże, i nagle przestał odbierać telefony, to poczucie złych życiowych wyborów dopada Cię wtedy mocniej niż kiedykolwiek. Albo gdy sprzedajesz kolejne sprzęty czy pierścionek po babci, żeby mieć na podstawowe leczenie, podczas gdy wybranek wyjeżdża na kolejny weekend z nową ukochaną lub kupuje jej biżuterię. Albo gdy słyszysz od podpitego partnera po ponad 10 latach, telefoniczne życzenia rychłego zgonu, najlepiej w samotności. I wtedy Cię dopada najbardziej żywe objawienie, że kawał życia zmarnowałeś na jakąś podróbkę szczęścia i normalności made in China.

Klęskę życiową już oswoiłam i zamknęłam w pokoju, do którego nie zaglądam. Przestałam sobie sama wymierzać karę za to, że ufałam i kochałam, a do tego wierzyłam, bo to przecież nie o mnie świadczy źle. Nie biję się w tym temacie z myślami ani nie kopię się po kostkach, sycząc „oj, głupia ty”.

Ostatnio, gdy ta stara wróżka uparła się postawić mi tarota, długo wpatrywała się w te wszystkie karty z wisielcami, diabłami czy kochankami i po jakimś czasie wykrztusiła w końcu: „Ale dlaczego Ty się, Dziecko, rozstajesz, skoro Wy się kochacie?”. A Ty spojrzałeś na mnie rozbawiony i z lekkim niedowierzaniem. Ja się uśmiechnęłam też, bo już to również przerabiałam.
W moim połączeniu z mężem palce dyskretnie maczała Cyganka, a podczas tych lat wiele było na pozór ponadnaturalnych znaków, mających świadczyć o tym, że jesteśmy gdzieś tam sobie pisani i idealnie dobrani. Tylko że nie ma Losu ani Przeznaczenia, które do życia pchałoby nam się z butami, na siłę, wbrew nam samym. Jeśli sami bezmyślnie niszczymy to, co piękne, to żadna Siła Wyższa nam nie pomoże.
To już też jakiś czas temu zrozumiałam – uparcie przechodzić będę na drugą stronę ulicy, gdy go zobaczę oraz odcinać się od niego gdzie tylko mogę, ponieważ niezależnie od moich uczuć, nie można pozwolić się niszczyć. Owszem, wiem, że go kocham i w jakimś sensie zawsze będę, ale to nie ma najmniejszego znaczenia, ponieważ on mnie niszczył i skoro miałam wybór jedynie pomiędzy nim a sobą – to musiałam postawić na siebie. Jestem wręcz pewna, że nikt nie będzie go kochał tak jak ja, bo nikt mu nie wybaczył tyle, co ja, a to jest chyba jakaś tam miara pojemności serca i powagi uczucia – ale jednocześnie jestem pewna, że w imię żadnej miłości nie wolno dawać się poniżać i niszczyć. Dla mnie ważne jest to, że udało mi się samą siebie ocalić od nienawiści, a myślałam, że będzie to niemożliwe. A jest zadziwiająco proste. I też już wiem, że uczucia to jedno, a myśli i słowa to czasem drugie – nie wiem jak wyjaśnić paradoks, że pomimo wyrozumiałości do niego, powiedzieć za dużo dobrego bym nie mogła, więc nie mówię prawie nic. Nie słucham. Omijam miejsca. Nie uciekam, a daję przestrzeń.
Wierzę w karmę. Ja zebrałam swoje żniwo, to złe i to dobre. Nie obchodzi mnie nic ponad to, że wiem, iż wszystko jest po coś. Nic się nie zdarzyło bez przyczyny, będzie widoczny efekt wszystkiego.

