Związek

Dekalog żony (nie) zwyczajnej

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
10 października 2015
Dekalog żony (nie) zwyczajnej
Fot. iStock – Dekalog żony (nie) zwyczajnej
 

Podziwiam i uwielbiam kobiety, które realizują się w roli żony, matki i nie mają z tym żadnych kłopotów. Uwielbiam ich ciasta pieczone po nocy, nieskazitelny wizerunki, jogę, bieganie i pranie. I nadzwyczajne pracowanie. Wiele mam takich przyjaciółek. Ba, mamę miałam taką, ciotki, babcię…

Obserwowałam życie tych kobiet. I jednak stawiam na bycie żoną zwyczajną. Oczywiście niejedna bliska mi kobieta mawiała czasem: „ogarnij się”, „no wiesz, dobra żona nie powinna”. Tak jakby „dobra żona” to był zestaw stałych cech, bardziej twór niż osoba. Tymczasem, obiecuję, w byciu żoną nietradycyjną nie ma nic złego.

Moja rodzina nie żyje w chlewie, moje dziecko chodzi do szkoły, odrabia lekcje, nikt nie głoduje, pies wychodzi na spacery, koty nakarmione. Wesoło mamy. Zwyczajnie. Ale bez ciśnienia.

„Jak się wyluzować?” spytała mnie ostatnio bardzo, bardzo ogarnięta koleżanka. Dla niej i dla innych zmęczonych żon postanowiłam napisać krótki przewodnik z życia żony zwyczajnej (i wyluzowanej).

Dekalog żony (nie) zwyczajnej

TAK WIĘC ŻONA ZWYCZAJNA

1. Nie stawia sobie ze cel porannych pobudek i latania wokół reszty rodziny. W końcu nie jest sama, prawda? A skoro mąż jedzie rano do pracy, to może przy okazji zabrać dziecko. „Ale dlaczego ty mu nie dajesz rano śniadania i kanapek do pracy?” (to o mężu). Hmm, pomyślmy. Bo mąż nie je rano śniadań? A kanapki do pracy mógłby sobie zrobić sam gdyby, na przykład, chciał? Tyle, że nie chce. A dziecko… dziecko, cóż, może zjeść rano musli z mlekiem. Zrobienie takiego śniadania zajmuje chwile.

2. Nie lata z mopem od rana, nie wstawia prania. Na lodówce wisi kartka z podziałem obowiązków. Milion rzeczy do zrobienia podzielić na trzy, cztery osoby to jednak mniej niż milion rzeczy podzielić na jeden– czyli do wykonania przez jedną osobę. Żona zwyczajna wciąga wszystkich domowników w prace domowe. I wcale nie czuje się szefem tej brygady. Bo niby dlaczego ona?

3. Nie robi ciśnienia o porządek. Nikomu. A w szczególności mężowi. Jest już przecież mądra, jej nad–emocjonalność została w przeszłości. Dojrzała kobieta robi w głowie szybką kalkulację. Czy mi się właściwie opłaca wkurzać o drobiazgi? Czy mi się chce tracić nerwy na tłumaczenie? Lepiej je sprzątnąć. Albo, gdy sytuacja się powtarza, po prostu je zostawić. Mąż w końcu potyka się o nie i pyta: „A co z tymi skarpetkami?”. Hmm, kochanie, cóż. Leżą sobie? A tak, leżą. Bo, pomyślmy, sam je porozrzucałeś?

4. Nie robi ciśnienia o inne ważne sprawy. Kontakt z dzieckiem, rachunki, wspólny czas. Jakby to powiedzieć górnolotnie: życie rozliczy każdego ze wszystkiego. Za to kim był, co zrobił. Zaniedbywana żona może w końcu odejść, prawda? Dziecko nie będzie miało z ojcem więzi… Po co na siłę sprowadzać kogoś na dobrą drogę. Może jego droga jest inna? Poza tym zwyczajna doskonale wie, że ma mnóstwo wad, łatwiej więc wybacza wady innym.

