Związek

„Kochanie, zrobię ci test!” Bywamy jędzami. Włos się na głowie jeży, gdy słyszę takie historie

Poli Ann
Poli Ann
12 listopada 2021
fot. Enes Evren/iStock
 

„Facet to świnia” – często my, kobiety, to powtarzamy. My – zdradzone, oszukane, bite, poniżane, wykorzystane. I mamy rację. Ten, kto krzywdzi drugiego człowieka świadomie, zasługuje nawet na gorsze miano, bez względu na płeć. Jednak czy kobiety zawsze są takie nieskazitelne? Oj chyba nie. Dziewczyny spójrzmy prawdzie w oczy. Bywamy jędzami. Czasem to mnie się włos na głowie jeży, gdy słyszę takie historie…

Grzegorz

Poznał Aśkę na imprezie. Od razu mu wpadła w oko. Śliczna, wygadana, radosna, otwarta. Studiowała na tej samej uczelni. Była więc szansa na kontynuowanie relacji. Spotykali się, było im dobrze, dogadywali się. Zakochał się. Pewnego dnia otrzymał sms: „Dziś mam ginekologa, chyba jestem w ciąży. Bądź pod przychodnią o 13.00”.

Nie przestraszył się. Uprawiali seks, ponoć brała tabletki, ale nigdy to nie jest pewne, więc nie komentował. Po prostu odpisał, że będzie i o pierwszej stawił się pod przychodnią. Kwadrans po trzynastej napisała, że jednak dostała okres. Grzegorz zapomniałby o sprawie, gdyby nie fakt, że gdy brała prysznic dostała od przyjaciółki zapytanie, czy Grzesiek zdał test. Zaintrygowało go to. Wiadomość wyświetliła się na Aśki telefonie, wtedy kliknął i przeczytał całą konwersację. Dowiedział się, ze właśnie brał udział w teście. Jego dziewczyna chciała sprawdzić czy on uniesie ciężar odpowiedzialności i czy bzyka ją dla funu. Z jednej strony był dumny, że zdał, z drugiej czuł dyskomfort, że Asia go testuje. Wieczorem chwilę dopytywał o ciążę, ale go zbyła, po tygodniu nie wytrzymał i powiedział, jak się czuje. Królikiem doświadczalnym być nie zamierzał. Pożegnał się z Aśką odchodząc ze złamanym sercem i z szóstką za zdany test.

Bartek

fot. Marjan_Apostolovic/iStock

Irmina nie tylko ze względu na oryginalne imię była wyjątkowa. Spodobała mu się od razu. Pracowali w jednej firmie. On znał tu wszystko od podszewki, ona dopiero się uczyła. Była bystra, szybka w pracy, komunikatywna. Z jednej z imprez integracyjnych wyszli razem i uznali, że chcą być razem. Oboje wpadli po uszy. Szybko zamieszkali razem. W pracy się dogadywali, może dlatego że nie musieli ze sobą pracować cały czas. Bartek miał w swoim zespole kilka kobiet. Pięknych, przebojowych, zdolnych. I super, takich ludzi potrzebował. Gdy jedna z nich zaczęła go podrywać najpierw reagował śmiechem. Traktował to jak żart. Jednak umizgi były coraz odważniejsze. Zajęty pracą, a w domu swoją kobietą nie przywiązywał do tego wagi. Był przystojny, mógł się podobać. Przypadkiem zupełnym usłyszał rozmowę, gdy Irmina mówiła tej dziewczynie co ta ma robić. Chodziło o to, by sprawdzić, czy Bartek oprze się, gdy kobieta mu się sama podaje na przysłowiowym talerzu. Irmina dyrygowała, wszystko zaplanowała.

