Lifestyle Związek

Albo wstań, zabierz płaszcz i odejdź, albo zostań i pogódź się ze sobą. Ze sobą – nie z nim

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
25 lipca 2016
Fot. iStock/A75
 

Jestem tam. Stoję w progu mieszkania i otwieram jej drzwi. Patrzę na napuchnięta od płaczu twarz, wciągam powietrze, wypuszczam – wejdź. Jestem z nią. Nie pierwszy raz przyszła w tym stanie szukając w kubkach mojej kuchni ukojenia, w spokojnym tykaniu zegara nad salonową rogówką resetu głowy. Po raz kolejny upokorzona, skrzywdzona, rozbita pyta mnie, dlaczego on ją tak traktuje, a ja już sama nie wiem co odpowiadać. Przecież przechodzimy przez wytarty schemat od zarania dziejów, mam wrażenie, a już na pewno systematycznie, odkąd zaczęli tworzyć związek.

Wydawałoby się, że wkładanie ręki po sam łokieć do wrzącej, buzującej na piecu wody jest wykluczone, a odruchy obronne mamy wypracowane do perfekcji. Że nie polejesz otwartej rany spirytusem i nie zjesz kilograma soli na raz. Wydawałoby się. Oczywiste teorie zaczynają tracić na ważności, kiedy wplączemy w nie uczucia i mnóstwo emocji. Dlaczego my, kobiety, nie potrafimy odważnie stanąć przed lustrem, otrzepać spodni po zaliczonej kolejnej glebie i stwierdzić – Nie, to koniec. Ewidentnie nie umiem jeździć na tym rowerze?

Klasyczny, żeński przypadek szukania porozumienia z mężczyzną nikogo już nie dziwi

Jak świat światem – ona z Wenus, on z Marsa i nieustanna, dziejowa próba łączenia biegunów, kończąca się w dwójnasób, życie. Nasze odmienne umysły przypominają dwie zupełnie rożne figury geometryczne, a cała zabawa w kobietę i mężczyznę, w związek, to podjęcie próby wciśnięcia trójkątnego klocka w kwadratowy otwór. Wybierając oczywiste ułożenie może się nie udać, ale kiedy się odpowiednio tym klockiem manipuluje, pod odpowiednim kątem wciśnie boki – istnieje realne prawdopodobieństwo sukcesu.

Standardowo wpisane w rejestr przywiązanie, oddanie, lojalność, dużo, naprawdę dużo miłości, niekiedy zastępują gry uliczne na poziomie Mario Brosa i Tekkena. I tak oto stoisz na środku dużego skrzyżowania, patrzysz, jak się dwoje dorosłych ludzi okłada parasolką, albo ona jemu daje przy wszystkich w mordę zalana łzami. Jedziemy razem, ale zatrzymaj się. Tu mnie wysadź. Tylko mnie nie goń. Jak to? Dlaczego za mną nie biegniesz?! Niezła schizofrenia, nieadekwatne postrzeganie, wynaturzowiona ocena rzeczywistości. Patrząc na wszystko z boku odnosimy wrażenie, że albo cofnęliśmy się w czasie i grzecznie czekamy na drugi język polski w poniedziałek na korytarzu osiedlowej podstawówki, albo obserwujemy popis zbiegów z miejskiego psychiatryka, którzy dają sobie po razie i ciągną za już odpowiednio przerzedzone włosy.

Rozmawiam z nią już kolejną godzinę. Wysłuchuję jak płacze, jak nie rozumie za co to wszystko tak wygląda

Obiecuje i zarzeka się, że ostatni raz pozwoliła sobie tak wyglądać i dać się dotkliwie upokorzyć. Ale i ona i ja wiemy, że jak przychodziła do mnie wczoraj, jest dzisiaj, będzie i jutro. W tej całej smutnej historii albowiem, dochodzi jeszcze jeden niepokojący czynnik, który potęguje marazm sytuacji i nie daje mi wierzyć, że kiedyś  wygrzebie się z gówna.