5. Nie uważa, że jej praca jest mniej ważna. Jest ważna tak samo jak praca męża. Ważna tak samo jak lekcje dzieci. Skoro on może siedzieć przed komputerem i mówić „Aaa, zostawcie mnie”, to ona też może siedzieć przed komputerem i krzyczeć „Aaaaa, zostawcie mnie”. Czas pracy zwyczajnej, to czas święty.

6. Nie lata jak wariatka, bo on zaprosił na kolację gości. Albo dziecko zaprosiło kolegów. Zaprosili? Wspaniale. Może Ci coś pomóc, kotku? Pomóc. P-o-m-ó-c. Nie zrobić za ciebie.

7. Nie uważa, że ze stałym partnerem należy dzielić się każdą emocją. Rozczarowywać się, że On nie rozumie? To nie rozumie. Zwyczajna nie oszukuje się, że jej mąż jest nadzwyczajny. Od czego ma się przyjaciółki.

8. Wie, że te wyżej wymienione są bardzo ważne. W przestrzeni „rodzina”, „obowiązki” znajduje czas na „przyjaźń”. W ogóle poświęca sobie czas. Cokolwiek to jest. Nie uważa też tego za jakieś wielkie szczęście, że mąż jej na to pozwala. Wolność to niezbywalne prawo człowieka.

9. Ponieważ wolność to niezbywalne prawo człowieka– ona szanuje również wolność partnera i dzieci.

10. Sobie też nie robi ciśnienia. Za znaną dziennikarką powtarza: jest coś ważniejsze od życia, dystans do życia:)

I obiecuję, żona zwyczajna nie jest matką wyrodną. Żoną wyrodną też nie jest. Jest po prostu żoną i matką szczęśliwą. „Muszę” zamienia na „chcę”. Jest kochana, szanowana przez domowników, bo naprawdę nie daje sobie wejść na głowę.

Powodzenia!


Związek

„Przepraszam, chcę się rozstać”. Dlaczego nie potrafimy uszanować przeszłości?

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
12 października 2015
Fot. iStock
 

Nie lubię się rozstawać. Nie lubię rozczarowywać ludźmi. Nie lubię bliskości, która zamienia się w obojętność, szacunku przemieniającego w pogardę. Nie lubię takich sytuacji i w życiu osobistym, i w pracy.

Niestety, większość z nas popełnia przy rozstaniach miliony błędów. Ucieka, zaczyna nie lubić, znika. Czasem ciężko mieć nawet tę –oczywiście pseudo –  wiedzę psychologiczną (uśmiech w stronę osoby, z którą niedawno w pewien sposób się rozstałam), która pozwala ci choć w miarę rozumieć te mechanizmy. Również, o zgrozo, w sobie.

Jakiś czas temu nie pożegnałam się z kimś, z kim byłam związana zawodowo.

– Przykro mi – powiedział ten ktoś.

– Wiesz, ja chyba wolę uciec – odpowiedziałam.

Wtedy pomyślałam, że to jest temat na tekst. Nie o tym jak przeżyć rozstanie, jak sobie z nim poradzić, tylko jak zrobić to bez uciekania, złości.  Chodzi o to, żeby uszanować, że coś kiedyś, choć przez chwilę, było ważne. Tak mało osób to potrafi.

ICH znałam jeszcze w liceum. Z nią się przyjaźniłam, on był starszy, odpowiedzialny, czuły. Dużo niepotrzebnych przymiotników określających jaki był fajny. Byłam na ich ślubie, oni byli na moim.  Nierozłączni. Potem straciliśmy kontakt na wiele lat. Ostatnio, przez fejsa, z nią się odnalazłyśmy. Opowiadała o rozwodzie. Przestraszyłam się. Czy ludzie potrafią aż tak się zmienić? Ich małżeństwo psuło się wiele lat. W  końcu on ją tak pobił, że trafiła do szpitala, miała złamany nos. Opowiadała mi sceny jak z amerykańskiego dramatu. A ja zastanawiam się: „Jak to w ogóle możliwe. Przecież tak ją kochał, mają dwoje dzieci”.

Strach kochać po takich historiach.

