Związek

Jeden prosty sposób, by spi*przyć nawet najbardziej udany związek

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
8 października 2017
Fot. iStock/Marjan_Apostolovic
 

Małżeństwo Edyty rozpadło się cztery lata temu. Powód? Była chorobliwie zazdrosna, a on po prostu miał już dość ciągłego tłumaczenia się. Ta zazdrość nie wzięła się jednak z powodu jego niefrasobliwego zachowania lub luźnego podejścia do relacji z innymi kobietami. Nie, nie. Zazdrość Edyty była bardziej złożona i dlatego też rozpadł się także jej kolejny związek. 

Odkąd pamięta, nigdy siebie nie lubiła. Przeszkadzało jej niemal wszystko – garbaty nos i kręcone włosy, niski wzrost, piegi na dekolcie. Nie przepadała także za niektórymi swoimi cechami charakteru. Jest bardzo impulsywna, zaborcza i ma słomiany zapał. Tak ona w skrócie opisuje siebie. Terapeucie wystarczyło jedno spotkanie, by mógł ocenić ją zdiagnozować. A właściwie wskazać powody, przez które jej małżeństwo się rozpadło. Ale od początku.

Z Markiem tworzyli udaną parę, byli szaleńczo w sobie zakochani. Ona jednak wciąż nie mogła uwierzyć, że taki wspaniały facet w ogóle zwrócił na nią uwagę. Jemu nie pozostało więc nic innego, jak tylko każdego dnia zapewniać Edytę o swoich uczuciach. I robił to niemalże przez cały okres ich małżeństwa. – Kiedy on zapewniał, że świata poza mną nie widzi, ja śmiałam się i mówiłam, że pewnie w końcu mu się odmieni i spotka fajniejszą babkę. No i wykrakałam – opowiada. Nie ukrywa, że była bardzo zazdrosna i zaborcza. Kontrolowała każdy jego ruch. Porównywała się z kobietami, które obracały się w jego towarzystwie. Po różnych wzlotach i upadkach każde poszło w swoją stronę. To znaczy właściwie to Marek poszedł, a ona została, utwierdzając się w przekonaniu, że faktycznie jest brzydka i beznadziejna.

Rok później poznała Tomka. Był bardzo szarmancki, ale też oddany i kochający. Na niewiele jednak zdały się jego dobre intencje, ponieważ Edyta w każdym jego ruchu dopatrywała się fałszu. I znów pojawiły się natrętne myśli „to niemożliwe, żeby taki facet zwrócił na mnie uwagę”. Cokolwiek zrobił, zawsze było źle, niedobrze. – Kiedyś w kłótni powiedział mi, że ma wrażenie, jakbym tylko czekała na jakieś jego niepowodzenie. I to dało mi do myślenia. Faktycznie obserwowałam każdy jego ruch i czekałam, aż będę mogła krzyknąć „acha, mam cię!” – wspomina. Na niczym go jednak nie przyłapała. Zostawił ją.

Edyta wybrała się do terapeuty, który miał wyjaśnić jej, co robi nie tak, że faceci od niej odchodzą. Jakież było jej zdziwienie, gdy już na pierwszej wizycie dowiedziała się, w czym tkwi problem. Dla specjalisty nie było to trudne, ponieważ problem, z którym zmagała się Edyta, dotyczy bardzo wielu kobiet. – „Pani siebie nie kocha. Ba! Pani nawet siebie nie lubi. Ani wyglądu, ani charakteru. Nawet najbardziej udany i dobrze rokujący związek, przepełniony wielką, szczerą miłością rozpadnie się, jeśli nie będzie pani kochała siebie”. Dokładnie tak mi powiedział. I dziś wiem, że miał rację – stwierdza.

Te dwa związki można było uratować. Ty też jeszcze możesz uratować swój. Musisz uświadomić sobie, w jaki sposób twój brak samoakceptacji sabotuje twój związek.

Partner ma dwa razy więcej roboty

Skoro ty nie czujesz się piękną, mądrą i wartościową kobietą, oczekujesz, by on cię o tym zapewniał. Wciąż i wciąż. On będzie to robił, ale tylko do pewnego czasu. W końcu po prostu będzie zmęczony, bo to naprawdę ciężka praca. Szczególnie, gdy negujesz każdy jego komplement i zapewnienie o miłości.

Posądzasz go o złe intencje

Ludzie, którzy nie kochają siebie, mogą niewłaściwie oceniać sytuację i zachowania innych ludzi. Wydaje im się, że każdy jest wrogiem. Takie podejście działa wyjątkowo destrukcyjnie na związek, ponieważ powoduje, że partner czuje się wciąż obserwowany i osądzany.