Adrenalina podtrzymuje akcję jej serca. Wiem to. Wbija dożylnie wielką strzykawkę emocji niezbędnych do życia i kiedy nie ma go obok, kiedy się totalnie nic nie dzieje i mogłaby czuć się bezpieczna, zaczyna wariować. Dusi się jak z zarzuconą na usta plastikową torbą i rozpaczliwie woła o pomoc.

Ona tak naprawdę nie chce się uwolnić, albo do tej pory nie zdaje sobie sprawy, że problem leży w samej niej. Jedyne, co masz ochotę jej wyklarować, i na co szeroko otworzyć oczy, to ona sama i wszystkie utopione w niej problemy. Na końcu języka dusisz: – A co jeżeli sama jesteś sobie oprawcą i świadomie godzisz się na wycieranie twarzy brudną ścierką?

A co jeżeli inne niż to – życie obok statecznego faceta, wypady za miasto, zawsze odbierane od ciebie telefony, punktualność i obowiązkowa obecność na obiedzie u twojej mamy, to nuda, przeżytek i ty tego, po prostu, nie chcesz?

A co jeżeli postawię przed tobą to, o czym mówisz, że chciałabyś mieć, a ty mi pospolicie podziękujesz, bo to nie to, o co w ci życiu chodzi? Myślisz, że jesteś pokrzywdzona. Obudź się, krzywdzisz się sama. Tyle ile razy los wyciągał do ciebie wszystkie ręce, a ty ostentacyjnie łapałaś tamtego za nogi. Jesteś chorym człowiekiem przyjaciółko, czyjaś matko, kochanko. Jesteś bardziej zapętlona niż ci się wydaje, bo sznurowadła i od twojego buta wciągnęły się w ten kosmiczny babol. Więc przestań gadać, że boli, że ci źle i nie wiesz za co to wszystko. Albo wstań, zabierz płaszcz i odejdź, albo zostań i pogódź się ze sobą. Ze sobą – nie z nim.

Odejście łatwiejsze niż się wydaje wrasta do rangi pierwszej wycieczki na Słońce…

… a ona idealnie podgrzewa sytuację i dolewa oliwy do ognia. Dla tej kobiety nie liczy się spokój i stateczność, chociaż głośno mówi, że jej tego brakuje. Ma dwie zupełnie rożne osobowości, które chociaż żyją obok siebie, w jednym ciele, to zupełnie się nie zauważają. Cisza i spokój utęskniony od dawna, ciepłe kapcie i dwa tysiące ósmy odcinek jakiejś codziennej telenoweli, plus King Bruce Lee  – karate mistrz i najlepsza rola damska w granej od dawna w życiowej operetce. Pani potrzebuje do funkcjonowania emocji jak powietrza w ilościach nieopisanych, Pani o tym wie?

Nieważne jakich, nie istotna jakość, mają być, bo inaczej zaczyna Pani kręcić nosem. Czyżby ludzkość wyhodowała podgatunek zdolny do wiecznego oszukiwania własnych potrzeb i wmawiania sobie, że zmiana charakteru drania na potulnego misia, to życiowa misja? A co, jeżeli to kobiety są draniami?

Trzeba się odessać od źródła kabaretu i teatru wyjątkowo niskich lotów, bo będąc bacznym obserwatorem ciężko stwierdzić, komu współczuć mocniej. Łapię za rękę uwięzione ciało dziewczyny, która wpadła po czubek głowy w ruchome piaski i im mocniej się rusza, tym szybciej schodzi na dno. Łapię ją i staram otworzyć głowę, zrobić porządki, poukładać na półkach, wykonać dwa ratunkowe wdechy. W myśl zasady – ile włożysz tyle dostajesz, czy przypadkiem ona sama nie jest autorką powolnego osiadania na mieliźnie?