JE też znam długo. Zawsze koleżanki, wspólna praca, wiedziały o sobie tyle rzeczy. Potem jakiś konflikt. Dziś jedna mówi: „No, ja do Tamtej nic nie mam, ale to jednak wredna sucz”. Druga: „Ależ szanuję to, co między nami, ale wiesz, ona kompletnie zwariowała…”. Poznaję szczegóły relacji, tajemnice jednej, drugiej.

Strach się przyjaźnić po takich historiach.

No i ONI młodsi. Krótkie zakochanie. On taki zauroczony, ona trochę też. On potem mówi: „Jesteś mi  taka bliska, chcę żebyś zawsze była”. Potem znika. Bez słowa.

Strach wierzyć jakiemukolwiek mężczyźnie po takich historiach.

Czy chodzi o to, żeby w ogóle się nie rozstawać? Tkwić w czymś, choć nie chcemy? Ależ nie. Ale żeby rozstając się uszanować przeszłość i czyjeś uczucia – już tak.

Ktoś mi kiedyś opowiadał o swoim rozstaniu. Opowiedział: „No i wiesz, spotkałem się z nią, powiedziałem, że to koniec, ale  myślałem tylko o tym, żeby iść biegać. Obiecałem, że zadzwonię, zjemy kolację, jeszcze pogadamy”.

„Zadzwoniłeś?”, spytałam. „No co ty”, odpowiedział lekko. Potem zrozumiałam, że to jest jego scenariusz życia tego Ktosia. Obiecywanie, niedotrzymywanie. Rozstanie teoretycznie z klasą. Bo bez awantury i nienawiści. Tak naprawdę tak samo słabe.

Nie ma chyba morału tej historii, bo sama – pewnie – nie wiem jak się rozstawać.

Ale rozmawiałam dzisiaj z bardzo mi bliską osobą. Leży w szpitalu. Leży już wiele dni, więc sporo analizuje.

– Wiesz o czym myślę najwięcej – powiedziała TA osoba.

– No o czym? – spytałam.

– Z iloma ludźmi się rozstałem w życiu, z iloma pokłóciłem, ilu znienawidziłem, ilu porzuciłem bez myślenia o ich emocjach.

– No i?

– No i to jednak słabe jest. Bo potem, na koniec życia, rozumiesz, że oni wszyscy są częścią ciebie i do niemal każdego chcesz zadzwonić, pogadać.

– Aha – odpowiedziałam.

I obiecuje, TA osoba nie jest sentymentalna. Nie prowadzi pseudo psychologicznych analiz. 😉  Może nie czekajmy więc na choroby, szpital, momenty ostateczne? Szanujmy osoby, z którymi byliśmy blisko. Którym zaufaliśmy. Jakkolwiek. Kiedykolwiek. Gdziekolwiek.


Związek

Dzień dobry, jest mi smutno. Tak, wiem, nie wypada tego mówić

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
7 października 2015
Fot. iStock

Dzień dobry, jest mi smutno. Co czujecie, gdy ktoś tak przy was mówi? Niepokój, konsternację, potrzebę powiedzenia: „E tam, minie”. Sklasyfikowania: „Bo to pogoda”, czy pocieszenia: „Będzie dobrze”.

Ech, co za świat ten dzisiejszy, że my się smucić nie umiemy. Ta presja na bycie zadowolonym, wesołym, poukładanym. I niepokój, który budzą ludzie nie za weseli.

Kilka tygodni temu. Spotkanie kilku koleżanek, trochę służbowe. Tata jednej z nich bardzo choruje. Lubimy O., bo jest dzielna i silna. I mimo choroby taty pracuje tak, jak gdyby nic się nie stało.

Jednak O. w pewnym momencie zaczyna płakać. Zapada cisza. Patrzymy na siebie w panice. Na usta ciśnie się to znane: „Nie martw się, będzie dobrze.”

Żadna z nas tego nie mówi, ale jesteśmy przestraszone. Przecież O. jest taka silna. I taka zawsze zadowolona z życia. Wolimy ją taką.

