Związek

Najbardziej bolało, gdy wyczuła guzek w piersi, a Adam zbagatelizował ten fakt. Powiedział, że ma dużo pracy

Poli Ann
Poli Ann
7 czerwca 2022
fot. m-gucci/iStock
 

– Dobra książka – zagadnął ją w pociągu, gdy akurat zatopiła się w lekturze.  Był mniej więcej w jej wieku, między trzydziestką a czterdziestką. Jasne włosy, niedbale uczesane, pewnie na szybko jednym ruchem dłoni. Duże niebieskie oczy śmiejące się bardziej niż jego kąciki ust. Milena przyglądała mu się przez moment, niezbyt zadowolona, że jej przeszkadza.


– Owszem, niezła – ucięła szybko mając nadzieję, że da jej czytać. Uśmiechnął się szeroko pokazując lekko krzywe dwójki, które tylko dodawały mu uroku. Chyba zrozumiał, że kobieta nie ma ochoty na pogawędkę. Miała za sobą ciężki dzień. Musiała zamknąć sprawy po śmierci babci. Dużo biegania po urzędach, spółdzielniach mieszkaniowych, bankach. Była zmęczona. Marzyła, by szybko wrócić do swojej mikroskopijnej wynajmowanej kawalerki.

Nieznajomy przyglądał się jej. Ładna buzia, podkrążone oczy pewnie ze zmęczenia. Włosy zaplecione w luźny warkocz na boku, dżinsy, trampki. Widać ceni wygodę. No i ta książka.

Z rozważań na temat współpasażerki wyrwał go dzwonek telefonu. Odebrał. Telefon od kumpla ze Stanów, którego poznał kilka lat temu za czasów studiów. Nie wiedzieć czemu przyjął, że dziewczyna siedzącą naprzeciwko nie zna angielskiego. Albo może liczył, że właśnie zna i zrozumie, jak mu o niej opowiada? Zrozumiała. Wszystko, co do joty. Słyszała również rozmówcę mężczyzny. Ich rozmowa była luźna i żartobliwa, nie chybiła jej w niczym, ale jednak jej dotyczyła, bo dowiedziała się właśnie, że jest śliczna, gdy marszczy nos czytając tę książkę. Mimowolnie uśmiechnęła się.

– Jak lektura? – zapytał.
– Dobra.
– Nie wątpię,  czytałem ją niedawno.
– Wciąga, pozwoli pan, że nadal pomarszczę nos – odparła lekko spojrzawszy na niego odczuwając satysfakcję.
Zaśmiał się w głos.
– To baran ze mnie – znów wyszczerzył zęby.
– Wygląda mi pan bardziej na lwa – nie wiedzieć czemu ta konwersacja zaczęła ją
bawić.
– W takim razie gamoń ze mnie,  a lwem jestem faktycznie. Skąd pani wiedziała?
– Poznałam po marszczeniu nosa.
– Nic nie poradzę, że robi to pani tak uroczo. A angielski widzę nie jest pani obcy.
– Nie jest, choć im bardziej go umiem, tym większe odnoszę wrażenie, że go nie znam.
– Haha, fakt – intrygowała go. – Miewam podobne odczucia.
– Może lwy tak mają?
– Czyli siedzi przede mną lwica?
– Poznał swój swego – uśmiechnęła się.

Nawet nie wiedziała, kiedy minęła jej podróż. Rozmawiali cały czas, wysiadł z nią na tej samej stacji, odprowadził na tramwaj. Nie poprosił o numer. Z całej ich rozmowy pozbierał okruchy informacji o niej, gdy wyciągała bilet w pociągu do kontroli zauważył jej imię i nazwisko i uznał wtedy, że ją znajdzie. Po tygodniu już wiedział, że uczy angielskiego i w której szkole. Więc pewnego dnia czekał na nią pod jej pracą z książką pod pachą. Tym razem nie zmarszczyła nosa, lecz szeroko otworzyła oczy, po czym się uśmiechnęła. Poszli na kawę, która trwała do wieczora. Nadal nie poprosił o jej numer, po prostu zjawiał się pod szkołą i zabierał ją na spacer lub na obiad.

Po miesiącu Milena była zakochana po uszy. W końcu życie zaczęło się jej układać. Śmierć babci bardzo przeżyła, tym bardziej, że jej odejście znaczyło, że dziewczyna zostaje zupełnie sama. Rodzice zginęli dawno w wypadku samochodowym. Babcia Helenka była zatem mamą, tatą i
babcią w jednym. Milena, po jej odejściu, musiała  radzić sobie sama. Poznanie Adama sprawiało, że poczuła się jakoś lżej. Był obok, sprawiał, że się uśmiecha, że odzyskuje radość życia. Po kilku miesiącach zamieszkali razem. Adam wynajął większe mieszkanie. Było pięknie i tak normalnie. Razem budowali swój świat.