Póki co Bartek testy zaliczał (adorującej koleżanki nie), teraz miała przyjść pora na zadanie finałowe. Nie przyznał się Irminie, że zna jej zamiary. I faktycznie w niedługim czasie, Agnieszka znalazła pretekst by znaleźć się z nim w biurze po godzinach sam na sam, ubrana w seksowną bieliznę, marynarkę i pończochy. Trudno było oderwać od niej wzrok. Była piękna i chętna. Ale to nie z nią przecież był. Poflirtował moment, a gdy zbliżyła się by go pocałować, odgarnął jej włosy i na ucho szepnął, by przekazała Irminie, że znów zaliczył test, a nie koleżankę. Po czym zostawił zaskoczoną kobietę, a sam wrócił do domu, zabrał rzeczy, a zszokowanej Irminie powiedział, że Aga wszystko jej wyjaśni z pikantnymi szczegółami. Jeszcze kilka tygodni Irmina walczyła o niego, przepraszała. Uznał jednak, że nie tego oczekuje od związku. On chciał po prostu kochać, a nie zdobywać punkty.

Karol

fot. Charday Penn/iStock

Długo się bronił przed związkiem z Renatą. W końcu była przyjaciółką jego eks, z którą miał dziecko. Renata jednak dziwnym trafem zawsze była obok, rozumiała go, podzielała jego pasje, a że była atrakcyjna i dobrze czuł się w jej towarzystwie, uznał że zaprosi ją na kawę. Jedną, druga, piątą, na kolację, do kina aż w końcu do łóżka. Układało się im dobrze. Jego córeczka znała Renatę, więc gdy mała była z nimi nie czuła się nieswojo. Wszystko zaczęło się układać. Monika, jego eks, się nie wtrącała, on był zakochany w Renacie, mała Maja bardzo ją lubiła. W końcu był spokój. Nie trwał długo. Renata pewnego wieczoru wypiła za dużo i wyznała, że go kocha. Ucieszył się. Ona zaś nie bardzo, bo nie taki był plan. Miała go poderwać, obserwować jak zajmuje się Mają, a gdy coś schrzani to uprzejmie donieść Monice, by ta miała pretekst do przejęcia całkowitej władzy nad dzieckiem. Sęk w tym, że Karol był dobrym ojcem i fajnym facetem, a Renata zamiast go tylko obserwować, po prostu mu uległa i się zakochała. To był jak strzał między oczy. Nie wiedział na którą być bardziej zły.

Karol nie spał tej nocy. Poczuł się jak puzzel w układance, który ma tylko dopełnić całość. Zaangażował się, zaufał, a był po prostu pionkiem w jakiejś cholernej grze. Renata się zakochała i przeprasza, Monika znów nie daje mu żyć, Maja dopytuje o ciocię, a on zastanawia się co znów zrobił nie tak i czy wszystkie baby są jakieś inne czy tylko on na takie trafia?

 


Związek

Jestem Wiktoria. Ta, co zwycięża. Jestem szczęśliwą rozwódką. Mój były mąż ma ograniczone prawa rodzicielskie

Poli Ann
Poli Ann
30 listopada 2021
fot. AaronAmat/iStock
 

Moje imię oznacza zwycięstwo. Nadano mi je, bym dzielnie szła przez życie i wygrywała z przeciwnościami losu.


I tak faktycznie było. Szkołę skończyłam z wyróżnieniem, choć ciężko chorowałam. Nie chciałam taryfy ulgowej. Dzięki temu dostałam się na studia, dobrze mi szło, a gdy nastąpił nawrót choroby, znów uwierzyłam w moje imię. Dwie chemie pomogły zwalczyć „obcego” w moim ciele. Wtedy myślałam, że limit nieszczęścia już wyczerpałam.

Potem poznałam jego – bożyszcze wśród koleżanek cieszące się ogromnym powodzeniem. Piękne dziewczyny z długimi włosami śliniły się do niego podczas gdy on zwrócił uwagę na mnie – dziewczynę w chustce na głowie, z wielkimi brązowymi oczami bez rzęs i brwi. Moją chorobę nosiłam dumnie, nie zakładałam peruki, nie malowałam się. Byłam szarą myszką z tą kolorową chustką.

– Ładna chustka – powiedział on, ten boski, i przysiadł się do mnie, podczas gdy zazdrosne koleżanki patrzyły na to z niedowierzaniem. Gadaliśmy do rana. I tak każdego dnia. Zaczęło się od głębokiej przyjaźni. Miłości nie dopuszczałam do siebie bojąc się, że będę dla niego ciężarem. Wiążąc się ze mną, wiązałby się ze mną i rakiem. Nie chciałam tego. On jednak czekał i po pięciu latach, gdy stwierdzono, że jestem zdrowa, klęknął przede mną i powiedział, że nie mam wyjścia. Muszę za niego wyjść. Kolejna wiktoria w moim życiu. On, zdrowie, potem praca. I ślub, którego tak się bałam. Było pięknie i zupełnie zwyczajnie. Ot, dwójka kochających się ludzi, którzy chcą ze sobą być. I byli.