Toksyn z organizmu trzeba się po prostu pozbywać. Dopiero wtedy płynie to, co zdrowe. Uśmiecham się więc do wszystkich dobrych ludzi i rzeczy i wiem, że nic nie poszło na marne. Z każdym kolejnym wschodem słońca, odwiedzonym miejscem, zapachem dobrej kawy, szczeknięciem psa, mruczeniem kota, każdą zagraną nutą, napisanym zdaniem, przeczytaną stroną – wiem, że jest dobrze. Każda wbijana igła, bezsenna noc, łykana tabletka, każdy wsparty o kulę krok czy siniak po badaniach – przypomina mi, że nawet to, co nieprzyjemne, kończy się kiedyś. Rzeczy dobrych jest więcej niż złych.

Nawet dzisiaj.

Chodźmy spać, Drogi P., jutro szybciej przyjdzie.

J.

P.S., już nie do P. – dziękuję wszystkim za maile i listy, zapytania, oferty i wsparcie. Na wszystkie odpowiem (jak najszybciej). Nie mogę zrozumieć, skąd tyle zainteresowania mną i moimi problemami od osób, których nie znam. Bardzo dużo dobrej energii od Was dostałam, dziękuję.


Związek

Gdzie diabeł nie może

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
2 grudnia 2016

– Chemiooporność ma Pani dużą. Nie wiem, będziemy podawać wlewki dalej, ale… hmm… jak by to powiedzieć… Może się Pani będzie musiała u nas położyć na onkologii… Już tak… Na stałe, tak jakby…
– To znaczy kiedy ma Pan Doktor na myśli?
– No… Zobaczymy jak zadziała ta seria chemii, ale… Jak będzie dobrze, to… Na wiosnę…
– Odpada. Termin mi nie odpowiada.
[Tu zwykle następuje pełna zdziwienia cisza. Przedstawiciel służb medycznych patrzy wtedy na mnie, zszokowany, próbując zrozumieć, co mam na myśli]
– Ale… jak to?
– System of a Down się reaktywowali i latem są koncerty. Planuję przeżyć drugą młodość i zostać ich gruppie. Więc wcześniej niż za rok nie dam rady się położyć i biernie umierać, sorry.

Odkryłam nowe hobby – denerwowanie lekarzy. Najsympatyczniej dziwią się rezydenci. Pojąć nie mogą jeszcze, że rządzi mną pierwotna siła – pragnienie przetrwania. Człowiek, który chce umrzeć, powinien poważnie zachorować. Powinien mu się świat zawalić, to nagle to zrozumie – że życie jest cenne i trzeba o nie walczyć. Z reszty trzeba się śmiać.
Jak mówi Agata – w obliczu katastrofy jedyną zdrową reakcją jest popłakać sobie; a potem, jak już popłaczemy, ścieżki są tylko dwie: poddać się i ze sobą skończyć LUB roześmiać się w głos, pokazać środkowy palec i krzyknąć „A właśnie że nie, jeszcze Wam pokażę!”.
No więc się okazało, że to drugie jest bliższe mojej naturze. Surprise!!!!