Myśleli o kredycie, ale że mama Adama miała duży dom, to zaproponował, żeby zamieszkać z nią. Mieliby swoją niezależną część, a jednocześnie byliby blisko. Milena mamę Adama lubiła i uznała, że to nie jest głupi pomysł. Po co brać kredyt? Zrobią mały remont i można żyć. Tak się stało. Mieszkało się dobrze, szczególnie gdy Milena zaszła w ciążę i musiała leżeć. Mama Adama się nią opiekowała, gotowała, sprzątała. Potem pomagała, gdy urodziła się Lenka. Życie biegło swoim torem. Rutyna weszła nieproszona. Milena i Adam nie czytali już razem książek, on nie mówił jej, że pięknie marszczy nos. Dużo pracował, wychodził z kolegami, w domu był ciągle poirytowany, krzyczał na Lenkę. Nie pomagały żadne rozmowy, prośby.

Najbardziej bolało, gdy Milena wyczuła guzek w piersi, a Adam zbagatelizował ten fakt. Powiedział, że ma dużo pracy. Milena sama chodziła po lekarzach, robiła badania. Na szczęście okazało się, że był to nowotwór łagodny. Wtedy Milena uznała, że żyje w klatce, że Adam jej nie wspiera, że nie czuje się szczęśliwa i że nie ma siły już walczyć o ten związek. Chciałaby odejść jednak nie jest to takie proste. Ze swojej nauczycielskiej pensji nie utrzyma siebie i dziecka. Dorabianie korepetycjami tylko w niewielkiej części reperuje budżet. Pandemia zatrzymała ją w domu, część zajęć dodatkowych prowadziła online, odłożyła niewielką kwotę, ale to nie jest rozwiązanie problemu. Obecna sytuacja jeszcze bardziej ją miażdży. Przy takich cenach jej pensja starczy ledwo na wynajęcie mieszkania i opłaty. A gdzie życie, wakacje, leki, ubrania?

Kobieta liczyła to tysiąc razy. Sama nie udźwignie finansowo utrzymania siebie i dziecka. Adam zmienił się nie do poznania. Chyba kogoś ma. Nie wraca na noc, jest opryskliwy, nie słucha nawet swojej matki, a Milenie śmieje się w twarz. Sytuacja patowa. Jej nie bawią memy o czereśniach ani o podrywie dziewczyn na prąd. Każdego miesiąca oszczędza, ile się da jednak pieniądze topnieją w zastraszającym tempie. Wystarczy, że Lena zachoruje i już trzeba sięgnąć do rezerw. Adam się nie interesuje, skąd Milena ma na leki i tak uważa, że daje jej dach nad głową i tym samym spełnia swój obowiązek. Jego matka trzyma się z boku. A Milena każdego dnia liczy, czy jej uda się jej cokolwiek odłożyć, by odzyskać siebie.


Związek

„Na żadnego z mężów przyjaciółek nie spojrzałam jak na kochanka. A one potraktowały mnie jak rywalkę”

Poli Ann
Poli Ann
20 czerwca 2022
fot. raw/iStock
 

Gdy się rozwodziłam moje przyjaciółki były przy mnie. Wspierały mnie, biadoliły ze mną, płakały i bluźniły na mojego eks. Miał sporo za uszami, toteż trochę epitetów pod jego adresem zostało kreatywnie utworzonych. Piłyśmy wino, wymyślając niewybredne określenia. Ja, łykając łzy, śmiałam się razem z nimi, tłumacząc sobie, że dam radę iść przez życie bez niego. I póki trwałam przy nim, moje dziewczyny były tuż obok. Wspierały mnie na każdym kroku. Nawet w sądzie były się razem ze mną, podczas gdy mój jeszcze małżonek zjawił się na rozprawie ze swoją „kobietą”, odstrzeloną jak na imprezę. Ja natomiast zestresowana, wychudzona w garsonce sprzed kilku lat wyglądałam jak cień samego siebie. Przyjaciółki stały za mną murem.


Agata – znamy się jeszcze z liceum, Lidka – studiowałyśmy razem i Gośka – razem dorastałyśmy. Zgrałyśmy się we czwórkę i tak szłyśmy przez życie. Każda z nas miała wzloty i upadki. Reszta zawsze była obok, dopingowała, tuliła, a gdy trzeba było ustawiała do pionu. Z nimi było po prostu łatwiej.