O. ma i tak lepiej. Jej smutek, płacz jest uzasadniony. Człowiek z życiowym dramatem ma taryfę ulgową, ale przyznajmy szczerze – nie za długą. Można przeżywać cierpienia po stracie, kryzysy, ale nie w nieskończoność. Za długo od razu budzi chęć oceny: „Ech, ale ona ma słabą konstrukcję psychiczną”, „Nie, no naprawdę już czas się wziąć w garść, tyle czasu minęło”. Tak, jakby cierpienie miało określony dystans i przekraczanie go było niestosowne.

Ale co mają zrobić ludzie, którym czasem jest smutno po prostu? To nieodłączne poczucie winy, które dziś towarzyszy smutkowi: „Jak możesz być smutna? Jesteś zdrowa, masz rodzinę.” Albo coś tam innego. Więc kulisz się ze wstydu, bo rzeczywiście twój świat jest piękny, więc jak może być w nim miejsce na nostalgię? Gdybyś chorowała, to byś dopiero zobaczyła….

To poczucie winy często „bierzemy” ze swoich domów. Ilu z nas miało rodziców, którzy potrafili pobyć z nami w smutku? Tam uczyliśmy się: „Nie wypada obnosić się ze swoimi nastrojami”, „Ciesz się, że masz dwie ręce i nogi”, „Nie narzekaj, kusisz los”.

Najlepiej jeśli „ci smutni” zatkają się uśmiechem w myśl zasady: „Widzą cię takim jakim się pokazujesz”. Albo pójdą poćwiczyć. To najlepiej. Endorfiny. No i praca– recepta na całe zło. Sprzątanie, mycie okien. Moja babcia uwielbiała powtarzać: „Masz zły nastrój? Bierz szczotkę, mopa. Od razu przechodzi”.

Niektórzy mogą, oczywiście, pocieszyć się jakąś herbatką ziołową. Albo tableteczką. Zupełnie jak w wierszu Szymborskiej „Pigułka”. Oddaj mi swoją przepaść/ wymoszczę ją snem/ będziesz mi wdzięczny (wdzięczna) za cztery spadania/ Sprzedaj mi swoją duszę/ inny kupiec się nie trafi/ innego diabła już nie ma.

I tak sobie snujemy się przez życie. Albo przebiegamy. W tej wiecznej radości, wiecznym „u mnie cudownie”.

Mam taką znajomą. U niej zawsze było cudownie. Jak nie mieli za co spłacać kredytu, jak mąż ją zdradzał, jak dzieci miały problemy w szkole. Czasem chciałam jakoś ją „nadgryźć”, przedostać się przez ten uśmiech, zobaczyć co u niej.  Dopiero potem, gdy naprawdę jej się rozsypało życie i już nie można było ukryć się za „cudownie” powiedziała, że jej mama zawsze mówiła, że ludzie kochają cudze kłopoty i nie wolno się odsłaniać.

Ech. Przepraszam, nie gram w to. Nawet jeśli ludzie uwielbiają te moje „nie–idealnie”, bo czują się wtedy lepiej. Szkoda życia na bycie nie sobą. Czasem jestem smutna, czasem wesoła. Czasem moje życie to czarna przepaść, czasem raj prawie. Męczą mnie na świecie setki rzeczy. I już wiele razy przekonałam się, że właśnie w smutku człowiek jest najbliżej siebie. To bardzo ważna emocja, która pokazuje nam, co jest nie tak, za czym tęsknimy. Która mówi o nas więcej niż jedna radość. Po kiego ją tak obsesyjnie zabijać?

Dzięki niej jestem, tu gdzie jestem. Mam fajną pracę, bo tamta mi nie pasowała i byłam przez nią trochę smutna. Mam fajnych przyjaciół, bo osoby, przez które byłam smutna, wyeliminowałam ze swojego życia. Mam dobry związek, bo kiedyś odeszłam od kogoś kto sprawiał, że mało się śmiałam. Pozwalam też się smucić mojemu dziecku, choć najchętniej utuliłabym go i zalała wszystkimi: „nie warto”, „będzie dobrze”.

Spróbujcie. Warto. Gdy nie jestem smutna, że nie mam domu i mój tata jest chory– to jestem bardzo szczęśliwa:)