Związek

„Gdybym ich nie znała, pomyślałabym, że są po prostu znajomymi, których ktoś przypadkiem posadził obok siebie”. O zapomnianej miłości

Z życia kobiety
Z życia kobiety
17 maja 2016
„Gdybym ich nie znała, pomyślałabym, że są po prostu znajomymi, których ktoś przypadkiem posadził obok siebie". O zapomnianej miłości
Fot. iStock / o-che
 

Patrzę na nich, siedzą naprzeciwko mnie. Ona w białej bluzce, widać, że trochę znoszonej, długie blond włosy upięte jakby przypadkiem. I zmęczenie na twarzy. On z tych mężczyzn, którzy im starsi tym lepiej wyglądają. Wysoki, lekko siwiejący, brązowe oczy może straciły trochę blasku, a może dziś są jakieś takie przygasłe. Tylko sylwetka wysportowana. Są w tym samym wieku, choć ona wygląda na kilka lat starszą.  

Gdybym ich nie znała, pomyślałabym, że są po prostu znajomymi, których ktoś przypadkiem posadził obok siebie. Uprzejmi, on podaje jej miskę z sałatką, a ona jemu cukier do kawy. Nawet na siebie przy tym nie patrzą. Właściwie, gdyby rozeszli się każde w swoją stronę nie byłabym zdziwiona.  Tak, jak nie zdziwiłby mnie fakt, gdyby za chwilę weszła jego żona i jej mąż. Mogłabym spojrzeć jak ich oczy rozpromienia miłość, jak na ich twarzach pojawia się taka wyjątkowa ulga, że w końcu jest, że usiądzie obok i poczują się lepiej i pewniej mając obok siebie kogoś, kogo kochają, kogo potrzebują, kogoś za kim tęsknią  w tej chwili.

Ale nic takiego się nie dzieje. I wiem, że się nie wydarzy. Ona rozmawia z kobietą po jej prawej stronie, on przez stół dyskutuje z kolegą. Dwie zupełnie odrębne osoby. Jakby ktoś wyciął im żart sadzając ich razem, może chcąc ich zeswatać. Ale nie ma między nimi chemii, nie ma muśnięcia ręki przy przesuwaniu łyżki. Nie ma dyskretnego położenia ręki na plecach, poprawieniu jej włosów, i jej pełnego czułości uśmiechu w podziękowaniu. Siedzą sztywno obok siebie, jakby trochę znudzeni, trochę poirytowani nawzajem swoją obecnością. Kiedy ona o coś go pyta (nie słyszę, bo moja córka akurat podbiegła z rozwiązanym butem), on niecierpliwie macha ręką. Ona obrusza się, wzdryga ramionami nie rozumiejąc zupełnie skąd bierze się jego ton. I znowu wracają do rozmów przy stole z zupełnie kimś innym, byle nie z sobą.

Na chwilę stanowią jedność, gdy podchodzi do nich ich nastoletnia córką. Oboje skupiają na niej uwagę, to jest jedyny moment porozumienia, spojrzenia w tym samym kierunku. Uśmiechają się do niej spokojnie. Ona na coś się zgadza, on nie zgłasza sprzeciwu. Obserwuję tę chwilę, gdy widać, że przyszli tu razem, że są razem, że są rodzicami pięknej dziewczyny, która przez chwilę ich połączyła. Po tej chwili znowu wracają, każe zajęte sobą. Nawet ich krzesła się nie dotykają, jakby bali się dotknąć siebie nawzajem. Gdy podnoszę z podłogi chusteczkę zauważam, że nawet ich stopy są zwrócone w odmiennych kierunkach. Dziwne. Tak wiele szczegółów, które zaprzeczają temu, kim dla siebie są, a może kim byli.

Bo przecież poznali się dość dawno temu. Jeszcze w szkole średniej. Ona uśmiechnięta, pełna energii, on z tych najprzystojniejszych. Stanowili piękną parę. Oczu od nich nie można było oderwać, kiedy ona wybuchała śmiechem odrzucając na bok włosy, podczas gdy on mówił jej coś na ucho. Trzymali się za ręce. Byli nierozłączni. Nawet osobno, wśród przyjaciół szukali siebie wzrokiem, wymieniali się tylko dla siebie zrozumiałymi spojrzeniami. Przyciągali się jak magnes. Naturalne dla wszystkich było to, że tam gdzie on, tam i ona – i odwrotnie.