Wylecz się z siebie, a będzie ci łatwiej wyleczyć się z niego. Po prostu.


awatar-michalinaMichalina Grzesiak – żona własnego kumpla z podstawówki, mama Krystyny i Jerzego. Prywatnie dziewczyna z biura, właścicielka najstarszego samochodu w galaktyce, jedyna taka, co do tej pory nie wie jak korzystać z funkcji Repost na Instagramie i nie ma Snapa. Odkąd została matką, zaczęła pisać na łamach własnego bloga, który systematycznie od blisko trzech lat dzieli społeczeństwo na wiernych czytelników i zagorzałych przeciwników. Bardzo przeciętna kobieta z bardzo normalnym nastawieniem do życia. Nie ma dla niej wyższej wartości niż dzieci, kochająca się rodzina i mocna kawa rano.


Lifestyle Związek

Kobiety potrzebują więcej snu niż mężczyźni bo ich mózgi pracują ciężej! To udowodnione naukowo

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
25 lipca 2016
Fot. iStock/Yuri_Arcurs
 

Wreszcie! Badania dowodzą, że kobiety potrzebują więcej snu niż mężczyźni, bo są… mądrzejsze. I to jest fakt naukowy. No, dobrze… niezupełnie o to chodzi.

W każdym razie, udało się udowodnić, że aktywność mózgu kobiet jest o wiele bardziej złożona niż aktywność mózgu mężczyzn. Kobiety dużo częściej robią kilka rzeczy w tym samym czasie, są (a zmuszają je do tego okoliczności) wielozadaniowe. Uruchamiają w ten sposób więcej obszarów mózgu niż mężczyźni (nawet ci zajmujące wysokie i odpowiedzialne stanowiska), co skutkuje większą ogólną potrzebą snu. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta. Według eksperta snu i badacza Johna Horne’a z Uniwersytetu Loughborough w Anglii,  im więcej korzystamy z mózgu w ciągu dnia, tym bardziej wymaga on regeneracji podczas snu.

Badania wykazały, że kobiety potrzebują około 20 minut więcej snu niż mężczyźni. Wynika  z tego, że kobiecy mózg jest nie tylko bardziej zapracowany, ale tez lepiej „wyćwiczony”, natomiast mózg mężczyzny starzeje się szybciej (bo mniej trenuje).

Tak więc, drogie panie, od dziś to ON wstaje pierwszy i przygotowuje poranną kawę. A my, przesuwamy wskazówki budzika o kolejne pół godziny słodkiej drzemki.


 

Źródło: livehack.org


Lifestyle Związek

„Szczęściara z ciebie, twoi rodzice cię kochają. Moi się mnie tylko brzydzą”

Anika Zadylak
Anika Zadylak
25 lipca 2016
Fot. iStock/DusanManic

Pani nie ma pojęcia jak to jest. Siedzimy przy obiedzie, ja i rodzice. Włączona telewizja i wiadomości, a na ekranie para lesbijek. Nagle ojciec z odrazą w głosie mówi: – I po co oni znowu to zboczenie pokazują?! Leczyć to cholerstwo trzeba!  Dobrze, że my mamy normalnego syna! Gdyby tylko wiedział, że moja „dziewczyna” ma na imię Kamil. I że nie jestem normalny, bo jestem gejem.

Nie rozumie, dlaczego się to rozpatruje w kategorii problem

Daria ma 15 lat. Kiedy patrzę na nie obie – córkę i mamę, uśmiech przychodzi sam. Cały czas coś mówią, przytulają się albo chociaż trzymają za ręce.

– Jesteśmy słabym materiałem na historię. Sensacji ani łez nie będzie. Gdy w ubiegłym roku odkryłam, a raczej potwierdziłam, że wolę dziewczyny to nie miałam dylematów, powiedzieć czy lepiej nie. Strach? Przed własnymi rodzicami? To żart, tak? Przecież jestem szczęśliwa, nikogo nie krzywdzę a wręcz przeciwnie! Nie obnoszę się z tym, bo traktuje to zwyczajnie. Przecież to chyba naturalne, że nastolatki się zakochują.