Porównujesz swój związek z innymi

Zamiast być wdzięczną i doceniać to, co masz, nieustannie porównujesz swój związek z innymi. Oczywiście twoja relacja z partnerem zawsze wypada słabo na tle innych. Tam mężczyźni przecież bardziej się starają, intensywniej okazują swoją miłość, a ich partnerki są zadowolone z życia i spokojne o swój związek.

Generujesz negatywne emocje

Nikt nie chce wiązać się z osobą, która nieustannie szuka dziury w cały, a ty właśnie to robisz. Doszukujesz się problemów, a jeśli nie możesz ich znaleźć, wymyślasz je. Wasza relacja staje się coraz bardziej toksyczna, a partner, mimo najszczerszych chęci, nie potrafi cię zadowolić.

Przestaniesz go interesować

Jest coś pociągającego w ludziach, którzy są niezależni, lubią siebie i mają normalne, zdrowe poczucie własnej wartości. Przy kimś takim po prostu chce się żyć. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że są przez to atrakcyjniejsi dla płci przeciwnej. On po prostu straci zainteresowanie tobą, jeśli dalej będziesz sabotowała wasz związek poprzez swoją niską samoocenę.

To jeszcze nie jest najgorsze. Wiesz, co jeszcze może się stać, jeśli nie kochasz siebie? Jeśli akurat trafisz na kogoś, kto nie będzie darzył się prawdziwą miłością, a po prostu zwiąże się z tobą?

Pozwolisz traktować się źle

Nic dziwnego, przecież nie zasługujesz na miłość, opiekę, bezpieczeństwo, wsparcie. „Gdybym była coś warta, on na pewno nie traktowałby mnie w ten sposób”. I tak latami będziesz pozwalać na różne nadużycia oraz fizyczną i psychiczną przemoc, będąc przekonana, że nic więcej cię w życiu nie spotka.

Brzmi strasznie, prawda?

Jesteś wspaniała, jedyna i niepowtarzalna. Uwierz w to.


 

Na podstawie: Pop Sugar


Związek

Hanna Dunowska: „Kryzysy nie zdarzają się tak po prostu, bez przyczyny, chcą nas do czegoś przygotować albo od czegoś oderwać”. Jak wyjść z kryzysu?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
8 października 2017
Arch. prywatne
 

Nie wszyscy wiedzą, że Hanna Dunowska przez wiele lat była psychoterapeutką. Wspierała między innymi kobiety, które zwracały się o pomoc do Centrum Praw Kobiet. Dzisiaj przypominamy wywiad z aktorką, która mówiła: „W momencie, kiedy jest się w kryzysie, człowiek nie ma możliwości wyobrazić sobie, jak potoczy się jego życie. Trzeba tylko się otworzyć i iść – jak we mgle; nie widzę, gdzie idę, ufam temu, że to co stoi na mojej drodze, jest tym, co ma stać i co ja mam wziąć”.

Zastanawiałam się, co takiego musi się wydarzyć, że postanawiamy zmienić nasze życie? Że kończymy wieloletni związek, odkrywamy w sobie nowe możliwości, pasje, umiejętności? Była Pani aktorką, dzisiaj jest też terapeutką, jak długą drogę trzeba było przejść, by odważyć się na takie zmiany?

Hanna Dunowska: W moim życiu pojawił się taki czas, kiedy wyciszyły się zupełnie wszystkie oferty zawodowe. Tak, jakbym wpadła w dziurę. Miałam tylko moje drugie małżeństwo, w którym zaczęły się trudne rzeczy dziać – dom, który właśnie budowaliśmy i dziecko w drodze. Głos wewnętrzny mówił mi, że to ma być czas na moje świadome macierzyństwo.

Swoją córkę, urodziłam tak trochę w biegu robiąc dyplom w szkole teatralnej, grając z moją własną ciążą postać ciężarnej. Kiedy Joasia pojawiła się na świecie, pisałam pracę dyplomową, chodziłam z nią do szkoły, do biblioteki, była jakby dodatkową częścią mojego życia, ale nie główną, niestety.

Teraz, kiedy na to patrzę, żal mnie ogarnia, że straciłam coś, co jest bezpowrotne – radość z pojawienia się i opiekowania własnym dzieckiem. Szkoda mi tego czasu, żałuję. Nie byłam niestety, wewnętrznie dojrzała na dziecko, miałam w głowie budowanie mojej kariery zawodowej.