Po rozprawie, na której z mojego męża śmiała się nawet sędzina, przyjaciółki zabrały mnie do restauracji, gdzie nie byłam w stanie niczego zjeść, a pijąc czułam się, jakbym właśnie przegrała swoje życie. Wyłam i piłam z rozmazanym makijażem, w tej staromodnej garsonce, uskarżając się na siebie i swój podły los. Kac następnego dnia był nie do przeżycia. Moje dziewczyny były jednak nadal. Gośka przyniosła mi swój popisowy rosół, Agata wpadła, by ogarnąć mi mieszkanie, z którego były mąż wyniósł połowę rzeczy. Lidka zaś zrobiła zakupy chyba na cały miesiąc i zabrała moją córkę do siebie na kilka dni, bym ja mogła wyć w spokoju.

Płakałam nieustannie. Czułam się stara, choć nie miałam jeszcze czterdziestu lat. W lustrze widziałam zmęczoną, szarą twarz z sińcami do połowy polika. Schudłam dziesięć kilo w ciągu kilku miesięcy, nie mogłam spać, w pracy wykonywałam swoje obowiązki jak robot. W takim marazmie tkwiłam kilka miesięcy, jedynie dziecko trzymało mnie w pionie.

Gdy córka wyjechała na obóz, okazało się, że mam czas dla siebie, że mogę pójść na spacer, poczytać książkę, ugotować coś pysznego. Zaczęłam odzyskiwać siebie małymi krokami, uspokoiłam się, przypomniałam sobie, co to uśmiech. Były wakacje, humor lepszy, były mąż gdzieś zniknął, przesyłał jakieś śmieszne alimenty, do córki pisał tylko smsy. Dziewczyny moje rozjechały się w różne strony.

Raz męża Gośki spotkałam w galerii handlowej, akurat piłam kawę, dosiadł się i tak przegadaliśmy ze dwie godziny. Jak kumple, serdecznie. Innym razem miałam problem z cieknącym kranem. Mąż Lidki, złota rączka, przyjechał po pracy i naprawił mi to w mig. Akurat upiekłam szarlotkę, nie chciał pieniędzy za fatygę, więc go poczęstowałam i duży kawałek dałam dla Lidki i ich syna. O obu sytuacjach z mężami
moich przyjaciółek szybko zapomniałam.

Wakacje się skończyły, każdy był zabiegany. Dziewczyny zaglądały rzadziej, ja radziłam sobie lepiej. Nie płakałam, przytyłam, ponoć wyglądałam lepiej. Byłam spokojniejsza, a kąciki ust częściej unosiły się ku górze. Życie gnało. Pewnego dnia córka Agaty zapomniała kluczy i wróciła z moją Zosią do nas do domu. Zrobiły lekcje, bawiły się fajnie. Agata pobiegła na fitness, więc Karol, jej mąż, przyjechał po Maję. Nasmażyłam dziewczynkom górę naleśników, Karol się załapał i został chwilę, bo tak mu smakowały. Wyszedł z Mają po dwudziestej drugiej, bo dziewczyny nie chciały się rozstać. Ledwo wyszedł, a dostałam od Agaty wiadomość na Messengerze – miała pretensje, że przetrzymuję jej męża. Zdębiałam. Chciał chłopak zjeść kilka naleśników, dziewczynki przednio się bawiły, nie widziałam problemu.

Oliwy do ognia dolała awaria kaloryfera w moim mieszkaniu. Znów zadzwoniłam po męża Lidki, nieświadoma, jaką burzę to wywoła. Wojtek walczył z kaloryferem kilka godzin, na siłę wcisnęłam mu dwie stówy, zrobiłam obiad, którego część zapakowałam w podzięce dla jego rodziny.

Wtedy wybuchła bomba. Tym razem to Lidka miała żal, że absorbuję jej męża. Napisała to na naszej grupie z dziewczynami. Agata dołożyła swoje (te nieszczęsne naleśniki), a Gośka wypaliła, że po cichu chadzam z jej ślubnym na kawę. Ktoś nas podobno widział i doniósł jej uprzejmie. Dziewczyny wylewały jad, a ja nie wierzyłam własnym oczom. Każdy z tych mężczyzn był dla mnie jak brat czy kumpel, nigdy nie spojrzałam na nich jak na kandydatów na kochanka. Szczerze mówiąc związek z moim mężem tak mnie „przeczołgał” emocjonalnie, że żadne amory nie były mi w głowie. Prosiłam o pomoc przyjaciół, kawę piłam z kumplem, zawsze byłam chętna do pomocy, akurat znalazłam się w takim momencie życia, że to ją częściej potrzebowałam wsparcia.