Patrzę na mamę dziewczyny i słyszę, że to czy partner jej córki będzie Stasiem czy Matyldą, nie ma żadnego znaczenia. I, że nie rozumie dlaczego się to rozpatruje w kategorii problem. – Przecież  jestem matką. Nigdy nie myślałam o tym, jakiej orientacji seksualnej będą moje dzieci. Nie myślałam o tym, ani w kategorii problem, ani w ogóle w żadnej kategorii.
Najważniejsze jest przecież, żeby były zdrowe, szczęśliwe i żeby nikt nie robił im krzywdy. Nigdy, nie przyszłoby mi do głowy odtrącenie żadnego z moich dzieciaków ze względu na zainteresowania, wybrane przez nie religie czy orientacje. Ale wiem, że nie w każdym domu tak to wygląda. Córka ma przecież różnych znajomych. Słyszę jak te dzieciaki płaczą, jak panicznie się boją, że się wyda. I takie zdanie kiedyś padło, od kolegi geja. Zdanie, które wryło mnie w ziemie i złamało serce: „Szczęściara z ciebie Daria. Niesamowita, twoi rodzice cię kochają. Moi się mnie tylko brzydzą”. I zastanawiam się z kim jest większy problem – z tymi dzieciakami czy ich mamą i tatą.

Źle mówię, bo przecież z tymi dziećmi problemu nie ma. Dokonali logicznego wyboru, który był dyktowany uczuciami i akceptacją samego siebie. Ja tego nie wiem ale domyślam się, że jak taki nastolatek coraz bardziej zaczyna rozumieć, że nie jest taki jak większość rówieśników, to pewnie jest wystarczająco przerażony. Gdzie ma więc z tym iść, jak nie do własnej matki? Ale gdy odkrywa, że nie znajdzie tu wsparcia, zostaje sam. Sam z poczuciem lęku, wstydu, strachem przed reakcją otoczenia i tym najgorszym. Że zawiódł. Zawiódł najważniejsze osoby w jego życiu. A przecież to absurd! I straszne. I cholernie przykre.

„Ja nic pani nie powiem o Bartoszu, bo nie ma o kim. Ja już nie mam syna”

– To żona się zgodziła na tę rozmowę. Ja nic pani nie powiem o Bartoszu, bo nie ma o kim. Ja już nie mam syna. W mojej rodzinie, wszyscy z głowami mieli w porządku. Jakby miał do mnie szacunek i zdrowie psychicznie, to jak każdy facet miałby dziewczynę.

Chciałem pomóc, dać mu szansę, ale on się nawet leczyć nie chce, niewdzięcznik! Człowiek zapieprza po tyle godzin, żeby wszystko miał, a to się tak odpłaca! Jak on mógł nam to zrobić, na taki wstyd narazić. Przecież jak to się wyda, to przyjdzie się wyprowadzić, bo jak ludziom w oczy spojrzeć!

Mama Bartka, zaprasza mnie do kuchni. Przeprasza za męża, ale jednocześnie usiłuje tłumaczyć. – Jest rozgoryczony, na synową i wnuki liczył. I raz już przecież tyle nerwów było, bo Bartek liceum kończy i mówi, że będzie tańczył. Jakby normalnych, męskich zajęć na świecie nie było. Awantura za awanturą o to była, aż mąż odpuścił.

Okazał tyle zrozumienia i tolerancji przecież!  Ale jak syn wyskoczył z tym czymś… Ile ja nocy nie przespałam, ile się naprosiłam, natłumaczyłam. Błagałam go nawet, żeby do psychiatry i księdza znajomego ze mną poszedł. Nawet słuchać nie chciał, tylko łzy mu leciały. A przecież to mężczyzna jest! To musi być choroba, bo już w tym jego lamentowaniu widać, że coś jest z nim nie tak. Ja nie chciałam żeby to się tak skończyło, że syn teraz u obcych mieszka i boje się myśleć, co tam się wyrabia.