Natomiast, kiedy urodził się Julek, pomyślałam: teraz się ukierunkuję na bycie mamą. Na początku rzeczywiście tak było, ale po roku bycia w domu i zajmowania się dzieckiem już mnie coś wypychało w świat, już byłam bardziej zniecierpliwiona. Poczułam się jak we własnej pułapce. Macierzyństwo już mi nie wystarczało. To, czego chciałam, to wyjść poza dom, wrócić do pracy, coś robić w świecie, chociaż nie bardzo wiedziałam co. Ale los był twardy i nie dość, że już byłam w tym domu tak bardziej z obowiązku niż z serca, to jeszcze byłam w nim ciągle sama .

W takim momencie życia, w takim rozdarciu, człowiek zaczyna myśleć o sobie, o tym, kim ja tak naprawdę jestem. Jestem mamą, jestem żoną, ale inaczej to wszystko sobie wyobrażałam, myślałam, że będziemy razem nasz dom tworzyć, wspólnie to nasze życie prowadzić. A tu okazało się, że dom na mojej głowie, dziecko na mojej głowie, że muszę sama wszystkiemu podołać, bo mąż w pracy, a jak wraca, jest zmęczony. To było trudne, bo ciąża i poród zabrały ze mnie na wiele miesięcy wszystkie siły i całą energię. Długo dochodziłam do siebie po porodzie.

Może to było naiwne myślenie, może mało dojrzałe, może wynikające z ogromnych deficytów uczuciowych (zwłaszcza ze strony ojca), jakie ciągnęły się za mną od dzieciństwa.

Doskwierała mi samotność, moje samopoczucie było coraz gorsze. Zaczęłam dzwonić do agencji, po różnych miejscach, gdzie tylko mogłam się przypomnieć. Owszem dostawałam propozycje wzięcia udziału w castingu. I oczywiście jeździłam wszędzie, gdzie się dało, jeździłam z Julkiem. Moja córka, która wtedy była nastolatką, pomagała mi. Ja szłam na casting, a ona chodziła z wózkiem. Było bardzo trudno, a do tego nic mi z tych castingów nie wychodziło.

Ta moja dziura zawodowa trwała pięć czy nawet sześć lat. Do tego doszły coraz większe pretensje mojego męża, większe poczucie niespełniania się w roli żony. Poza tym zaczynało we mnie kiełkować przekonanie, że nie daję mojemu synowi tyle, ile powinnam. Pytałam siebie: kim ja jestem, skoro ani dobrą żoną, ani matką, ani aktorką. Dlaczego nic mi w życiu nie wychodzi? Dlaczego ciągle utykam?

Był to straszny okres, nie zarabiałam, nie miałam swoich pieniędzy, byłam zależna. Tymczasem mam w sobie bardzo silną potrzebę niezależności, w dorosłym życiu zawsze samostanowiłam o sobie. Byłam energiczna i aktywna i z taką JA się utożsamiałam. Kiedy zderzyłam się z inną JA – nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzić.

Ale jak długo można w tym trwać?

Okazuje się, że długo… Choć widzimy, że stoimy w miejscu, że nic się nie dzieje, że nasz związek się rozsypuje, a wszelkie próby zmiany status quo nie przynoszą efektów…

Zaczęłam wątpić w swoje umiejętności, w swoje możliwości. Myślałam: przecież gdybym byłą dobrą aktorką, to by mnie chcieli. Gdybym była dobrą żoną, on by mnie kochał…

Kiedy teraz o tym myślę, widzę jak bardzo ciężki był to dla mnie czas. Nawet pod względem towarzyskim zrobiła się jakaś pustka… Dziadostwo. I ja tak w tym trwałam. To był olbrzymi kryzys.

Poczucie, że już w żadną stronę nie można pójść, że stoi się pod ścianą?

Tak, kiedy nie ma się nawet siły, by na tę sytuację się zdenerwować, tu zamiast: „Ku*wa mać, o co chodzi”, jest raczej „O Jezu…”.

I jeszcze rak?

To był koniec września, mój mąż wyjechał robić zdjęcia do kolejnego filmu, a ja pomyślałam, że może czas się wziąć za siebie. Taki był pierwszy impuls: chociaż się przebadam. Nie chodziłam do lekarzy prawie w ogóle. Nic mi nie dolegało, uważałam się za zdrową fizycznie osobę, natomiast nie zdawałam sobie sprawy, że psychicznie jest coraz zgorzej. I diagnoza: nowotwór piersi…

Najpierw nie dowierzałam, ale skoro słyszę i widzę na USG, to musi być prawda.