Pamiętam, jak dowiedziałam się, że biorą ślub. Uśmiechnęłam się i poczułam takie ciepło w środku, gdy myśli się o ludziach, którzy są ze sobą szczęśliwi. Których łączy miłość taka prawdziwa i szczera. Bez szemrania, pomówień. Znali się przecież tak dobrze. Przecież nic nie mogło zagrażać ich szczęściu.

Gdzie są dzisiaj? On i ona? Tak blisko siebie siedzący, a będący tak bardzo daleko. Jak dwoje ludzi, którzy poznali się na godzinę przed imprezą i nie przypadli sobie do gustu. Jakby różniło ich wszystko – radość życia, chęć doświadczania nowego, poglądy od tych dotyczących prywatnych rozterek po polityczne. Tak, jakbyśmy spotkali na imprezie kogoś, z kim raczej wolelibyśmy się nie widywać.

Ale oni musieli. Bo przecież przyszli razem. Ale na szczęście nie są na siebie skazani mając wokół innych ludzi, do których mogą się zwrócić, z którymi mogą porozmawiać. Nie muszą się znosić nawzajem. Bo ktoś inny wysłucha, że ją znowu od kilku dni boli głowa, a on opowie komuś innemu, co ostatnio wydarzyło mu się w pracy. I ktoś inny ich wysłucha, a nie tylko prychnie z niechęcią, że znowu to samo i że ile można.

Już nie szukają się wzrokiem, nie dotykają niby przypadkiem. Są sobie tak obcy, jak kiedyś byli bliscy.

„Co się stało” – pytam przyjaciółkę wskazując na nich głową. „Życie” – odpowiada. I milczymy. Życie, które zabiło tę wyjątkową miłość. Codzienność, która ich pogrzebała, której nie stawili czoła, która z nimi wygrała. Widać, że ona niespecjalnie o siebie dba, lekko przygarbiona, w spodniach i płaskich butach wygląda jak dużo starsza koleżanka innych kobiet. Koleżanka tak zmęczona walką z prozą życia, że jej porażka wpisana jest w nią całą. Myślę o niej – dziecko, praca. Dorosłe życie. Mają dom. Psa i dwa koty. Jej mama z nimi mieszka, niby z osobnym wejściem, ale jednak bardzo blisko. I ona do tej mamy taka stała się podobna, mówiąca o chorobach, o tym, że chyba jednak nie stać ich na wakacje, bo szkołę córki muszą opłacić i ogrodzenie poprawić, bo się sypie. Taka zmęczona i przytłoczona.

I on stojący do niej plecami wśród kolegów śmieje się głośno z czyjegoś dowcipu. Klepie kumpla po plecach. A jego oczy błyszczą. Opowiada, co chciałaby zrobić, gdzie pojechać, umawia się na wspólne wędkowanie na łódce i zmontowanie drużyny koszykówki do miejscowych amatorskich rozgrywek. Kiedy jego wzrok pada na jej plecy przez chwilę uchodzi z niego powietrze, ramiona opadają, znika uśmiech. Trwa to ułamek sekundy, ale jest tak znaczące, że dla uważnego obserwatora nietrudne do uchwycenia. Smutek wisi między nimi. Smutek i niewymówione na głos pretensje i rozczarowania.

Kiedy pytam ją, co u nich przykleja do twarzy uśmiech mówiąc, że wszystko dobrze: „Wiesz, tylko tej pracy tak dużo”, dodaje jakby się usprawiedliwiając. On dolewa mi wina. I słucha jak mówię o mojej córce. Opowiada o swojej, jaki jest z niej dumny. „Podobna do twojej żony” rzucam lekko. Zmarszczka pojawia się na jego czole. Nie komentuje. Zmienia temat. Wychodzimy na papierosa jak para starych znajomych. Widać, że szuka kogoś, kto skupi na nim uwagę, kto będzie go choć trochę podziwiał, uznawał za interesującego. A to fajny gość. Przystojny, który nadal głodny jest życia. Tylko jej się to życie przejadło. Nie mogą usiąść razem przy stole. Już nie teraz.