Dwie kreski na teście były dla nas szokiem. Po tylu chemiach nie dawano mi szans na ciążę, a tu proszę. Czerwone krechy prężyły się dumnie na kawałku plastiku podczas gdy ja wymiotowałam do sedesu. Początek ciąży był trudny. Byłam słaba, nudności miałam cały czas, potrzebowałam wsparcia. Poszłam na zwolnienie, dużo odpoczywałam. Mąż pracował i o nas dbał.

Narodziny córki były moją kolejną victorią. Donosiłam dziecko, urodziłam zdrową dziewczynkę. Byłam matką. Znów było pięknie i normalnie. Bo normalne są przecież kolki,
nieprzespane noce, brak pokarmu, ogromne zmęczenie i strach o kruszynkę, która już jest na świecie. Ja, choć zmęczona, starałam się opiekować małą najlepiej jak umiałam. On uciekał w pracę. Nie lubił chodzić na spacery z wózkiem, bał się zostawać z Lilką sam, wszystkim wokół dziecka zajmowałam się ja. On dobrze zarabiał, nie wracałam więc do pracy.

Dziecko rosło, a my oddalaliśmy się od siebie. Nie gadaliśmy już tyle, seks zszedł na dalszy plan, nigdzie nie chodziliśmy. Przynajmniej ja, on brylował w pracy na bankietach.
Chciałam rozmowy, terapii, czegokolwiek, w zamian dostałam szyderczy uśmiech i komentarz, że może powinnam wziąć się za siebie. Nie bardzo było kiedy, skoro całe dnie
spędzałam w domu niczym w złotej klatce. Gdy zażądałam rozwodu, myślałam że go to ocuci, że może się opamiętamy i zawalczymy o nas.

– Ok, ale Lilkę biorę ja – usłyszałam tylko. Zniknął mój facet, mój mąż, przyjaciel, ten, który mi przysięgał. Przede mną stał zimny drań, bez uczuć,  z cynicznym uśmiechem. – Nie utrzymasz jej, możesz zachorować, jesteś słaba – kontynuował, a ja chciałam wyć. Moja wiktoria przestała działać. W najgorszych snach bym nie podejrzewała, że wyciągnie wszystkie moje słabości, że wykorzysta moje czułe punkty, że nimi właśnie rozpocznie batalię.

Było strasznie, zamienił moje życie w piekło, nawet chemia tak nie bolała, jak to upokorzenie, kiedy prosisz się o pieniądze na pieluchy dla dziecka, gdy nie masz się gdzie wyprowadzić, gdy od przyjaciółki pożyczasz na adwokata, gdy on wpada z pracy i bierze córkę nie wiadomo dokąd na cały wieczór czy noc, zostawiając mnie w rozpaczy. Gdy Twój niegdyś książę bawi się Twoim strachem, robi z Ciebie panikarę i idiotkę, przecież prawa rodzicielskie ma i dobrego adwokata, który to jeszcze wykorzysta. Wiem wiem, powinnam być silna, dla dziecka. Bałam się jednak, czy dam radę, czy rak nie wróci, czy on mi jej faktycznie nie odbierze.

Ciągle słyszałam jak się zaniedbałam, jak jestem beznadziejna, bo dziecka nie stymuluję, bo jeszcze nie chodzi, a inne już tak. W domu nie sprzątam, słabo gotuję i to na pewno od tego mała ma alergię. Taka nieporadna jestem przecież, ledwo na matkę się nadaję. Gdy przyjaciółka wyciągnęła mnie na drinka podczas gdy ustalone było, że mała będzie z tatą, następnego dnia usłyszałam, że jestem nieodpowiedzialna, że piję za dużo, nie dbam o swoje zdrowie, a co dopiero dziecka. Gdy córeczkę ukąsiła osa, od razu zostało to wykorzystane przeciwko mnie.