Diagnoza okazałą się momentem zwrotnym, poczułam mocno, że ja nadal chcę żyć, że nie chcę się poddać. Odezwała się we mnie stara Hania, energiczna harcerka, co nie da sobie w kaszę dmuchać, poradzi sobie ze wszystkim. Obiecałam sobie, że wygram z tym rakiem. To był mój cel.

A że zawsze byłam zainteresowana medycyną naturalną postanowiłam zadbać o siebie także w tym obszarze. Zupełnie przypadkiem trafiłam na cudownego człowieka, który był bioenergoterapeutą, czerpał swoją wiedzę od ludzi, którzy mieszkają w odległych zakątkach ziemi. Pod wpływem impulsu zadzwoniłam do niego mówiąc: „Mam raka, potrzebuję porozmawiać z panem”. Nie miał terminów, ale oddzwonił po 15 minutach mówiąc: „Pani Hanno jutro mogę się z Panią spotkać”.

Mówię o nim, bo to był ważny człowiek, który potem pokierował moim wejściem w inny obszar życia, ten bardziej duchowy. ponieważ, aby dobrze w życiu funkcjonować trzeba się rozwijać, poznawać siebie. Człowiek jest istotą fizyczno-duchową, nie może koncentrować się tylko na swojej fizyczności i życiu materialnym; musi zadbać o swojego ducha. W przeciwnym razie żyje taki jak na pół gwizdka, połowicznie.

To właśnie Marek Pilkiewicz ( już nie żyje) podsunął mi pierwsze książki, pod wpływem których inaczej zaczęłam patrzeć na siebie, na swoje życie, czułam, że idę w dobra stronę.

Podobno, gdy my otwieramy się na to, co jest w nas, to świat otwiera się na nas…

Absolutnie! To już Paulo Coehlo napisał, że jeśli wejdziesz na właściwą ścieżkę, to cały świat będzie ci sprzyjał. Jedni mają do tego bardzo sceptyczny stosunek, a ja nie, wierzę w to, dlatego, że sama tego doświadczyłam. Wierzę, że jest gdzieś w nas ukryty bardzo głęboko wewnętrzny głos, który mówi nam, gdzie mamy iść, który nas popycha we właściwą stronę.

Czujemy zgodę na to?

Tak i to jest wtedy zgoda bez wątpliwości. Proszę zauważyć, że często mamy zgodę na coś, ale jednak ją warunkujemy. Ja w tamtym momencie swojego życia poczułam, że to jest absolutnie to, czego chcę. Wracając do tego, że kiedy sprzyjasz sobie, świat sprzyja tobie – tak się zadziało. Wtedy właśnie dostałam pracę – prowadzenie warsztatów aktorskich. Nie zastanawiałam się ani chwili, bo potrzebowałam swoich pieniędzy. Potem nagle zadzwoniła do mnie agentka z Wrocławia z propozycją zagrania w serialu „Pierwsza miłość”. Później odezwała się Ilona Łepkowska proponując rolę w „Barwach szczęścia”. Jakby się coś otworzyło. To było niesamowite…

W trakcie leczenia zbliżyłam się bardzo do siebie samej. Od pewnych mądrych ludzi usłyszałam, że choroba, która mnie dotknęła, to jest rak mojej duszy, że strasznie dużo w moim życiu było smutku, cierpienia, samotności. Postanowiłam to zmienić, bo nie chciałam już tak żyć. Chciałam więcej radości, więcej zaufania, do tego, co się pojawia na mojej drodze. I przede wszystkim nie lekceważyć żadnych swoich odczuć, a wręcz słuchać i podążać za nimi.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Stąd wzięła się psychoterapia?

Sama myśl przyszła właściwie przypadkiem, a raczej znowu została mi jakby podsunięta. Kiedy leżałam w szpitalu, natknęłam się na reklamę Letniej Szkoły Psychologii Procesu. Zatrzymało mnie to, zwłaszcza, że jedyny terapeuta, z którym rozmawiałam, kiedy się rozchorowałam, był właśnie terapeutą psychologii procesu. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Gdy zobaczyłam ogłoszenie, pomyślałam: ja tam chcę, ja tam muszę pójść.

Napotkałam opór. Mój mąż powiedział, że nie stać nas na to, pytał, co będzie z Julkiem, jak sobie to wyobrażam. A ja nigdy w życiu nie miałam takiego autentycznego przekonania, że ja tam muszę być, żeby się waliło, paliło, tam jest moje miejsce. Wszystko przezwyciężyłam i męża i pieniądze, i poszłam. Po raz pierwszy stanęłam tak mocno za sobą i za impulsem, po raz pierwszy od tego wielkiego sześcioletniego dołu.