Wychodzą. On jeszcze z kimś rozmawia przy drzwiach. Ona zatrzymuje się i czeka, choć w ciemności już prawie jej nie widać. W końcu idzie w jej stronę. Przez chwilę mam nadzieję, że ją obejmie. Pogłaszcze ją po plecach i przyciągnie do siebie z czułością. Ale nic takiego się nie dzieje. Znikają za kolejną lampą, która dzisiaj postanowiła nie świecić.

Zastanawiam się, dlaczego są razem. Nadal. Dlaczego nie potrafią być ze sobą szczęśliwi. Dlaczego pozwolili, by to uczucie, które było przecież ich udziałem umarło. Nic nie ma między nimi, jest tylko córka, jedyny dowód tego, że byli tak bardzo blisko siebie. Nawet nie wiem, kiedy łzy zaczęły płynąć mi po policzkach… Płakałam nad ich miłością, o której oni zapomnieli.


Związek

Odchodziłam długo. Dwa lata odkładane na „może jednak coś się zmieni”. Dzisiaj wiele zrobiłabym inaczej, by się nie zadręczać

Z życia kobiety
Z życia kobiety
25 maja 2016
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain
 

Rozstanie to nigdy nie jest łatwa decyzja. Nie da się po prostu odejść. Dzisiaj mówię ci „odchodzę” i już, po wszystkim. Odchodziłam długo. Dwa lata nosiłam w sobie tę decyzję. Dwa lata odkładane na „jeszcze nie teraz”, na „może jednak coś się zmieni”. Dzisiaj wiem, jak wiele rzeczy zrobiłabym inaczej, zamiast zadręczać się tym odchodzeniem.

Dlatego piszę do ciebie, do tej, która się zastanawia, wątpi, myśli, analizuje. Ja już jestem po drugiej stronie. W miejscu, w którym powinnam znaleźć się już dawno, ale wtedy o tym nie wiedziałam. Wiesz, to jest tak, że ta decyzja w tobie dojrzewa. Najpierw przebąkuje coś o swojej obecności. Że może to już nie ma sensu, że już nie masz siły, że już chyba nic się nie zmieni. Dopóki ciągnie za sobą te wszystkie „chyba”, „może” nie mów, że jesteś zdecydowana, bo nie jesteś.

Rok straszyłam, że odejdę, że mam dość, że to już koniec. Straszyłam siebie i jego. Rok dyskusji kompletnie bez sensu, bez żadnych wniosków, za to z bolesnym konsekwencjami. On przestał mi wierzyć, że odejdę, a ja czułam się jak w potrzasku, bo przecież mówię, że to koniec, ale ten koniec się nie dzieje.

Odejdź, kiedy jesteś pewna

Kiedy nie ma już w tobie wątpliwości, nie ma strachu i miliona wymówek, bo wspólne mieszkanie, bo kredyt, bo dzieci. Może wcale nie chcesz odejść, straszysz odchodzeniem, a może motywujesz do walki o was. Nie odchodź, gdy nie masz pewności, bo jeśli macie się rozstać, to przyjdzie moment, w którym poczujesz, że to już. Ja nie wiedziałam, że taka chwila przychodzi. Gdybym wtedy wiedziała czekałabym cierpliwie, zamiast stwarzać piekło sobie i jemu. To przekonanie, że już, że to naprawdę koniec. Czujesz jak wielki kamień spada ci z serca. Czujesz ogromną ulgę, bo w końcu wiesz, w którą stronę chcesz pójść. Tej uldze towarzyszy smutek, tak naturalny po stracie, też go poczujesz. Smutek, że was już nie ma, żałoba po stracie tej miłości i tego związku.

Odejdź, kiedy wiesz gdzie

Nie mów: „odchodzę”, kiedy nadal jesteś. Właśnie tak odchodziłam wiele razy. Nie zliczę, ile razy trzaskałam drzwiami, wychodziłam i… wracałam. Bo gdzie miałam odejść, bo wtedy wcale odejść nie chciałam, bo było we mnie mnóstwo nadziei, że po kolejnym trzaśnięciu drzwiami zamknę te z naszymi problemami na zawsze. Tak się nie działo. Dlatego, jeśli chcesz naprawdę odejść i nim o tym powiesz zaplanuj, dokąd pójdziesz. Miej swoje miejsce, gdzie się zatrzymasz, gdzie pomieszkasz, gdzie będziesz czuć się bezpiecznie.