A więc – kim jest Agata?
Agatę poznałam kilka wlewek temu. Skazali nas obie za recydywę na jedną celę, przeczepili do łóżek rurkami i igłami i oświadczyli, że nie wyjdziemy, nawet za kaucją, póki kary do końca nie odbędziemy. Na szczęście prycze chociaż dali dwie. Aby nie oskarżono ich o łamanie praw skazańców, dorzucili po jednej poduszce i kocyku, żeby nam kończyny nie zmarzły podczas leżakowania, jak również zapewnili po posiłku, dożylnym. Prawie Bahamy, panie!
Weszłam Ci ja tego dnia i usłyszałam od progu „Oho, rozwódka!”
Jako że nikt inny za mną do pomieszczenia tortur nie wchodził i jasne było, że moja współwięźniarka mnie miała na myśli, zadumałam się nad jej zdolnościami profetycznymi.
„Tylko rozwódki się tak radośnie uśmiechają, idąc na chemię” – wyjaśniła usłużnie, parskając śmiechem.
„Może i racja. Wszak najgorsze już i tak za nami” – podjęłam wyzwanie i w kilka minut odkryłam, że Agata to moja siostra z innej matki, ewidentnie.
Jak tak leżysz na tej kozetce, czasami nawet godzinami, a przez rurki wpływają ci do żył kolorowe płyny i ruszać ci się nie wolno, to osobę do rozmów traktujesz jako błogosławieństwo. Zadziwiające, jak ludzie szybko nawiązują bliskie kontakty, gdy tylko się ich przywiąże do sąsiadujących łóżek. A wraz z potem, krwią i bólem wychodzą z ciebie najszczersze zwierzenia. I wtedy odkrywasz, że twoja „wyjątkowa” historia, wcale nie jest taka „wyjątkowa” – być może ludzkość wymyśliła i wcieliła w życie już wszelkie możliwe chamstwa, więc po prostu zaczęła się powtarzać, nieznacznie tylko modyfikując szczegóły?
Otóż Agata, jak ja, też ma męża. Jej mąż też ją kochał, dopóki było dobrze. Jak było ciut gorzej, to chodzili na terapię, na amerykańską modłę nieco, żeby nie było, że się „nie starają”. A jak było bardzo źle, to małżonek wystawił jej walizki za drzwi i kazał iść sobie do mamy albo koleżanki. „Nie umiem udźwignąć Twojej choroby! Szukałem siły, ale jej nie znalazłem. Niech ktoś inny Ci pomoże! Będzie Ci lepiej. A ja ze sobą żyć nie mogę, ze swoim brakiem odwagi i siły”. Miesiąc po wyprowadzce Agaty okazało się, że jej mąż tak bardzo pogrążył się w wyrzutach sumienia za to, co jej zrobił i w rozpaczy nad swoją słabością, że aż musiała z nim zamieszkać inna kobieta, która pomaga mu się pozbierać. Dzielny mężczyzna, nie poddaje się!
Po usłyszeniu historii zastanowiłam się przez moment, czy przypadkiem Agata, poza byciem moją oddzieloną w dzieciństwie siostrą, nie jest również drugą żoną mego pierwszego męża. Jako że żadna z nas fotografii małżonków już nie posiada, nie mogłyśmy się wymienić zdjęciami i rozwiać wątpliwości, ale wkrótce ta teza i tak sama upadła – otóż mąż Agaty jest politycznie niepoprawny, to znaczy jest Żydem. No mój nie jest – wiem co mówię, bez spodenek widziałam, poza tym ksenofobia i skrajna prawicowość mego eks nie pozwoliłaby mu na takie faux pas.
Poza tym partner mojej koleżanki z celi był geniuszem: ogłosił wszem i wobec, że w obliczu załamania nerwowego zaciekle studiował Świętą Księgę i szukał Boga, ten więc zesłał mu wersety świadczące o tym, że ma żonę zostawić, bo jest przeklęta. No na to mój nie wpadł…
Co prawda ja swego czasu studiowałam wszelkie dostępne święte księgi i odbyłam liczne szkolenia teologiczne, przyznaję jednak, że za słabo się przykładałam, albowiem w żadnym kanonie wiary, etyki, moralności czy filozofii nie odnalazłam fragmentów mówiących coś w stylu „A gdy połowica Twoja śmiertelnie zachoruje, oddalisz ją od siebie, albowiem przeklętą będzie, i kolejną kobietę sobie w obroty weźmiesz”.
Ale cóż, jak widać zawsze znajdzie się odpowiednia filozofia do tchórzostwa.

Kiedy wiesz, że jesteś już totalnie wolna od kogoś toksycznego, kto cię niszczył?
Kiedy leżysz w centrum onkologicznym pod chemioterapią, opowiadasz współwięźniom historie ze swojego życia i śmiejesz się z tego tak, że pielęgniarka pyta, czy może pomóc spodnie zmienić.
Bo śmiech to zdrowie – ja tam spróbuję wszystkiego, wszelkich dostępnych mi leków.

Poza tym możemy w sobie zdusić gorycz, łzy, samotność, żal, ból, nawet miłość – ale nie damy rady zdusić dzikiego śmiechu. Po co z tym walczyć?

P.S.
Dokładnie tak!