To był cudowny miesiąc. Wychodząc po ośmiu godzinach zajęć już chciałam, żeby był kolejny dzień. Kiedy letnia szkoła się skończyła, wiedziałam, że chcę studiować psychologię zorientowaną na proces, że chcę zostać psychoterapeutką. Spełniała się moja afirmacja: żeby spotkać na swojej drodze coś, co by mnie rozwijało, co dawałoby poczucie spełnienia, satysfakcję i jeszcze jakieś pieniądze. Teraz uważam, że to było po prostu na mojej drodze, ja tylko to zauważyłam i odważyłam się po to sięgnąć… Gdyby nie ten okres sześcioletniej ciszy i smutku, może bym to przegapiła, może nadal byłabym tylko aktorką i czekałabym, aż telefon zadzwoni i dostanę upragnioną rolę.…

Nie byłaby Pani w tym miejscu, co dzisiaj?

Nie byłabym. Tam bym została, szukałabym nowych ról, rozwijałabym się jako aktorka, może i nawet odnosiła jakieś sukcesy. Mój rozwój osobisty pewnie by posuwał się do przodu, ale z pewnością nie tak, jak to się zadziało.

Jak ważne okazuje się zatrzymanie i skorzystanie z kryzysu, który się nam przytrafił?

Przede wszystkim trzeba mieć zaufanie do losu, trzeba zrozumieć że wszystko przytrafia się nam po coś i, że gdy jesteśmy w tej dziurze, warto mieć w sobie akceptację na to, ale również uszy i oczy pozostawić szeroko otwarte na to, co przynosi życie.

Uważam, że nie należy zamykać się, ale zaakceptować, że coś się musi w nas wyciszyć, aby coś mogło się otworzyć na nowe, które ma przyjść. Kryzysy nie zdarzają się tak po prostu, bez przyczyny, chcą nas do czegoś przygotować albo od czegoś oderwać, albo po prostu przestawić zwrotnicę na naszym torze życie w zupełnie inną stronę. Bo coś już się dopełniło, albo za daleko odeszliśmy od naszych marzeń, albo zagubiliśmy się, straciliśmy kontakt z naszą duszą.

Teraz wiem, że te sześć lat było czasem wyciszenia mojego myślenia: jestem aktorką i chcę nią być, chcę się rozwijać jako aktorka. Było czasem na zbudowanie życia rodzinnego, na macierzyństwo, czasem na kontemplację. Wiem, że nie wykorzystałam tego momentu w pełni, ale wzięłam tyle, ile umiałam. Zrobiłam tyle, ile byłam w stanie. I też dobrze. To było przygotowanie do wejścia w głębszy obszar mnie samej. I myślę, że ten rak był mi potrzebny, bo inaczej bym się nie zatrzymała. I wszystko, co się pojawiło w moim życiu było potrzebne, łącznie z tą cholerną chemioterapią, podczas której naprawdę myślałam, że umrę…

Kiedyś ludzi oceniałam biało-czarno, uważałam, że jak wlazłeś w gówno, to wyjdź, zrób krok do tyłu i już, nie podoba ci się, to powiedz „do widzenia”. Wydawało mi się to takie łatwe i oczywiste.

Przecież to ty decydujesz o swoim życiu.

Właśnie, prawda? Dopiero, kiedy doświadczyłam tylu rzeczy w moim życiu, przeszłam przez to, co przeszłam w moim małżeństwie okazało się, że nie wszystkie decyzje są proste, że powiązani jesteśmy na różnych poziomach, że wszystkiego odciąć się nie da… Na jednym poziomie mówię: „pie*dolę to wszystko”, a na innymi pojawia się zbyt wiele „ale”.

Zaczęłam odkrywać wszystkie szarości, jak trudne są czasami życiowe decyzje.

To takie zwrócenie uwagi na siebie?

Tak, skierowanie wektora na to, co czuję, co myślę. Nazywam to kontaktem ze sobą, uważnością na wszystko, co mi się w życiu przytrafia, co mnie spotyka, bycia otwartym, na to, co podsuwa nam życie – sytuacje, ludzi. To wszystko ma ukryty sens, musimy tylko chcieć to zobaczyć, zatrzymać się i dać temu szansę. Być blisko ze sobą w kontakcie.

Przez pół mojego życia byłam odcięta od siebie, robiłam mnóstwo różnych rzeczy i wydawało mi się, że tak się powinno robić. Wielokrotnie traktowałam siebie tak bardzo po macoszemu, nie zwracałam uwagi, że coś mnie w moim życiu uwierało.