Odejdź bez złości

Jeśli jesteś pewna, że to już koniec nie będzie w tobie złości, będzie ogromny żal, będzie ból, bo to zawsze boli, ale już nie będzie złości. Już nie będziesz do niego krzyczeć, że zmarnował ci całe życie, nie będziesz pytać, czy kiedykolwiek cię kochał, nie powiesz, że go nienawidzisz. Odjedziesz pogodzona z tym, że to koniec. Te wszystkie emocje zostają za tobą. Nie pakujesz ich już do swojej walizki. Ja pakowałam wiele razy. Krzyczałam, płakałam ze wściekłości, jakby im głośniej tym skuteczniej miało do niego dotrzeć, że tak naprawdę odejść nie chcę, że chcę, by on wykonał jeden ruch, gest, by coś zrobił, by mnie zatrzymać. Raniliśmy się do bólu słowami wypowiadanymi w złości. Dziś żałuję, bo mogliśmy tego uniknąć…

Odejdź nie marząc o powrocie

Jesteś w stanie wyobrazić sobie życie bez niego. Zamknij oczy i pomyśl o sobie za pół roku. Gdzie jesteś, co robisz? Długo tego nie potrafiłam. Wpadałam w panikę, gdy myślałam o tym, że będę musiała o pewne rzeczy zadbać sama, że nie będę mogła mu powiedzieć, że to jego zakichany obowiązek. Wiele rzeczy się na to składa – płacenie rachunków, nawet rozliczenie ze skarbówką może cię przerosnąć. „Jestem sama, nie mogę na niego liczyć” – mów to sobie, powtarzaj, oswajaj tę myśl. Ja płakałam w poduszkę, kiedy zepsuło mi się auto, byłam gotowa do niego wrócić po dwóch tygodniach tylko dlatego, że myślałam, że sobie nie poradzę z samochodem i znalezieniem mechanika. Nawet nie wiesz, ile takich trudnych momentów ci się trafi, ale świadomość, że teraz już naprawdę jesteś sama, pomaga. Zasypiaj z tą myślą. Sprawdź, czy nie znajdziesz tysiąca rzeczy, dla których nie możesz zostać sama. Jeśli one są, nie odchodź, może nadal kochasz, a może to jeszcze nie ten czas.

Odejdź planując najbliższy czas

Pamiętam pierwszy weekend. Dzieci pojechały do niego. A ja siedziałam i nie wiedziałam, co ze sobą począć. Wyłam z bólu, z obawy, że nie dam rady, że po co mi to wszystko, płakałam, że tyle we mnie strachu, a przecież ta pewność była. Ale głowa podsuwa ci różne obrazy, chce wrócić do bezpiecznego domu, gdzie nieszczęśliwie, a jednak znajomo, przewidywalnie. Dziś wiem, że te łzy były tez potrzebne, ale po co ich aż tyle. Zapisz się na zajęcia, ćwiczenia, warsztaty, umawiaj się wolnym czasie z przyjaciółkami, ale nie roztrząsaj już swojego związku, w końcu to nowe życie, rozmawiajcie o tym, co przed tobą, o twoich planach. Kiedy je wymawiasz głośno stają się jakoś łatwiej osiągalne.

Zaplanuj swoje odejście. Odchodzenie to proces, to nie dzieje się tu i teraz. Nigdy. Ale kiedy zapada w tobie decyzja, kiedy przychodzi pewność to znaczy, że odeszłaś, że już jesteś sama. Że od tego momentu już nie ma odwrotu. Patrzysz w przyszłość, bez analizowania już tego, co było. To trudne, ale krok po kroku zaplanuj, co zrobisz. Gdybym to wiedziała, zrobiłabym wszystko by moje odejście takie właśnie było – zaplanowane. Z tą pewnością, z miejscem do którego odchodzę, z pozostawionymi emocjami. Nie szarpałabym się przez dwa lata, nie straszyłabym, nie groziła. Ten czas zamiast na szantaż wykorzystałabym jeszcze na szansę dla nas, na możliwość naprawy tego wszystkiego, co zepsuliśmy.