Gdzie popełniliśmy błąd? Przecież  mamy jeszcze dwóch starszych i normalni są, rodziny mają ale też się brata wstydzą.  Za złe mu mają, że taki numer wyciął. Co z tego, że to duże miasto? Ale sąsiedzi, znajomi, jest ich sporo. Żyć nam nie dadzą, zniszczą, zaszczują.

Pytam, czy się nie martwi, nie boi, że Bartek coś sobie zrobi, że go stracą. – Przecież to nie nasza wina! Powinien tu przyjść i przeprosić, ojca o wybaczenie prosić i przestać się wygłupiać. Mamy taki duży dom, miłości i miejsca starczy dla wszystkich. Dla jego wybranki kobiety też. No sama pani widzi, to nie tak, że my go odtrąciliśmy i zamknęliśmy przed nim drzwi. Chcemy dać mu szansę, pomóc, lekarza nawet opłacimy.

Milknie na dłuższą chwile, widzę łzy spływające po jej twarzy. – Jak mąż śpi, to do jego pokoju idę. Koszulki wącham, poduszkę do serca przyciskam. Urodziłam go, kocham. Tak, nadal bardzo kocham, tęsknie. I liczę na to, że wróci. Kilka dni temu SMS-a napisałam, żeby dał znak, czy głodny nie jest, czy krzywda mu się nie dzieje. Zaczął dzwonić ale nie odebrałam, bałam się rozmawiać. Napisał i zapytał, czy my go w ogóle jeszcze kochamy. I że chciałby do domu wrócić, bo mu strasznie ciężko bez nas. I co mu pani odpowiedziała? – Synku, bardzo cie kochamy. Wróć, pomożemy ci. Przecież każdą chorobę można pokonać, zwłaszcza ze wsparciem rodziny. Nie wrócił. I już się nie odezwał. Podobno do pracy do Warszawy pojechał z tym, no z tym kolegą swoim, przez którego to wszystko. Może to i lepiej. Tam miasto ogromne, więcej możliwości. Może tam mu ktoś pomoże, na terapie namówi.

Siedzimy na ławce. Ja i Bartek. Mówi, że nie muszę mu powtarzać, jak wyglądała rozmowa z jego rodzicami. Domyśla się. Mimo to uśmiecha i opowiada o planach na przyszłość. O pracy, o studiach, swoim chłopaku, w którym znalazł oparcie. Słucham i jednocześnie myślę o tym, jaki przeszywał go ból. Za każdym razem, gdy przekraczał próg własnego domu. Za każdym razem, gdy siadał do stołu z matką, która nosiła go pod sercem przez 9 miesięcy i powtarzała, jak bardzo go kocha i cieszy się że jest. I przestała, gdy tylko wyznał jej prawdę o sobie. Myślę o tym, jak bardzo się bał za każdym razem, gdy szedł na spacer z ojcem i czuł, zaciskającą się w okół szyi pętle. Pętlę złożoną z lęku i odrazy, obrzydzenia i nienawiści – ojca do syna. Pytam go na koniec, o czym marzy. – Chyba najbardziej, żeby usiąść do tego symbolicznego stołu, bez poczucia winy. Zawiodłem, bo kocham, ale nie tak, jakby życzyli sobie ci najbliżsi. Myślisz, że ojciec poda mi jeszcze kiedyś rękę?


Zobacz także

Jeszcze będziesz kochać, jeszcze będziesz kochana, obiecuję… Pułapki i korzyści nowych związków po rozstaniu

Świąteczne dekoracje – galeria konkursowa akcji „Wielkanoc pachnąca tradycją z babcinymi przepisami oraz dekoracjami”

Ciepło… blisko… miłość! Wieczór czułości. 💗 Akcja „Pokaż, jak kochasz”