Ważne, żeby dać sobie szansę pójścia tą drogą, którą uważamy, że jest słusznie. A przecież bywa, że nawet w kryzysie robimy coś wbrew sobie.

A dlaczego? Ze strachu. Człowiek, który jest w kryzysie ma bardzo mało energii, jest zagubiony, wytrącony ze swojej równowagi. Zaczynają go wówczas dopadać różnego rodzaju strachy: nie dam sobie rady, nie podołam. Do tego spada poczucie własnej wartości i taki człowiek ima się różnych okazji, które mu się przytrafiają, nie myśląc o tym, żeby wsłuchać się w siebie, zadać sobie pytanie, czego mi tak naprawdę potrzeba.

Pani podjęła decyzję o rozwodzie.

Do podjęcia decyzji o zmianach jest potrzebna wewnętrzna siła. Trudno ją wykrzesać w kryzysie, ale w procesie wychodzenia z niego, jest łatwiej. Po roku studiowania w Dwuletnim Studium Psychologii Procesu przy Instytucie Psychologii Procesu, biegając na terapie, zaczynałam zbierać siebie do kupy. Niby na tych moich sesjach terapeutycznych nie wydarzały się jakieś fajerwerki, ale każda coś mi dawała. Zaczęłam mówić, nazywać myśli, emocje, przyszedł moment zastanowienia się nad sobą – co mówię, co czuję… Miałam na początku wielkie kłopoty z tym, by zwerbalizować, co się ze mną dzieje…

Wszystko się rozsupłuje?

Tak, bo kiedy człowiek słyszy, co mówi, to już jest terapeutyczne. Nagle zaczęłam na sytuację w moim małżeństwie patrzeć innymi oczami. Nie czułam się taka strasznie słaba, zaczęłam wreszcie oddzielać to, co mówi mój mąż do mnie. Dotarło do mnie, że to, co on mówi, jest w jego głowie, on tak myśli, ale to nie jest wcale prawda o mnie. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, jego słowa przestały mnie ranić. Przestałam wrzucać to w siebie i powtarzać, że pewnie jestem taka, jak on mówi.

To był kolosalny krok do przodu. Zaczęłam precyzować sobie, czego nie chcę, na co nie daję zgody. Zdałam sobie sprawę, że nie chcę być tak traktowaną, że nie daję zgody na to, by tak do mnie mówiono, nie ma we mnie zgody, że nie jestem kochana. Nie chcę, ja chcę być kochana! Więc po cholerę tkwić w miejscu, w którym jest mi źle. Nie chcę. Chcę zawalczyć jeszcze o swoje szczęście. To było dla mnie bardzo ważny moment, bo będąc już w takim miejscu mogłam powiedzieć: „Paweł, chyba najlepiej będzie, jak się rozstaniemy”. Straszne trudno jest to powiedzieć. „Źle się w tym czuję, jest to dla mnie koszmarne, a jeśli ja tak czuję, to tobie też musi być źle”.

Pozostając w kryzysie nie miałabym siły na to, pojawiałyby się tysiące wątpliwości – jest dziecko, nie dam sobie rady, nie mam pracy, co zrobię z domem. Ale kiedy zbierzesz siły, kiedy wchodzisz na tę właściwą ścieżkę, kiedy budujesz siebie na nowo, poznajesz swoje pragnienia i potrzeby, czujesz, że możesz wszystko, co jest w zgodzie z tobą.

Wbrew pozorom szybko sprzedaliśmy dom, chwilę później znalazłam działkę w Milanówku, postawiłam na niej swój dom. Później posypały się propozycje pracy. Zaczęłam praktykę jako terapeutka i dzisiaj pomagam innym wyjść z kryzysów, które ich spotykają. Oczywiście to nie znaczy, że było już tylko różowo, ale jakoś wszystko posuwało się do przodu.

I szczerze – ja bym tego nie wymyśliła. W momencie, kiedy jest się w kryzysie, człowiek nie ma możliwości wyobrazić sobie, jak potoczy się jego życie. Trzeba tylko się otworzyć i iść – jak we mgle; nie widzę, gdzie idę, ufam temu, że to co stoi na mojej drodze, jest tym, co ma stać i co ja mam wziąć.

Tylko tak ciężko jest nam sobie zaufać…

Ciężko nam sobie zaufać i uwierzyć, że to, co się dzieje, jest dla nas dobre, bo ma nas wykopać w inną stronę, coś ważnego ma się jeszcze zadziać w naszym życiu.

Dzisiaj jest pani bardziej terapeutką czy aktorką?