Odeszłabym w końcu, kiedy przyszła pewność, że już nic nie da się uratować, że to już czas, by każde z nas poszło swoją drogą, kiedy brakowało już wymówek, dla których chciałabym zostać.

Powiedziałabym: „To koniec, odchodzę”. Bez scen, bez awantur, spakowałabym się i wyszła do mieszkania, które zdążyłam wynająć, do swojego życia, które choć w minimalny sposób już sobie ułożyłam. Bolałaby mnie każda część ciała, gdybym zamykała drzwi, ale zamknęłabym je tym razem spokojnie wiedząc, że otwieram zaraz nowe, że to wszystko zostawiam za sobą.

Tak bym zrobiła, gdybym to wszystko wiedziała. Szybciej pozwoliłabym sobie na szczęście, na uśmiech, na radość. To wszystko oczywiście przyszło, ale wiem, że mogło wcześniej. Może chociaż ty skorzystasz z mojego doświadczenia, choć wiadomo, że każdy najlepiej uczy się na własnych błędach.


Związek

Ileż można starać się o związek? Ci, którzy piszą te złote rady nie mają pojęcia zielonego o związku

Z życia kobiety
Z życia kobiety
4 maja 2016
Fot. iStock / Lorand Gelner

Jak mnie zawsze wkurzało takie gadanie:

„Pamiętaj, że musisz dbać o swój związek”,

„Nie zakładaj dresów”,

„Dbaj o siebie”,

„Bądź atrakcyjna dla swojego partnera”.

Bo sobie myślę, że ci którzy piszą te złote rady nie mają pojęcia zielonego o związku. Bo jak, żyjąc z kimś 24 godziny na dobę, być stale gorąca laską, która między praniem, wycieraniem tyłka dzieciom, a myciem kibla ma pozostać seksowna? Kiedyś dostałam w prezencie takie gumowe rękawice do mycia toalety – czarne, wykończone koronką. Może gdybym tylko w nich szorowała ten kibel, to mój mąż by się zatrzymał przy drzwiach do toalety i docenił moje starania.

Ale sorry, zamiast biegać z gołym tyłkiem po domu szorując kafle, wolę wciągnąć na ów tyłek dresy po całym dniu pracy, co by mi wygodnie było. Wolę tak, niż paradować w obcisłych spodniach i wkurzać się, bo ugniatają mnie to z jednej to z drugiej strony, gdy z dziećmi na podłodze próbuje ułożyć puzzle. Nie wiadomo, co gorsze. Ta uśmiechnięta w dresach, czy zirytowana w spodniach obciskających znacząco tyłek.

Ok, ktoś może powiedzieć: „Wyolbrzymiasz”, „Przesadzasz”, bo nie o to w tych radach chodzi. Pewnie chodzi o to, żebym wieczorem wcisnęła się w seksowną bieliznę i poderwała na nowo swojego męża. Tylko jak? Po całym dniu pracy? Kiedy nawet w weekend marzę o tym, żeby po prostu poleżeć gapiąc się w telewizor i żeby w tym czasie nikt KOMPLETNIE nic ode mnie nie chciał.

Koleżanka spytała kiedyś znajomych mężczyzn o to, czego brakuje im w związku. Co usłyszała? Seksu, szacunku (WTF), kobiecości, świętego spokoju – to najczęstsze odpowiedzi.

Z tego wychodzi, że idealny związek powinien na pewno z jednej strony składać się z kobiety, która:

  1. ma zawsze ochotę na seks i sama go często inicjuje
  2. wie, gdzie jej miejsce, i nie przeszkadza jej patriarchalny układ w związku
  3. pozostaje zawsze atrakcyjna dla swojego partnera, co potrafi odpowiednio podkreślić strojem, makijażem i zachowaniem
  4. nie powinna gderać – czyli nie oczekiwać zbyt wiele i nie wymagać.

Drugą stroną związku jest ten mężczyzna, którego wszystkie zachcianki zostają spełnione. Przepraszam panowie za generalizację, ale wkurza mnie, że rady, jak utrzymać związek skierowane są w większości do kobiet, jakby z góry było wiadomo, że jeśli ktokolwiek ma się o związek starać, to z pewnością będzie to kobieta. Bo to one z natury boją się zostać same, mają niskie poczucie własnej wartości nie wiedzieć czemu, i to im się wmawia, że muszą „ułożyć sobie życie”- czytaj: związać się z facetem, a później go jeszcze przy sobie zatrzymać, bo jak się nie postarają, to on pójdzie w długą.