Drugi raz poczułam się zdradzona. Zabolały oskarżenia dziewczyn, z którymi tyle lat byłam blisko. Do żywego dotknęło, że mogły nawet tak pomyśleć, że zniknęły, gdy stanęłam na nogi, że potraktowały jak rywalkę. Nasze relacje od tamtej ostrej wymiany zdań znacznie się ochłodziły. Nie wiem, czy uda się nam je odbudować.

Widać, że przyjaciół niekoniecznie poznajemy w biedzie, lecz wtedy gdy w naszym życiu po burzy wychodzi słońce…

ZOBACZ TEŻ: Nie spodziewała się, że mąż przekupi recepcjonistkę i spokojnym krokiem wejdzie, gdy akurat mieli dziki seks 


Związek

Każdy powód jest dobry, by żyletka „popieściła jej ciało”. Moja córka znika…

Poli Ann
Poli Ann
26 maja 2022
fot. Boyloso/iStock

Lidia, mama czternastoletniej Zuzi, wygląda jak cień samej siebie. Nie śpi po nocach, nasłuchuje, czuwa. Czasem zaśnie na kwadrans, by potem znów być w gotowości. Zuzia już dwa targnęła się na swoje życie. Powód mógłby się wydawać błahy, odrzucił ją chłopak, w którym się zakochała i na głos skomentował w klasie, że Zuzia jest za gruba.

Dla dziewczyny to był cios, podwójny, bo nie dość, że jej uczucie nie zostało odwzajemnione, to słowa lekko rzucone na forum, pewnie dla poklasku, wryły się w jej głowie na tyle, by z dnia na dzień praktycznie przestać jeść. Gdy schudła kilka kilo i koleżanki z klasy zaczęły ją chwalić, kontynuowała głodówki. Lidka najpierw tłumaczyła sobie, że pewnie to przez stres, że siódma klasa, tyle sprawdzianów, zawirowania w szkole. Zuzia świetnie się kryła, udawała, że je, jedzenie chowała po kieszeniach, w chusteczki, w stanik.

Choć była niewątpliwie smuklejsza, Bartek nadal nie zwracał na nią uwagi. To wtedy zaczęła się ciąć. Gdy ostrze lekko sunęło po skórze, a krew ciepłą strużką płynęła po przedramieniu, dziewczyna poczuła błogi spokój. Odkryła zatem „uspokajacz”. Blizny po spotkaniach z żyletką ukrywała pod bluzą, na w-f nie ćwiczyła, Lidka pisała jej usprawiedliwienia, nie chcąc, by córka niepotrzebnie spalała kalorie.

Do łazienki dziewczyna nikogo nie wpuszczała i gdyby nie to, że przez przypadek nie zamknęła drzwi, a Lidka nie weszła tam niosąc pranie, pewnie nawet by nie wiedziała, że Zuźka się tnie. Zszokowana matka rozmawiała z córką całą noc, razem wtulone w siebie płakały. Lidia miała nadzieję, że to było tylko kilka incydentów i że przy szybkiej reakcji dziewczyna przestanie się okaleczać.

Ruszyła machina, spotkania z psychologiem, szukanie terapii, kontrole córki na każdym kroku – gdy je (o ile w ogóle), gdy korzysta z toalety, gdy bierze prysznic, gdy idzie do szkoły, gdy z niej wraca. Matka przejrzała wszystkie rozmowy córki z koleżankami. Wtedy zyskała jasny obraz tego, co ta czuje i myśli.

Dziewczyna jednak, choć sprawdzana na niemal każdym kroku, w chwili nieuwagi Lidki podcięła sobie żyły. Gdyby ta w sklepie była dłużej, córki pewnie by już nie miała. Kobieta nie zapomni wycia karetki pod domem, radiowozu który przyjechał wnet po niej i skupiska gapiów, których interesowało, czemu to pogotowie i policję akurat tu wzywają. Zuzia wylądowała w psychiatryku z automatu. Przy próbach samobójczych wszystko ma pewien schemat, dostaje się kuratora, robi się wgląd w rodzinę, dziecko trzeba poobserwować, zaleca się psychoterapię.

Lidia w pewnym momencie ucieszyła się nawet, że Zuzia w końcu tam trafiła. Nie miała fizycznie już siły bez przerw czuwać przy córce. Nie przejmowała się plotkami ze strony sąsiadów i znajomych, najważniejsze było zdrowie i życie jej dziecka. Zuzia w szpitalu spędziła miesiąc, nieco przytyła, uspokoiła się, rokowała dobrze. Wróciła do domu i do szkoły, po tygodniu znów zaczęła się ciąć. Robiła to, gdy wyczerpana matka przysypiała na kwadrans. Tabletki zaś wzięła, gdy ta pojechała na godzinę do pracy. Musiała, mieli ważny audyt. Miała bardzo wyrozumiałą szefową, która rozumiała jej problemy, jednak w tym dniu na godzinę potrzebowała swojej pracownicy na miejscu. Gdy Lidka wracała do domu czuła, ze coś jest nie tak.