Dzisiaj – terapeutką. Ale aktorką jestem nadal i nie chcę z aktorstwa rezygnować. Jestem wdzięczna aktorstwu za to, że mogłam odnaleźć w sobie różne kawałki – zachowania, uczucia, reakcje – które należały do postaci, które grałam, a które może nigdy bym nie miała szansy nawet dotknąć w życiu prywatnym. Stać się kimś innym i poczuć to, czego pewnie nigdy w swoim życiu bym nie doświadczyła i nie poczuła. To strasznie lubię w aktorstwie, tu cała moja emocjonalność zawsze miała świetne ujście. A teraz myślę, że jako aktorka tę moją emocjonalność przetrawiając przez wszystkie doświadczenia i głębie, mogłabym przekuć na ciekawe role. Dlatego marzy mi się, by jeszcze zagrać. Marzy mi się rola dojrzałej i mądrej kobiety. Na pewno nie chcę z tego rezygnować. Może coś mi się jeszcze przytrafi.


Związek

Jakie myśli, takie emocje, a jakie emocje, taka też i kondycja naszego ciała. Nieoceniona siła niemyślenia

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
8 października 2017
Fot. iStock/SrdjanPav

Jakie myśli, takie emocje. Jakie emocje, takie rezultaty w ciele. Czy zatem myśli to początek jest wszystkiego? Takie nasionko wbite w mózg, które kiełkuje i rośnie w ciele jak jakaś komórkowa roślina? Korzonki ma w głowie, a kwiaty lub ciernie w ogrodzie ludzkiego ciała? No i czy to w ogóle jest możliwe, by coś tak nieuchwytnego jak myśl mogło mieć potencjalnie taką nad nami moc, aby i ciało we własnej osobie skakało tak jak owa myśl mu zagra? To ciało fizyczne? To liczone na kilogramy? Wrażliwe na dotyk? To żywe, ruchliwe ciało, które gołym okiem, jakie jest, każdy widzi?

Pytać i dywagować można tu sobie w nieskończoność. Odpowiedź jednak jedna jest i pewna jestem jak dwa razy dwa, że innej nie ma: jakie myśli, takie emocje, a jakie emocje, taka też i kondycja naszego ciała. Człowiek to bowiem fenomenalnie skonstruowana całość. To system naczyń powiązanych, funkcjonujących i łączących ludzką fizyczność z duchowością i umysłem. Tacy po prostu jesteśmy. Spirytualni, bo wyposażeni w duszę, która nieustannie chce się rozwijać. Umysłowi, bo dano nam mózg, którego możliwości są nieskończone. I fizyczni, a więc zaopatrzeni w ciało, uszyte na miarę tego zewnętrznego świata, w którym żyjemy.

Aby zatem system sprawnie działał, wszystkie trzy wymiary muszą trwać w harmonii. To balans jest tu bowiem tym stanem, który stwarza nam optymalne do życia warunki. Wytrącenie takiego super systemu z równowagi, każdorazowo powoduje trzęsienie. I o ile jeszcze małe uniesienia, wzloty i upadki dodają życiu pikanterii, a co poniektórzy to i żyć bez nich nie potrafią, o tyle wspomniane trzęsienia, najchętniej byśmy omijali. Tylko jak? Zapytacie. Kiedy myśli takie galopujące, takie nieokiełznane, a w ślad za nimi emocje do białości rozwirowane i to ciało biedne, takie udręczone, umęczone, obolałe.

Ano jest pewien sposób, rodem z dalekiego wschodu, który ulgę w myśleniu przynosi. Ujarzmia myśli, wycisza emocje i pozwala ciału oddech na powrót złapać. Mowa tu o medytacji. O tym stanie ciszy idealnej. Pustce w głowie, wyzutej z myślowego galopu. Dotrzeć tam, gdzie myśl przestaje nawet drgać, nie jest jednak łatwo wcale. Wszakże przyzwyczajeni jesteśmy do mózgogadania jak do powietrza, którym oddychamy. Ledwo oczy o świcie otworzymy, a już nam w mózgu gra taka czy inna myślo-melodia.