Usłyszałam ostatnio, że facet koleżanki przestał się kąpać. Jak to? Nie kąpie się? Okazało się, że ma w nosie prysznic przed pójściem do łózka. Bo po co? Wciąga na tyłek wytarte bokserki i zalega jak niedźwiedź w swoim legowisku. I uprzedzając wasze oburzenie – oczywiście, że mu mówiła, że tłumaczyła, podkładała w toalecie artykuły z męskich czasopism. On ma w poważaniu starania się, jest kobieta, jak zdobycz. Jest jego i już. Koniec. Swoje wychodził, kwiatów się nakupował, a im bliżej mu do 50-tki, to jakoś (koleżanka mówi) libido mu spada.

Inny woli wyjść z kumplami pograć w piłkę, niż żonę zaprosić na kolację. Bo ileż to zachodu – opiekunkę do dzieci zorganizować, wybrać lokal, ubrać się i wykąpać – co dla niektórych jak widać jest problemem. Eee tam, po co się starać.

Ona też woli wyskoczyć na basen czy fitness, a nawet na weekend z przyjaciółkami wyjechać z niż z nim. Bo już nie chce się jej starać, słuchać, że coś robi nie tak, że znowu zupa na obiad, a dzieciak uwagę ze szkoły przyniósł, a wszystko przez „jej wychowanie”. A do tego z tyłu głowy jej rozbrzmiewa: dbaj o swój związek, bo on cię zostawi.

No i niech zostawi? Myślisz tak naprawdę szczerze, że sam odejdzie. Sam z siebie, bo skarpetki dwa dni później wyprałaś albo tym razem wcale?

Jeśli wpiszesz w wyszukiwarkę: „jak zadbać o związek”, to zdecydowana większość pojawia się na kobiecych serwisach, które jak sama nazywa wskazuje raczej czytają kobiety. I wierzę, że część może mieć tego dosyć. Nie chce się rozstać, bo kocha tego typa, który zapomniał o rocznicy ślubu czy jej imieninach. Odpuszcza, z czasem uczy się oczekiwać mniej i mniej. Myśli: „Po co się rozczarowywać, lepiej sama kupię sobie kwiaty”. I może to jest sposób? Może zamiast wciskać się w obcisłe ciuszki, uwodzić męża co wieczór, pozostać sobą. Zmęczoną, czasami wkurzoną, ale kochającą.

Może odpuścić. Zastanowić się nad tym, dlaczego chcesz wciąż i wciąż być w lepszym związku. Czego ci dzisiaj brakuje? Tych kwiatów, prezentów, spontanicznego wyjazdu? Czy coś naprawdę się zmieniło, czy to wy się zmieniliście i ciężko ci to zaakceptować? Bo ty mając starsze dzieci nagle spojrzałaś do przodu. Chcesz się rozwijać, poznawać, doświadczać, a on gdzieś jest z boku do tego wszystkiego. Patrzy czasami na ciebie ze zdziwieniem i tęskni za tą kobietą – matką, która była w domu i dla której raczej niedużo więcej poza dziećmi i domem się liczyło?

Pytanie, czy potraficie zaakceptować w sobie te zmiany. Żyć razem, kiedy wasze priorytety i wartości się zmieniają, co jest kompletnie naturalne? Tobie już nie zależy na kwiatach od niego, ale on też w żaden inny sposób nie wyciąga ręki w twoją stronę?

I moim zdaniem tu nie chodzi o te dresy, o brak makijażu czy seks, który nie zawsze jest odlotowy. Tu chodzi o was, czy wam pomimo zmian jest nadal ze sobą dobrze? Bo przecież może być (ba i nawet jeszcze lepiej, bo dojrzalej), ale też nie musi. Pytanie, czy walcząc o wasz związek będziecie mogli pozostać sobą, a nie udawać kogoś, kim zupełnie nie jesteście – w tych fatałaszkach gotując obiad z trzech dań i wysyłając pełne pożądania SMS-y? Albo nagle dzieląc z nim kompletnie dla ciebie niezrozumiałą pasję?

Ja osobiście za stara jestem na takie gierki.