– Pewnie znowu piłaś – usłyszałam od męża. Wtedy zabrał małą na kilka dni, niczego mi nie mówiąc. Odchodziłam od zmysłów, ale póki prawa rodzicielskie miał, byłam bezsilna. To
Edyta, moja przyjaciółka zmusiła mnie do terapii w centrum dla kobiet, ona mnie wspierała, dała mi siłę podczas gdy mój jeszcze mąż, pysznił się dumnie ciesząc się z mojego strachu. Zupełnie go nie poznawałam. A może nie poznałam go tak naprawdę nigdy? Bo jakim trzeba być się człowiekiem, gdy nie dla dobra dziecka, ale tylko dla własnej satysfakcji chce się mu odebrać kochającą matkę?

Kilkanaście miesięcy później

Jestem Wiktoria. Tak, ta co zwycięża. Jestem szczęśliwą rozwódką. Mój były mąż ma ograniczone prawa rodzicielskie. Udowodniłam mu przed sądem przemoc psychiczną nade mną. Zupełnym przypadkiem na jaw wyszły również jego liczne zdrady, a szyderczy uśmiech zniknął z jego twarzy. Pracuję, Lilka chodzi do żłobka, który uwielbia. Świetnie się rozwija, a ja jestem zdrowa, spokojna. Radzę sobie. Jest pięknie i normalnie. Tak jak powinno być.

Przemoc psychiczna? Uciekaj, gdy rozpoznasz w nim tych kilka cech!


Związek

„Kochanie, ja też straciłem tę ciążę…” Iza nie wie, że on płacze pod prysznicem, staje się emocjonalnym wrakiem

Poli Ann
Poli Ann
12 listopada 2021
fot. aflor/iStock

Marek ożenił się pięć lat temu. Poznał Izę i przepadł. Jej ciemne oczy i czarne pukle do pasa zauroczyły go na amen. Kilka tygodni prosił ją o spotkanie. Nie była ufna, otwierała się powoli. Zdobył ją ciepłem i spokojem, w końcu cechy, których się całe życie wstydził okazały się być tymi na wagę złota. Iza nie potrzebowała głośnego imprezowicza, wodzireja i seks maniaka. Doskonale czuła się przy Marku, który dawał jej ogromne poczucie bezpieczeństwa. Studia kończyli razem, oboje pisali prace magisterskie, szukali pracy. Ślub wzięli gdy ich życie się stabilizowało i gdy byli pewni siebie. Potem kredyt, mieszkanie i … kamera akcja: zaczął się film pt. „Codziennie życie”.

Scena pierwsza

Pracę dostaje Marek. Iza, tak samo wykształcona ma mniej szczęścia, na rozmowach często między słowami pytana jest o planowanie rodziny. Czuje się poirytowana, jest ambitna, zamyka się w sobie. Marek stara się jak może, wspiera, pomaga, przeżywa. Nie godzi się na niesprawiedliwe traktowanie kobiet na rynku pracy. Gdy Iza w końcu znajduje posadę, cieszy się razem z nią. Tak jak obiecał na ślubnym kobiercu – na dobre i na złe.

Scena druga

Oboje całe dnie poświęcają pracy, wieczorem zakupy, film, jej zumba, jego basen, czasem szybki seks. Iza coraz częściej wspomina o dziecku. Marek też bardzo pragnie potomstwa, wie, że oboje dojrzeli do bycia rodzicami. Iza chętnie podpatruje dzieci znajomych, z koleżankami nie rozmawia o modzie, lecz o wyprawkach, lekarzach i jodze dla ciężarnych. Marek świetnie odnajduje się w tym temacie. Oczami wyobraźni widzi maluszka stąpającego po drewnianej podłodze w salonie. Z Izą kocha się jakoś bardziej namiętnie, chcąc jej dać wszystko, czego ona pragnie. Gdy w pewien sobotni poranek Iza krzyczy coś w łazience, on przerażony biegnie do niej bojąc się widoku, jaki zastanie. Dostrzega żonę, z czymś plastikowym w ręku, śmiejącą się i płaczącą na przemian. Będziesz tatą! – krzyczy z całych sił, a potem całują się namiętnie i kochają pod prysznicem.