Gdy zobaczyła karetkę i radiowóz pod domem wiedziała, że Zuzia znów targnęła się na swoje życie. Dziewczyna sama była może dwadzieścia minut. Nieprzytomną znalazł ją tata, z którym Lidia się wymieniała dyżurami przy córce. I znów, ratowanie dziecka, pobyt w szpitalu, terapia za terapią, powrót do domu po kilku tygodniach i czuwanie przy Zuzi. Lekarze już nie spieszą się z dobrymi rokowaniami, nie wykluczają pobytu dziewczynki w zamkniętym ośrodku. Zuzia jest póki co wyciszona przez leki, znów nieco przybrała na wadze, ale odgrodziła się od świata. Rodziców nienawidzi, a matki już najbardziej. Jest labilna jeśli chodzi o współpracę, nigdy nie wiadomo w jakim będzie nastroju, czy coś zje, czy nie zrobi sobie krzywdy. Lidka odchodzi od zmysłów, schudła kilka kilo, zauważyła siwe włosy na swojej głowie, żyje w permanentnym stresie. Jest totalnie bezsilna, widząc, że jej córka znika, zabija siebie kawałek po kawałku, nienawidzi wszystkich dookoła.

Odwiedzając córkę na oddziale poznała matki innych dziewczynek. Kobiety są w kontakcie, wspierają się w ratowaniu swoich córek dokładnie tak jak ich córki udzielają sobie rad, jak schować jedzenie, jak bezszelestnie zwymiotować, które leki brać, gdzie się ciąć, by nikt nie zauważył. Matki natomiast w jaki sposób funkcjonować w domu, by nie dawać dziewczynom szans na tak drastyczne działania. Lidka jest tylko jedną z setek tysięcy matek walczących o swoje znikające córki.

Karoliny piętnastolatka pali papierosy i pije alkohol do nieprzytomności. Dzięki temu została zauważona w klasie. Córka Magdy, lat szesnaście, uprawia seks dla zabawy i ogłasza to na potajemnie założonym koncie na Instagramie. Ilość odbytych stosunków wyliczała twierdząc, że bycie dziewicą to porażka. Gdy ktoś nagrał jej poczynania na Tik-Toku dziewczyna wzięła leki. Natalka Renaty tnie się po całym ciele. Każdy powód jest dobry, by żyletka „popieściła jej ciało” (jak dziewczyna napisała w pamiętniku). Liwia, uczennica klasy ósmej, głodzi się już kilka miesięcy. Waży trzydzieści siedem kilo. Jej rodzice starają się o przyjęcie dziewczynki do prywatnego ośrodka. Koszt bagatela – kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie. Trzynastoletnia córka Eweliny objada się kompulsywnie, nie radzi sobie ze stresem. Szesnastoletnia Oliwia ucieka z domu. Zawsze znajdzie sposób, by się wymknąć, choć jej matka zrezygnowała z pracy, by jej pilnować. Córka Małgosi kilka razy próbowała sobie odebrać życie. Za piątym razem się jej udało. W liście pożegnalnym przeprosiła za to, że jest taka słaba i nie ma siły żyć.

Moja córka znika – może powiedzieć jeszcze tyle matek i ojców, walczących o swoje córki każdego dnia. To nie dziewczyny z patologicznych rodzin. To dzieci kochane, niekoniecznie pozostawione same sobie, ambitne, zdolne, inteligentne. To młodzież, którą przerasta rzeczywistość – pandemia, wizerunek człowieka w social media, wojna tuż obok.

Dla rodziców to walka, bardzo nierówna, bo w jakimś momencie nie ma się wpływu na własne dziecko. Nie działają kary ani nagrody, ani straszenie sądem, szpitalem, poprawczakiem czy cmentarzem. Czasem nie działa już nic. Człowiek wyje z bezradności w poduszkę, wali głową w mur, szukając pomocy gdziekolwiek. A tej jest za mało. Polska psychiatria dziecięca nie jest wydolna, nie jest traktowana poważnie. Rodzice odbijają się od drzwi skomląc o miejsce. To dramat wielu polskich rodzin, zwykłych, normalnych. Nie nam oceniać co poszło nie tak. Ja sama zawarłabym pakt z samym diabłem widząc, że moja córka znika…