Wyciszenie głowy to niestety proces, powiązany do tego z regularną praktyką. W sumie trudny nie jest. Wszystko czego wymaga to to, byśmy w ciszy usiedli, może oczy przymknęli i trwali tak przez 15, 20, może 30 minut. I kiedy mówię „trwali” tylko to mam na myśli. Trwali bezwysiłkowo, bez jakiejkolwiek próby kontrolowania myśli, zmuszania ich do niegalopu, niemyślenia, nieistnienia. Jeśli już na czymś skupić się musimy, to niech to będzie oddech. Wdech i wydech, wdech i wydech… który krąży w nas… najpierw może szybciej, lecz w chwilę potem już wolniej, docierając, zaglądając w miejsca, w których z reguły wcale nie bywa, wdychany i wydychany zbyt szybko. Taki rozpędzony oddech na wzór i podobieństwo rozpędzonego życia, który nagle zwalnia, zmniejsza tę szaloną prędkość i staje się równomierny, opanowany, uspakajający, życiodajny. Taki jaki oddech powinien po prostu być.

Więc, kiedy człowiek tak w ciszy usiądzie, kiedy skupi uwagę na przepływającej chmurze oddechu, wtedy nie tylko poznaje siebie niejako de novo, lecz także z czasem, władze nad myśleniem odzyskuje. Myśli rzecz jasna nie znikną od razu. Będą powracać, nawracać, zagadywać. Nic to nie szkodzi, taka w końcu jest procedura. Trzeba pozwolić myślom zaistnieć choć tylko po to, by w momencie w którym złapiemy się na konkretnej myśli myśleniu, będziemy mogli w pełni świadomie podziękować jej za uwagę obiecując, że w późniejszym terminie przemyślimy ją z nawiązką i na wskroś. Tak zidentyfikowana i poniekąd zdemaskowana myśl, najczęściej oddali się bez zbytniej walki. Aż pewnego dnia poczujemy, że nasz regularny czas w ciszy przynosi nam wyczekiwaną ulgę i całkowite uwolnienie od myśli wszelakich.

Jak to się teraz ma do choroby? Tej wrednej, nieprzyjaznej, choroby takiej jak rak, czy jakiejkolwiek innej, która umysł nasz zaprząta? Ci, którzy choć raz diagnozę swoją w tej kategorii dostali, wiedzą doskonale, że gorsze od samej choroby są właśnie owe myśli, które wymiar nieco potworny w takich chwilach przybierają. Myśli, które sen z powiek spędzają, które tworzą makabryczne scenariusze, kręcą nam w głowie psychologiczne thrillery i wyciskające łzy dramaty. Z takimi myślami jakość naszego życia spada do poziomu nędzy. I nie dość, że raka mamy w systemie, to do tego własna nasza głowa nóż nam wbija w plecy.

Wyciszenie tej mózgowej nawałnicy jest jak owo słońce po deszczu. Wschodzi takie na nieboskłon i wyciąga życie z nory, w której przerażone, schronienia szukało. Dlatego nie można nie doceniać potęgi niemyślenia. Zwłaszcza w chwilach trudnych, w których myśl niekontrolowana pogłębia tylko dramat. Głowa z myśli wyczyszczona to głowa zbawiona. Głowa przyjazna, przychylna, terapeutyczna. To głowa, która ciału ulgę przynosi, zdejmuje z naszych barków ciężar, rozluźnia mięśnie, uciski w ciele, opanowuje i umniejsza ból. Na poziomie mentalnym zaś, taka głowa, przestaje biczować nas myślami, przestaje ciąć nimi jak brzytwa. Bo taka głowa przestaje się bać i zaczyna myśleć konstruktywnie. Taka głowa to sprzymierzeniec w chorobie. I taka głowa teraz już wie jak ma główkować, by człowiek mógł zdrowie odzyskać.

Jakie myśli takie emocje. A jakie emocje, takie rezultaty w ciele. A zatem cicho, sza.

amazonka w dzubki agata

sliwowski-awatarAmazonka w Dżungli to portal dla kobiet i o kobietach, w których życiu pojawił się RAK. To miejsce, w którym piszemy o tym jak przeżyć raka i nie zwariować; co zrobić by życie pomimo choroby nie straciło na jakości; jak odzyskać grunt, który utraciłyśmy z powodu jednej, obezwładniającej diagnozy. To portal, w którym odkodowujemy raka, odzieramy go z czarnego PR’u i uczymy jak budować w sobie moc.

Odwiedź Amazonkę w Dżungli na blogu oraz na Facebooku.


Zobacz także

Nawyki par z udanym życiem seksualnym – zobacz, co robią, by temperatura w ich sypialniach nie spadła!

Kiedy przyłapiesz partnera na przeglądaniu treści twojego telefonu… Czy to znaczy, że on ci nie ufa?

Wypieramy się was i złościmy, krzycząc, że do diabła z wami, że lepiej już same. I nie wyobrażamy sobie świata, bez waszego zapachu, który otula skrzętniej, niż najcieplejszy koc