Scena trzecia

To był ciężki dzień. W pracy Marka audyt, przełożona bardzo wymagająca, zestresowana i wyżywająca się na pracownikach. Trudno się pracuje w takiej atmosferze. Gdy Marek zmęczony wraca do domu nie wie, że nie jest sam. Wszystkie światła pogaszone, cisza. Pewnie Iza poszła do galerii kupować niemowlęce ubranka. Marek siedzi w tym mroku dobre pół godziny, uspokaja się po ciężkim dniu, myśli jak rozpracować klienta, jak pomyślnie przejść audyt i planuje prezentację, jaką ma na jutro wykonać. Dopiero po chwili orientuje się, że słyszy dobiegający z łazienki szloch. Podchodzi do drzwi, widzi Izę na podłodze w kałuży krwi.

Kobieta zastygła, łzy ciekną po jej twarzy, od czasu do czasu szlocha. Marek w mig się orientuje co się stało. Iza nie pozwala się umyć, w kółko powtarza  że do niczego się nie nadaje. Trzyma się za brzuch i wciąż pyta: „Dlaczego?” Nie chce jechać do szpitala. Marek siedzi z nią, płacze, chciałby jej pomóc, czuje ogromną bezsilność, milczy, zagryza wargi aż do krwi. Dopiero późnym wieczorem pomoże jej pod prysznicem, zrobi herbaty i zawiezie na SOR, gdzie poronienie zostanie potwierdzone. Iza dostanie leki i zaśnie, on wróci do domu, nie przygotuje się do audytu, nie zrobi prezentacji, którą zleciła mu przełożona.

Nie zmruży  oka przez całą noc, znajdzie żonie psychologa, a rano pojedzie do niej, by choć ją przytulić. W aucie znów będzie płakał jak bóbr widząc smutek w oczach Izy. W pracy przeżyje kolejny ciężki dzień. Przetrwa go jakby był tylko widzem tego zamieszania. Właśnie stracili ciążę, żona wpada w depresję, czy ten pieprzony audyt ma w tej chwili takie znaczenie?

Scena czwarta

Iza po pół roku znów zachodzi w ciążę. Od razu idzie na zwolnienie, dba o siebie. Czuje się wyśmienicie. Marek fruwa. Jest tak sielsko. Nic się nie liczy prócz tego, że będą rodzicami.

Wieczorem oglądają film, Iza wcina ogórki kiszone, on się pyta czy przynieść jej nutelli. Patrzy na nią z miłością, idzie zrobić herbaty. Gdy słyszy huk tłuczonego szkła jak wariat biegnie do sypialni. Iza zwija się z bólu, plama krwi na pościeli się powiększa, Iza wyje przerażona, Marek dzwoni po karetkę i stara się pocieszyć żonę. Trzyma ją za rękę, powstrzymuje łzy, w myślach wie, że dziecka już nie będzie, tej krwi jest tak dużo. Modli się, by Iza to przetrwała…

Scena piąta

Iza funkcjonuje jak robot. Je, śpi, pracuje. Nie chodzi do znajomych, którzy mają dzieci. Omija kina, galerie handlowe, supermarkety. W bloku chodzi po schodach, by przypadkiem windą nie jechać z kimś wózkiem. Zamyka się w swoim świecie. Z Markiem się nie układa. Iza nie wie, że on płacze pod prysznicem, że zrobił sobie badania, chcąc wiedzieć, czy ma zdrowe nasienie, że w pracy już nie żartuje, stał się małomówny i mniej wydajny, że do firmy jedzie inną drogą, by nie mijać przedszkola, o którym z Izą myśleli. Że czuje się nijak jako mężczyzna, który nie może pomóc swojej ukochanej, że nie może znaleźć rozwiązania. On też przeżywa, staje się emocjonalnym wrakiem. Nie liczy się praca, awanse, wyniki w Runmagedonach ani auto, jakim jeździ. Przecież nie jest złym człowiekiem. Nikomu nie zrobił krzywdy. Żonę kocha ponad wszystko.

Chciałby być tatą, po prostu. Czy to tak wiele?